piątek, 25 września 2015

Rozdział XVI

Stanęłam dopiero wtedy, gdy mięśnie nóg nie były zdolne do dalszej pracy, a palący ból w płucach nie pozwalał na wzięcie choćby najmniejszego oddechu. Ostatkami sił przeskoczyłam na drugą stronę ulicy i przywarłam do barierki nad brzegiem Tamizy. Ścisnęłam ją tak mocno, że moje palce zrobiły się białe. Po chwili bezwładnie opadłam na najbliższą ławkę. Wydawało mi się, że zemdleję i może nie byłoby to najgorsze rozwiązanie. Uwolniłabym się przynajmniej od dręczących mnie myśli. Nie miałam jednak siły nawet na to, by zemdleć. Podciągnęłam kolana pod brodę, obejmując je lodowatymi rękami i ukryłam w nich twarz. Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się, że płaczę. Wcześniej łzy mieszały się z kroplami deszczu i razem z nimi spływały po moim nosie i brodzie. Jednak teraz, gdy twarz miałam osłoniętą, czułam dokładnie jak słone krople toczą się po
policzkach. Chciałam się ukryć i oderwać od tej paskudnej rzeczywistości, lecz wiedziałam, że to niemożliwe. Myśl, że przez cały ten czas byłam dla niego tylko dziewczyną na jedną noc, powracała z każdym oddechem i boleśnie wbijała się w moje serce. Cierpiałam dlatego, że mu zaufałam. Dlatego, że wierzyłam, że on taki nie jest, że to nie jest dla niego najistotniejsze. Myliłam się. Tak bardzo się myliłam. Byłam wściekła na niego, ale chyba przede wszystkim na siebie za to, że naiwnie mu ufałam, że łykałam te wszystkie jego słodkie słówka, obietnice i wybaczałam, gdy mnie przepraszał. Jak mogłam być tak głupia i ślepa?
Gdy coraz dłużej o tym myślałam, docierała do mnie jeszcze jedna rzecz. Gdyby był trzeźwy, gdyby nie musiał iść na tę imprezę, cała noc wyglądałaby inaczej, jednak to wcale nie znaczy, że lepiej. Byłam niemal pewna, że wtedy zrobiłby wszystko, by zaciągnąć mnie do łóżka i kto wie, jak wtedy bym się zachowała. Szybko odgoniłam od siebie tę myśl. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać, do czego mogłoby dojść. Łapczywie łapałam powietrze, próbując powstrzymać się przed kolejnymi atakami rozpaczy, jednak w niczym to nie pomagało. Ramiona i plecy trzęsły mi się od głośnego szlochu. Nie potrafiłam w żaden sposób zahamować potoku łez, który spływał po rękach i skapywał z łokci. Czułam we wnętrzu ból, którego nic nie mogło ukoić. Chciałam zapomnieć i spokojnie wrócić do domu, lecz zamiast tego wciąż siedziałam na ławce i powoli zaczynałam odczuwać dokuczliwy chłód ulewnej nocy. Nogi i ramiona pokryły się gęsią skórką, a przemoczona sukienka przykleiła mi się do ciała, dodatkowo je ziębiąc. Nie miałam jednak dość sił, by podnieść się z ławki. Wszystkie zmarnowałam na szaleńczy bieg i rozpaczliwy płacz, który powoli ustawał. Rozluźniłam napięte mięśnie ramion i pleców i uniosłam głowę. Deszcz nie był już tak mocny. Odwróciłam twarz w stronę rzeki. Nie wiele widziałam przez szkliste oczy i nieprzenikniony mrok nocy, ale wyraźnie słyszałam szum jej fal rozbijających się o brzegi. Pomyślałam, że pewnie całkiem przyjemnie byłoby do niej wskoczyć.
