Całe
dwadzieścia minut dzielące nas od jego mieszkania zastanawiałam
się co takiego Ed lubi robić. Do głowy przychodziły mi
najróżniejsze pomysły, od tych najgłupszych do całkiem
przerażających. Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać.
Przecież ja go prawie w ogóle nie znałam.
- Wysiadaj –
rozkazał mi Rudy.
Spełniłam
jego polecenie i znalazłam się pod dość wysoką kamienicą z
gatunku tych, w których mieszkanie kosztuje fortunę. Uniosłam brwi
do góry i weszłam do środka prowadzona przez Eda. Wdrapaliśmy się
po schodach na najwyższe piętro. Nie bez zmęczenia zatrzymałam
się przed ciężkimi czarnymi drzwiami, czekając, aż mój
towarzysz znajdzie klucze. W końcu wyciągnął je z ostatniej
kieszeni spodni, która została mu do sprawdzenia i weszliśmy do
mieszkania. Przedpokój był utrzymany w ciemnej kolorystyce. Na
szarych ścianach wisiały czarne wieszaki, a pod nimi stały dwie
czarne szafki na obuwie, naprzeciwko których wisiało wielki lustro
w przepięknej złoconej ramie – jedynym jasnym elemencie w tym
pomieszczeniu. Ściągnęłam kurtkę i buty, które postawiłam obok
niedbale rzuconych czarnych trampków Eda.
- Idziesz? -
usłyszałam krzyk dochodzący z dalszej części mieszkania i
poszłam w tamtym kierunku.
Z korytarza,
jaśniejszego niż przedpokój, odchodziły cztery pokoje, do których
prowadziły idealnie białe drzwi. Na końcu, na wprost wejścia do
mieszkania było wejście do salonu. Pokój był nowoczesny i cały
biały. Białe ściany, białe meble, biała sofa. Jedynymi
elementami koloru były okładki płyt na regale. W dodatku panował
prawie idealny porządek, zniszczony tylko przez rzuconą na podłogę
zieloną bluzę, którą Ed właśnie z siebie ściągnął.
Zszokowana stałam w progu, rozglądając się niepewnie.
- Wchodź. Nie
bój się. Chcesz coś do picia?
- Sok, jeśli
masz – odpowiedziałam i powoli ruszyłam w kierunku sofy, na którą
po chwili opadłam.
- Pomarańczowy
może być? - krzyk dobiegał z kuchni, która była równie zadbana
co salon.
- Oczywiście
– odkrzyknęłam, rozsiadając się wygodniej.
Nie tego się
spodziewałam po tym rudzielcu. To nie mogła być jego robota. Tego
byłam pewna.
- Trzymaj –
Ed podał mi szklankę.
- Tu jest
świetnie – powiedziałam do niego zauroczona miejscem.
- Wiem,
dlatego tu mieszkam – odparł, siadając obok mnie.
- Tego
porządku się po tobie nie spodziewałam – przyznałam szczerze.
- I dobrze, bo
taki jest tylko w salonie. Poza tym nie ja o niego dbam.
- Można się
tego domyślić – upiłam łyk soku. - Nie ważne. Co robimy?
- To co lubię
najbardziej.
- Czyli? -
oczekiwałam konkretniejszej odpowiedzi.
- Siedzimy.
- Tylko?
- Daj mi
chwilę. Nie wszystko naraz. Jestem przeciętnym osobnikiem męskim,
nie wymagaj ode mnie za wiele.
- Jasne.
Rozumiem – wolałam zająć się moim sokiem, który swoją drogą
był pyszny.
Po kilku
minutach bezczynnego siedzenia Ed wyciągnął z kieszeni dżinsów iPhone'a i wybrał jakiś numer.
- Z szynką,
pieczarkami, sosem pomidorowym i podwójnym serem. Tak. Dziękuję -
rozłączył się i popatrzył na mnie. - Zamówiłem pizzę, jak
będziesz chciała to też dostaniesz – uśmiechnął się i
odłożył telefon na stolik, na którym trzymał nogi.
