piątek, 25 września 2015

Rozdział XVI

Stanęłam dopiero wtedy, gdy mięśnie nóg nie były zdolne do dalszej pracy, a palący ból w płucach nie pozwalał na wzięcie choćby najmniejszego oddechu. Ostatkami sił przeskoczyłam na drugą stronę ulicy i przywarłam do barierki nad brzegiem Tamizy. Ścisnęłam ją tak mocno, że moje palce zrobiły się białe. Po chwili bezwładnie opadłam na najbliższą ławkę. Wydawało mi się, że zemdleję i może nie byłoby to najgorsze rozwiązanie. Uwolniłabym się przynajmniej od dręczących mnie myśli. Nie miałam jednak siły nawet na to, by zemdleć. Podciągnęłam kolana pod brodę, obejmując je lodowatymi rękami i ukryłam w nich twarz. Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się, że płaczę. Wcześniej łzy mieszały się z kroplami deszczu i razem z nimi spływały po moim nosie i brodzie. Jednak teraz, gdy twarz miałam osłoniętą, czułam dokładnie jak słone krople toczą się po
policzkach. Chciałam się ukryć i oderwać od tej paskudnej rzeczywistości, lecz wiedziałam, że to niemożliwe. Myśl, że przez cały ten czas byłam dla niego tylko dziewczyną na jedną noc, powracała z każdym oddechem i boleśnie wbijała się w moje serce. Cierpiałam dlatego, że mu zaufałam. Dlatego, że wierzyłam, że on taki nie jest, że to nie jest dla niego najistotniejsze. Myliłam się. Tak bardzo się myliłam. Byłam wściekła na niego, ale chyba przede wszystkim na siebie za to, że naiwnie mu ufałam, że łykałam te wszystkie jego słodkie słówka, obietnice i wybaczałam, gdy mnie przepraszał. Jak mogłam być tak głupia i ślepa?
Gdy coraz dłużej o tym myślałam, docierała do mnie jeszcze jedna rzecz. Gdyby był trzeźwy, gdyby nie musiał iść na tę imprezę, cała noc wyglądałaby inaczej, jednak to wcale nie znaczy, że lepiej. Byłam niemal pewna, że wtedy zrobiłby wszystko, by zaciągnąć mnie do łóżka i kto wie, jak wtedy bym się zachowała. Szybko odgoniłam od siebie tę myśl. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać, do czego mogłoby dojść. Łapczywie łapałam powietrze, próbując powstrzymać się przed kolejnymi atakami rozpaczy, jednak w niczym to nie pomagało. Ramiona i plecy trzęsły mi się od głośnego szlochu. Nie potrafiłam w żaden sposób zahamować potoku łez, który spływał po rękach i skapywał z łokci. Czułam we wnętrzu ból, którego nic nie mogło ukoić. Chciałam zapomnieć i spokojnie wrócić do domu, lecz zamiast tego wciąż siedziałam na ławce i powoli zaczynałam odczuwać dokuczliwy chłód ulewnej nocy. Nogi i ramiona pokryły się gęsią skórką, a przemoczona sukienka przykleiła mi się do ciała, dodatkowo je ziębiąc. Nie miałam jednak dość sił, by podnieść się z ławki. Wszystkie zmarnowałam na szaleńczy bieg i rozpaczliwy płacz, który powoli ustawał. Rozluźniłam napięte mięśnie ramion i pleców i uniosłam głowę. Deszcz nie był już tak mocny. Odwróciłam twarz w stronę rzeki. Nie wiele widziałam przez szkliste oczy i nieprzenikniony mrok nocy, ale wyraźnie słyszałam szum jej fal rozbijających się o brzegi. Pomyślałam, że pewnie całkiem przyjemnie byłoby do niej wskoczyć.
*
Próbowałam zasnąć, jednak ból, który czułam nie pozwalał mi na to. Przekręcałam się z boku na bok, próbując zmusić organizm do tak potrzebnego mu odpoczynku. Wszystko na nic. Przed oczami wciąż miałam wyraz jego twarzy, a ton głosu rozbrzmiewał w mojej głowie. Czułam na sobie dotyk jego rąk, który przyprawiał mnie o mdłości. Nie potrafiłam wyrzucić tego z pamięci, chociaż za wszelką cenę się starałam. Udawałam przed Lucy i Paulem, że nic wielkiego się nie stało, podczas gdy od środka mnie rozrywało. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przechodziłam. Nawet rozstanie z chłopakiem, z którym byłam przez ponad rok nie bolało tak bardzo. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Poduszka była wilgotna od łez, które bezustannie wypływały z moich oczu. Dziwiłam się, że jeszcze się nie skończyły, gdyż była to kolejna rzecz, której w sobie nie poznawałam. Ja z natury nie płakałam. Jasne, czasem zdarzało mi się uronić kilka łez najczęściej bez żadnego powodu, ale gdy przychodziło co do czego po prostu nie potrafiłam płakać. A teraz? Wystarczyło jedno zdanie, by słone krople nie przestawały spływać po moich policzkach.
Słyszałam dochodzące zza ściany ciche głosy. Byłam pewna, że Lucy i Paul rozmawiają o mnie. Nie mogłam im się dziwić. Zadzwoniłam zapłakana tuż przed północą, a potem twierdziłam, że wszystko jest w porządku. Martwili się i było mi głupio, że przeze mnie nie śpią. Nie chciałam, żeby tak było. Na koniec wszystko poszło źle.
Gapiłam się w ciemność, a w głowie przebiegały mi chwile, gdy myślałam, że zależy mu na mnie. Gdy czule mnie całował i przytulał albo gdy chował moją małą, zimną dłoń w swojej dużej i ciepłej, wtedy naprawdę myślałam, że to ma sens. Jak byłam głupia. Na te wspomnienia z kącików oczu znów spłynęły pojedyncze łzy. Nigdy nie chciałam być jego naiwną zabawką i wolałabym go nie spotkać, niż zostać tak potraktowaną. Wciąż na nowo zadawałam sobie to samo pytanie. Jak mogłam być tak ślepa, żeby nie zauważyć, że nie wszystko z jego strony jest uczciwe? Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Szukałam momentów, w których mogłabym się zorientować, ale na próżno. Nigdy nie zrobił nic, co wzbudzałoby moje wątpliwości. Zaczęłam się zastanawiać czy nie wymyśliłam sobie tych słów, czy nie były one jedynie wytworem mojej bujnej fantazji. Uszczypnęłam się, by sprawdzić czy to nie sen, ale ból przekonał mnie, że niestety nie. Wzięłam głęboki oddech. A może nie powinnam się tym aż tak przejmować? Był pijany i zjarany, więc nie wiedział, co mówi. Chociaż z drugiej strony po alkoholu język się rozwiązuje i mówi się rzeczy, które na trzeźwo się ukrywa. Ale może u niego działała ta pierwsza opcja? Cholera, dlaczego starałam się go tłumaczyć. Chciał mnie zaliczyć i sam się do tego przyznał, a ja nie miałam zamiaru być kolejną odhaczoną na jego liście. Jutro pewnie nawet nie będzie tego pamiętał, w przeciwieństwie do mnie.
Zamknęłam oczy. Modliłam się o sen, który ukoiłby moje nerwy, jednak znów naszła mnie kolejna wątpliwość. On miał dziewczynę. Czy mógłby ją ze mną zdradzić? Nie chciałam w to wierzyć. Chociaż jeśli był w stanie mnie całować, może byłby też w stanie przespać się ze mną ze świadomością, że za dwa tygodnie będzie spał z nią. Wykończona szukaniem odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi powoli zapadałam się w ciemność.
