sobota, 28 marca 2015

Rozdział V

Całe dwadzieścia minut dzielące nas od jego mieszkania zastanawiałam się co takiego Ed lubi robić. Do głowy przychodziły mi najróżniejsze pomysły, od tych najgłupszych do całkiem przerażających. Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Przecież ja go prawie w ogóle nie znałam.
- Wysiadaj – rozkazał mi Rudy.
Spełniłam jego polecenie i znalazłam się pod dość wysoką kamienicą z gatunku tych, w których mieszkanie kosztuje fortunę. Uniosłam brwi do góry i weszłam do środka prowadzona przez Eda. Wdrapaliśmy się po schodach na najwyższe piętro. Nie bez zmęczenia zatrzymałam się przed ciężkimi czarnymi drzwiami, czekając, aż mój towarzysz znajdzie klucze. W końcu wyciągnął je z ostatniej kieszeni spodni, która została mu do sprawdzenia i weszliśmy do mieszkania. Przedpokój był utrzymany w ciemnej kolorystyce. Na szarych ścianach wisiały czarne wieszaki, a pod nimi stały dwie czarne szafki na obuwie, naprzeciwko których wisiało wielki lustro w przepięknej złoconej ramie – jedynym jasnym elemencie w tym pomieszczeniu. Ściągnęłam kurtkę i buty, które postawiłam obok niedbale rzuconych czarnych trampków Eda.
- Idziesz? - usłyszałam krzyk dochodzący z dalszej części mieszkania i poszłam w tamtym kierunku.
Z korytarza, jaśniejszego niż przedpokój, odchodziły cztery pokoje, do których prowadziły idealnie białe drzwi. Na końcu, na wprost wejścia do mieszkania było wejście do salonu. Pokój był nowoczesny i cały biały. Białe ściany, białe meble, biała sofa. Jedynymi elementami koloru były okładki płyt na regale. W dodatku panował prawie idealny porządek, zniszczony tylko przez rzuconą na podłogę zieloną bluzę, którą Ed właśnie z siebie ściągnął. Zszokowana stałam w progu, rozglądając się niepewnie.
- Wchodź. Nie bój się. Chcesz coś do picia?
- Sok, jeśli masz – odpowiedziałam i powoli ruszyłam w kierunku sofy, na którą po chwili opadłam.
- Pomarańczowy może być? - krzyk dobiegał z kuchni, która była równie zadbana co salon.
- Oczywiście – odkrzyknęłam, rozsiadając się wygodniej.
Nie tego się spodziewałam po tym rudzielcu. To nie mogła być jego robota. Tego byłam pewna.
- Trzymaj – Ed podał mi szklankę.
- Tu jest świetnie – powiedziałam do niego zauroczona miejscem.
- Wiem, dlatego tu mieszkam – odparł, siadając obok mnie.
- Tego porządku się po tobie nie spodziewałam – przyznałam szczerze.
- I dobrze, bo taki jest tylko w salonie. Poza tym nie ja o niego dbam.
- Można się tego domyślić – upiłam łyk soku. - Nie ważne. Co robimy?
- To co lubię najbardziej.
- Czyli? - oczekiwałam konkretniejszej odpowiedzi.
- Siedzimy.
- Tylko?
- Daj mi chwilę. Nie wszystko naraz. Jestem przeciętnym osobnikiem męskim, nie wymagaj ode mnie za wiele.
- Jasne. Rozumiem – wolałam zająć się moim sokiem, który swoją drogą był pyszny.
Po kilku minutach bezczynnego siedzenia Ed wyciągnął z kieszeni dżinsów  iPhone'a i wybrał jakiś numer.
- Z szynką, pieczarkami, sosem pomidorowym i podwójnym serem. Tak. Dziękuję - rozłączył się i popatrzył na mnie. - Zamówiłem pizzę, jak będziesz chciała to też dostaniesz – uśmiechnął się i odłożył telefon na stolik, na którym trzymał nogi.