*
Próbowałam zasnąć, jednak ból, który czułam nie pozwalał mi na to. Przekręcałam się z boku na bok, próbując zmusić organizm do tak potrzebnego mu odpoczynku. Wszystko na nic. Przed oczami wciąż miałam wyraz jego twarzy, a ton głosu rozbrzmiewał w mojej głowie. Czułam na sobie dotyk jego rąk, który przyprawiał mnie o mdłości. Nie potrafiłam wyrzucić tego z pamięci, chociaż za wszelką cenę się starałam. Udawałam przed Lucy i Paulem, że nic wielkiego się nie stało, podczas gdy od środka mnie rozrywało. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przechodziłam. Nawet rozstanie z chłopakiem, z którym byłam przez ponad rok nie bolało tak bardzo. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Poduszka była wilgotna od łez, które bezustannie wypływały z moich oczu. Dziwiłam się, że jeszcze się nie skończyły, gdyż była to kolejna rzecz, której w sobie nie poznawałam. Ja z natury nie płakałam. Jasne, czasem zdarzało mi się uronić kilka łez najczęściej bez żadnego powodu, ale gdy przychodziło co do czego po prostu nie potrafiłam płakać. A teraz? Wystarczyło jedno zdanie, by słone krople nie przestawały spływać po moich policzkach.
Słyszałam dochodzące zza ściany ciche głosy. Byłam pewna, że Lucy i Paul rozmawiają o mnie. Nie mogłam im się dziwić. Zadzwoniłam zapłakana tuż przed północą, a potem twierdziłam, że wszystko jest w porządku. Martwili się i było mi głupio, że przeze mnie nie śpią. Nie chciałam, żeby tak było. Na koniec wszystko poszło źle.
Gapiłam się w ciemność, a w głowie przebiegały mi chwile, gdy myślałam, że zależy mu na mnie. Gdy czule mnie całował i przytulał albo gdy chował moją małą, zimną dłoń w swojej dużej i ciepłej, wtedy naprawdę myślałam, że to ma sens. Jak byłam głupia. Na te wspomnienia z kącików oczu znów spłynęły pojedyncze łzy. Nigdy nie chciałam być jego naiwną zabawką i wolałabym go nie spotkać, niż zostać tak potraktowaną. Wciąż na nowo zadawałam sobie to samo pytanie. Jak mogłam być tak ślepa, żeby nie zauważyć, że nie wszystko z jego strony jest uczciwe? Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Szukałam momentów, w których mogłabym się zorientować, ale na próżno. Nigdy nie zrobił nic, co wzbudzałoby moje wątpliwości. Zaczęłam się zastanawiać czy nie wymyśliłam sobie tych słów, czy nie były one jedynie wytworem mojej bujnej fantazji. Uszczypnęłam się, by sprawdzić czy to nie sen, ale ból przekonał mnie, że niestety nie. Wzięłam głęboki oddech. A może nie powinnam się tym aż tak przejmować? Był pijany i zjarany, więc nie wiedział, co mówi. Chociaż z drugiej strony po alkoholu język się rozwiązuje i mówi się rzeczy, które na trzeźwo się ukrywa. Ale może u niego działała ta pierwsza opcja? Cholera, dlaczego starałam się go tłumaczyć. Chciał mnie zaliczyć i sam się do tego przyznał, a ja nie miałam zamiaru być kolejną odhaczoną na jego liście. Jutro pewnie nawet nie będzie tego pamiętał, w przeciwieństwie do mnie.
Zamknęłam oczy. Modliłam się o sen, który ukoiłby moje nerwy, jednak znów naszła mnie kolejna wątpliwość. On miał dziewczynę. Czy mógłby ją ze mną zdradzić? Nie chciałam w to wierzyć. Chociaż jeśli był w stanie mnie całować, może byłby też w stanie przespać się ze mną ze świadomością, że za dwa tygodnie będzie spał z nią. Wykończona szukaniem odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi powoli zapadałam się w ciemność.
Wyrwały mnie z niej pierwsze promienie słońca, które bezczelnie wdzierały się do mojego pokoju. Otworzyłam oczy, mrużąc je przed słońcem i spojrzałam na zegarek. Była 5:12. Westchnęłam załamana. Wiedziałam, że już nie zasnę, a leżenie w łóżku tylko bardziej mnie dobijało. Rozprostowałam nogi. Mięśnie bolały mnie tak potwornie, jakbym przebiegła maraton bez żadnego przygotowania. Przezwyciężając protesty organizmy, wstałam z łóżka i powlokłam się do lustra. To co zobaczyłam, przeraziło mnie. Zaczerwienione i zapuchnięte od płaczu oczy, splątane włosy przyklejone do twarzy i czarne smugi rozmazanego tuszu na policzkach. W tym stanie nie przypominałam człowieka. Musiałam coś z tym zrobić. Zgarnęłam czyste ubrania i najciszej jak umiałam, poszłam do łazienki, gdzie niemal od razu wskoczyłam pod prysznic. Gorąca woda spływała po moim ciele, obmywając mnie ze stresu nocy. Oddychałam głęboko, stojąc pod rozpieszczającymi mnie strugami. Tego mi było trzeba.