Wyrwały mnie z niej pierwsze promienie słońca, które bezczelnie wdzierały się do mojego pokoju. Otworzyłam oczy, mrużąc je przed słońcem i spojrzałam na zegarek. Była 5:12. Westchnęłam załamana. Wiedziałam, że już nie zasnę, a leżenie w łóżku tylko bardziej mnie dobijało. Rozprostowałam nogi. Mięśnie bolały mnie tak potwornie, jakbym przebiegła maraton bez żadnego przygotowania. Przezwyciężając protesty organizmy, wstałam z łóżka i powlokłam się do lustra. To co zobaczyłam, przeraziło mnie. Zaczerwienione i zapuchnięte od płaczu oczy, splątane włosy przyklejone do twarzy i czarne smugi rozmazanego tuszu na policzkach. W tym stanie nie przypominałam człowieka. Musiałam coś z tym zrobić. Zgarnęłam czyste ubrania i najciszej jak umiałam, poszłam do łazienki, gdzie niemal od razu wskoczyłam pod prysznic. Gorąca woda spływała po moim ciele, obmywając mnie ze stresu nocy. Oddychałam głęboko, stojąc pod rozpieszczającymi mnie strugami. Tego mi było trzeba.
Czysta i pozornie spokojna wróciłam do pokoju. Ogarnęłam wnętrze wzrokiem. Kilka rzeczy walało się jeszcze po podłodze. Zebrałam je i upchnęłam z zapełnionej po brzegi walizce. Z trudem zapięłam zamek, który sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał pęknąć. Na szczęście udało mi się do tego nie dopuścić. Zmęczona walką z zapięciem padłam na materac. Oddałam się bezmyślnemu gapieniu w sufit, co przyszło mi nader łatwo. Otrzeźwiło mnie dopiero ciche pukanie do drzwi. Uniosłam głowę, spoglądając w szczelinę, w której pojawiła się twarz Lucy.
- Mogę? - zapytała szeptem.
- Pewnie – odparłam, próbując przybrać coś na kształt uśmiechu.
Kobieta weszła do środka i usiadła na skraju łóżka.
- Dobrze słyszałam, że brałaś prysznic – spojrzała na moje mokre włosy związane w luźnego warkocza.
Spuściłam głowę.
- Przepraszam, że cię obudziłam.
- Nie obudziłaś – uśmiechnęła się.
- W takim razie przepraszam, że przeze mnie nie spałaś.
- Nie przez ciebie – pogłaskała mnie po nodze. Spojrzałam na nią z powątpiewaniem. - No dobra – westchnęła. - Martwiliśmy się z Paulem o ciebie. Wyglądałaś jak siedem nieszczęść, a nie chciałaś powiedzieć co się stało. Wiesz, że możesz nam zaufać – dodała po chwili, patrząc mi w oczy i kładąc swoją dłoń na mojej.
Ledwo zauważalnie pokiwałam głową. Wiedziałam to, ale nie mogłam powiedzieć prawdy. Po prostu nie mogłam.
- To naprawdę nic takiego – powiedziałam cicho, odwracając wzrok. - Pokłóciłam się, nic więcej – wzruszyłam ramionami, próbując zbagatelizować sprawę.
Lucy to jednak nie przekonało. Patrzyła na mnie tak, jakby chciała prześwietlić moje myśli. Na szczęście nie mogła tego zrobić. Po chwili, gdy nie doczekała się dalszych wyjaśnień, westchnęła cicho i uśmiechnęła się do mnie blado.
- Jeśli chcesz, to możesz zejść na dół. Zrobimy śniadanie i powoli będziemy zbierać się na lotnisko – wstała z łóżka.
Lekko pokiwałam głową, dodając, że zaraz zejdę. Kobieta wyszła z pokoju, a ja z powrotem opadłam na materac. Zamknęłam oczy i przełknęłam ślinę, starając się nie dać wyjść na zewnątrz zgromadzonym łzom. Czułam się podwójnie źle ze świadomością, że martwię Lucy. Kolejny raz wzięłam głęboki oddech i wypuściłam powietrze ustami. Powoli podniosłam się z łóżka i wyszłam z pokoju.
**
Spieprzyłem to. Jak zwykle wszystko spieprzyłem. Nina uciekła i jestem pewien, że nie chce mnie znać. Nie dziwię się jej. Jak kurwa mogłem coś takiego powiedzieć? No jak? Przecież nawet tak nie myślę. No dobra, może kiedyś... to znaczy wczoraj chciałem się z nią przespać, w końcu jest naprawdę świetną dziewczyną pod każdym względem, ale do cholery nie dlatego się z nią spotykałem. To wszystko przez tę pieprzoną imprezę. Nie chciałem na nią iść. Serio. I może wyszlibyśmy stamtąd w godzinę tak jak jej obiecałem, ale spotkałem chłopaków i... Prosiłam mnie. Gdybym jej posłuchał, może nic by się nie stało, ale tego nie zrobiłem. Jestem taki głupi.
Uderzam pięścią w kuchenną szafkę, po czym opadam na kolana i dotykam czołem zimnego blatu. Głowa pęka mi na maleńkie kawałeczki, ale nie to mnie w tej chwili obchodzi. Siadam na podłodze, opierając plecy o zmywarkę i podkurczając nogi. Ukrywam twarz w dłoniach, a palce mocno wczepiam we włosy. Pamiętam wszystko. Każdą sekundę. Cały czas widzę jej spojrzenie, w którym gości wściekłość wymieszana z przerażeniem i jeszcze większym zaskoczeniem. Boli mnie to. Myśl o tym, że przeze mnie cierpi nie daje mi spokoju. Chciałbym, żeby okazało się to tylko beznadziejnym koszmarem, ale wiem, że tak nie jest. Muszę ją przeprosić. Muszę błagać ją, żeby mi wybaczyła.
Podnoszę się z podłogi i bardzo wolno podchodzę do drzwi prowadzących na balkon. Uchylam je i wychodzę na zewnątrz. Słońce atakuje moją głowę. Z bólem mrużę oczy. Staję w miejscu, gdzie Nina uczyła mnie tańczyć i gdzie jeszcze dwa dni temu jedliśmy winogrona i śmialiśmy się z ludzi na dole. Biorę głęboki oddech i mocno łapię się barierki. Patrzę w dal na tętniące życiem centrum. Wszystko wydaje się być całkowicie normalne, ale dla mnie tak nie jest. Wyciągam z kieszeni bluzy telefon i wybieram jej numer. Słyszę sygnał. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Piąty. Siódmy. Rozłączam się. Próbuję kolejny raz. To samo. Próbuję jeszcze jeden. I następny. I znowu. I jeszcze raz. Cisza. Zdaję sobie sprawę, że nie chce ze mną rozmawiać, ale łudzę się, że może jednak w końcu odbierze. Nie. Mam ochotę rzucić telefonem, ale nie robię tego, bo wtedy już zupełnie nie mógłbym się z nią skontaktować. Wysyłam SMS-a. Wpatruję się w wyświetlacz, czekając na odpowiedź. Minuta. Dwie. Trzy. Cztery. Osiem. Dziesięć. Piętnaście. Dwadzieścia dwie. Trzydzieści. Chowam komórkę do kieszeni. To nie ma sensu. Nie odpisze mi. Nie oddzwoni. Ona mnie nienawidzi. Uważa, że potraktowałem ją jak zabawkę. Nie powinna mnie nigdy spotkać.
