niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział XX

Nie odebrał. Spróbowałam drugi raz i trzeci, ale też nic. W końcu gdy piąty raz z rzędu usłyszałam informację, że numer nie odpowiada, z rezygnacją schowałam telefon. Naprawdę miałam nadzieję, że mi pomoże. Zwykle wystarczała sama jego obecność, by mój humor się poprawił. A teraz nie odbierał, chociaż tak bardzo go potrzebowałam.
Wbiłam łokcie w kolana i oparłam na dłoniach twarz. Gapiłam się w chodnik, bo nic lepszego nie miałam do roboty. Przynajmniej nie ryzykowałam, że ktoś mnie zaczepi.
- Całkiem przyjemny dzisiaj dzień, prawda? – usłyszałam obok siebie męski głos. Jego głos. Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Dlaczego on mi to robił? Czy niewystarczająco jasno dałam mu do zrozumienia, że nie mam ochoty go widzieć? - Wprost idealny, żeby posiedzieć na ławce i pooddychać świeżym powietrzem – usiadł obok mnie. Zbyt blisko mnie. - Widzę, że uważasz tak samo, jak ja - zignorowałam go, chociaż czułam na sobie jego wzrok. Chwilę trwało zanim odwrócił się i westchnął cicho. - Lubię mieć wolne – zaczął znowu. - Kto nie lubi? Z tym, że ja chyba je bardziej doceniam niż na przykład ty. No bo powiedz sama, w szkole masz przerwę praktycznie co dwa miesiące, a ja zasuwam od pięciu lat i nie mogę pozwolić sobie na dłuższe wakacje. Dlatego sądzę, że bardziej cieszę się z takiego dnia jak ten, gdy mogę wstać o której chcę i jeszcze znaleźć czas, żeby pognębić cię swoją osobą – zrobił przerwę, ale nie zareagowałam. - I wiesz, gdy to wszystko zaczynałem, przez myśl mi nawet nie przeszło, że znajdę się w momencie, gdy będę tylko odliczał do zaplanowanej przerwy. A teraz właśnie to robię. Ale nie myśl, że narzekam. Wręcz przeciwnie. Mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. Za miesiąc premiera filmu, potem płyty. Przede mną ostatnie koncerty. No dużo mnie jeszcze czeka przez te trzy miesiące. Ale za to później będę robił, co mi się żywnie podoba. Będę miał ochotę wyjechać – wyjadę. Będę miał ochotę siedzieć cały dzień w domu, nie myjąc się i jedząc tylko pizzę – zrobię to. To będzie piękne – rozmarzył się. - Chociaż tak szczerze mówiąc, myślę, że będzie mi cholernie brakowało koncertów. Tej codziennej dawki adrenaliny i energii, którą dostawałem od fanów. To było jak narkotyk. Uzależniłem się od tych emocji i nie wiem, jak bez nich dam radę. No ale jakoś będę musiał. W końcu sam się na to zdecydowałem – westchnął ciężko i na chwilę zamilkł. Nie ruszyłam się. Nie odezwałam się. Zastanawiałam się, po co właściwie mówi mi to wszystko i nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Tak samo, jak nie mogłam znaleźć dobrego wytłumaczenia na to, że wciąż siedziałam na tej ławce. - Głodny jestem – odezwał się rudzielec. - Mam ochotę na frytki. Może się przejdziemy? Gdzieś niedaleko musi być jakaś budka z fast-foodami – milczałam, chociaż mój żołądek na myśl o jedzeniu dał o sobie znać. - Rozumiem, że nie chce ci się iść. No trudno. Przejdę się sam. Ale nie martw się, kupię też dla ciebie i wrócę tu. Pasuje? - cisza. - Oczywiście, że pasuje. Zostań tu, bo jeśli uciekniesz, będę musiał zjeść twoją porcję, żeby się nie zmarnowało. A wiesz, ile czasu pracowałem na taką sylwetkę? No dobra, wcale. W każdym razie nie chcę przytyć i wolałbym, żebyś zaczekała tu przynajmniej do mojego powrotu. No chyba, że wolisz jednak ze mną iść? - brak reakcji. Mężczyzna westchnął i podniósł się z ławki. - Idę – rzucił, ruszając bardzo powoli przed siebie.
Obserwowałam jego kroki, o ile krokami można to było nazwać. Przesuwał stopy zaledwie o kilka centymetrów przy każdym ruchu. Czekał na mnie. Wiedziałam to, ale nie zamierzałam nigdzie iść. Nie z nim. Westchnęłam cicho i wyprostowałam plecy, siadając wygodniej. Poruszyłam kilka razy głową i rozmasowałam zdrętwiały kark. Byłam zmęczona nim i jego monologiem. Czy on naprawdę myślał, że to coś zmieni, jeśli usiądzie obok mnie i przez kilka minut będzie gadał o niczym? Potrząsnęłam głową do własnych myśli, a w tym samym czasie zaburczało mi w brzuchu. No nie. Spojrzałam w kierunku rudzielca, który wreszcie zaczął iść normalnym tempem. Mimo to jego nogi praktycznie nie odrywały się od chodnika. Ciągnął je za sobą, jakby wcale nie chciał, żeby się poruszały. Był zgarbiony, a ręce miał wepchnięte głęboko w kieszenie bluzy. Wyglądał przygnębiająco. Wzięłam głęboki oddech, próbując nie słuchać krzyczących myśli i podniosłam się z ławki. Nie wiedzieć czemu zaczęłam iść za tym okazem nieszczęścia. Może to głód kierował mnie w jego stronę?
