Stanęłam
dopiero wtedy, gdy mięśnie nóg nie były zdolne do dalszej pracy,
a palący ból w płucach nie pozwalał na wzięcie choćby
najmniejszego oddechu. Ostatkami sił przeskoczyłam na drugą stronę
ulicy i przywarłam do barierki nad brzegiem Tamizy. Ścisnęłam ją
tak mocno, że moje palce zrobiły się białe. Po chwili bezwładnie
opadłam na najbliższą ławkę. Wydawało mi się, że zemdleję i
może nie byłoby to najgorsze rozwiązanie. Uwolniłabym się
przynajmniej od dręczących mnie myśli. Nie miałam jednak siły
nawet na to, by zemdleć. Podciągnęłam kolana pod brodę,
obejmując je lodowatymi rękami i ukryłam w nich twarz. Dobrą
chwilę zajęło mi zorientowanie się, że płaczę. Wcześniej łzy
mieszały się z kroplami deszczu i razem z nimi spływały po moim
nosie i brodzie. Jednak teraz, gdy twarz miałam osłoniętą, czułam
dokładnie jak słone krople toczą się po
policzkach.
Chciałam się ukryć i oderwać od tej paskudnej rzeczywistości,
lecz wiedziałam, że to niemożliwe. Myśl, że przez cały ten czas
byłam dla niego tylko dziewczyną na jedną noc, powracała z każdym
oddechem i boleśnie wbijała się w moje serce. Cierpiałam dlatego,
że mu zaufałam. Dlatego, że wierzyłam, że on taki nie jest, że
to nie jest dla niego najistotniejsze. Myliłam się. Tak bardzo się
myliłam. Byłam wściekła na niego, ale chyba przede wszystkim na
siebie za to, że naiwnie mu ufałam, że łykałam te wszystkie jego
słodkie słówka, obietnice i wybaczałam, gdy mnie przepraszał.
Jak mogłam być tak głupia i ślepa?
Gdy coraz
dłużej o tym myślałam, docierała do mnie jeszcze jedna rzecz.
Gdyby był trzeźwy, gdyby nie musiał iść na tę imprezę, cała
noc wyglądałaby inaczej, jednak to wcale nie znaczy, że lepiej.
Byłam niemal pewna, że wtedy zrobiłby wszystko, by zaciągnąć
mnie do łóżka i kto wie, jak wtedy bym się zachowała. Szybko
odgoniłam od siebie tę myśl. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać,
do czego mogłoby dojść. Łapczywie łapałam powietrze, próbując
powstrzymać się przed kolejnymi atakami rozpaczy, jednak w niczym
to nie pomagało. Ramiona i plecy trzęsły mi się od głośnego
szlochu. Nie potrafiłam w żaden sposób zahamować potoku łez,
który spływał po rękach i skapywał z łokci. Czułam we wnętrzu
ból, którego nic nie mogło ukoić. Chciałam zapomnieć i
spokojnie wrócić do domu, lecz zamiast tego wciąż siedziałam na
ławce i powoli zaczynałam odczuwać dokuczliwy chłód ulewnej
nocy. Nogi i ramiona pokryły się gęsią skórką, a przemoczona
sukienka przykleiła mi się do ciała, dodatkowo je ziębiąc. Nie
miałam jednak dość sił, by podnieść się z ławki. Wszystkie
zmarnowałam na szaleńczy bieg i rozpaczliwy płacz, który powoli
ustawał. Rozluźniłam napięte mięśnie ramion i pleców i
uniosłam głowę. Deszcz nie był już tak mocny. Odwróciłam twarz
w stronę rzeki. Nie wiele widziałam przez szkliste oczy i
nieprzenikniony mrok nocy, ale wyraźnie słyszałam szum jej fal
rozbijających się o brzegi. Pomyślałam, że pewnie całkiem
przyjemnie byłoby do niej wskoczyć.
*
Próbowałam
zasnąć, jednak ból, który czułam nie pozwalał mi na to.
Przekręcałam się z boku na bok, próbując zmusić organizm do tak
potrzebnego mu odpoczynku. Wszystko na nic. Przed oczami wciąż
miałam wyraz jego twarzy, a ton głosu rozbrzmiewał w mojej głowie.
Czułam na sobie dotyk jego rąk, który przyprawiał mnie o mdłości.