- Pizzę? - uniosłam brew, by pokazać zdziwienie.
- Tak, a o co chodzi? - nie rozumiał mojej reakcji.
- Przecież jedliśmy pizzę w piątek.
- I co z tego. Lubię pizzę – popatrzył na mnie jak dziecko, któremu zabiera się słodycze.
- No tak, to akurat widać gołym okiem – powiedziałam do siebie i poszłam do kuchni nalać sobie soku. Jakoś musiałam przeżyć wieczór z pizzą w roli głównej.
Gdy wróciłam do salonu, Ed schylał się przy szafce pod telewizorem i wkładał płytę do odtwarzacza DVD. Po chwili na ekranie rozpoczął się film. Rozpoznałam początek jakiejś bajki animowanej. Nie rozumiałam tego. Pizza i film animowany? Czy naprawdę to było jego ulubionym zajęciem?
- Włączyłem „Shreka”. Chyba, że nie lubisz to wybiorę coś innego – spojrzał na mnie niepewnie. Nie mogłam mu się dziwić, moja mina na pewno nie okazywała zachwycenia.
- Nie, bardzo lubię „Shreka” - odpowiedziałam, siadając na sofie. Czego ja się spodziewałam? Że okaże się, że jego ulubionym zajęciem jest gra w szachy?
Popijając sok, oglądałam ulubioną bajkę mojego dzieciństwa i obserwowałam reakcje towarzysza, który co chwila wybuchał śmiechem. Wybawieniem okazał się dzwonek do drzwi.
- Otworzysz? Proszę – dzisiejszego popołudnia zachowywał się jak dziecko. Nawet jego głos brzmiał jakby miał lat cztery nie dwadzieścia cztery. Z głośnym westchnieniem wstałam z kanapy. - Portfel leży na blacie w kuchni – aż tak mi ufał?
Z marmurowego blatu zgarnęłam czarny, skórzany portfel i otworzyłam go. No tak. Nie było w nim za wiele. Idealnie starczyło na zapłatę dostawcy. Z gorącym pudełkiem w ręku wróciłam do salonu.
- Dziękuję, a mogłabyś mi jeszcze podać piwo z lodówki?
- A co ja twoją służącą jestem? - krzyknęłam, idąc w stronę kuchni.
Wzięłam zamówiony napój i przeszukałam wszystkie szafki w poszukiwaniu czegoś co mogłabym jeść w trakcie filmu. Na fast-foody nie miałam ochoty, ale film bez przekąski był do niczego. Przekopawszy się przez paczki czipsów, znalazłam gotowy popcorn, który przesypałam do miski, którą znalazłam w jednej z szarych szafek. Tak przygotowana usiadłam na sofie, podając Ed'owi jego piwo.
- Kochana jesteś – pocałował mnie w policzek, który momentalnie stał się cały czerwony.
Z miską popcornu na kolanach oglądałam film. Ed w okamgnieniu pochłonął całą dużą pizzę i popijał ją schłodzonym trunkiem. Jego ręka coraz bardziej się do mnie zbliżała. Czułam jak sunie po poduszce za mną, ale udawałam, że problemy uczuciowe zielonego ogra bardzo mnie pochłonęły. Nagle ramię mężczyzny objęło mnie. Poczułam się dość niezręcznie i z jeszcze większą uwagą po raz piętnasty oglądałam film. Nie wiedziałam jakie ma zamiary, które ostatecznie okazały się bardzo dziecinne. Delikatnie wsunął rękę do miski leżącej na moich skrzyżowanych nogach i zgarnął garść popcornu, śmiejąc się przy tym jak z najlepszego żartu w życiu. Byłam zażenowana jego zachowaniem i przez moment zastanawiałam się czy to na pewno on jest ode mnie starszy, a nie na odwrót. Ale prawdziwą sytuację przypomniał mi mundurek, z którego wciąż się nie przebrałam.