- Pizzę? -
uniosłam brew, by pokazać zdziwienie.
- Tak, a o co
chodzi? - nie rozumiał mojej reakcji.
- Przecież
jedliśmy pizzę w piątek.
- I co z tego.
Lubię pizzę – popatrzył na mnie jak dziecko, któremu zabiera
się słodycze.
- No tak, to
akurat widać gołym okiem – powiedziałam do siebie i poszłam do
kuchni nalać sobie soku. Jakoś musiałam przeżyć wieczór z pizzą
w roli głównej.
Gdy wróciłam
do salonu, Ed schylał się przy szafce pod telewizorem i wkładał
płytę do odtwarzacza DVD. Po chwili na ekranie rozpoczął się
film. Rozpoznałam początek jakiejś bajki animowanej. Nie
rozumiałam tego. Pizza i film animowany? Czy naprawdę to było jego
ulubionym zajęciem?
- Włączyłem
„Shreka”. Chyba, że nie lubisz to wybiorę coś innego –
spojrzał na mnie niepewnie. Nie mogłam mu się dziwić, moja mina
na pewno nie okazywała zachwycenia.
- Nie, bardzo
lubię „Shreka” - odpowiedziałam, siadając na sofie. Czego ja
się spodziewałam? Że okaże się, że jego ulubionym zajęciem
jest gra w szachy?
Popijając sok,
oglądałam ulubioną bajkę mojego dzieciństwa i obserwowałam
reakcje towarzysza, który co chwila wybuchał śmiechem. Wybawieniem
okazał się dzwonek do drzwi.
- Otworzysz?
Proszę – dzisiejszego popołudnia zachowywał się jak dziecko.
Nawet jego głos brzmiał jakby miał lat cztery nie dwadzieścia
cztery. Z głośnym westchnieniem wstałam z kanapy. - Portfel leży
na blacie w kuchni – aż tak mi ufał?
Z marmurowego
blatu zgarnęłam czarny, skórzany portfel i otworzyłam go. No tak.
Nie było w nim za wiele. Idealnie starczyło na zapłatę dostawcy.
Z gorącym pudełkiem w ręku wróciłam do salonu.
- Dziękuję,
a mogłabyś mi jeszcze podać piwo z lodówki?
- A co ja
twoją służącą jestem? - krzyknęłam, idąc w stronę kuchni.
Wzięłam
zamówiony napój i przeszukałam wszystkie szafki w poszukiwaniu
czegoś co mogłabym jeść w trakcie filmu. Na fast-foody nie miałam
ochoty, ale film bez przekąski był do niczego. Przekopawszy się
przez paczki czipsów, znalazłam gotowy popcorn, który przesypałam
do miski, którą znalazłam w jednej z szarych szafek. Tak
przygotowana usiadłam na sofie, podając Ed'owi jego piwo.
- Kochana
jesteś – pocałował mnie w policzek, który momentalnie stał się
cały czerwony.
Z miską
popcornu na kolanach oglądałam film. Ed w okamgnieniu pochłonął
całą dużą pizzę i popijał ją schłodzonym trunkiem. Jego ręka
coraz bardziej się do mnie zbliżała. Czułam jak sunie po poduszce
za mną, ale udawałam, że problemy uczuciowe zielonego ogra bardzo
mnie pochłonęły. Nagle ramię mężczyzny objęło mnie. Poczułam
się dość niezręcznie i z jeszcze większą uwagą po raz
piętnasty oglądałam film. Nie wiedziałam jakie ma zamiary, które
ostatecznie okazały się bardzo dziecinne. Delikatnie wsunął rękę
do miski leżącej na moich skrzyżowanych nogach i zgarnął garść
popcornu, śmiejąc się przy tym jak z najlepszego żartu w życiu.
Byłam zażenowana jego zachowaniem i przez moment zastanawiałam się
czy to na pewno on jest ode mnie starszy, a nie na odwrót. Ale
prawdziwą sytuację przypomniał mi mundurek, z którego wciąż się
nie przebrałam.
- Gdzie jest
łazienka? - spytałam, wstając z kanapy i biorąc do ręki czarną
torbę leżącą obok.