Nie potrafiłam wyrzucić tego z pamięci, chociaż za wszelką cenę
się starałam. Udawałam przed Lucy i Paulem, że nic wielkiego się
nie stało, podczas gdy od środka mnie rozrywało. Nigdy wcześniej
czegoś takiego nie przechodziłam. Nawet rozstanie z chłopakiem, z
którym byłam przez ponad rok nie bolało tak bardzo. Nie
wiedziałam, co się ze mną dzieje. Poduszka była wilgotna od łez,
które bezustannie wypływały z moich oczu. Dziwiłam się, że
jeszcze się nie skończyły, gdyż była to kolejna rzecz, której w
sobie nie poznawałam. Ja z natury nie płakałam. Jasne, czasem
zdarzało mi się uronić kilka łez najczęściej bez żadnego
powodu, ale gdy przychodziło co do czego po prostu nie potrafiłam
płakać. A teraz? Wystarczyło jedno zdanie, by słone krople nie
przestawały spływać po moich policzkach.
Słyszałam
dochodzące zza ściany ciche głosy. Byłam pewna, że Lucy i Paul
rozmawiają o mnie. Nie mogłam im się dziwić. Zadzwoniłam
zapłakana tuż przed północą, a potem twierdziłam, że wszystko
jest w porządku. Martwili się i było mi głupio, że przeze mnie
nie śpią. Nie chciałam, żeby tak było. Na koniec wszystko poszło
źle.
Gapiłam się
w ciemność, a w głowie przebiegały mi chwile, gdy myślałam, że
zależy mu na mnie. Gdy czule mnie całował i przytulał albo gdy
chował moją małą, zimną dłoń w swojej dużej i ciepłej, wtedy
naprawdę myślałam, że to ma sens. Jak byłam głupia. Na te
wspomnienia z kącików oczu znów spłynęły pojedyncze łzy. Nigdy
nie chciałam być jego naiwną zabawką i wolałabym go nie spotkać,
niż zostać tak potraktowaną. Wciąż na nowo zadawałam sobie to
samo pytanie. Jak mogłam być tak ślepa, żeby nie zauważyć, że
nie wszystko z jego strony jest uczciwe? Nie potrafiłam znaleźć
odpowiedzi. Szukałam momentów, w których mogłabym się
zorientować, ale na próżno. Nigdy nie zrobił nic, co wzbudzałoby
moje wątpliwości. Zaczęłam się zastanawiać czy nie wymyśliłam
sobie tych słów, czy nie były one jedynie wytworem mojej bujnej
fantazji. Uszczypnęłam się, by sprawdzić czy to nie sen, ale ból
przekonał mnie, że niestety nie. Wzięłam głęboki oddech. A może
nie powinnam się tym aż tak przejmować? Był pijany i zjarany,
więc nie wiedział, co mówi. Chociaż z drugiej strony po alkoholu
język się rozwiązuje i mówi się rzeczy, które na trzeźwo się
ukrywa. Ale może u niego działała ta pierwsza opcja? Cholera,
dlaczego starałam się go tłumaczyć. Chciał mnie zaliczyć i sam
się do tego przyznał, a ja nie miałam zamiaru być kolejną
odhaczoną na jego liście. Jutro pewnie nawet nie będzie tego
pamiętał, w przeciwieństwie do mnie.
Zamknęłam
oczy. Modliłam się o sen, który ukoiłby moje nerwy, jednak znów
naszła mnie kolejna wątpliwość. On miał dziewczynę. Czy mógłby
ją ze mną zdradzić? Nie chciałam w to wierzyć. Chociaż jeśli
był w stanie mnie całować, może byłby też w stanie przespać
się ze mną ze świadomością, że za dwa tygodnie będzie spał z
nią. Wykończona szukaniem odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi
powoli zapadałam się w ciemność.
Wyrwały mnie
z niej pierwsze promienie słońca, które bezczelnie wdzierały się
do mojego pokoju. Otworzyłam oczy, mrużąc je przed słońcem i
spojrzałam na zegarek. Była 5:12. Westchnęłam załamana.
Wiedziałam, że już nie zasnę, a leżenie w łóżku tylko
bardziej mnie dobijało. Rozprostowałam nogi. Mięśnie bolały mnie
tak potwornie, jakbym przebiegła maraton bez żadnego przygotowania.
Przezwyciężając protesty organizmy, wstałam z łóżka i
powlokłam się do lustra. To co zobaczyłam, przeraziło mnie.
Zaczerwienione i zapuchnięte od płaczu oczy, splątane włosy
przyklejone do twarzy i czarne smugi rozmazanego tuszu na policzkach.