Starałam się trzymać kilka kroków za nim tak, żeby mnie nie zauważył. I wyszłoby, gdyby nie jakiś jamnik, którego nadrzędnym celem życia było oszczekanie mnie z każdej strony, co z kolei wzbudziło ciekawość rudzielca. Odwrócił się, by sprawdzić, kim jest ofiara najgłośniejszego psa, jakiego w życiu słyszałam, a gdy jego wzrok padł na moją wkurzoną jazgotem twarz, uśmiechnął się tak szeroko, jak jeszcze chyba nigdy. Stanął w miejscu i wyjął dłonie z kieszeni, ukazując mi cały czas rządek równiutkich białych zębów. Odwróciłam wzrok. Jeszcze bym odpowiedziała na ten uśmiech. Do tego nie mogłam dopuścić. Wystarczyło, że szłam w tę samą stronę, co on.
Rudzielec stał, czekając, aż dołączę do niego. Nie miałam takiego zamiaru. Nie szłam z nim, tylko za nim. I tak miało pozostać. Jednak przywiązany zieloną smyczą do ławki jamnik kompletnie tego nie rozumiał i obskakiwał mnie ze wszystkich stron, wydając z siebie ogłuszające dźwięki. Nie mogłam się tam zatrzymać. Chcąc nie chcąc, przeszłam kilka kroków dzielących mnie od mężczyzny.
- Cieszę się – powiedział, gdy ruszył dalej obok mnie.
- Nie da się nie zauważyć – mruknęłam pod nosem.
Nie chciałam się do niego odzywać, ale miałam już dosyć milczenia. Nie byłam do tego stworzona.
- Szczerze mówiąc, myślałem, że uciekniesz.
- Taki był plan.
- To co się w takim razie zmieniło?
Wzruszyłam ramionami.
- Zgłodniałam.
Rudzielec się roześmiał.
- Każdy powód dobry. Uważaj – szarpnął mnie za ramię, ratując mnie tym samym przed zderzeniem z lampą, która wyrosła spod ziemi tuż przede mną.
Uśmiechnęłam się do niego krzywo i bąknęłam niewyraźne „dziękuję”, czerwieniąc się na policzkach. Jak mogłam być taką gapą? Poprawiłam kurtkę i ruszyłam dalej, jak gdyby nigdy nic. Ed jeszcze chwilę śmiał się pod nosem, ale udawałam, że tego nie widzę.
- Myślisz, że tu będzie dobrze? - zatrzymał się przed jakąś budką, z której unosił się zapach smażonego oleju pomieszany z... Nie, właściwie czuć było tylko olej.
Wzruszyłam ramionami. Nie byłam specjalistką od oceny takich miejsc. Zwykle unikałam wszelkiego rodzaju fast-foodów.
- Może być – odpowiedział sam sobie i podszedł do okienka.
Młody chłopak z dredami od razu poderwał się z miejsca i z wesołym uśmiechem spytał o zamówienie.
W czasie gdy frytki smażyły się na niezmienianym pewnie od kilku miesięcy oleju, ja kręciłam się w kółko, kopiąc niewinne kamienie i krzycząc na siebie w myślach, że nie powinnam z nim tu przychodzić. Tyle czasu próbowałam o nim zapomnieć, a tymczasem jemu wystarczyło tylko kilka minut, by to zepsuć.
- Proszę – rudzielec podał mi kubełek z frytkami. Wytrzeszczyłam oczy na jego widok. Nie sądziłam, że to będzie aż takie wielkie. Nigdy w życiu nie widziałam takiej ilości frytek naraz. - Nie wiedziałem czy chcesz keczup, więc wziąłem ci to – pomachał mi przed oczami dwiema czerwonymi saszetkami. - Chcesz?
Pokiwałam głową i wzięłam je od niego. Rozerwałam je zębami, po czym zawartość obydwu wylałam na frytki.
- Jakbyś chciała jeszcze, to możesz wziąć ode mnie – zaoferował mężczyzna.
Zerknęłam na jego kubełek. To zdecydowanie nie były frytki z keczupem, jak w moim przypadku, tylko keczup z frytkami. Spod czerwonej plamy ledwie prześwitywały smażone ziemniaki.
- Nie, dzięki, tyle mi starczy.
- Jak chcesz – wzruszył ramionami i zabrał się do jedzenia.
Zrobiłam to samo. Musiałam przyznać, że frytki były bardzo dobre. Mój żołądek był tego samego zdania, chociaż byłam pewna, że nawet gdybym podsunęła mu coś innego, i tak byłby zadowolony.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu, zaspokajając swój głód. Właściwie nie wiedziałam, gdzie idziemy. Prowadził Ed.
- Co robiłaś przez te cztery miesiące? - spytał, wkładając sobie do ust frytkę i spoglądając na mnie z ciekawością.
- Oprócz desperackich prób całkowitego wymazania cię z pamięci?
Rudzielec się zaśmiał. To wcale nie było śmieszne.
- Oprócz.
- Cóż – zamyśliłam się na chwilę, przeżuwając. - Świetnie się bawiłam z tłumem przyjaciół, spontanicznie podróżując w nieznane.
Rudzielec zatrzymał rękę w połowie trasy do ust i wybuchnął głośnym śmiechem. Gotowało się we mnie, gdy to słyszałam.
- Nie ładnie kłamać – powiedział, krztusząc się od śmiechu.
Zmrużyłam oczy.
- Skąd wiesz, że to nie jest prawda?
- Chyba za dużo ze sobą rozmawialiśmy – odparł, odzyskując powagę - i chyba zbyt dobrze cię znam.
Pokręciłam głową. Miał rację, ale nie podobało mi się to.