- Pierwsze
drzwi na prawo – Ed przerwał wyjadanie resztek popcornu z miski i
wskazał mi palcem kierunek.
Uśmiechnęłam
się w oznace podziękowania za udzieloną mi informację i w kilku
dużych krokach przemierzyłam salon. Delikatnie uchyliłam idealnie
białe drzwi i weszłam do błękitnego wnętrza, które wypełniał
lawendowy aromat. Na środku stała ogromna wanna, taka o jakiej
zawsze marzyłam. Niestety zarówno w Polsce, jak i u Stuartów
miałam tylko prysznic. Po prawej stronie była toaleta, obok której
stały trzy białe szafki chowające zapewne kosmetyki i środki
czystości. Naprzeciwko nich wisiało szerokie lustro, w którym
odbijała się moja wątła postać, a pod nim stała dużych
rozmiarów umywalka. Zaczęłam podejrzewać, że to nie jest
mieszkanie rudzielca. Było w nim zbyt idealnie. Torbę odłożyłam
obok wanny i stanęłam tyłem do wejścia. Wygrzebałam z niej
czarny top oraz czerwoną koszulę w kratę i położyłam je na
brzegu obiektu moich marzeń. Szybko zdjęłam granatową marynarkę
i krawat, i rzuciłam niedbale na podłogę. Wzięłam się za
rozpinanie guzików koszuli. Gdy już się z niej wyzwoliłam, ona
również wylądowała na białych kafelkach. Schyliłam się po
czarną bluzkę, lecz w tym momencie usłyszałam jakiś dziwny
dźwięk. Tkwiłam chwilę w bezruchu, nasłuchując, ale gdy po paru
sekundach nic się nie odezwało, uznałam, że się przesłyszałam.
Jednak po chwili dźwięk się powtórzył. Tym razem usłyszałam
wyraźne miauknięcie, dochodzące gdzieś spod szafek. Bez
zastanowienia przybrałam pozycję czworonożną i zajrzałam pod
meble. W tym samym momencie spod szafki wyczołgał się czarno –
szary kotek. Rozprostował tylne łapki i podszedł do mnie. Usiadłam
na zimnej podłodze, a kociak ocierał się o moje zgięte nogi.
Wyciągnęłam do zwierzaka ręce i złapałam go. Od miesiąca
brakowało mi dotyku kociego futerka, a teraz nareszcie mogłam się
do niego przytulić. Maluch nie protestował, gdy tuliłam go i
całowałam, a wręcz przeciwnie zaczął mruczeć. Z szerokim
uśmiechem na ustach wyszłam z łazienki z kociakiem na rękach.
- Kto to jest?
- spytałam, stając w progu salonu.
Mężczyzna
niechętnie odwrócił głowę w moją stronę, ale gdy zobaczył
kogo trzymam, od razu do mnie podbiegł.
- Graham,
stary, gdzie ty byłeś? - Ed przejął ode mnie kota.
- Siedział
pod szafką w łazience – udzieliłam odpowiedzi w zastępstwie
Grahama.
- No tak, on
lubi takie miejsca. Im ciaśniej tym lepiej, nie chłopie? - radość
rudzielca trochę mnie rozbawiła. Zachowywał się tak, jakby nie
widział malucha latami. Postanowiłam zostawić ich samych i
wróciłam do łazienki dokończyć ubieranie.
- Co robisz? -
spytałam, gdy wchodząc do salonu zauważyłam jak Ed przeszukuje
regał stojący po prawej stronie telewizora.
- Szukam
jakiejś muzyki, ale nie wiem co lubisz – popatrzył na mnie,
przerywając na chwilę wykonywaną czynność. Zadał pytanie z
rzędu tych, na które wolałabym nie odpowiadać. Przecież moim
numerem jeden był on.
- Masz nową
płytę Coldplay? - zapytałam po chwili zastanowienia.
- Mam, ale nie
chcesz czegoś żywszego?
- Nie –
odpowiedziałam, mrużąc oczy.