W tym stanie nie przypominałam człowieka. Musiałam coś z tym
zrobić. Zgarnęłam czyste ubrania i najciszej jak umiałam, poszłam
do łazienki, gdzie niemal od razu wskoczyłam pod prysznic. Gorąca
woda spływała po moim ciele, obmywając mnie ze stresu nocy.
Oddychałam głęboko, stojąc pod rozpieszczającymi mnie strugami.
Tego mi było trzeba.
Czysta i
pozornie spokojna wróciłam do pokoju. Ogarnęłam wnętrze
wzrokiem. Kilka rzeczy walało się jeszcze po podłodze. Zebrałam
je i upchnęłam z zapełnionej po brzegi walizce. Z trudem zapięłam
zamek, który sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał pęknąć. Na
szczęście udało mi się do tego nie dopuścić. Zmęczona walką z
zapięciem padłam na materac. Oddałam się bezmyślnemu gapieniu w
sufit, co przyszło mi nader łatwo. Otrzeźwiło mnie dopiero ciche
pukanie do drzwi. Uniosłam głowę, spoglądając w szczelinę, w
której pojawiła się twarz Lucy.
- Mogę? -
zapytała szeptem.
- Pewnie –
odparłam, próbując przybrać coś na kształt uśmiechu.
Kobieta weszła
do środka i usiadła na skraju łóżka.
- Dobrze
słyszałam, że brałaś prysznic – spojrzała na moje mokre włosy
związane w luźnego warkocza.
Spuściłam
głowę.
- Przepraszam,
że cię obudziłam.
- Nie
obudziłaś – uśmiechnęła się.
- W takim
razie przepraszam, że przeze mnie nie spałaś.
- Nie przez
ciebie – pogłaskała mnie po nodze. Spojrzałam na nią z
powątpiewaniem. - No dobra – westchnęła. - Martwiliśmy się z
Paulem o ciebie. Wyglądałaś jak siedem nieszczęść, a nie
chciałaś powiedzieć co się stało. Wiesz, że możesz nam zaufać
– dodała po chwili, patrząc mi w oczy i kładąc swoją dłoń na
mojej.
Ledwo
zauważalnie pokiwałam głową. Wiedziałam to, ale nie mogłam
powiedzieć prawdy. Po prostu nie mogłam.
- To naprawdę
nic takiego – powiedziałam cicho, odwracając wzrok. - Pokłóciłam
się, nic więcej – wzruszyłam ramionami, próbując
zbagatelizować sprawę.
Lucy to jednak
nie przekonało. Patrzyła na mnie tak, jakby chciała prześwietlić
moje myśli. Na szczęście nie mogła tego zrobić. Po chwili, gdy
nie doczekała się dalszych wyjaśnień, westchnęła cicho i
uśmiechnęła się do mnie blado.
- Jeśli
chcesz, to możesz zejść na dół. Zrobimy śniadanie i powoli
będziemy zbierać się na lotnisko – wstała z łóżka.
Lekko pokiwałam
głową, dodając, że zaraz zejdę. Kobieta wyszła z pokoju, a ja z
powrotem opadłam na materac. Zamknęłam oczy i przełknęłam
ślinę, starając się nie dać wyjść na zewnątrz zgromadzonym
łzom. Czułam się podwójnie źle ze świadomością, że martwię
Lucy. Kolejny raz wzięłam głęboki oddech i wypuściłam powietrze
ustami. Powoli podniosłam się z łóżka i wyszłam z pokoju.
**
Spieprzyłem
to. Jak zwykle wszystko spieprzyłem. Nina uciekła i jestem pewien,
że nie chce mnie znać. Nie dziwię się jej. Jak kurwa mogłem coś
takiego powiedzieć? No jak? Przecież nawet tak nie myślę. No
dobra, może kiedyś... to znaczy wczoraj chciałem się z nią
przespać, w końcu jest naprawdę świetną dziewczyną pod każdym
względem, ale do cholery nie dlatego się z nią spotykałem. To
wszystko przez tę pieprzoną imprezę. Nie chciałem na nią iść.
Serio. I może wyszlibyśmy stamtąd w godzinę tak jak jej
obiecałem, ale spotkałem chłopaków i... Prosiłam mnie. Gdybym
jej posłuchał, może nic by się nie stało, ale tego nie zrobiłem.
Jestem taki głupi.