- Wcale mnie nie znasz.
- Czyżby? - uniósł brew. - Mogę wypisać wszystkich wykonawców i zespoły, których obsesyjnie słuchasz. Mogę powiedzieć, co robisz, gdy się nudzisz albo kiedy się denerwujesz. Mogę wymienić wszystkich twoich przyjaciół zarówno tych z Londynu, jak i z Polski. Wiem, że nienawidzisz nieoczekiwanych sytuacji i imprez. I ty twierdzisz, że cię nie znam?
- To skoro to wszystko wiesz, to dlaczego pomyliłeś mnie z pierwszą lepszą laską do zaliczenia? - spytałam świadoma tego, że w ten sposób zaburzam spokój zarówno jego, jak i swój.
Mężczyzna jęknął z irytacją.
- Nie zaczynaj znowu.
- Dlaczego?
- Bo myślałem, że już ci to wytłumaczyłem. Nie wmawiaj sobie rzeczy, które nie miały miejsca.
Uniosłam brwi.
- Czyli uważasz, że wymyśliłam sobie tamtą noc?
Rudzielec pokręcił głową z rezygnacją. Gdyby mógł, pewnie przetarłby twarz dłońmi, jak zwykł robić, gdy nie miał już siły o czymś rozmawiać, ale nie mógł, bo w jednej ręce trzymał do połowy opróżniony kubełek, a drugą miał całą upapraną w keczupie. Zostało mu tylko wyrażanie swojego zmęczenia tematem ruchami głowy.
- Nie uważam tak, bo doskonale pamiętam, co wtedy powiedziałem i naprawdę mi z tym źle. Jeszcze raz cię za to przepraszam, ale błagam, nie wkręcaj sobie, że to był mój cel.
- Ale...
- Nie – przerwał mi stanowczo. - Koniec. Zatem co tak naprawdę robiłaś w Polsce?
Wzruszyłam ramionami. Nie miałam już ochoty z nim rozmawiać. Znowu mnie zdenerwował. Naburmuszona wróciłam do jedzenia.
Rudzielec widząc to, westchnął ciężko, ale nic nie powiedział. Nadgarstkiem poprawił zsuwające mu się z twarzy okulary i tak samo jak ja skupił się na swoich frytkach.
- Gdzie my idziemy? - spytałam z niepokojem, gdy właściwie już doskonale wiedziałam, dokąd mnie prowadził.
Nie chciałam tam iść. W ogóle nie chciałam iść w żadne miejsce, w którym kiedykolwiek wcześniej byliśmy razem. Dlaczego musiał przywoływać mi wspomnienia?
Ed uśmiechnął się tylko i dalej szedł przed siebie, a ja za nim. Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy usiedliśmy w miejscu, w którym parę miesięcy wcześniej jedliśmy pierogi.
- Po co tu przyszliśmy? - spytałam, chociaż byłam pewna, że znam odpowiedź.
Mężczyzna nie miał już na głowie kaptura, a rude włosy robiły, co chciały poruszane lekkim wiatrem.
- Lubię to miejsce. Mam z nim dobre wspomnienia – spojrzał na mnie, unosząc kąciki ust.
Udałam, że jestem zbyt zajęta jedzeniem, by zareagować. Wkładałam sobie do ust jedną frytkę po drugiej, byle tylko zgłuszyć myśli kłębiące się w mojej głowie.
- Właściwie czemu tu wróciłaś? - spytał z pełną buzią.
- Szkoła.
- I zostaniesz tu cały rok?
Pokiwałam głową.
- To świetnie – ucieszył się rudzielec.
Niepokoił mnie jego entuzjazm. A co jeśli właśnie postanowił, że nie da mi spokoju przez kolejne miesiące? Może mogłam go okłamać?
Usłyszałam dzwonek telefonu. Odruchowo sprawdziłam swój, ale to nie on dzwonił.
- Przepraszam, muszę odebrać – powiedział rudzielec i przesuwając zieloną słuchawkę, podniósł się z piasku.
Usłyszałam tylko „Cześć, kochanie” i już wiedziałam, kto dzwonił. Rzeczywiście, musiał odebrać. Nie można tak po prostu nie odebrać telefonu od dziewczyny, szczególnie, gdy w tym czasie jest się z inną.
Patrzyłam na niego, jak oddalony ode mnie o kilka metrów, rozmawia przyciszonym głosem i zastanawiałam się jak i czy w ogóle się jej tłumaczy. Szczerze mówiąc, współczułam jej, chociaż wcale jej nie znałam. Nie chciałabym mieć chłopaka, takiego jak on. Takiego, który w czasie mojej nieobecności znajdowałby sobie inną. A ja nie chciałam być tą drugą. Nigdy więcej.
Usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a. Tym razem to na pewno był mój telefon. Wyciągnęłam go z torebki i odczytałam treść wiadomości od Louisa.
Teraz mam trening, ale jeśli chcesz się spotkać, o szóstej jestem wolny. Daj znać.
Uśmiechnęłam się pod nosem, oddychając z ulgą. Miałam przynajmniej pretekst, żeby się stąd wyrwać.
Będę czekała pod szkołą – odpisałam i schowałam komórkę.
- Już jestem – Ed usiadł na swoim wcześniejszym miejscu.
- Ale pewnie zaraz musisz iść – spojrzał na mnie zdziwiony. - Dziewczyna dzwoniła, więc chyba się stęskniła. Nie powiedziałeś jej przecież, że siedzisz nad rzeką z tą, która zastępowała ją kilka miesięcy temu.
- Nino, to nie tak.