Przecieram twarz dłońmi i splatam je nad głową. Mógłbym do niej pojechać. Mógłbym czekać na nią na lotnisku. Ale nie mogę. Nie mogę, bo jestem jakąś pieprzoną gwiazdą bez prywatności. Jestem jak więzień. Jedyne co mogę, to bezmyślnie czekać na rozwój sytuacji. Kurwa, jak ja tego nienawidzę. Zrezygnowany siadam na podłodze, opierając się o barierkę, która wbija mi się w plecy. Przymykam oczy i staram się nie myśleć o niczym, ale to chyba niewykonalne. Szczególnie, że nagle czuję wibracje mojej komórki. Zrywam się na równe nogi. Może to ona? Może jednak nie nienawidzi mnie tak bardzo jak myślę? Chcę tak szybko wyciągnąć telefon z kieszeni, że plączę się w niebieskim materiale. Gdy w końcu trzymam iPhone'a w dłoni i spoglądam na wyświetlacz, cała moja nadzieja pryska w jednej chwili. Dzwoni Stu. Jeszcze jego mi brakowało. Nie mam ochoty z nim rozmawiać, ale jeśli nie odbiorę gotów tu jeszcze przyjść, a na to jeszcze bardziej nie mam ochoty. Z westchnieniem przeciągam zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Ed, jak się czujesz?
Jego pytanie jest takie bezsensowne.
- Jakby przejechał po mnie czołg – odpowiadam zachrypniętym głosem.
- No tak, czyli nie najlepiej. A Nina?
Na dźwięk jej imienia cały się napinam.
- Co Nina? - pytam słabo.
- Nie spała u ciebie? - Stu brzmi na zdziwionego.
Chciałbym.
- Nie.
- Pozwoliłeś jej wracać samej po nocy?
Gdybym miał coś do powiedzenia w tej kwestii.
- Nie pytała mnie o zdanie – mówię zgodnie z prawdą.
- A mówiłem jej, żeby do mnie zadzwoniła, gdy... Chwila. Jak to cię nie pytała? Przecież nie byłeś aż tak nietrzeźwy, żeby urwał ci się film – niestety. - Ed, co się stało? - w jego głosie słyszę niepokój.
Nie potrafię mu odpowiedzieć, dlatego tylko wzdycham.
- Będę u ciebie za dziesięć minut – rzuca Stu i rozłącza się.
A tak bardzo chciałem uniknąć jego wizyty i tłumaczenia się ze swojej głupoty. Nawet to mi nie wyszło.
**
Wchodziliśmy z Kevinem po schodach, przepychając się i śmiejąc głośno. Miałam wziąć z pokoju swoje torby, bo zaraz wyjeżdżaliśmy na lotnisko. Cały ranek upłynął nam na wesołych rozmowach, zupełnie jakby Lucy i Paul już zapomnieli, że kilka godzin temu zgarniali mnie przemoczoną od deszczu i łez z ulicy, której nazwy nawet nie pamiętam. A może po prostu nie chcieli się tym już przejmować? W każdym razie dzięki temu udało mi się choć na chwilę prawie całkowicie o nim zapomnieć.
Trzy razy sprawdziłam czy aby na pewno wszystko wzięłam i ostatni raz ogarnęłam wzrokiem puste pomieszczenie. Miałam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam. Oprócz komórki leżącej na szafce nie widziałam już nic mojego. Z westchnieniem podeszłam po telefon. Niebieskie światełko informowało mnie, że ktoś do mnie dzwonił albo napisał SMS-a. Odblokowałam ekran. Dobry humor, który utrzymywał się od ponad dwóch godzin zniknął natychmiast. Miałam jedenaście nieodebranych połączeń i to wszystkie od niego. Był też SMS. Kliknęłam na kopertę.
- Nino, jedziemy! - dobiegło mnie wołanie z dołu.
- Już idę! - odkrzyknęłam, wpatrując się nerwowo w tekst na wyświetlaczu.
Błagam, porozmawiaj ze mną.
Natychmiast usunęłam wiadomość i schowałam komórkę do kieszeni. Nie miałam zamiaru z nim rozmawiać. Nie chciałam słuchać jego wyjaśnień. Nie obchodziło mnie, co miał mi do powiedzenia, gdy na trzeźwo wszystko przemyślał. To wykraczało poza moją wytrzymałość.
- Nino! - usłyszałam ponowne wołanie, które przywróciło mnie do rzeczywistości.
Zagryzłam dolną wargę i złapałam rączkę walizki. Na ramieniu powiesiłam sobie torbę, po czym zeszłam na dół.
W drodze na lotnisko nie odezwałam się ani słowem. Czasami uśmiechałam się tylko niewyraźnie, gdy opowiadali sobie jakieś żarty, ale przez większość czasu po prostu gapiłam się w okno. Nie wiedziałam nawet na co patrzę. Myślami byłam w zupełnie innym miejscu. Dopiero, gdy wysiadłam z auta skupiłam się na tym, na czym powinnam. Heathrow było tak wielkie, że z łatwością mogłabym się zgubić. Poza tym moją uwagę zajmowało niekończące się pożegnanie z rodzinką, którą pokochałam prawie tak jak swoją.
Natrętne myśli powróciły, gdy czekałam w terminalu. Chcąc je jak najszybciej od siebie odgonić, zadzwoniłam do mamy, która jak zwykle odebrała niemal od razu.
- Cześć, córciu! - usłyszałam jej szczęśliwy głos. - Jesteś już na lotnisku?
- Tak.
- Dałaś sobie radę? Nie pogubiłaś się?
Przewróciłam oczami na jej przesadną troskę.
- Nie, wszystko w porządku.
- To dobrze. Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłam.
- Ja też.
- Dobrze ci tam było?
- Bardzo – moje lakoniczne odpowiedzi nie podobały się nawet mnie samej.
- To pewnie nie chcesz wracać, co?
- O, nie! Chcę być już w domu – zapewniłam szybko, orientując się, że mój ton mógł ją trochę zaniepokoić.
I tak też było.
- A coś się stało? - zapytała ostrożnie.
- Nie, po prostu już bardzo tęsknię – odparłam, mówiąc tylko połowę prawdy, która uspokoiła mamę.
- A to dobrze. W takim razie już nie mogę się doczekać, aż przylecisz. Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham – odparłam z uśmiechem i rozłączyłam się.
Schowałam telefon i ukryłam twarz w dłoniach. Zdałam sobie sprawę, że nawet mamę będę musiała okłamywać i zupełnie mi się to nie podobało. Nie mogłam jednak dłużej o tym myśleć, bo w kieszeni rozbrzmiał dzwonek komórki. Wyciągnęłam ją i przeciągnęłam czerwoną słuchawkę. Tak samo zrobiłam jeszcze trzy razy pod rząd. Czy jemu się nudziło? W końcu wyciszyłam telefon. Miałam jeszcze pięć minut. Próbowałam znaleźć sobie zajęcie, które pozwoliłoby mi przestać obsesyjnie myśleć o dzwoniącym w kółko telefonie. Wyjęłam książkę, jednak nie potrafiłam skupić się na żadnym słowie. Gdy w końcu wysoka młoda blondynka o ślicznym uśmiechu podeszła do swojego stanowiska, pierwsza rzuciłam się w jej stronę.