Uderzam
pięścią w kuchenną szafkę, po czym opadam na kolana i dotykam
czołem zimnego blatu. Głowa pęka mi na maleńkie kawałeczki, ale
nie to mnie w tej chwili obchodzi. Siadam na podłodze, opierając
plecy o zmywarkę i podkurczając nogi. Ukrywam twarz w dłoniach, a
palce mocno wczepiam we włosy. Pamiętam wszystko. Każdą sekundę.
Cały czas widzę jej spojrzenie, w którym gości wściekłość
wymieszana z przerażeniem i jeszcze większym zaskoczeniem. Boli
mnie to. Myśl o tym, że przeze mnie cierpi nie daje mi spokoju.
Chciałbym, żeby okazało się to tylko beznadziejnym koszmarem, ale
wiem, że tak nie jest. Muszę ją przeprosić. Muszę błagać ją,
żeby mi wybaczyła.
Podnoszę się
z podłogi i bardzo wolno podchodzę do drzwi prowadzących na
balkon. Uchylam je i wychodzę na zewnątrz. Słońce atakuje moją
głowę. Z bólem mrużę oczy. Staję w miejscu, gdzie Nina uczyła
mnie tańczyć i gdzie jeszcze dwa dni temu jedliśmy winogrona i
śmialiśmy się z ludzi na dole. Biorę głęboki oddech i mocno
łapię się barierki. Patrzę w dal na tętniące życiem centrum.
Wszystko wydaje się być całkowicie normalne, ale dla mnie tak nie
jest. Wyciągam z kieszeni bluzy telefon i wybieram jej numer. Słyszę
sygnał. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Piąty. Siódmy. Rozłączam się.
Próbuję kolejny raz. To samo. Próbuję jeszcze jeden. I następny.
I znowu. I jeszcze raz. Cisza. Zdaję sobie sprawę, że nie chce ze
mną rozmawiać, ale łudzę się, że może jednak w końcu
odbierze. Nie. Mam ochotę rzucić telefonem, ale nie robię tego, bo
wtedy już zupełnie nie mógłbym się z nią skontaktować. Wysyłam
SMS-a. Wpatruję się w wyświetlacz, czekając na odpowiedź.
Minuta. Dwie. Trzy. Cztery. Osiem. Dziesięć. Piętnaście.
Dwadzieścia dwie. Trzydzieści. Chowam komórkę do kieszeni. To nie
ma sensu. Nie odpisze mi. Nie oddzwoni. Ona mnie nienawidzi. Uważa,
że potraktowałem ją jak zabawkę. Nie powinna mnie nigdy spotkać.
Przecieram
twarz dłońmi i splatam je nad głową. Mógłbym do niej pojechać.
Mógłbym czekać na nią na lotnisku. Ale nie mogę. Nie mogę, bo
jestem jakąś pieprzoną gwiazdą bez prywatności. Jestem jak
więzień. Jedyne co mogę, to bezmyślnie czekać na rozwój
sytuacji. Kurwa, jak ja tego nienawidzę. Zrezygnowany siadam na
podłodze, opierając się o barierkę, która wbija mi się w plecy.
Przymykam oczy i staram się nie myśleć o niczym, ale to chyba
niewykonalne. Szczególnie, że nagle czuję wibracje mojej komórki.
Zrywam się na równe nogi. Może to ona? Może jednak nie nienawidzi
mnie tak bardzo jak myślę? Chcę tak szybko wyciągnąć telefon z
kieszeni, że plączę się w niebieskim materiale. Gdy w końcu
trzymam iPhone'a w dłoni i spoglądam na wyświetlacz, cała moja
nadzieja pryska w jednej chwili. Dzwoni Stu. Jeszcze jego mi
brakowało. Nie mam ochoty z nim rozmawiać, ale jeśli nie odbiorę
gotów tu jeszcze przyjść, a na to jeszcze bardziej nie mam ochoty.
Z westchnieniem przeciągam zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Ed, jak się
czujesz?
Jego pytanie
jest takie bezsensowne.
- Jakby
przejechał po mnie czołg – odpowiadam zachrypniętym głosem.
- No tak,
czyli nie najlepiej. A Nina?
Na dźwięk jej
imienia cały się napinam.
- Co Nina? -
pytam słabo.
- Nie spała u
ciebie? - Stu brzmi na zdziwionego.
Chciałbym.
- Nie.
- Pozwoliłeś
jej wracać samej po nocy?
Gdybym miał
coś do powiedzenia w tej kwestii.
- Nie pytała
mnie o zdanie – mówię zgodnie z prawdą.