- Powtarzasz się. Zresztą, nie ważne. Ja też muszę iść. Umówiłam się. Z chłopakiem – dodałam, uświadamiając sobie, że żeby zrobić mu na złość, awansowałam Louisa do roli mojego chłopaka.
To chyba nie było do końca w porządku, ale Ed nie znał prawdy i nie musiał jej znać. Najważniejsze było, że w jednej sekundzie jego oczy zmieniły się w pięciozłotówki, a dolna szczęka opadała, ukazując mi jego białe zęby.
- Nie wiedziałem, że masz chłopaka.
Ja też nie.
- Widzisz, są jednak rzeczy, których o mnie nie wiesz. Muszę iść – podniosłam się z piasku i otrzepałam spodnie. Rudzielec zrobił to samo. - Dzięki za frytki.
- Nie ma za co. Jutro lecę do Stanów, ale za trzy tygodnie wracam. Zadzwonię.
- Po co?
- Żebyśmy się spotkali.
- I co, będziemy udawać dobrych przyjaciół, którymi nie jesteśmy? Przestań. To, że poświęciłam ci dzisiaj trochę więcej swojego czasu nic nie zmienia w moim nastawieniu do ciebie.
- I tak zadzwonię.
Wzruszyłam ramionami.
- Cześć – rzuciłam, odwracając się do niego plecami.
- Cześć – powiedział głosem, który brzmiał, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Nie obejrzałam się. Chciałam jak najszybciej od niego uciec.
Z ulgą zatrzymałam się przy głównej ulicy. Teraz musiałam już tylko zlokalizować najbliższy przystanek.

- Przepraszam, że musiałaś czekać, ale trening się przeciągnął – Louis z torbą na ramieniu, przytulał mnie na powitanie.
- Nic się nie stało – odparłam, unosząc kąciki ust.
Tak naprawdę przyszłam kilka sekund przed tym, jak wyszedł. Autobusy zawsze miały gdzieś to czy się spieszysz.
- Masz jakiś plan czy idziemy do mnie?
- Do ciebie.
- Całe szczęście, bo i tak nie miałbym siły nigdzie chodzić – zaśmiał się i ruszyliśmy przed siebie.
Zaczął mi opowiadać o swoim potwornie męczącym treningu, który trwał cztery godziny i ważnym meczu, który mieli rozegrać w środę. Całkowicie go to pochłonęło i nie przeszkadzało mu, że wcale się nie odzywam. Dlatego w pewnym momencie przestałam słuchać i odpłynęłam myślami do spotkania, które wcale nie powinno się odbyć.
- Marzę tylko o tym, żeby się położyć. Mam nadzieję, że nie będzie ci to przeszkadzało.
- Nie – uśmiechnęłam się.
Nie miałam pojęcia, o czym wcześniej mówił, ale najwyraźniej nie było to ważne, szczególnie, że byliśmy już pod domem.
- Chyba nikogo nie ma – stwierdził Louis, przekręcając klucz w zamku.
Rzeczywiście, w środku nikogo nie było.
- Chcesz coś do picia? - spytał blondyn, ciskając torbę przez cały salon. Wylądowała centralnie pod oknem. Dobry cel.
- Wody – poprosiłam, wieszając kurtkę w przedpokoju.
Po słonych frytkach odczuwałam silne pragnienie.
- Robi się – krzyknął i zniknął w kuchni.
Poszłam za nim. Stał przy blacie tyłem do wejścia, przelewając zawartość butelki do szklanki.
- Cytryny? - odwrócił się w moją stronę.
Pokiwałam głową i oparłam się ramieniem o ścianę.
- Proszę – podał mi szklankę, a ja natychmiast wypiłam całą jej zawartość.
Louis patrzył na mnie z rozbawieniem.
- Może chcesz jeszcze? - Pokręciłam głową. - No to idziemy na górę.
Odstawiłam puste naczynie na blat i poszłam w stronę schodów, po których wdrapałam się do pokoju Louisa. Lubiłam to miejsce. Było takie przytulne, szczególnie gdy po podłodze walały się ubrania.
- Przepraszam za bałagan, ale nie zdążyłem ogarnąć przed wyjściem.
Machnęłam ręką.
- Zobaczyłbyś mój pokój.
Zaśmiał się.
- Domyślam się, że mogłoby być gorzej.
- O wiele – zapewniłam, odrzucając na bok czarne dżinsy, bym mogła usiąść na pufie.
Chłopak w tym samym czasie rzucił się na łóżko.
- Nareszcie – westchnął, wyciągając się wygodnie.
Zamknął oczy i głęboko wciągnął powietrze, które po chwili wolno wypuścił ustami.
Przez chwilę nic nie mówiliśmy. Louis regenerował siły, a ja poddawałam się atakującym mnie myślom. Przestałam z nimi walczyć. To nie miało sensu.
Nagle chłopak jęknął, jakby ktoś wbił mu nóż w brzuch.
- Co się stało? - spytałam z niepokojem.
- Biologia – zakrył twarz rękami. - Ja nie mam siły. W poniedziałek mam test i muszę się uczyć. Tak bardzo mi się nie chce – jęknął znowu.
- Pomogę ci – zaoferowałam. - Ty zawsze mi pomagasz z historią.
- Ale ja jestem wykończony. Nie mam siły nawet patrzeć na notatki.
- To na nie nie patrz. Poczytam ci.
Louis skrzywił się.
- Naprawdę ci się chce? - spytał, odwracając twarz w moją stronę.
Pokiwałam głową.
- Daj mi tylko książkę i zeszyt.
- Nie mogę cię tak wykorzystywać. To nie w porządku.
- Przestań. Sama to zaproponowałam. To gdzie jest ten zeszyt?