Przez całą drogę do samolotu starałam się nie myśleć o komórce. Obserwowałam ludzi w autobusie i zastanawiałam się nad ich życiem, byle tylko nie zastanawiać się nad swoim. Gdy wreszcie rozsiadłam się wygodnie pod oknem, pozwoliłam sobie wyciągnąć nieprzestający dzwonić telefon. Było 13 nieodebranych połączeń i 4 SMS-y. Zachowywał się coraz bardziej rozpaczliwie, ale nie interesowało mnie to. Usunęłam wszystko, nie patrząc na treść wiadomości. Kątem oka zauważyłam, że obok mnie usiadła kobieta z rozłożoną gazetą. Z ciekawością zerknęłam na czasopismo, mając nadzieję, że czymś się w końcu zajmę, jednak gdy zauważyłam jego nazwisko gwałtownie odwróciłam wzrok. Czy on mnie teraz będzie śledził pod każdą postacią?
Musiałam się odciąć, a przede wszystkim zmienić numer. Gdzieś na dnie torby miałam polską kartę. Położyłam sobie ciężar pięciu kilogramów na kolanach i zaczęłam poszukiwania. Pewnie mogłabym to zrobić po wylądowaniu, ale nie chciałam oglądać w Polsce jego numeru. Grzebałam więc wytrwale, aż w końcu w moich palcach znalazł się mały przedmiot owinięty w skrawek papieru. Wyciągnęłam go. Był na nim zapisany niewyraźny numer. Przez chwilę zastanawiałam się co to jest, aż wreszcie mi się przypomniało. Nina dała mi swój numer na tej nieszczęsnej imprezie. Razem z tym wspomnieniem pojawiły się w mojej głowie jej słowa: „Wiem jak traktuje dziewczyny. Napisze o tobie piosenkę i pozamiatane. Po prostu nie chcę, żebyś przez niego cierpiała.” Pokręciłam głową, słysząc w myślach jej głos. Wtedy nie chciałam jej słuchać, bo sądziłam, iż mówi tak, dlatego że chce się na nim odegrać albo jest zbyt pijana, ale teraz musiałam przyznać jej rację. No właśnie.

Moje kciuki szybko przesuwały się po klawiaturze i zanim zastanowiłam się czy to co robię ma jakikolwiek sens kliknęłam „Wyślij”. Wzięłam głęboki oddech i natychmiast wymieniłam w telefonie kartę. Schowałam komórkę do kieszeni i oparłam głowę o okno. Zaraz mieliśmy startować. Tylko na to czekałam. Czekałam, żeby pożegnać Londyn, Anglię i jego siedzącego pewnie w swoim mieszkaniu i kolejny raz wybierającego mój numer, który już nie odpowiadał. 

poniedziałek, 7 września 2015

Rozdział XV

- To co, idziemy? - przede mną stanęła uśmiechnięta Ellie.
Oderwałam wzrok od telefonu i spojrzałam na nią bez tak widocznego entuzjazmu.
- Pewnie – odparłam, wstając z ławki.
- Masz jakieś życzenia na to ostatnie popołudnie? - zapytała, gdy minęłyśmy szkołę i kierowałyśmy się w stronę przystanku autobusowego.
Tak, żeby się nie skończyło.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami i wbiłam wzrok w chodnik.
- No weź – blondynka szturchnęła mnie w ramię. - Na pewno na coś masz ochotę. No nie wiem pizza, kręgle, rower, rolki, gadanie o niczym...
Spojrzałam na nią i zaczęłam się śmiać. Na twarzy miała tak promienny uśmiech, że zarażała nim wszystkich wokół.
- To jak? - zapytała z nadzieją w oczach.
- Mam ochotę na lody – odparłam wesoło.
- Świetnie! Obok mojego domu jest przepyszna kawiarnia.
Pokręciłam głową w zdumieniu dla jej bezgranicznej radości, bo ja nie widziałam w tym powodu do aż tak wielkiej euforii. W końcu nie pierwszy raz szłam na lody, które rzeczywiście okazały się bardzo dobre.
- Idziemy już do ciebie? – spytałam, gdy z wielkimi porcjami zimnego deseru, wyszłyśmy na ulicę.
- Może jeszcze posiedzimy chwilę na dworze? Słońce jest takie przyjemne – rozmarzyła się Ellie, zamykając oczy i unosząc twarz do nieba.
- I roztapia lody – dodałam takim samym tonem, patrząc na ściekającą po jej wafelku białą strużkę.
- Tak, to też robi – mruknęła, oblizując palce.
Usiadłyśmy na najbliższej ławce, delektując się słońcem i lodami.
- Już czuję zbliżające się lato – powiedziała Ellie, wgryzając się w wafelek.
Zaśmiałam się.
- Z tego co widziałam, to przyszły tydzień ma być zimny.
- To nie ważne – machnęła ręką, a w tym samym czasie zapiszczał jej telefon.
Wyciągnęła go z torby.
- To Louis. Czeka już pod domem – poinformowała mnie, chowając komórkę - Zbieramy się.
Posłusznie wstałam z ławki i ruszyłam obok przyjaciółki, która raczej się nie spieszyła.
Dokładnie siedem minut zajęło nam pokonanie trasy, którą równie dobrze można było przejść o połowę krócej, co w sytuacji gdy ktoś na ciebie czeka, byłoby wskazane. Pod domem tak jak mówiła Ellie czekał Louis. Widząc nas, z uśmiechem podniósł się z krawężnika, na którym siedział i szybko do nas podszedł.
- Hej, dziewczyny! - krzyknął trochę zbyt głośno, jak na niewielką odległość, która nas dzieliła.
- Cześć – odpowiedziałyśmy jednocześnie.
- Gdzie byłyście? - zainteresował się, gdy Ellie otwierała drzwi.
- Na lo...
- Niespodzianka! - usłyszałam, gdy ledwo przekroczyłam próg.
Stanęłam jak wryta z rozdziawioną buzią i rozszerzonymi oczami. Przede mną znajdowało się jakieś dwadzieścia roześmianych osób. Wszystkich oczywiście znałam ze szkoły, ale co oni tu robili?
- I jak? Podoba ci się? - spytała Ellie, stojąc obok mnie.
- To wy? - spojrzałam na przyjaciół.
Oboje stanowczo pokręcili głowami.
- Ja tylko dałam miejsce, a on – wskazała na Louisa – rzucił hasło o pożegnaniu cię chłopakom z drużyny. Reszta zorganizowała się sama.
Wpatrywałam się w nią osłupiała. Powoli docierało do mnie o czym mówiła, a zdumienie ustępowało miejsca coraz szerszemu uśmiechowi. Byłam w szoku, że aż tyle osób przyszło się ze mną pożegnać, szczególnie, że w szkole już to robili. Spędziłam tu tylko trzy miesiące i nie wyróżniałam się niczym nadzwyczajnym, a mimo to zdałam sobie sprawę, że okazali mi więcej sympatii niż koleżanki w Polsce.
Zdjęłam buty i zrzuciłam z ramienia torbę, po czym ruszyłam w stronę znajomych, których część okupowała już salon. W pokoju panował klimatyczny półmrok, mimo że było dopiero wpół do piątej. Wszystkie okna były bowiem szczelnie pozasłaniane, a światło wpadało jedynie z kuchni i przez pojedyncze szczeliny w roletach. Usiadłam na kanapie obok Rosie, Jill i Emily, które plotkowały właśnie o chłopakach stojących przy stole z pizzą. Nie włączyłam się w ich dyskusję, ale na szczęście nie wymagały tego ode mnie. Rozglądałam się za Ellie, jednak nigdzie nie mogłam jej dostrzec. Uznałam, że pewnie pilnuje, żeby nikt niczego nie rozwalił. W końcu byłoby to całkiem prawdopodobne. Zobaczyłam za to Louisa, który majstrował coś przy laptopie. Po chwili z głośników rozległa się muzyka, w rytm której niemal każdy zaczął podrygiwać. Nie minęło dziesięć minut, gdy podłoga w salonie zapełniła się tańczącymi. Ja także nie mogłam oprzeć się skocznym rytmom i już po chwili bawiłam się razem z innymi.