- A mówiłem
jej, żeby do mnie zadzwoniła, gdy... Chwila. Jak to cię nie
pytała? Przecież nie byłeś aż tak nietrzeźwy, żeby urwał ci
się film – niestety. - Ed, co się stało? - w jego głosie słyszę
niepokój.
Nie potrafię
mu odpowiedzieć, dlatego tylko wzdycham.
- Będę u
ciebie za dziesięć minut – rzuca Stu i rozłącza się.
A tak bardzo
chciałem uniknąć jego wizyty i tłumaczenia się ze swojej
głupoty. Nawet to mi nie wyszło.
**
Wchodziliśmy
z Kevinem po schodach, przepychając się i śmiejąc głośno.
Miałam wziąć z pokoju swoje torby, bo zaraz wyjeżdżaliśmy na
lotnisko. Cały ranek upłynął nam na wesołych rozmowach, zupełnie
jakby Lucy i Paul już zapomnieli, że kilka godzin temu zgarniali
mnie przemoczoną od deszczu i łez z ulicy, której nazwy nawet nie
pamiętam. A może po prostu nie chcieli się tym już przejmować? W
każdym razie dzięki temu udało mi się choć na chwilę prawie
całkowicie o nim zapomnieć.
Trzy razy
sprawdziłam czy aby na pewno wszystko wzięłam i ostatni raz
ogarnęłam wzrokiem puste pomieszczenie. Miałam nadzieję, że o
niczym nie zapomniałam. Oprócz komórki leżącej na szafce nie
widziałam już nic mojego. Z westchnieniem podeszłam po telefon.
Niebieskie światełko informowało mnie, że ktoś do mnie dzwonił
albo napisał SMS-a. Odblokowałam ekran. Dobry humor, który
utrzymywał się od ponad dwóch godzin zniknął natychmiast. Miałam
jedenaście nieodebranych połączeń i to wszystkie od niego. Był
też SMS. Kliknęłam na kopertę.
- Nino,
jedziemy! - dobiegło mnie wołanie z dołu.
- Już idę! -
odkrzyknęłam, wpatrując się nerwowo w tekst na wyświetlaczu.
Błagam,
porozmawiaj ze mną.
Natychmiast
usunęłam wiadomość i schowałam komórkę do kieszeni. Nie miałam
zamiaru z nim rozmawiać. Nie chciałam słuchać jego wyjaśnień.
Nie obchodziło mnie, co miał mi do powiedzenia, gdy na trzeźwo
wszystko przemyślał. To wykraczało poza moją wytrzymałość.
- Nino! -
usłyszałam ponowne wołanie, które przywróciło mnie do
rzeczywistości.
Zagryzłam
dolną wargę i złapałam rączkę walizki. Na ramieniu powiesiłam
sobie torbę, po czym zeszłam na dół.
W drodze na
lotnisko nie odezwałam się ani słowem. Czasami uśmiechałam się
tylko niewyraźnie, gdy opowiadali sobie jakieś żarty, ale przez
większość czasu po prostu gapiłam się w okno. Nie wiedziałam
nawet na co patrzę. Myślami byłam w zupełnie innym miejscu.
Dopiero, gdy wysiadłam z auta skupiłam się na tym, na czym
powinnam. Heathrow było tak wielkie, że z łatwością mogłabym
się zgubić. Poza tym moją uwagę zajmowało niekończące się
pożegnanie z rodzinką, którą pokochałam prawie tak jak swoją.
Natrętne
myśli powróciły, gdy czekałam w terminalu. Chcąc je jak
najszybciej od siebie odgonić, zadzwoniłam do mamy, która jak
zwykle odebrała niemal od razu.
- Cześć,
córciu! - usłyszałam jej szczęśliwy głos. - Jesteś już na
lotnisku?
- Tak.
- Dałaś
sobie radę? Nie pogubiłaś się?
Przewróciłam
oczami na jej przesadną troskę.
- Nie,
wszystko w porządku.
- To dobrze.
Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłam.
- Ja też.
- Dobrze ci
tam było?
- Bardzo –
moje lakoniczne odpowiedzi nie podobały się nawet mnie samej.
- To pewnie
nie chcesz wracać, co?
- O, nie! Chcę
być już w domu – zapewniłam szybko, orientując się, że mój
ton mógł ją trochę zaniepokoić.
I tak też
było.
- A coś się
stało? - zapytała ostrożnie.
- Nie, po
prostu już bardzo tęsknię – odparłam, mówiąc tylko połowę
prawdy, która uspokoiła mamę.