Blondyn wyciągnął przed siebie rękę i wskazał na biurko zawalone stertą papierów, gazet, książek i zdjęć. Wyglądało zupełnie tak samo, jak moje.
Wśród tego artystycznego nieładu odnalazłam potrzebne mi rzeczy.
- Przesuń się – powiedziałam do chłopaka rozłożonego na środku łóżka. - Łatwiej zapamiętasz, jak będziesz śledził wzrokiem to, co czytam.
- Muszę? - jęknął.
- Nie, ale chyba chcesz zaliczyć.
Pokiwał głową i przesunął się na tyle, że zmieściłam się obok niego.
- Które tematy? - spytałam, otwierając książkę.
Palcem wskazał mi zaznaczone strony. Pozaginał rogi.
- No dobra, to zaczynamy – odchrząknęłam, zabierając się do czytania.
Louis półleżąc, zaglądał mi przez ramię. Początkowo mnie to rozpraszało, ale w końcu się przyzwyczaiłam. Starałam się modulować głosem w taki sposób, by jak najmniej go nudzić. Tak jakbym opowiadała bajkę, o ile da się opowiadać bajkę o pierwotniakach. Byłam w tym dobra, bo w gimnazjum wygrywałam wszystkie konkursy recytatorskie. Jednak z każdym kolejnym podrozdziałem stawałam się coraz bardziej senna, tak samo jak on. W końcu jego głowa opadła na moje ramię, a chwilę później ja oparłam się o niego.
Czytałam dalej, ale w połowie czwartego tematu zaczęłam chrypieć tak, że nie dało się mnie już słuchać.
- Zróbmy przerwę – zaproponował Louis.
Chętnie na to przystałam. Wyprostowałam nogi i przeciągnęłam się, bo od patrzenia w książkę rozbolał mnie kark.
- Może chcesz wody? - spytał blondyn, zeskakując z łóżka.
- Pewnie – odparłam, po czym dostałam wygrzebaną spod łóżka butelkę.
Zastanawiałam się ile czasu tam leżała i czy aby na pewno jest świeża. Chyba była. Przynajmniej tak smakowała.
- Dobra, kontynuujemy – powiedziałam, gdy nawilżyłam już swoje struny głosowe.
Louis nie wydawał się z tego powodu najszczęśliwszy, ale nie protestując, z powrotem położył się obok mnie. Otworzyłam książkę na odpowiedniej stronie i wróciłam do czytania.
Przebiegałam kolejne linijki tekstu, jednak nie mogłam się na nim skupić, pływając myślami od jednego tematu do drugiego. Wydawało mi się, że Louis także jest zupełnie gdzie indziej, a to przecież jemu powinno najbardziej zależeć. Przerwałam na chwilę, by sprawdzić czy mnie słucha.
- Chcesz odpocząć? - spytał, spoglądając na mnie z troską.
- Nie. Sprawdzałam tylko czy uważasz.
Chłopak wyszczerzył się w uśmiechu.
- Oczywiście, że uważam. Jak mógłbym marnować niepotrzebnie twój czas?
Uśmiechnęłam się i odszukałam wzrokiem miejsce, w którym przerwałam. Nie było w tym nic ciekawego. Zupełnie nic, co mogłoby przykuć moją uwagę na tyle, bym nie musiała co chwilę mrugać szybko oczami, żeby odgonić sen.
- Skończmy już – powiedział Louis, gdy w pokoju zapanował półmrok, a do włącznika światła było zbyt daleko.
- Ale został nam jeszcze – przekartkowałam podręcznik – jeden rozdział.
- Zepsujesz sobie wzrok, czytając po ciemku.
Wzruszyłam ramionami.
- Jakoś sobie poradzę.
- Uparta jesteś. Zarządzam koniec i tyle - blondyn wyjął z moich rąk książkę i cisnął ją za siebie.
Odbiła się od ściany i upadła na podłogę.
- Ale...
- Nie marudź – pociągnął mnie za lewy łokieć tak, że znalazłam się na tej samej wysokości, co on.
- I co teraz? - spytałam, wpatrując się w sufit.
- Teraz odpoczywamy. Ja muszę w spokoju przyswoić to, co mi przeczytałaś, a ty musisz doprowadzić swój głos do normalnego stanu.
Rzeczywiście, skrzypiałam potwornie, a mówienie zaczynało sprawiać mi ból. Zamknęłam więc oczy, by zrobić to, co zaproponował Louis, czyli odpocząć.
Gdy otworzyłam je znowu, zobaczyłam, że blondyn wsparty na łokciu przygląda mi się z uśmiechem.
- Coś się stało? - spytałam zdezorientowana.
Nie widziałam go dokładnie, bo w pokoju zrobiło się prawie całkowicie ciemno.
- Nie – pokręcił głową.
- To dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Bo lubię – jego głos był prawie tak cichy jak szept.
Zastanawiałam się czy dobrze go zrozumiałam, a gdy byłam już pewna, że tak, zaczęłam się zastanawiać nad tym czy to, co powiedziałam dzisiaj Edowi koniecznie musi być kłamstwem.

Podparłam się na łokciu tak samo jak Louis i uśmiechnęłam się do niego, po czym szybko pokonałam dzielące nas centymetry i przywarłam swoimi ustami do jego miękkich warg. Nie musiałam czekać na jego reakcję. Przewrócił mnie na plecy, ujmując moją twarz w obie dłonie. Wsunęłam palce w jego włosy i zamknęłam oczy.