- Jak wolisz –
wzruszył ramionami i włożył płytę do odtwarzacza.
Z głośników
rozmieszczonych w całym pokoju popłynęła muzyka, która wypełniła
moje ciało. Zamknęłam oczy i po chwili, nie zważając na obecność
Eda, zaczęłam poruszać się do rytmu. Od najmłodszych lat
kochałam taniec. Czułam się wolna i mogłam zapomnieć o
problemach. Nic mnie wtedy nie obchodziło. Dopiero gdy po skończonej
piosence otworzyłam oczy, zrobiło mi się głupio, bo uświadomiłam
sobie, że mężczyzna cały czas mnie obserwował. Przez te cztery
minuty nawet nie zmienił pozycji. Wciąż klęczał obok
odtwarzacza, trzymając w lewej dłoni okładkę płyty. W ciągu
kilku sekund panującej ciszy moje policzki zapłonęły, a ramiona
skuliły się ze wstydu. Jak ja mogłam się tak skompromitować?
Dlaczego nad sobą nie zapanowałam?
- Dziewczyno,
dlaczego wcześniej się nie pochwaliłaś, że tak świetnie
tańczysz?
Chwilę trwało
zanim mój mózg zrozumiał słowa Eda. Gdy już dotarło do mnie to
co powiedział, uśmiechnęłam się jak mała zawstydzona
dziewczynka, a do mojej twarzy napłynęła kolejna fala krwi, ale
nie mogłam być już bardziej czerwona.
- Nie
przesadzaj – odparłam cicho.
- Nie
przesadzam. Jesteś genialna.
Mężczyzna
wstał z jasnych paneli i podszedł bardzo blisko mnie. Dłonie
położył na moich biodrach, a ja momentalnie zaczęłam drżeć.
Nie był dużo wyższy ode mnie, ale mimo to musiałam unieść głowę
by na niego spojrzeć. Trzęsącymi się rękoma objęłam go w pasie
i wtuliłam się w jego klatkę piersiową ukrytą pod czarnym
T-shirtem. Uwielbiałam się przytulać, dlatego nie marnowałam
żadnej okazji.
- Wyjdziemy na
balkon? - spytał po dłuższej chwili.
- Pewnie –
uniosłam kąciki ust i wypuściłam go z objęć.
Ed otworzył
przeszklone drzwi i od progu owiał mnie chłód marcowego wieczoru.
Nie było tu dużo miejsca, ale zmieścił się mały stolik, dwa
krzesła i doniczki z różnymi kwiatami. Stanęliśmy przy barierce,
za którą roztaczał się widok na centrum Londynu i Tamizę.
Wyglądało to pięknie i nawet przestało mi dokuczać zimno. Mój
towarzysz wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów i
zapalniczkę. Włożył do ust filtr, odpalając papierosa i
zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił dym.
- Chcesz? -
zapytał niepewnie, widząc jak mu się przyglądam.
- Nie palę.
To bardzo niezdrowe – powiedziawszy to, poczułam się jak matka
strofująca dziecko.
- Na coś
trzeba umrzeć. Dlaczego nie na raka płuc?
- Nawet tak
nie mów – prawie krzyknęłam.
- Nie denerwuj
się – zaśmiał się, zaciągając kolejny raz. - Ale dobrze, że
nie palisz. To beznadziejna sprawa – odwrócił głowę w moją
stronę, dmuchając we mnie dymem.
- Jesteś
okropny – zakaszlałam od duszących oparów.
- To prawda –
uśmiechnął się i zrzucił na ziemię niedopałek. - Nauczysz mnie
tańczyć?
Że co?! Chyba
się przesłyszałam.
- Słucham?! -
moje wytrzeszczone oczy nie mogły robić dobrego wrażenia.
- No tańczyć
czy mnie nauczysz? - Ed mówiąc to, wykonywał ruchy, jakby
tłumaczył coś głuchemu.
- Ale...
- Tylko nie
mów, że nie potrafisz, bo sam widziałem.
Jeżeli myślał,
że moje wątpliwe umiejętności taneczne przekładają się na
umiejętności edukacyjne to grubo się mylił.