Czysta i pozornie spokojna wróciłam do pokoju. Ogarnęłam wnętrze wzrokiem. Kilka rzeczy walało się jeszcze po podłodze. Zebrałam je i upchnęłam z zapełnionej po brzegi walizce. Z trudem zapięłam zamek, który sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał pęknąć. Na szczęście udało mi się do tego nie dopuścić. Zmęczona walką z zapięciem padłam na materac. Oddałam się bezmyślnemu gapieniu w sufit, co przyszło mi nader łatwo. Otrzeźwiło mnie dopiero ciche pukanie do drzwi. Uniosłam głowę, spoglądając w szczelinę, w której pojawiła się twarz Lucy.
- Mogę? - zapytała szeptem.
- Pewnie – odparłam, próbując przybrać coś na kształt uśmiechu.
Kobieta weszła do środka i usiadła na skraju łóżka.
- Dobrze słyszałam, że brałaś prysznic – spojrzała na moje mokre włosy związane w luźnego warkocza.
Spuściłam głowę.
- Przepraszam, że cię obudziłam.
- Nie obudziłaś – uśmiechnęła się.
- W takim razie przepraszam, że przeze mnie nie spałaś.
- Nie przez ciebie – pogłaskała mnie po nodze. Spojrzałam na nią z powątpiewaniem. - No dobra – westchnęła. - Martwiliśmy się z Paulem o ciebie. Wyglądałaś jak siedem nieszczęść, a nie chciałaś powiedzieć co się stało. Wiesz, że możesz nam zaufać – dodała po chwili, patrząc mi w oczy i kładąc swoją dłoń na mojej.
Ledwo zauważalnie pokiwałam głową. Wiedziałam to, ale nie mogłam powiedzieć prawdy. Po prostu nie mogłam.
- To naprawdę nic takiego – powiedziałam cicho, odwracając wzrok. - Pokłóciłam się, nic więcej – wzruszyłam ramionami, próbując zbagatelizować sprawę.
Lucy to jednak nie przekonało. Patrzyła na mnie tak, jakby chciała prześwietlić moje myśli. Na szczęście nie mogła tego zrobić. Po chwili, gdy nie doczekała się dalszych wyjaśnień, westchnęła cicho i uśmiechnęła się do mnie blado.
- Jeśli chcesz, to możesz zejść na dół. Zrobimy śniadanie i powoli będziemy zbierać się na lotnisko – wstała z łóżka.
Lekko pokiwałam głową, dodając, że zaraz zejdę. Kobieta wyszła z pokoju, a ja z powrotem opadłam na materac. Zamknęłam oczy i przełknęłam ślinę, starając się nie dać wyjść na zewnątrz zgromadzonym łzom. Czułam się podwójnie źle ze świadomością, że martwię Lucy. Kolejny raz wzięłam głęboki oddech i wypuściłam powietrze ustami. Powoli podniosłam się z łóżka i wyszłam z pokoju.
**
Spieprzyłem to. Jak zwykle wszystko spieprzyłem. Nina uciekła i jestem pewien, że nie chce mnie znać. Nie dziwię się jej. Jak kurwa mogłem coś takiego powiedzieć? No jak? Przecież nawet tak nie myślę. No dobra, może kiedyś... to znaczy wczoraj chciałem się z nią przespać, w końcu jest naprawdę świetną dziewczyną pod każdym względem, ale do cholery nie dlatego się z nią spotykałem. To wszystko przez tę pieprzoną imprezę. Nie chciałem na nią iść. Serio. I może wyszlibyśmy stamtąd w godzinę tak jak jej obiecałem, ale spotkałem chłopaków i... Prosiłam mnie. Gdybym jej posłuchał, może nic by się nie stało, ale tego nie zrobiłem. Jestem taki głupi.