czwartek, 17 grudnia 2015

Rozdział XIX

Zaczynałam przyzwyczajać się do cosobotnich porannych odwiedzin Ellie. Oczywiście nigdy ich nie zapowiadała, więc nie do końca wiedziałam o której i czy w ogóle przyjdzie. Zwykle jednak wpadała około jedenastej, kiedy byłam już ubrana, najedzona i gotowa do życia. Ale czasem lubiła mnie zaskakiwać z samego rana.
- Co z tobą – z hukiem wparowała do mojego pokoju.
Otworzyłam jedno oko. Nie spałam już od dłuższego czasu, ale wciąż byłam w pięknym świecie marzeń, którego nie chciałam jeszcze opuszczać. Zostałam jednak brutalnie do tego zmuszona.
- A co ma być? - spytałam, unosząc drugą powiekę.
Przyjaciółka zdążyła się już wygodnie umieścić w centralnej części mojego łóżka, ograniczając mi tym samym w pewien sposób swobodę ruchów.
- No właśnie nie wiem. Tak pytam, jakby się coś jednak działo.
Przewróciłam oczami. Od początku wiedziałam, że nie wszystko z nią w porządku.
- Właściwie, to przyszłam wyciągnąć cię na spacer – stwierdziła, sięgając po jakieś czasopismo leżące na szafce obok łóżka.
- O tej porze? - skrzywiłam się
- Nie przesadzaj, już po dziewiątej – odparła z wyrzutem.
Westchnęłam cicho.
- Jeśli zaczekasz pół godziny, pójdę z tobą gdzie tylko zechcesz.
- Nie wiem, czy zdążysz. Ashton też jest w kolejce i całkiem możliwe, że wyszykuje się szybciej niż ty.
- Czyli jestem mniej ważna od niego? - spytałam udawanym obrażonym tonem.
- Oczywiście, że tak – wystawiła mi język, a ja ją kopnęłam, po czym obie wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.
- No dobra, w takim razie się pospieszę – powiedziałam, wyskakując z łóżka.
Ruszyłam w kierunku szafy, ale zdążyłam zrobić tylko dwa kroki, gdy zadzwonił telefon leżący na materacu. Cofnęłam się do niego i spojrzałam na wyświetlacz. No tak. Mogłam się domyślić.
- Kto to? - spytała Ellie, przerzucając kolejną stronę magazynu.
- Zgadnij – mruknęłam, wracając pod szafę.
Blondynka uniosła brwi.
- Mówiłaś, że już sobie odpuścił.
- Bo tak myślałam – powiedziałam ledwo słyszalnie, opierając głowę o drewniane drzwi.
Po trzech dniach zamilknął całkowicie na calusieńki szkolny tydzień, więc uznałam, że pewnie się już znudził. Najwyraźniej się myliłam.
- A może... - zaczęła nieśmiało Ellie.
Odwróciłam się w jej kierunku. Blondynka drapała się w tył głowy i marszczyła nos. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo robiła tak tylko wtedy, gdy chciała powiedzieć coś, co wiedziała, że nie spodoba się rozmówcy. Patrzyłam na nią uważnie, czekając, aż wreszcie to z siebie wyrzuci.
- A może lepiej byłoby, gdybyście się spotkali? - wystrzeliła jak z karabinu, przez co nie od razu ją zrozumiałam.
Wytrzeszczyłam oczy i gapiłam się na nią osłupiała. Była ostatnią osobą, po której spodziewałam się takiego stwierdzenia.
- Chyba żartujesz – stałam bez ruchu. Ellie unikała mojego wzroku. - Przecież wiesz, że nie ma nawet takiej opcji.
- Wiem – podniosła na mnie oczy. - Ale czy naprawdę nie interesuje cię, co ma ci do powiedzenia?
- Nie – pokręciłam stanowczo głową. - Nie obchodzi mnie ani on, ani jego kłamstwa.
- Ale skoro dzwoni, to znaczy, że mu zależy – przyjaciółka nie ustępowała.
- Zależy? Na czym? Bo na pewno nie na mnie.
- Skąd wiesz? Przecież z nim nie rozmawiałaś.
- I nie zamierzam. Zresztą, co go tak nagle bronisz?
- Nie bronię go. Chodzi mi tylko o ciebie. Boję się, że kiedyś będziesz żałowała, że nie dałaś mu szansy wyjaśnić.
- Ale tu nie ma, czego wyjaśniać. Poza tym, proszę cię, skończmy ten temat. Nie mam ochoty psuć sobie soboty.
Ellie z rezygnacją wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz – powiedziała cicho, wracając do przeglądania gazety.
Ja natomiast wróciłam do szukania czegoś, co mogłabym na siebie założyć.
- Mogę na chwilę twój telefon? - spytała blondynka. - Muszę napisać do Ashtona, a mój padł.
- Jasne, bierz – machnęłam obojętnie ręką, przerzucając rzeczy na kolejnych półkach.
Jak zwykle nie mogłam się na nic zdecydować.
- Wiesz co, chyba jednak muszę cię wymienić – rzuciła Ellie, odkładając moją komórkę.
Odwróciłam się w jej stronę. Na twarzy dziewczyny malował się uśmiech tak szeroki, że w żaden sposób nie mogła go ukryć. Nie chciałam wiedzieć, o czym pisali.
- A już miałam się ubierać – zrobiłam smutną minę, machając spodniami, które trzymałam w dłoni.
- Przepraszam – przyjaciółka zeskoczyła z łóżka i przytuliła się do mnie.
Roześmiałam się i odwzajemniłam jej uścisk.
- Ale wynagrodzę ci to po południu – powiedziała, odsuwając się ode mnie.
- Mam nadzieję – zmrużyłam oczy i ściągnęłam usta.