- Gdzie jest łazienka? - spytałam, wstając z kanapy i biorąc do ręki czarną torbę leżącą obok.
- Pierwsze drzwi na prawo – Ed przerwał wyjadanie resztek popcornu z miski i wskazał mi palcem kierunek.
Uśmiechnęłam się w oznace podziękowania za udzieloną mi informację i w kilku dużych krokach przemierzyłam salon. Delikatnie uchyliłam idealnie białe drzwi i weszłam do błękitnego wnętrza, które wypełniał lawendowy aromat. Na środku stała ogromna wanna, taka o jakiej zawsze marzyłam. Niestety zarówno w Polsce, jak i u Stuartów miałam tylko prysznic. Po prawej stronie była toaleta, obok której stały trzy białe szafki chowające zapewne kosmetyki i środki czystości. Naprzeciwko nich wisiało szerokie lustro, w którym odbijała się moja wątła postać, a pod nim stała dużych rozmiarów umywalka. Zaczęłam podejrzewać, że to nie jest mieszkanie rudzielca. Było w nim zbyt idealnie. Torbę odłożyłam obok wanny i stanęłam tyłem do wejścia. Wygrzebałam z niej czarny top oraz czerwoną koszulę w kratę i położyłam je na brzegu obiektu moich marzeń. Szybko zdjęłam granatową marynarkę i krawat, i rzuciłam niedbale na podłogę. Wzięłam się za rozpinanie guzików koszuli. Gdy już się z niej wyzwoliłam, ona również wylądowała na białych kafelkach. Schyliłam się po czarną bluzkę, lecz w tym momencie usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Tkwiłam chwilę w bezruchu, nasłuchując, ale gdy po paru sekundach nic się nie odezwało, uznałam, że się przesłyszałam. Jednak po chwili dźwięk się powtórzył. Tym razem usłyszałam wyraźne miauknięcie, dochodzące gdzieś spod szafek. Bez zastanowienia przybrałam pozycję czworonożną i zajrzałam pod meble. W tym samym momencie spod szafki wyczołgał się czarno – szary kotek. Rozprostował tylne łapki i podszedł do mnie. Usiadłam na zimnej podłodze, a kociak ocierał się o moje zgięte nogi. Wyciągnęłam do zwierzaka ręce i złapałam go. Od miesiąca brakowało mi dotyku kociego futerka, a teraz nareszcie mogłam się do niego przytulić. Maluch nie protestował, gdy tuliłam go i całowałam, a wręcz przeciwnie zaczął mruczeć. Z szerokim uśmiechem na ustach wyszłam z łazienki z kociakiem na rękach.
- Kto to jest? - spytałam, stając w progu salonu.
Mężczyzna niechętnie odwrócił głowę w moją stronę, ale gdy zobaczył kogo trzymam, od razu do mnie podbiegł.
- Graham, stary, gdzie ty byłeś? - Ed przejął ode mnie kota.
- Siedział pod szafką w łazience – udzieliłam odpowiedzi w zastępstwie Grahama.
- No tak, on lubi takie miejsca. Im ciaśniej tym lepiej, nie chłopie? - radość rudzielca trochę mnie rozbawiła. Zachowywał się tak, jakby nie widział malucha latami. Postanowiłam zostawić ich samych i wróciłam do łazienki dokończyć ubieranie.

- Co robisz? - spytałam, gdy wchodząc do salonu zauważyłam jak Ed przeszukuje regał stojący po prawej stronie telewizora.
- Szukam jakiejś muzyki, ale nie wiem co lubisz – popatrzył na mnie, przerywając na chwilę wykonywaną czynność. Zadał pytanie z rzędu tych, na które wolałabym nie odpowiadać. Przecież moim numerem jeden był on.
- Masz nową płytę Coldplay? - zapytałam po chwili zastanowienia.
- Mam, ale nie chcesz czegoś żywszego?
- Nie – odpowiedziałam, mrużąc oczy.