- Imprezy przeważnie organizuje się wieczorem, ale dla ciebie wszystko – powiedziała mi do ucha Ellie.
Uśmiechnęłam się do niej.
- Przynajmniej sąsiedzi nie będą się czepiać – próbowałam przekrzyczeć muzykę.
Przyznała mi rację, entuzjastycznie kiwając głową i uciekła do stojącego przy stoliku z napojami Ashtona. Obserwowałam jak oplata mu ręce wokół szyi, a on odstawia niebieski kubek, łapiąc ją w pasie. Uśmiechnęłam się w duchu, widząc jak blondynka wpija się w jego usta. Wzrokiem poszukałam Louisa, który otoczony był przez kilka dziewczyn. Podeszłam do niego, tym samym irytując trochę pozostałe koleżanki, bo od tej chwili tańczył już tylko ze mną, co przecież nie było moją winą.
W pewnym momencie, gdy blondyn poszedł się napić, tuż przede mną pojawił się Alex – jeden z koszykarzy. Louis wspominał mi kiedyś, że spodobałam mu się, ale jak do tej pory zamieniłam z nim jedynie kilka zdań i to na temat lekcji. Nie miałam jednak potrzeby zdobywać jego zainteresowania, gdyż to on miał opinię „zdobywcy”.
- Żałuję, że nie mieliśmy okazji poznać się bliżej – powiedział, nachylając się w moją stronę.
Bycie tak wysokim musiało być bardzo męczące, ciągle musiał się schylać.
- Zdarza się – odparłam dość obojętnie.
- Możemy to nadrobić – położył swoje dłonie na moich biodrach. - Na górze chyba nikogo nie ma.
Przewróciłam oczami, śmiejąc się w duchu.
- Chyba jednak nie poznamy się tak blisko – odparłam, wysuwając mu się z objęć.
- Dlaczego? - zapytał, nie zrażając się moim oporem.
- Bo nie mam na to ochoty.
- Nie masz na mnie ochoty?
Westchnęłam głośno, słysząc jego prowokujący ton.
- Mówił ci już ktoś, że jesteś tępy? - spojrzał na mnie, unosząc ze zdziwienia brwi. - Rozumiem, że nie. W takim razie to twój pierwszy raz i na nic więcej nie licz.
Odwróciłam się na pięcie i odeszłam, zostawiając go za sobą z głupią miną. Z powrotem usiadłam na sofie, gdzie tym razem były już Emma i Casey.
- Naprawdę będziemy za tobą tęsknić – powiedziała smutno Em.
- Nawet nie wiesz jak – dodała druga z dziewczyn.
- Ja za wami też. Nawet bardziej – uśmiechnęłam się do nich.
- Zróbmy sobie zdjęcia na pamiątkę, bo chyba żadnych nie mamy – zaproponowała Casey, wyciągając telefon z kieszeni dżinsów.
Zgodziłam się chętnie i już po chwili wszystkie trzy uśmiechałyśmy się w stronę aparatu. Gdy oglądałyśmy zdjęcia na wyświetlaczu pojawiła się godzina. Jak oparzona zeskoczyłam z kanapy i nic im nie tłumacząc pobiegłam do przedpokoju, gdzie leżała moja torba. Szybko dopadłam kieszeni i wyciągnęłam z niej komórkę. Odetchnęłam z ulgą, gdy po odblokowaniu ekranu nie zobaczyłam żadnych nieodebranych połączeń ani nieprzeczytanych SMS-ów. Schowałam komórkę i z torbą na ramieniu poszłam poszukać Ellie. Na szczęście była w kuchni.
- Zaraz muszę iść – powiedziałam, gdy blondynka łapczywie wypijała szklankę wody.
- Co? Już?
Pokiwałam głową.
- No dobra – zgodziła się niechętnie.
- Muszę się tylko gdzieś przebrać. Mogę iść do twojego pokoju?
- Pewnie – odparła, a ja ruszyłam w stronę schodów. - Poczekaj – krzyknęła zanim zdążyłam wejść na pierwszy stopień. - Idę z tobą. Muszę wiedzieć jak będziesz wyglądała w tę ostatnią noc.
Ze śmiechem przewróciłam oczami i zaczęłam wdrapywać się na górę.
- Ładnie, ładnie. Niby zwyczajnie, a jednak coś w tym jest – stwierdziła Ellie, gdy ubrana w czarną koronkową sukienkę stałam przed lustrem.
Jasne, że jej opinia się dla mnie liczyła, jednak wolałabym, żeby to Ed tak stwierdził.
- Dzięki – odparłam, malując usta jasnoczerwoną pomadką.
Zdążyłam dojść do połowy górnej wargi, gdy zadzwonił telefon. Szybko dokończyłam i wzięłam od blondynki komórkę.
- Tak?
- Już jestem – usłyszałam jego głos. - Fajną imprezę tu macie – dodał ze śmiechem, po czym rozłączył się.
Upchnęłam walające się po podłodze rzeczy do torby, założyłam buty i zeszłam na dół, gdzie szybko pożegnałam się ze wszystkimi.
- Idziesz już? - doleciał mnie głos Louisa.
Odwróciłam się do tyłu. Blondyn stał oparty o ścianę dzielącą przedpokój i salon i wpatrywał się we mnie smutno.
- Niestety – uśmiechnęłam się delikatnie i wyciągnęłam w jego stronę ręce.
Podszedł i przytulił mnie mocno.
- To baw się dobrze, bo wyglądasz ślicznie – szepnął mi do ucha i uciekł, znikając wśród tańczących.
Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam z domu. Krawężnik, na którym kilka godzin wcześniej siedział Louis, teraz zajmował Ed. Przycupnęłam obok niego. Głowę miał odwróconą w drugą stronę i wyglądało na to, że był tak zamyślony, iż nawet mnie nie zauważył.
- Nad czym tak myślisz? - zapytałam, wpatrując się w niego.
Rudzielec otrząsnął się z odrętwienia i spojrzał na mnie nieprzytomnie.
- O, ty tu? Przepraszam, nie...
- Wiem – przerwałam mu, uśmiechając się delikatnie.
- Właśnie zastanawiałem się nad... - otworzył ust, żeby dokończyć, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. - Fajnie się bawiłaś?
Przyjrzałam się mu uważnie, próbując rozszyfrować co chciał powiedzieć, ale nie potrafiłam.
- Tak, bardzo. Przyszło sporo osób ze szkoły i... - nie dokończyłam, widząc, że Ed mnie nie słucha.
Był tak pogrążony we własnych myślach, że nic do niego nie docierało. Ciekawiło mnie co zajmuje jego uwagę, ale nie było mi dane się tego dowiedzieć. Nagle mężczyzna wstał, uśmiechając się szeroko.
- Chodźmy – powiedział, wyciągając w moją stronę ręce.
Skorzystałam z jego pomocy i ruszyłam za nim.
- Gdzie idziemy? - spytałam po chwili.
- No właśnie... - skrzywił się. - Musimy na chwilę wpaść na imprezę.
Wydałam z siebie jęk niezadowolenia.
- Koniecznie?
Pokiwał głową, unikając mojego wzroku.