- Pójdziemy na kawę, co ty na to?
Kiwałam głową, udając, że się zastanawiam.
- Zgoda – powiedziałam w końcu.
- To świetnie – przyjaciółka z uśmiechem cmoknęła mnie w policzek. - Napiszę ci jeszcze gdzie i o której – dodała i już jej nie było.
Stałam przez chwilę z czarnymi dżinsami w dłoni, nie wiedząc, co zrobić. Wreszcie odłożyłam je na półkę. Skoro nie musiałam nigdzie wychodzić, mogłam spokojnie wrócić do łóżka i jeszcze trochę poleniuchować.

SMS od Ellie przyszedł w momencie, gdy odpoczywając po obiedzie, przerzucałam w telewizji kolejne kanały i słuchałam opowieści Kevina o jakiejś grze.
Za godzinę w tej kawiarni niedaleko mnie. Pewnie się spóźnię, więc zajmij stolik w rogu. I wyglądaj jak człowiek, bo mam dla ciebie niespodziankę.
Uśmiechnęłam się do telefonu. Lubiłam niespodzianki, chociaż szczerze mówiąc, trochę się obawiałam jej pomysłu. Ellie była nieprzewidywalna.
- Kevin, przepraszam, ale muszę iść – powiedziałam do siedzącego na podłodze blondyna.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się, dając mi do zrozumienia, że wybacza mi, iż nie będę dłużej słuchać jego opowieści o mordujących się wikingach.
Wstałam z kanapy i poszłam na górę. Miałam mało czasu na przygotowanie. Później już nie mogła wysłać mi tego SMS-a? Wprawdzie była już trzecia, ale ja wciąż tkwiłam w mojej różowo – szarej piżamie. Do tej pory nie miałam potrzeby się przebierać. Stanęłam przed szafą i wyciągnęłam z niej strój, który wybrałam rano. Nie miałam czasu wysilać się bardziej. W sweterku i dżinsach też wyglądałam jak człowiek. Przebrana związałam włosy w luźnego koczka i pomalowałam rzęsy. Właściwie nie musiałam już nic więcej robić. Obejrzałam się w lustrze, stwierdzając, że jak na spotkanie z przyjaciółką jest dobrze. Sprawdziłam czas. Nie było źle. Przygotowanie zajęło mi tylko piętnaście minut, więc nie musiałam się spieszyć. Zresztą, ona i tak miała się spóźnić.
Zeszłam na dół, mówiąc po drodze robiącej pranie Lucy, że wychodzę. Życzyła mi miłej zabawy i kazała wrócić przed dziesiątą. Standard. Ubrałam buty, założyłam na siebie dżinsową kurtkę i wyszłam na dwór. Było przyjemnie ciepło. Uśmiechnęłam się do siebie, zamykając na moment oczy. Rozkoszowałam się rozgrzewającymi promieniami słońca, które pod koniec września nie były już takie oczywiste. Miałam ochotę iść na piechotę, ale kawiarnia, w której się umówiłyśmy była zbyt daleko. Chcąc nie chcąc, ruszyłam w kierunku przystanku. Nie lubiłam jeździć autobusem. Przede wszystkim dlatego, że każdego ranka był tak zatłoczony, że nie sposób było w nim oddychać. Na szczęście tym razem udało mi się nawet usiąść, co nie zdarzało się prawie nigdy.
Po półgodzinie wysiadłam na odpowiednim przystanku. Miałam jeszcze dziesięć minut, więc spokojnie szłam w umówione miejsce. Punktualnie o czwartej zatrzymałam się przed kawiarnią. Miałam idealne wyczucie czasu. Weszłam do środka i rozejrzałam się dookoła. Ellie oczywiście nie było. W ogóle prawie nikogo nie było. Pod oknem siedział tylko jakiś chłopak uderzający szybko w klawiaturę czarnego laptopa, a stolik na środku zajmowała słodko wpatrzona w siebie para. Przez ułamek sekundy przeleciała mi przez głowę myśl, że też bym tak chciała, ale szybko ją odgoniłam.
Usiadłam na bordowej kanapie tyłem do wejścia, zamawiając wcześniej herbatę, gdyż uznałam, że siedzenie przy pustym stoliku mogłoby wyglądać głupio. Nie wiedziałam, ile będę musiała czekać na przyjaciółkę, więc wyciągnęłam z torebki telefon i zadzwoniłam do niej. Nie odbierała. Spróbowałam drugi raz, ale też cisza. Schowałam więc komórkę, uzbrajając się w cierpliwość, bo nic innego mi nie pozostawało.
Wreszcie usłyszałam, że ktoś do mnie podchodzi. Pewna, że to ona, odwróciłam się z uśmiechem na ustach i zamarłam. To zdecydowanie nie była Ellie. Na jego widok serce na moment mi stanęło, by po chwili zacząć bić w takim tempie, jakby chciało wyskoczyć i uciec. Nie rozumiałam dlaczego i w jaki sposób się tu znalazł. Gapiłam się na niego, nie mogąc nawet mrugnąć. Zdecydowanie nie byłam na to przygotowana.
- Cześć – powiedział nieśmiało, zsuwając z głowy kaptur niebieskiej bluzy.
Rude włosy opadły mu niesfornie na twarz. Poprawił je szybkim ruchem ręki.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Głos odmawiał mi posłuszeństwa. Czułam gorące pulsowanie w uszach. Nadmiar krwi rozpalał także moje policzki. Nie podobało mi się to, tak samo jak to, że on siedział naprzeciwko mnie, uśmiechając się niepewnie. Chciałam wstać i wyjść, ale z jakiegoś powodu zostałam.