- No dobrze –
zgodziłam się z westchnieniem, gdyż nie miałam żadnych
argumentów, które mogłyby odwieść go od tego jakże głupiego
pomysłu. - Podgłośnij muzykę – poleciłam uczniowi, próbując
zyskać na czasie.
Mężczyzna
szybko spełnił prośbę, kierując wyciągniętego z kieszeni
pilota w stronę odtwarzacza.
- Tak jest
dobrze? - spytał, ciesząc się jak małe dziecko.
- Świetnie –
powiedziałam z, mam nadzieję, wyczuwalną ironią, przewracając
przy tym oczami.
- Co teraz? -
wpatrywał się we mnie jak w obrazek.
- Stań tutaj.
Ustawiłam go
tyłem do ratującej mu życie barierki, a sama stanęłam przed nim.
Nie powiem, żeby na balkonie było wystarczająco miejsca na ruchy
imitujące taniec, ale uznałam, że to lepiej, bo szybciej
skończymy.
Jego prawą
dłoń ułożyłam na swojej talii i zmroziłam go wzrokiem, czując
jak ręka dziwnym trafem zsuwa się coraz niżej. Gdy górna kończyna
wróciła na właściwe miejsce, swoją położyłam na jego prawym
ramieniu. Palce drugiej ręki splotłam z jego palcami i spuściłam
wzrok, bo moje ciało znowu zaczęło drgać. Spięłam się w sobie
i starałam się uspokoić nazbyt rozemocjonowany organizm. Powoli
zaczęłam kiwać się w takt „O”, a razem ze mną poruszał się
Ed. Na początku szło mu całkiem nieźle, ale nagle na mojej
odzianej tylko w bawełnianą bordową skarpetkę stopie w rozmiarze
37 poczułam cały ciężar ciała mężczyzny, który gdy tylko
zauważył co zrobił, przeprosił mnie. Spuściłam głowę i
zacisnęłam zęby, aby ukryć grymas bólu malujący się na mojej
twarzy.
- Zrobiłem ci
coś? - spytał półgłosem.
Tak,
zmiażdżyłeś mi palce.
- Nie,
wszystko w porządku, tylko następnym razem staraj się stawiać
nogi tam gdzie jest wolne miejsce – sztucznemu uśmiechowi
towarzyszyło pulsowanie w stopie. Ile on ważył, że tak bolało?
- To dobrze.
Mówiłem, że nie umiem tańczyć.
Człowieku, to
nawet nie był taniec. Ty chodzić nie umiesz.
Przez następne
dwie minuty za wszelką cenę starałam się ukierunkować ciało,
które ewidentnie nie było podatne na żadne wpływy. W pewnej
chwili poczułam wibracje na wysokości bioder. Przestraszona
odskoczyłam do tyłu, przewracając przy tym doniczkę z różowymi
kwiatkami. Miss gracji – Nina. Ed tymczasem z jednej ze swoich
obszernych kieszeni wyjął wibrującego iPhone'a i przesunął
zieloną słuchawkę.
- Cześć, co
tam u ciebie?
Odwrócił się
do mnie plecami, a ja nie chcąc mu przeszkadzać, wycofałam się do
salonu i rozłożyłam na kanapie. Zamknęłam oczy, wsłuchując się
w głos wokalisty, a po chwili poczułam przyjemny, mruczący ciężar
na kolanach. Dłonie automatycznie ułożyły się na miękkiej
sierści kociaka. Uśmiechnęłam się do siebie i trwałam tak
dobrych kilka minut.
Z letargu
wyrwał mnie lekko zachrypnięty głos.
- Przepraszam,
że tak długo, ale dzwo...
- Nie tłumacz
mi się, to nie moja sprawa – odwróciłam głowę w jego stronę,
cały czas głaszcząc kota.
- Jak wolisz.
A tak poza tym to, nie żebym cię wyganiał, ale nie powinnaś już
wracać?
- A która
godzina?
- W pół do
dziesiątej.
- Cholera! Już
tak późno?