Uderzam pięścią w kuchenną szafkę, po czym opadam na kolana i dotykam czołem zimnego blatu. Głowa pęka mi na maleńkie kawałeczki, ale nie to mnie w tej chwili obchodzi. Siadam na podłodze, opierając plecy o zmywarkę i podkurczając nogi. Ukrywam twarz w dłoniach, a palce mocno wczepiam we włosy. Pamiętam wszystko. Każdą sekundę. Cały czas widzę jej spojrzenie, w którym gości wściekłość wymieszana z przerażeniem i jeszcze większym zaskoczeniem. Boli mnie to. Myśl o tym, że przeze mnie cierpi nie daje mi spokoju. Chciałbym, żeby okazało się to tylko beznadziejnym koszmarem, ale wiem, że tak nie jest. Muszę ją przeprosić. Muszę błagać ją, żeby mi wybaczyła.
Podnoszę się z podłogi i bardzo wolno podchodzę do drzwi prowadzących na balkon. Uchylam je i wychodzę na zewnątrz. Słońce atakuje moją głowę. Z bólem mrużę oczy. Staję w miejscu, gdzie Nina uczyła mnie tańczyć i gdzie jeszcze dwa dni temu jedliśmy winogrona i śmialiśmy się z ludzi na dole. Biorę głęboki oddech i mocno łapię się barierki. Patrzę w dal na tętniące życiem centrum. Wszystko wydaje się być całkowicie normalne, ale dla mnie tak nie jest. Wyciągam z kieszeni bluzy telefon i wybieram jej numer. Słyszę sygnał. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Piąty. Siódmy. Rozłączam się. Próbuję kolejny raz. To samo. Próbuję jeszcze jeden. I następny. I znowu. I jeszcze raz. Cisza. Zdaję sobie sprawę, że nie chce ze mną rozmawiać, ale łudzę się, że może jednak w końcu odbierze. Nie. Mam ochotę rzucić telefonem, ale nie robię tego, bo wtedy już zupełnie nie mógłbym się z nią skontaktować. Wysyłam SMS-a. Wpatruję się w wyświetlacz, czekając na odpowiedź. Minuta. Dwie. Trzy. Cztery. Osiem. Dziesięć. Piętnaście. Dwadzieścia dwie. Trzydzieści. Chowam komórkę do kieszeni. To nie ma sensu. Nie odpisze mi. Nie oddzwoni. Ona mnie nienawidzi. Uważa, że potraktowałem ją jak zabawkę. Nie powinna mnie nigdy spotkać.
Przecieram twarz dłońmi i splatam je nad głową. Mógłbym do niej pojechać. Mógłbym czekać na nią na lotnisku. Ale nie mogę. Nie mogę, bo jestem jakąś pieprzoną gwiazdą bez prywatności. Jestem jak więzień. Jedyne co mogę, to bezmyślnie czekać na rozwój sytuacji. Kurwa, jak ja tego nienawidzę. Zrezygnowany siadam na podłodze, opierając się o barierkę, która wbija mi się w plecy. Przymykam oczy i staram się nie myśleć o niczym, ale to chyba niewykonalne. Szczególnie, że nagle czuję wibracje mojej komórki. Zrywam się na równe nogi. Może to ona? Może jednak nie nienawidzi mnie tak bardzo jak myślę? Chcę tak szybko wyciągnąć telefon z kieszeni, że plączę się w niebieskim materiale. Gdy w końcu trzymam iPhone'a w dłoni i spoglądam na wyświetlacz, cała moja nadzieja pryska w jednej chwili. Dzwoni Stu. Jeszcze jego mi brakowało. Nie mam ochoty z nim rozmawiać, ale jeśli nie odbiorę gotów tu jeszcze przyjść, a na to jeszcze bardziej nie mam ochoty. Z westchnieniem przeciągam zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Ed, jak się czujesz?
Jego pytanie jest takie bezsensowne.
- Jakby przejechał po mnie czołg – odpowiadam zachrypniętym głosem.
- No tak, czyli nie najlepiej. A Nina?
Na dźwięk jej imienia cały się napinam.
- Co Nina? - pytam słabo.
- Nie spała u ciebie? - Stu brzmi na zdziwionego.
Chciałbym.
- Nie.
- Pozwoliłeś jej wracać samej po nocy?
Gdybym miał coś do powiedzenia w tej kwestii.
- Nie pytała mnie o zdanie – mówię zgodnie z prawdą.