- Dziewczyna jednego z moich znajomych ma urodziny i chociaż na moment muszę się tam pokazać – w końcu na mnie spojrzał.
Spuściłam głowę. Nie miałam ochoty na chodzenie z nim na imprezy. Wciąż pamiętałam jak zakończyła się poprzednia i nie bardzo uśmiechało mi się powtarzanie tego.
- A nie mógłbyś pójść tam sam? - zmarszczył czoło. - Poczekałabym na ciebie w domu – zaproponowałam z nadzieją, że się zgodzi.
- To nie bardzo po drodze – odparł po chwili zastanowienia.
- Mogę wziąć taksówkę – zrobiłabym wszystko, byle tylko nie iść na tę imprezę.
- Pojawimy się tam na godzinę. Obiecuję.
Zastanawiałam się co jest powodem nieustępliwości Eda. Obstawiałam, że albo nie chce iść tam sam, albo nie ufa mi na tyle, żeby pozwolić mi zostać samej w jego mieszkaniu, chociaż nie byłby to pierwszy raz. W każdym razie nie działały na niego moje prośby i ostatecznie to ja musiałam zgodzić się z nim pójść.
W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, muzyka stawała się coraz głośniejsza. Gdy dudnienie basów ledwo pozwalało poznać piosenkę, stało się oczywiste, że jesteśmy na miejscu. Weszliśmy do środka dość sporego baru, w którym kłębił się tłum pijących, rozmawiających lub tańczących na środku parkietu ludzi. Jak zwykle w takich sytuacjach na krok nie odstępowałam Eda, który co chwila wylewnie witał się z kolejnymi osobami, przy okazji przedstawiając mnie, przez co byłam zmuszona uśmiechać się miło. Część z nich jak się okazało pamiętała mnie, chociaż ja nie byłam w stanie przypomnieć sobie żadnej z tych twarzy. Nie powiem jednak, żeby specjalnie mi na tym zależało. Nie przepadałam za tymi fałszywymi uśmiechami i grzecznościowymi rozmowami, które nic nie wnosiły. To nie był mój świat, ale nie żałowałam tego.
Gdy przedarliśmy się w końcu w głąb lokalu, zobaczyłam oświetlony na niebiesko bar, przy którym siedziała dziewczyna z diademem na głowie. Domyśliłam się, że to pewnie jej urodziny są tak hucznie obchodzone i nie myliłam się. Po chwili znajdowaliśmy się już przy niej, a Ed składał jej życzenia. Jemma, jak usłyszałam z ust rudzielca, należała do dziewczyn bardzo oczywiście pięknych. Miała długie złote włosy, które falami spływały po jej odkrytych plecach, duże błękitne oczy, zgrabny nos i pełne usta pomalowane krwisto czerwoną pomadką. Ubrana była w króciutką srebrną sukienkę, która w całości pokazywała jej niezwykle szczupłe długie nogi, na których miała wysokie szpilki. Szczerzyła się w uśmiechu, słuchając życzeń rudzielca, po czym mocno go wyściskała. Skrzywiłam się, widząc to. Nie wiedziałam dlaczego, ale nie zapałałam do niej sympatią. Byłam pewna, że nie zna nawet połowy osób, które tutaj przyszły, co jak widać całkiem jej nie przeszkadzało.
- Może się czegoś napijemy? - zapytał Ed, gdy składaniem życzeń dziewczynie zajął się ktoś inny.
- Nie mam ochoty – odparłam, mając nadzieję, że zaraz stąd wyjdziemy.
- Jak chcesz – rudzielec wzruszył ramionami i podszedł do barmana.
Nie chcąc go zgubić, ruszyłam za nim. Z błękitnym drinkiem w dłoni Ed zaprowadził nas do jakiegoś wolnego stolika. Z ulgą opadłam na miękką czarną kanapę.
- Musiałem tu przyjść – zaczął tłumaczyć, sącząc powoli napój. - Jemma jest podobno moją wielką fanką, więc moja obecność tu była jej największym marzeniem.
Pokiwałam głową. To tłumaczyło dlaczego w jej oczach malowało się tak wielkie szczęście, gdy Ed do niej podszedł.
- Nie chodzisz na urodziny wszystkich fanek – zauważyłam bardzo odkrywczo.
Rudzielec się zaśmiał.
- Byłoby trochę ciężko – odparł, opróżniając kieliszek.
- Ale każdy fan marzy, żebyś pojawił się u niego na urodzinach.
- Ale nie każdy ma chłopaka, który jest moim znajomym.
- Zacznijmy od tego, że nie każdy ma chłopaka.
Ed ponownie zaczął się śmiać.
- Zabawna jesteś, gdy się irytujesz – powiedział, podnosząc się z kanapy. - Idę po jeszcze jednego. Chcesz coś?
Ponownie pokręciłam głową. Tylko brakowało, żebym się tu jeszcze upiła.
Nie musiałam długo czekać na powrót mojego towarzysza. Tym razem wnętrze jego kieliszka wypełniał czerwony płyn, który zniknął jeszcze szybciej niż poprzedni. Zastanawiało mnie to, w jakim tempie zniknie kolejny drink, jednak nie doczekałam się na to, gdyż mój pęcherz dopomniał się o opróżnienie go.
- Idę do łazienki – rzuciłam, podnosząc się z miejsca.
- Może cię zaprowadzę – zaproponował Ed.
- Do toalety? - spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Raczej trafię – uśmiechnęłam się i ruszyłam przed siebie.
Przedarcie się przez tłum okazało się większym wyzwaniem niż znalezienie odpowiednich drzwi, jednak w końcu i to mi się udało. Jeszcze lepiej poszło mi w drogę powrotną. Jednak gdy dotarłam do naszego stolika ze zdziwieniem zauważyłam, że jest on już zajęty przez grupę mężczyzn. Wśród nich dostrzegłam także Eda. Siedział pośrodku ze skrętem w dłoni. Na stoliku stało kilka kieliszków wódki. Jeden z nich także przed rudzielcem. Z niedowierzaniem pokręciłam głową. Widok ten odebrał mi wszelką wiarę w to, że szybko się stąd zmyjemy. Nie miałam zamiaru wracać na swoje miejsce, które i tak było już zajęte, jednak zanim się wycofałam, Ed zauważył mnie i zawołał do siebie. Niechętnie podeszłam i przecisnęłam się na miejsce obok niego. Nie za bardzo przysłuchiwałam się rozmowom toczącym się przy stoliku, gdyż zupełnie mnie to nie interesowało. Obserwowałam za to jak co chwila pojawiają się i znikają kolejne kieliszki albo jak wypalają kolejne skręty. Z każdą kolejną minutą gdy towarzystwo stawało się coraz głośniejsze i weselsze, żołądek skręcał mi się ze stresu. Nie lubiłam patrzeć jak ludzie się upijają i tracą kontrolę nad sobą, dlatego z ulgą przyjęłam informację, że mężczyźni, jak to określili, „idą na łowy”. Przy stoliku nareszcie zostałam tylko ja i rudzielec.
- Może pójdziemy już do domu? - spytałam tonem bardziej rozkazującym niż proszącym.
Ed skrzywił się.
- Nie, jeszcze nie.
- Mieliśmy przyjść tu na godzinę, a minęły już – spojrzałam na zegarek zapięty na prawym nadgarstku mężczyzny – prawie dwie.
W odpowiedzi machnął tylko ręką.
- Ed, obiecałeś.