Zerwałam się
z kanapy jak oparzona, zrzucając zdezorientowanego Grahama na
podłogę. Miałam tylko pół godziny na powrót do domu. W jednej
chwili znalazłam się w przedpokoju. Na nogi wciągnęłam buty i
założyłam kurtkę, którą szczelnie zapięłam. Z szafki
zgarnęłam torbę i gotowa do wyjścia czekałam pod drzwiami.
- Spokojnie.
Odprowadzę cię – do pomieszczenia wszedł Ed wciągający na
siebie leżącą wcześniej na podłodze w salonie bluzę.
- No taką mam
nadzieję – powiedziałam całkiem serio i czekałam aż Rudy się
ubierze.
W zupełnej
ciszy przemierzaliśmy te same uliczki co przy naszym pierwszym
spotkaniu. Ciemne otoczenie rozświetlał jedynie żółto –
pomarańczowy blask latarni odbijający się w kałużach. W żadnym
oknie nie paliło się choćby najmniejsze światło. Dziwne. Drobny
deszczyk jak zwykle towarzyszył londyńczykom. Chłodny wiatr
owiewał rozpalone policzki, ale nie marzłam. Jego ciepła dłoń
chowała moją małą i zimną.
Puścił moją
rękę dopiero wtedy, gdy po dwudziestu pięciu minutach
zatrzymaliśmy się pod domem.
- Przyjadę po
ciebie w piątek o szóstej i najpierw pojedziemy do mnie. Zgoda? -
stanął naprzeciwko mnie.
- Zgoda –
uśmiechnęłam się i chciałam odejść, ale Ed złapał mnie za
nadgarstek i przyciągnął do siebie.
- Gdzie
idziesz? Jeszcze się nie pożegnaliśmy – uniósł kąciki ust i
pocałował mnie w policzek. - Do piątku – szepnął, puszczając
moją rękę. Szybko wbiegłam po kamiennych schodkach, chcąc ukryć
czerwień na twarzy.
- Do piątku!
- krzyknęłam, wchodząc do domu.
- Jak było? -
tuż za progiem czekała na mnie Lucy.
- Fajnie –
odparłam zaskoczona jej obecnością.
- Fajnie? - ta
odpowiedź nie satysfakcjonowała kobiety.
- Tak –
potwierdziłam, wieszając kurtkę na wieszaku i schylając się by
zdjąć buty. - Tylko jestem bardzo zmęczona – ziewnęłam,
pokazując jak bardzo wykończyło mnie oglądanie filmu.
- To biegnij
na górę spać – Lucy poklepała mnie po ramieniu i wypchnęła z
przedpokoju w stronę schodów.
Udowadniając
swoje zmęczenie, wyjątkowo ospale weszłam po schodach i zamknęłam
za sobą drzwi pokoju. Prawą ręką wykonałam zamaszysty ruch,
przez który szkolna torba przeleciała przez cały pokój, lądując
idealnie pod biurkiem. Ja natomiast rzuciłam się na miękki materac
przykryty pachnącą fioletowo – białą pościelą. Na ustach
miałam szeroki uśmiech, a moje myśli zaprzątała tylko jedna
sprawa. Oficjalnie i na pewno szłam z Ed'em na imprezę. To było
niesamowite. Już teraz robiłam umysłowy przegląd szafy i
zastanawiałam się w co mam się ubrać. Przecież ja nie miałam
nic odpowiedniego. Jednak bardziej martwiło mnie to, co mam
powiedzieć Lucy i Paul'owi. Nie znałam ich jeszcze na tyle, żeby
wiedzieć jak zareagują na słowo „impreza”, dlatego wolałam
tego uniknąć. Podejrzewałam, że kazaliby mi wrócić jak
Kopciuszek, a imprezy zwykle trwają trochę dłużej. Miałam całą
noc by coś wymyślić, ale najpierw gorący prysznic.