- A mówiłem jej, żeby do mnie zadzwoniła, gdy... Chwila. Jak to cię nie pytała? Przecież nie byłeś aż tak nietrzeźwy, żeby urwał ci się film – niestety. - Ed, co się stało? - w jego głosie słyszę niepokój.
Nie potrafię mu odpowiedzieć, dlatego tylko wzdycham.
- Będę u ciebie za dziesięć minut – rzuca Stu i rozłącza się.
A tak bardzo chciałem uniknąć jego wizyty i tłumaczenia się ze swojej głupoty. Nawet to mi nie wyszło.
**
Wchodziliśmy z Kevinem po schodach, przepychając się i śmiejąc głośno. Miałam wziąć z pokoju swoje torby, bo zaraz wyjeżdżaliśmy na lotnisko. Cały ranek upłynął nam na wesołych rozmowach, zupełnie jakby Lucy i Paul już zapomnieli, że kilka godzin temu zgarniali mnie przemoczoną od deszczu i łez z ulicy, której nazwy nawet nie pamiętam. A może po prostu nie chcieli się tym już przejmować? W każdym razie dzięki temu udało mi się choć na chwilę prawie całkowicie o nim zapomnieć.
Trzy razy sprawdziłam czy aby na pewno wszystko wzięłam i ostatni raz ogarnęłam wzrokiem puste pomieszczenie. Miałam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam. Oprócz komórki leżącej na szafce nie widziałam już nic mojego. Z westchnieniem podeszłam po telefon. Niebieskie światełko informowało mnie, że ktoś do mnie dzwonił albo napisał SMS-a. Odblokowałam ekran. Dobry humor, który utrzymywał się od ponad dwóch godzin zniknął natychmiast. Miałam jedenaście nieodebranych połączeń i to wszystkie od niego. Był też SMS. Kliknęłam na kopertę.
- Nino, jedziemy! - dobiegło mnie wołanie z dołu.
- Już idę! - odkrzyknęłam, wpatrując się nerwowo w tekst na wyświetlaczu.
Błagam, porozmawiaj ze mną.
Natychmiast usunęłam wiadomość i schowałam komórkę do kieszeni. Nie miałam zamiaru z nim rozmawiać. Nie chciałam słuchać jego wyjaśnień. Nie obchodziło mnie, co miał mi do powiedzenia, gdy na trzeźwo wszystko przemyślał. To wykraczało poza moją wytrzymałość.
- Nino! - usłyszałam ponowne wołanie, które przywróciło mnie do rzeczywistości.
Zagryzłam dolną wargę i złapałam rączkę walizki. Na ramieniu powiesiłam sobie torbę, po czym zeszłam na dół.
W drodze na lotnisko nie odezwałam się ani słowem. Czasami uśmiechałam się tylko niewyraźnie, gdy opowiadali sobie jakieś żarty, ale przez większość czasu po prostu gapiłam się w okno. Nie wiedziałam nawet na co patrzę. Myślami byłam w zupełnie innym miejscu. Dopiero, gdy wysiadłam z auta skupiłam się na tym, na czym powinnam. Heathrow było tak wielkie, że z łatwością mogłabym się zgubić. Poza tym moją uwagę zajmowało niekończące się pożegnanie z rodzinką, którą pokochałam prawie tak jak swoją.
Natrętne myśli powróciły, gdy czekałam w terminalu. Chcąc je jak najszybciej od siebie odgonić, zadzwoniłam do mamy, która jak zwykle odebrała niemal od razu.
- Cześć, córciu! - usłyszałam jej szczęśliwy głos. - Jesteś już na lotnisku?
- Tak.
- Dałaś sobie radę? Nie pogubiłaś się?
Przewróciłam oczami na jej przesadną troskę.
- Nie, wszystko w porządku.
- To dobrze. Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłam.
- Ja też.
- Dobrze ci tam było?
- Bardzo – moje lakoniczne odpowiedzi nie podobały się nawet mnie samej.
- To pewnie nie chcesz wracać, co?
- O, nie! Chcę być już w domu – zapewniłam szybko, orientując się, że mój ton mógł ją trochę zaniepokoić.
I tak też było.
- A coś się stało? - zapytała ostrożnie.
- Nie, po prostu już bardzo tęsknię – odparłam, mówiąc tylko połowę prawdy, która uspokoiła mamę.