- Jak wolisz – wzruszył ramionami i włożył płytę do odtwarzacza.
Z głośników rozmieszczonych w całym pokoju popłynęła muzyka, która wypełniła moje ciało. Zamknęłam oczy i po chwili, nie zważając na obecność Eda, zaczęłam poruszać się do rytmu. Od najmłodszych lat kochałam taniec. Czułam się wolna i mogłam zapomnieć o problemach. Nic mnie wtedy nie obchodziło. Dopiero gdy po skończonej piosence otworzyłam oczy, zrobiło mi się głupio, bo uświadomiłam sobie, że mężczyzna cały czas mnie obserwował. Przez te cztery minuty nawet nie zmienił pozycji. Wciąż klęczał obok odtwarzacza, trzymając w lewej dłoni okładkę płyty. W ciągu kilku sekund panującej ciszy moje policzki zapłonęły, a ramiona skuliły się ze wstydu. Jak ja mogłam się tak skompromitować? Dlaczego nad sobą nie zapanowałam?
- Dziewczyno, dlaczego wcześniej się nie pochwaliłaś, że tak świetnie tańczysz?
Chwilę trwało zanim mój mózg zrozumiał słowa Eda. Gdy już dotarło do mnie to co powiedział, uśmiechnęłam się jak mała zawstydzona dziewczynka, a do mojej twarzy napłynęła kolejna fala krwi, ale nie mogłam być już bardziej czerwona.
- Nie przesadzaj – odparłam cicho.
- Nie przesadzam. Jesteś genialna.
Mężczyzna wstał z jasnych paneli i podszedł bardzo blisko mnie. Dłonie położył na moich biodrach, a ja momentalnie zaczęłam drżeć. Nie był dużo wyższy ode mnie, ale mimo to musiałam unieść głowę by na niego spojrzeć. Trzęsącymi się rękoma objęłam go w pasie i wtuliłam się w jego klatkę piersiową ukrytą pod czarnym T-shirtem. Uwielbiałam się przytulać, dlatego nie marnowałam żadnej okazji.
- Wyjdziemy na balkon? - spytał po dłuższej chwili.
- Pewnie – uniosłam kąciki ust i wypuściłam go z objęć.
Ed otworzył przeszklone drzwi i od progu owiał mnie chłód marcowego wieczoru. Nie było tu dużo miejsca, ale zmieścił się mały stolik, dwa krzesła i doniczki z różnymi kwiatami. Stanęliśmy przy barierce, za którą roztaczał się widok na centrum Londynu i Tamizę. Wyglądało to pięknie i nawet przestało mi dokuczać zimno. Mój towarzysz wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów i zapalniczkę. Włożył do ust filtr, odpalając papierosa i zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił dym.
- Chcesz? - zapytał niepewnie, widząc jak mu się przyglądam.
- Nie palę. To bardzo niezdrowe – powiedziawszy to, poczułam się jak matka strofująca dziecko.
- Na coś trzeba umrzeć. Dlaczego nie na raka płuc?
- Nawet tak nie mów – prawie krzyknęłam.
- Nie denerwuj się – zaśmiał się, zaciągając kolejny raz. - Ale dobrze, że nie palisz. To beznadziejna sprawa – odwrócił głowę w moją stronę, dmuchając we mnie dymem.
- Jesteś okropny – zakaszlałam od duszących oparów.
- To prawda – uśmiechnął się i zrzucił na ziemię niedopałek. - Nauczysz mnie tańczyć?
Że co?! Chyba się przesłyszałam.
- Słucham?! - moje wytrzeszczone oczy nie mogły robić dobrego wrażenia.
- No tańczyć czy mnie nauczysz? - Ed mówiąc to, wykonywał ruchy, jakby tłumaczył coś głuchemu.
- Ale...
- Tylko nie mów, że nie potrafisz, bo sam widziałem.