Na palcach
przeszłam do łazienki, znajdującej się po drugiej stronie
ciemnego korytarza. Zrzuciłam z siebie ubranie i wskoczyłam do
kabiny. Odkręciłam kurek, a woda momentalnie zalała moje ciało. Z
grymasem zmieniłam temperaturę, gdyż plecy, które jako pierwsze
narażone zostały na kontakt ze zbyt ciepłą wodą, piekły
poparzone. Gdy namokłam już wystarczająco, na dłoń wylałam
waniliowy żel pod prysznic, a następnie szampon z awokado. Tak
wyczyszczona założyłam luźną białą koszulkę i legginsy, które
miały mi służyć jako strój do spania i z turbanem na głowie
podreptałam do pokoju.
Stojąc przed
lustrem, dokładnie rozczesałam włosy i związałam je w warkocz.
Dokładnie przyjrzałam się swojemu odbiciu. Nie uważałam się za
brzydką, ale nie byłam też tak piękna jak w ostatnich dniach
starało mi się to wmówić aż trzech facetów. Może po prostu oni
nigdy nie widzieli pięknej kobiety albo, co bardziej prawdopodobne,
Anglicy nie mieli gustu. Tak, to na pewno to.
Gdy tę kwestię
miałam już ustaloną, wygrzebałam z torby telefon i sprawdziłam
czy nikt mnie nie szukał. Nie. Odłożyłam komórkę na szafkę i
wskoczyłam do ciepłego łóżeczka.
*
- Musisz mi
pomóc! - podbiegłam do Elli, gdy tylko zobaczyłam, że wchodzi do
szkoły. W nocy wymyśliłam genialny w swojej prostocie plan, ale
potrzebowałam pomocy koleżanki w jego realizacji.
- Co się
stało? - spytała z zainteresowaniem blondynka, ściągając przy
tym szary płaszczyk.
- Idę jutro
na imprezę.
- To wiem, co
dalej?
- I powiem
Lucy, że będę nocować u ciebie. Mogę?
- Jasne. W
razie czego będę cie kryła, ale pod jednym warunkiem –
zgodziłabym się na wszystko. - W sobotę zdajesz mi szczegółową
relację. Co do minuty.
- Załatwione
– zaśmiałam się, widząc poważną minę dziewczyny. Miałam
tylko nadzieję, że z Lucy też pójdzie tak łatwo.
*
Siedziałam na
szarej kanapie, obracając w dłoni żółtego klocka Lego i udając
entuzjazm wywołany zabawą z Kevinem. Myślami byłam jednak
zupełnie gdzie indziej.
- Mogę jutro
nocować u Ellie? - rzuciłam w przestrzeń, gdy Lucy stawiała na
stoliku w salonie ciasto i kubki z herbatą.
Obróciłam
głowę w stronę kobiety i Paula, siedzącego na fotelu, upuszczając
przy okazji na futrzany dywan maleńki przedmiot. Para spojrzała na
siebie, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Wydaje mi
się, że tak, jeśli jej rodzice się zgadzają – milczenie
przerwała Lucy.
- Oczywiście,
że się zgadzają. Tylko... - zawiesiłam się na ostatniej sylabie.
- Tylko co? -
zapytał zdezorientowany Paul.
- Tylko
najpierw idę do Eda – uśmiechnęłam się, w moim przekonaniu,
słodko.
Lucy z
westchnieniem usiadła obok mnie.
- Dobrze, idź.
Przecież jesteś prawie dorosła, a my nie możemy ci zabronić. W
końcu nie jesteśmy twoimi rodzicami.
Słysząc te
słowa odetchnęłam z ulgą i przytuliłam kobietę. Z niespotykaną
ochotą wróciłam do zabawy z chłopcem, który właśnie budował
domek z Lego. Chciało mi się śmiać. To nie mógł być przypadek.
Z pozdrowieniami dla Michała, Pawła, Bartka i Julii :)
Nauka historii Rosji nie wpływa korzystnie na procesy twórcze, ale coś tam napisałam. Jak wam się podoba?
Ten rozdzial jest swietny! Dlugi i bardzo dobrze napisany :) uwielbiam twoje opowiadanie, dlatego czekam na kolejny xx
OdpowiedzUsuń