- A to dobrze. W takim razie już nie mogę się doczekać, aż przylecisz. Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham – odparłam z uśmiechem i rozłączyłam się.
Schowałam telefon i ukryłam twarz w dłoniach. Zdałam sobie sprawę, że nawet mamę będę musiała okłamywać i zupełnie mi się to nie podobało. Nie mogłam jednak dłużej o tym myśleć, bo w kieszeni rozbrzmiał dzwonek komórki. Wyciągnęłam ją i przeciągnęłam czerwoną słuchawkę. Tak samo zrobiłam jeszcze trzy razy pod rząd. Czy jemu się nudziło? W końcu wyciszyłam telefon. Miałam jeszcze pięć minut. Próbowałam znaleźć sobie zajęcie, które pozwoliłoby mi przestać obsesyjnie myśleć o dzwoniącym w kółko telefonie. Wyjęłam książkę, jednak nie potrafiłam skupić się na żadnym słowie. Gdy w końcu wysoka młoda blondynka o ślicznym uśmiechu podeszła do swojego stanowiska, pierwsza rzuciłam się w jej stronę.
Przez całą drogę do samolotu starałam się nie myśleć o komórce. Obserwowałam ludzi w autobusie i zastanawiałam się nad ich życiem, byle tylko nie zastanawiać się nad swoim. Gdy wreszcie rozsiadłam się wygodnie pod oknem, pozwoliłam sobie wyciągnąć nieprzestający dzwonić telefon. Było 13 nieodebranych połączeń i 4 SMS-y. Zachowywał się coraz bardziej rozpaczliwie, ale nie interesowało mnie to. Usunęłam wszystko, nie patrząc na treść wiadomości. Kątem oka zauważyłam, że obok mnie usiadła kobieta z rozłożoną gazetą. Z ciekawością zerknęłam na czasopismo, mając nadzieję, że czymś się w końcu zajmę, jednak gdy zauważyłam jego nazwisko gwałtownie odwróciłam wzrok. Czy on mnie teraz będzie śledził pod każdą postacią?
Musiałam się odciąć, a przede wszystkim zmienić numer. Gdzieś na dnie torby miałam polską kartę. Położyłam sobie ciężar pięciu kilogramów na kolanach i zaczęłam poszukiwania. Pewnie mogłabym to zrobić po wylądowaniu, ale nie chciałam oglądać w Polsce jego numeru. Grzebałam więc wytrwale, aż w końcu w moich palcach znalazł się mały przedmiot owinięty w skrawek papieru. Wyciągnęłam go. Był na nim zapisany niewyraźny numer. Przez chwilę zastanawiałam się co to jest, aż wreszcie mi się przypomniało. Nina dała mi swój numer na tej nieszczęsnej imprezie. Razem z tym wspomnieniem pojawiły się w mojej głowie jej słowa: „Wiem jak traktuje dziewczyny. Napisze o tobie piosenkę i pozamiatane. Po prostu nie chcę, żebyś przez niego cierpiała.” Pokręciłam głową, słysząc w myślach jej głos. Wtedy nie chciałam jej słuchać, bo sądziłam, iż mówi tak, dlatego że chce się na nim odegrać albo jest zbyt pijana, ale teraz musiałam przyznać jej rację. No właśnie.

Moje kciuki szybko przesuwały się po klawiaturze i zanim zastanowiłam się czy to co robię ma jakikolwiek sens kliknęłam „Wyślij”. Wzięłam głęboki oddech i natychmiast wymieniłam w telefonie kartę. Schowałam komórkę do kieszeni i oparłam głowę o okno. Zaraz mieliśmy startować. Tylko na to czekałam. Czekałam, żeby pożegnać Londyn, Anglię i jego siedzącego pewnie w swoim mieszkaniu i kolejny raz wybierającego mój numer, który już nie odpowiadał. 

1 komentarz:

  1. POTRZEBUJĘ KOLEJNEGO ROZDZIAŁU JAK POWIETRZA. Ten rozdział jest genialny! Nie wiem kiedy ostatnio czytając jakiekolwiek opowiadanie tak bardzo targały mną emocje, poważnie. Ta końcówka jest strasznie denerwująca - chcę już wiedzieć co ona do niego napisała, matko! Cały czas mam otwarte usta, pisz szybko, błagam...

    OdpowiedzUsuń