Jeżeli myślał, że moje wątpliwe umiejętności taneczne przekładają się na umiejętności edukacyjne to grubo się mylił.
- No dobrze – zgodziłam się z westchnieniem, gdyż nie miałam żadnych argumentów, które mogłyby odwieść go od tego jakże głupiego pomysłu. - Podgłośnij muzykę – poleciłam uczniowi, próbując zyskać na czasie.
Mężczyzna szybko spełnił prośbę, kierując wyciągniętego z kieszeni pilota w stronę odtwarzacza.
- Tak jest dobrze? - spytał, ciesząc się jak małe dziecko.
- Świetnie – powiedziałam z, mam nadzieję, wyczuwalną ironią, przewracając przy tym oczami.
- Co teraz? - wpatrywał się we mnie jak w obrazek.
- Stań tutaj.
Ustawiłam go tyłem do ratującej mu życie barierki, a sama stanęłam przed nim. Nie powiem, żeby na balkonie było wystarczająco miejsca na ruchy imitujące taniec, ale uznałam, że to lepiej, bo szybciej skończymy.
Jego prawą dłoń ułożyłam na swojej talii i zmroziłam go wzrokiem, czując jak ręka dziwnym trafem zsuwa się coraz niżej. Gdy górna kończyna wróciła na właściwe miejsce, swoją położyłam na jego prawym ramieniu. Palce drugiej ręki splotłam z jego palcami i spuściłam wzrok, bo moje ciało znowu zaczęło drgać. Spięłam się w sobie i starałam się uspokoić nazbyt rozemocjonowany organizm. Powoli zaczęłam kiwać się w takt „O”, a razem ze mną poruszał się Ed. Na początku szło mu całkiem nieźle, ale nagle na mojej odzianej tylko w bawełnianą bordową skarpetkę stopie w rozmiarze 37 poczułam cały ciężar ciała mężczyzny, który gdy tylko zauważył co zrobił, przeprosił mnie. Spuściłam głowę i zacisnęłam zęby, aby ukryć grymas bólu malujący się na mojej twarzy.
- Zrobiłem ci coś? - spytał półgłosem.
Tak, zmiażdżyłeś mi palce.
- Nie, wszystko w porządku, tylko następnym razem staraj się stawiać nogi tam gdzie jest wolne miejsce – sztucznemu uśmiechowi towarzyszyło pulsowanie w stopie. Ile on ważył, że tak bolało?
- To dobrze. Mówiłem, że nie umiem tańczyć.
Człowieku, to nawet nie był taniec. Ty chodzić nie umiesz.
Przez następne dwie minuty za wszelką cenę starałam się ukierunkować ciało, które ewidentnie nie było podatne na żadne wpływy. W pewnej chwili poczułam wibracje na wysokości bioder. Przestraszona odskoczyłam do tyłu, przewracając przy tym doniczkę z różowymi kwiatkami. Miss gracji – Nina. Ed tymczasem z jednej ze swoich obszernych kieszeni wyjął wibrującego iPhone'a i przesunął zieloną słuchawkę.
- Cześć, co tam u ciebie?
Odwrócił się do mnie plecami, a ja nie chcąc mu przeszkadzać, wycofałam się do salonu i rozłożyłam na kanapie. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w głos wokalisty, a po chwili poczułam przyjemny, mruczący ciężar na kolanach. Dłonie automatycznie ułożyły się na miękkiej sierści kociaka. Uśmiechnęłam się do siebie i trwałam tak dobrych kilka minut.
Z letargu wyrwał mnie lekko zachrypnięty głos.
- Przepraszam, że tak długo, ale dzwo...
- Nie tłumacz mi się, to nie moja sprawa – odwróciłam głowę w jego stronę, cały czas głaszcząc kota.
- Jak wolisz. A tak poza tym to, nie żebym cię wyganiał, ale nie powinnaś już wracać?
- A która godzina?
- W pół do dziesiątej.
- Cholera! Już tak późno?