- No dobra. Zaraz pójdziemy. Tylko znajdę jeszcze jedną osobę – powiedział, podnosząc się z kanapy, na którą po chwili opadł.
Spróbował wstać jeszcze raz. Tym razem mu się udało.
- Ed, wracaj! - krzyknęłam za nim, ale nawet się nie obejrzał.
Od początku wiedziałam, że tak będzie, dlatego nie chciałam tu przychodzić. Wiedziałam, że jak już zacznie się bawić, to nie będę mogła go stąd wyciągnąć.
- O, Nina! - do mojego stolika podszedł wysoki brunet.
Doskonale go pamiętałam. Tego uśmiechu się nie zapomina.
- Matt! Cześć! - odparłam, gdy mężczyzna usiadł obok mnie.
- Cieszę się, że znowu się spotykamy.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Ale tym razem nie pijesz – zlustrował wzrokiem blat stolika, na którym na szczęście nie stała już góra kieliszków.
- Ktoś musi być trzeźwy – westchnęłam cicho.
- Widzę, że nie za bardzo cieszysz się, że tu jesteś.
- Wcale.
- To tak jak ja. Niestety w tej branży trzeba się pokazywać na imprezach, nawet jeśli się tego nie lubi.
Uśmiechnęłam się współczująco.
- Może zatańczymy? Ostatnio szło nam bardzo dobrze - zaproponował Matt.
- Chętnie.
Już miałam podnieść się z kanapy, kiedy głos Eda mnie powstrzymał.
- Spieprzaj – powiedział do towarzyszącego mi bruneta.
- Ed! - syknęłam, czerwieniąc się ze wstydu, ale on nawet na mnie nie spojrzał.
- Nie słyszałeś? Spieprzaj! - powtórzył nieco głośniej.
Matt patrzył na niego zdezorientowany.
- Co jest? - spytał, wstając z miejsca.
Był sporo wyższy od Eda i z pewnością silniejszy, ale na rudzielcu najwyraźniej nie robiło to żadnego wrażenia.
- Ona przyszła tu ze mną, więc nie chcę cię tu widzieć!
W oczach mężczyzny widziałam wściekłość, która przy mnie do tej pory nigdy tam nie gościła. Nie spodobało mi się to. Matt na szczęście był opanowany.
- Dobra, wyluzuj – uniósł dłonie w geście poddania się. - Idę. Pa, Nino – zwrócił się do mnie.
Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco i patrzyłam jak odchodzi. Gdy jego miejsce zajął rudzielec, gotowa byłam wstać i wyjść. Problem był tylko w tym, że nie wiedziałam gdzie jestem i jak mam stąd trafić do domu.
- Wychodzimy – syknęłam do rozłożonego na kanapie Eda.
- Czekaj jeszcze – odparł z uśmiechem, który mnie rozzłościł.
- Nie – podniosłam się z kanapy i ruszyłam w tłum.
Mężczyzna jednak nie zamierzał iść za mną, a niestety był mi potrzebny. Nie miałam nawet pieniędzy na taksówkę. Nie wiedziałam co zrobić. Nie zamierzałam zostać tu ani minuty dłużej, ale samotne włóczenie się po nocy też mnie nie zachwycało. Z ciężkim sercem wróciłam do stolika. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł. Nie był on może najlepszy, ale jedyny jaki miałam.
- Daj mi telefon – zażądałam od rudzielca.
- Po co ci?
- Mój się rozładował, a muszę zadzwonić do Lucy – skłamałam szybko.
Ed jednak uwierzył i wyciągnął z kieszeni iPhone'a. Wzięłam go od niego i ruszyłam w kierunku wyjścia. Gdy przekroczyłam próg, owiał mnie rześki wiatr, który ochłodził moje płonące policzki. Stałam chwilę bez ruchu, opierając się o ścianę budynku i zastanawiając się co powinnam zrobić. W końcu zdecydowałam się odblokować telefon Sheerana i wybrałam odpowiedni numer. Poczekałam kilka sygnałów, aż po drugiej stronie odezwał się męski głos.
- Czego chcesz?
- Stuart? Tu Nina.
- Nina? Co się stało – Stu wyraźnie się zaniepokoił.
- Nic. To znaczy jestem z Edem na jakiejś imprezie i... Przepraszam, nie powinna, ale on...
- Rozumiem – przerwał mi. - Wyślij mi adres i zaraz będę.
Rozłączyłam się i rozejrzałam dookoła w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia. W końcu na jednej z witryn sklepowych zauważyłam nazwę ulicy. Szybko napisałam SMS-a do mężczyzny i przysiadłam na chodniku, zamykając oczy.
Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy usłyszałam parkujący nieopodal samochód, z którego po chwili wysiadł Stuart. Stanęłam na nogi i podeszłam do niego.
- Przepraszam – zaczęłam od razu, ale uciszył mnie.
- Nie masz za co. Idziemy po niego.
Podążając za mężczyzną, z powrotem weszłam do baru i ruszyłam do stolika, przy którym miałam nadzieję znaleźć rudzielca. Udało się. W dalszym ciągu siedział na kanapie, wychylając zawartość kolejnego kieliszka.
- Stu? - zdziwił się, gdy podeszliśmy do niego.
- Idziemy – rozkazał mężczyzna, ale Ed tylko się skrzywił.
- Posiedźmy jeszcze chwilę. Patrz jak przyjemnie – roześmiał się.
Stuart jednak nie zareagował.
- Idziemy – powtórzył stanowczo.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Wychodzimy w tej chwili.
- Dobra, już dobra – Ed chwiejnie podniósł się z miejsca.
Stu położył sobie jego rękę na ramieniu, żeby ten się nie przewrócił i powoli wyprowadził go na zewnątrz. Szłam kawałek za nimi. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobił. Że się upił, chociaż obiecał mi, że spędzimy ten wieczór razem. Byłam zła, jednak chyba bardziej było mi przykro, że o mnie zapomniał. Nie mogłam dłużej o tym myśleć. Wsiadłam do auta, w którym byli już Ed i Stuart i odetchnęłam głęboko. Odwróciłam się do tyłu, by spojrzeć na rudzielca, który opierał głowę o szybę i mruczał coś pod nosem. Postanowiłam zrobić to samo z wyjątkiem gadania do samej siebie. Zamknęłam oczy, próbując odgonić od siebie natrętne myśli. Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy Stu zgasił silnik.
- Zaczekaj – powiedział mężczyzna, gdy odpinałam pas. - Zaprowadzę go na górę i odwiozę cię do domu.
- Nie trzeba – uśmiechnęłam się blado.
- Chyba nie masz zamiaru chodzić sama o tej porze?
Pokręciłam głową.
- Zostanę z nim – odparłam szybko, wysiadając z samochodu.
Sama nie wiedziałam dlaczego po tym wszystkim jeszcze chciałam spędzić z nim czas.
- Jesteś pewna? - spytał Stu, otwierając drzwi po stronie Eda, z których po chwili z trudem wygramolił się rudzielec.
Skinęłam głową.
- Ale on jest dorosły. Poradzi sobie.
Spojrzałam na Eda, który zataczając się, przeszukiwał kieszenie w celu znalezienia kluczy.
- Nie jestem pewna – odparłam sceptycznie. - Sądzę, że pomoc mu się przyda.
- Jak chcesz – westchnął, łapiąc rudzielca, który omal się nie przewrócił, wchodząc do kamienicy.