- A to dobrze.
W takim razie już nie mogę się doczekać, aż przylecisz. Kocham
cię.
- Ja ciebie
też kocham – odparłam z uśmiechem i rozłączyłam się.
Schowałam
telefon i ukryłam twarz w dłoniach. Zdałam sobie sprawę, że
nawet mamę będę musiała okłamywać i zupełnie mi się to nie
podobało. Nie mogłam jednak dłużej o tym myśleć, bo w kieszeni
rozbrzmiał dzwonek komórki. Wyciągnęłam ją i przeciągnęłam
czerwoną słuchawkę. Tak samo zrobiłam jeszcze trzy razy pod rząd.
Czy jemu się nudziło? W końcu wyciszyłam telefon. Miałam jeszcze
pięć minut. Próbowałam znaleźć sobie zajęcie, które
pozwoliłoby mi przestać obsesyjnie myśleć o dzwoniącym w kółko
telefonie. Wyjęłam książkę, jednak nie potrafiłam skupić się
na żadnym słowie. Gdy w końcu wysoka młoda blondynka o ślicznym
uśmiechu podeszła do swojego stanowiska, pierwsza rzuciłam się w
jej stronę.
Przez całą
drogę do samolotu starałam się nie myśleć o komórce.
Obserwowałam ludzi w autobusie i zastanawiałam się nad ich życiem,
byle tylko nie zastanawiać się nad swoim. Gdy wreszcie rozsiadłam
się wygodnie pod oknem, pozwoliłam sobie wyciągnąć
nieprzestający dzwonić telefon. Było 13 nieodebranych połączeń
i 4 SMS-y. Zachowywał się coraz bardziej rozpaczliwie, ale nie
interesowało mnie to. Usunęłam wszystko, nie patrząc na treść
wiadomości. Kątem oka zauważyłam, że obok mnie usiadła kobieta
z rozłożoną gazetą. Z ciekawością zerknęłam na czasopismo,
mając nadzieję, że czymś się w końcu zajmę, jednak gdy
zauważyłam jego nazwisko gwałtownie odwróciłam wzrok. Czy on
mnie teraz będzie śledził pod każdą postacią?
Musiałam się
odciąć, a przede wszystkim zmienić numer. Gdzieś na dnie torby
miałam polską kartę. Położyłam sobie ciężar pięciu
kilogramów na kolanach i zaczęłam poszukiwania. Pewnie mogłabym
to zrobić po wylądowaniu, ale nie chciałam oglądać w Polsce jego
numeru. Grzebałam więc wytrwale, aż w końcu w moich palcach
znalazł się mały przedmiot owinięty w skrawek papieru.
Wyciągnęłam go. Był na nim zapisany niewyraźny numer. Przez
chwilę zastanawiałam się co to jest, aż wreszcie mi się
przypomniało. Nina dała mi swój numer na tej nieszczęsnej
imprezie. Razem z tym wspomnieniem pojawiły się w mojej głowie jej
słowa: „Wiem jak traktuje dziewczyny. Napisze o tobie piosenkę i
pozamiatane. Po prostu nie chcę, żebyś przez niego cierpiała.”
Pokręciłam głową, słysząc w myślach jej głos. Wtedy nie
chciałam jej słuchać, bo sądziłam, iż mówi tak, dlatego że
chce się na nim odegrać albo jest zbyt pijana, ale teraz musiałam
przyznać jej rację. No właśnie.
Moje kciuki
szybko przesuwały się po klawiaturze i zanim zastanowiłam się czy
to co robię ma jakikolwiek sens kliknęłam „Wyślij”. Wzięłam
głęboki oddech i natychmiast wymieniłam w telefonie kartę.
Schowałam komórkę do kieszeni i oparłam głowę o okno. Zaraz
mieliśmy startować. Tylko na to czekałam. Czekałam, żeby
pożegnać Londyn, Anglię i jego siedzącego pewnie w swoim
mieszkaniu i kolejny raz wybierającego mój numer, który już nie
odpowiadał.
POTRZEBUJĘ KOLEJNEGO ROZDZIAŁU JAK POWIETRZA. Ten rozdział jest genialny! Nie wiem kiedy ostatnio czytając jakiekolwiek opowiadanie tak bardzo targały mną emocje, poważnie. Ta końcówka jest strasznie denerwująca - chcę już wiedzieć co ona do niego napisała, matko! Cały czas mam otwarte usta, pisz szybko, błagam...
OdpowiedzUsuń