Zerwałam się z kanapy jak oparzona, zrzucając zdezorientowanego Grahama na podłogę. Miałam tylko pół godziny na powrót do domu. W jednej chwili znalazłam się w przedpokoju. Na nogi wciągnęłam buty i założyłam kurtkę, którą szczelnie zapięłam. Z szafki zgarnęłam torbę i gotowa do wyjścia czekałam pod drzwiami.
- Spokojnie. Odprowadzę cię – do pomieszczenia wszedł Ed wciągający na siebie leżącą wcześniej na podłodze w salonie bluzę.
- No taką mam nadzieję – powiedziałam całkiem serio i czekałam aż Rudy się ubierze.

W zupełnej ciszy przemierzaliśmy te same uliczki co przy naszym pierwszym spotkaniu. Ciemne otoczenie rozświetlał jedynie żółto – pomarańczowy blask latarni odbijający się w kałużach. W żadnym oknie nie paliło się choćby najmniejsze światło. Dziwne. Drobny deszczyk jak zwykle towarzyszył londyńczykom. Chłodny wiatr owiewał rozpalone policzki, ale nie marzłam. Jego ciepła dłoń chowała moją małą i zimną.
Puścił moją rękę dopiero wtedy, gdy po dwudziestu pięciu minutach zatrzymaliśmy się pod domem.
- Przyjadę po ciebie w piątek o szóstej i najpierw pojedziemy do mnie. Zgoda? - stanął naprzeciwko mnie.
- Zgoda – uśmiechnęłam się i chciałam odejść, ale Ed złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
- Gdzie idziesz? Jeszcze się nie pożegnaliśmy – uniósł kąciki ust i pocałował mnie w policzek. - Do piątku – szepnął, puszczając moją rękę. Szybko wbiegłam po kamiennych schodkach, chcąc ukryć czerwień na twarzy.
- Do piątku! - krzyknęłam, wchodząc do domu.
- Jak było? - tuż za progiem czekała na mnie Lucy.
- Fajnie – odparłam zaskoczona jej obecnością.
- Fajnie? - ta odpowiedź nie satysfakcjonowała kobiety.
- Tak – potwierdziłam, wieszając kurtkę na wieszaku i schylając się by zdjąć buty. - Tylko jestem bardzo zmęczona – ziewnęłam, pokazując jak bardzo wykończyło mnie oglądanie filmu.
- To biegnij na górę spać – Lucy poklepała mnie po ramieniu i wypchnęła z przedpokoju w stronę schodów.
Udowadniając swoje zmęczenie, wyjątkowo ospale weszłam po schodach i zamknęłam za sobą drzwi pokoju. Prawą ręką wykonałam zamaszysty ruch, przez który szkolna torba przeleciała przez cały pokój, lądując idealnie pod biurkiem. Ja natomiast rzuciłam się na miękki materac przykryty pachnącą fioletowo – białą pościelą. Na ustach miałam szeroki uśmiech, a moje myśli zaprzątała tylko jedna sprawa. Oficjalnie i na pewno szłam z Ed'em na imprezę. To było niesamowite. Już teraz robiłam umysłowy przegląd szafy i zastanawiałam się w co mam się ubrać. Przecież ja nie miałam nic odpowiedniego. Jednak bardziej martwiło mnie to, co mam powiedzieć Lucy i Paul'owi. Nie znałam ich jeszcze na tyle, żeby wiedzieć jak zareagują na słowo „impreza”, dlatego wolałam tego uniknąć. Podejrzewałam, że kazaliby mi wrócić jak Kopciuszek, a imprezy zwykle trwają trochę dłużej. Miałam całą noc by coś wymyślić, ale najpierw gorący prysznic.