Jeszcze nigdy wdrapanie się na górę nie zajęło nam tyle czasu. Ed co chwilę się potykał i tylko dzięki szybkim reakcjom swojego menadżera, nie poznał się bliżej z podłogą. Gdy w końcu dotarliśmy do mieszkania, marzyłam tylko o tym, żeby się położyć. Wiedziałam jednak, że to marzenie się nie spełni.
- Może z wami zostanę? - zapytał Stu, gdy zrzucałam z nóg buty.
- Nie trzeba. Dam sobie radę – uśmiechnęłam się uspokajająco.
- Nie wątpię, ale gdybyś coś potrzebowała to dzwoń.
- Dobrze.
- I gdybyś chciała wracać do domu to też dzwoń. Nie włócz mi się przypadkiem sama, bo o tej porze na londyńskich ulicach jest pełno napalonych zboczeńców, którzy tylko czekają na swoje ofiary.
Roześmiałam się, gdyż rozczuliła mnie jego troska.
- Zadzwonię – zapewniłam z uśmiechem.
Stuart westchnął, po czym pożegnał się ze mną i z Edem, który odpowiedział mu niewyraźnym mruknięciem.
Zamknąwszy za nim drzwi, zawiesiłam na wieszaku torebkę i ruszyłam do sypialni, w której zniknął Sheeran. Stanęłam w progu. Rudzielec leżał zwinięty na łóżku z twarzą wtuloną w poduszkę.
- Pomóc ci w czymś? - zapytałam cicho.
Pokręcił głową.
- A może coś ci podać?
- Wody – dobiegł mnie stłumiony głos. - Z lodem najlepiej.
Usłyszawszy to, wyszłam z pokoju i poszłam do kuchni. Oparłam się o zimny blat i głęboko wciągnęłam powietrze, zamykając przy tym oczy. Gdy po chwili moje nerwy uspokoiły się na tyle, że byłam pewna, iż nie zbiję szklanki, wyciągnęłam ją z szafki i wypełniłam wodą, do której wrzuciłam dwie kostki lodu. Chwyciłam naczynie, jednak zaraz je odstawiłam i powtórzyłam wcześniejsze czynności. Mnie też potrzebne było picie.
Z dwoma szklankami w dłoniach wróciłam do sypialni. Ed zmienił już swoją pozycję. Teraz siedział z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ramę łóżka.
- Proszę – podałam mu jedną ze szklanek.
- Dziękuję – mruknął bełkotliwie.
Usiadłam obok niego i upiłam kilka łyków. Od razu zrobiło mi się lepiej, gdy zimny płyn schłodził mój rozgrzany organizm.
- Mówiłaś kiedyś, że miałaś chłopaka – zaczął, gdy opróżnił całe naczynie.
Potwierdziłam skinieniem głowy.
- Spałaś z nim? - spytał, wlepiając we mnie swoje rozszerzone źrenice.
- Nie – odparłam półgłosem.
- Czyli nie spałaś z żadnym chłopakiem? - powiedział cicho bardziej sam do siebie.
Nie wiedziałam na co mu te informacje, ale przyzwyczaiłam się, że jego zachowanie nie zawsze musi mieć sens. Poza tym odkąd się poznaliśmy rozmawialiśmy o tak wielu dziwnych rzeczach, że to mnie wcale nie zaskoczyło. Zaskoczyła mnie natomiast nagła zmiana jego zachowania. Położył na moim kolanie swoją zimną dłoń i zaczął przesuwać ją wyżej. Przez chwilę tylko obserwowałam jego ruchy, zastanawiając się co robi, ale gdy wjechał pod sukienkę i raczej nie zamierzał na tym poprzestać, uznałam, że czas mu przerwać. Bez słowa chwyciłam jego rękę i przeniosłam ją na kołdrę. Przez myśl przemknęło mi, że może powinnam wstać, żeby dać mu jeszcze jaśniej do zrozumienia, że nie mam na to ochoty, jednak lenistwo wzięło nade mną górę.
- Wiem, że chcesz – jego wzrok błyszczał od nadmiaru wódki i zielska.
Westchnęłam, przewracając przy tym oczami.
- Nie chcę – odparłam najspokojniej jak potrafiłam.
- Nie zgrywaj takiej niedostępnej. Nie masz ochoty, żebym cię przeleciał? - jego głos był zachrypnięty.
Czy oni się umówili, żeby „poznać mnie bliżej” akurat w przeddzień mojego wyjazdu?
- Nie jestem taka łatwa, jak ci się wydaje – powiedziałam, patrząc w jego niebieskie tęczówki.
Nie bałam się go, bo nie sądziłam, że mam czego. Był mocno nietrzeźwy, a ludzie w tym stanie mówią różne rzeczy. Siedziałam spokojnie, czekając na jego reakcję. Ed roześmiał się głośno.
- Nie obchodzi mnie to – wzruszył ramionami. - Coś mi się należy za te trzy miesiące. Chyba nie sądziłaś, że spotykam się z tobą tylko dlatego, że bardzo cię lubię.
Tak właśnie sądziłam.
Wytrzeszczyłam oczy, zastanawiając się czy aby na pewno dobrze zrozumiałam jego słowa. Mój mózg bardzo powoli je analizował, przez co siedziałam odrętwiała i nawet nie zauważyłam, kiedy twarz rudzielca znalazła się na tyle blisko mojej, że mogłam wyczuć w jego oddechu alkohol pomieszany z papierosami i marihuaną.
- Zostaw mnie – syknęłam, gdy w pełni dotarł do mnie sens jego wypowiedzi.
Byłam na niego wściekła i jak najszybciej chciałam stamtąd wyjść. Szybko wstałam z łóżka, ale on był szybszy. Mocno złapał mnie za nadgarstki i pociągnął tak, że z powrotem wylądowałam na materacu.
- Nie uciekaj – szepnął z kpiącym uśmieszkiem.
Zagryzłam dolną wargę, by opanować kipiące we mnie emocje. Nie na wiele się to jednak zdało. Czułam, że złość rozerwie mnie od środka.
- Puść mnie! - krzyknęłam, próbując wyrwać ręce z uścisku.
- Csiii – przyłożył sobie palec do ust. - Nie krzycz skarbie – powiedział cicho, znacznie zmniejszając odległość między nami.
Zaczęłam drżeć, gdy dotknął dłonią mojej twarzy. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.
- Puść mnie, kurwa! - krzyknęłam raz jeszcze, co tylko wywołało kolejną falę wesołości na jego twarzy.
Nie bałam się go, choć teraz miałam już ku temu powody. Jednak wściekłość, która wypełniała moje wnętrze, była silniejsza niż strach.

Gdy poczułam jego język na swojej szyi, eksplodowałam. Uwolniłam ręce i uderzyłam go, po czym jak najszybciej zeskoczyłam z łóżka i wybiegłam do przedpokoju, gdzie w pośpiechu założyłam buty i zgarnęłam torebkę. Kilka sekund później, zbiegając po dwa stopnie, wypadłam na dwór. Rzuciłam się pędem przed siebie, nie zważając na rzęsisty deszcz, który strugami spływał po każdej części mojego ciała ani na wiatr plączący moje bezładnie opadające włosy. Biegłam na oślep, nie oglądając się za siebie. Nie wiedziałam gdzie jestem ani gdzie będę, gdy się zatrzymam, jednak zupełnie mnie to nie obchodziło. Ważne było, żebym znalazła się jak najdalej od niego.


~~~~~~~~~~~~~~~~
Długo czekałam na ten rozdział, gdyż miałam go w głowie od samego początku. Chciałam, żeby wyszedł idealnie, ale wiem, że to nie możliwe. Mam jednak nadzieję, że się spodobał :)