Na palcach przeszłam do łazienki, znajdującej się po drugiej stronie ciemnego korytarza. Zrzuciłam z siebie ubranie i wskoczyłam do kabiny. Odkręciłam kurek, a woda momentalnie zalała moje ciało. Z grymasem zmieniłam temperaturę, gdyż plecy, które jako pierwsze narażone zostały na kontakt ze zbyt ciepłą wodą, piekły poparzone. Gdy namokłam już wystarczająco, na dłoń wylałam waniliowy żel pod prysznic, a następnie szampon z awokado. Tak wyczyszczona założyłam luźną białą koszulkę i legginsy, które miały mi służyć jako strój do spania i z turbanem na głowie podreptałam do pokoju.
Stojąc przed lustrem, dokładnie rozczesałam włosy i związałam je w warkocz. Dokładnie przyjrzałam się swojemu odbiciu. Nie uważałam się za brzydką, ale nie byłam też tak piękna jak w ostatnich dniach starało mi się to wmówić aż trzech facetów. Może po prostu oni nigdy nie widzieli pięknej kobiety albo, co bardziej prawdopodobne, Anglicy nie mieli gustu. Tak, to na pewno to.
Gdy tę kwestię miałam już ustaloną, wygrzebałam z torby telefon i sprawdziłam czy nikt mnie nie szukał. Nie. Odłożyłam komórkę na szafkę i wskoczyłam do ciepłego łóżeczka.
*
- Musisz mi pomóc! - podbiegłam do Elli, gdy tylko zobaczyłam, że wchodzi do szkoły. W nocy wymyśliłam genialny w swojej prostocie plan, ale potrzebowałam pomocy koleżanki w jego realizacji.
- Co się stało? - spytała z zainteresowaniem blondynka, ściągając przy tym szary płaszczyk.
- Idę jutro na imprezę.
- To wiem, co dalej?
- I powiem Lucy, że będę nocować u ciebie. Mogę?
- Jasne. W razie czego będę cie kryła, ale pod jednym warunkiem – zgodziłabym się na wszystko. - W sobotę zdajesz mi szczegółową relację. Co do minuty.
- Załatwione – zaśmiałam się, widząc poważną minę dziewczyny. Miałam tylko nadzieję, że z Lucy też pójdzie tak łatwo.
*
Siedziałam na szarej kanapie, obracając w dłoni żółtego klocka Lego i udając entuzjazm wywołany zabawą z Kevinem. Myślami byłam jednak zupełnie gdzie indziej.
- Mogę jutro nocować u Ellie? - rzuciłam w przestrzeń, gdy Lucy stawiała na stoliku w salonie ciasto i kubki z herbatą.
Obróciłam głowę w stronę kobiety i Paula, siedzącego na fotelu, upuszczając przy okazji na futrzany dywan maleńki przedmiot. Para spojrzała na siebie, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Wydaje mi się, że tak, jeśli jej rodzice się zgadzają – milczenie przerwała Lucy.
- Oczywiście, że się zgadzają. Tylko... - zawiesiłam się na ostatniej sylabie.
- Tylko co? - zapytał zdezorientowany Paul.
- Tylko najpierw idę do Eda – uśmiechnęłam się, w moim przekonaniu, słodko.
Lucy z westchnieniem usiadła obok mnie.
- Dobrze, idź. Przecież jesteś prawie dorosła, a my nie możemy ci zabronić. W końcu nie jesteśmy twoimi rodzicami.

Słysząc te słowa odetchnęłam z ulgą i przytuliłam kobietę. Z niespotykaną ochotą wróciłam do zabawy z chłopcem, który właśnie budował domek z Lego. Chciało mi się śmiać. To nie mógł być przypadek.

Z pozdrowieniami dla Michała, Pawła, Bartka i Julii :)
Nauka historii Rosji nie wpływa korzystnie na procesy twórcze, ale coś tam napisałam. Jak wam się podoba?

1 komentarz:

  1. Ten rozdzial jest swietny! Dlugi i bardzo dobrze napisany :) uwielbiam twoje opowiadanie, dlatego czekam na kolejny xx

    OdpowiedzUsuń