- Co... ty... tu... - wydukałam przez ściśnięte gardło.
Czułam, jak żołądek wywracam mi się na drugą stronę.
Mężczyzna popatrzył na mnie ze zdziwieniem, jakby nie rozumiał mojego szoku. No tak. Nie rozumiał. Nagle wszystko stało się jasne. To on był tą niespodzianką, dla której miałam wyglądać dobrze. Ale jak? Kiedy? Uderzyłam otwartą dłonią w czoło. Szybko wyciągnęłam z torebki telefon i drżącymi rękami próbowałam odblokować ekran. Po trzech próbach udało mi się to. Weszłam w wiadomości, ale oczywiście nic nie było. Usunęła dowody zbrodni.
- Daj mi telefon – zażądałam od zdezorientowanego rudzielca.
Nie protestował. Wyjął iPhone'a z kieszeni i podał mi go. Wbiłam kod, który miał cztery miesiące temu, licząc na to, że go nie zmienił. Nie. Weszłam w skrzynkę odbiorczą. Nina – oryginalnie mnie zapisał. Kliknęłam na SMS-a i wyświetliła mi się cała rozmowa. W miarę czytania moje oczy poszerzały się coraz bardziej. Kręciłam głową, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę to zrobiła. Przez chwilę zastanawiałam się czy zabić ją od razu, czy też najpierw poddać ją torturom. Bo co do tego, że czekała ją śmierć z mojej ręki, nie miałam wątpliwości.
Wzięłam głęboki oddech i oddałam mężczyźnie jego własność. Patrzył na mnie z takim niepokojem, że przez moment aż zrobiło mi się go żal. W końcu Ellie oszukała nas oboje. Ale to był tylko moment.
Nie wiedziałam, co mam zrobić. Nerwowo drapałam się po czole. Do tej pory myślałam, że gdy go zobaczę, dostanę ataku histerii, ale na szczęście tak nie było. Siedziałam sztywno, niezdolna do najmniejszego ruchu i nie czułam prawie nic. Nie odzywałam się, czekając aż on pierwszy to zrobi, ale rudzielec najwyraźniej myślał tak samo jak ja. Milczące napięcie między nami narastało coraz bardziej. Nie mogłam tego dłużej znieść. Odchrząknęłam.
- Cześć – odezwałam się, uświadamiające sobie, że jeszcze mu nie odpowiedziałam.
Mężczyzna uśmiechnął się, a w jego niebieskich tęczówkach ukrytych za szkłami okularów zobaczyłam błysk ulgi. Pewnie uznał, że skoro już się do niego odezwałam, to mam ochotę z nim rozmawiać. Wcale nie miałam. Przynajmniej chciałam nie mieć.
- Chciałeś rozmawiać, więc mów – powiedziałam, wyłamując sobie pod stołem palce ze zdenerwowania.
Głos cały czas mi szwankował, a serce podchodziło do gardła, chociaż za wszelką cenę starałam się je wcisnąć z powrotem na miejsce.
Rudzielec zmarszczył nos i podrapał się po lekko zarośniętym podbródku.
- Przepraszam – wyrzucił z siebie, próbując spojrzeć mi w oczy. Uciekłam wzrokiem. - Nie chciałem, żeby to się tak skończyło. W ogóle nie chciałem, żeby to się kończyło – dodał ciszej.
Z trudem przełknęłam ślinę.
- To dlaczego to zrobiłeś? – spytałam, zerkając na niego.
Pod rozpiętą bluzą miał na sobie czarną przylegającą koszulkę, dzięki której zauważyłam, że całkiem sporo schudł. Przybyło mu także mięśni. Łatwiej byłoby, gdyby wyglądał inaczej.
Sheeran westchnął, opierając łokcie na stoliku i wczepił palce we włosy.
- Nie wiem – pokręcił głową, odciągając moją uwagę od swojej klatki piersiowej. - Nie myślałem o tym, co robię. Ale wiem, że to nie powinno się nigdy wydarzyć i nawet nie wiesz, jak potwornie się z tym czuję.
W jego oczach widziałam, że nie kłamie, ale to mnie nie przekonywało.
- Nie o to pytałam – powiedziałam, prostując się jeszcze bardziej.
Ed zmarszczył czoło. Nie rozumiał mnie.
- Dlaczego potraktowałeś mnie jak swoją zabawkę? - doprecyzowałam.
Mężczyzna zmieszał się i nerwowo zaczął przesuwać dłońmi po udach.
- Nie traktowałem cię tak.
Mimiką twarzy wyraziłam wątpliwość. Nie byłam dziewczyną, której mógł wciskać takie bzdury.
- Przysięgam.
Przewróciłam oczami, kręcąc głową. Zaczynała się we mnie budzić złość.
- Czyżby? - skrzyżowałam ręce na piersi.
Rudzielec westchnął ciężko i pochylił się delikatnie w moim kierunku.
- Nigdy, naprawdę nigdy tak o tobie nie myślałem. Jesteś wyjątkowa i nie mógłbym...
- Przestań pieprzyć – podniosłam ton zirytowana jego bezsensownymi tłumaczeniami. Uświadomiłam sobie jednak, że przecież nie jesteśmy tu sami i zamilkłam. - Może i jestem naiwna, ale na pewno nie głupia. Gdybyś tak nie myślał, nigdy być tego nie powiedział, więc nie rób ze mnie idiotki – syknęłam.
- Gdybym tak o tobie myślał, nie spędziłbym z tobą tych trzech miesięcy. Przeleciałbym cię przy pierwszej nadarzającej się okazji, a nie zaprzeczysz, że parę ich miałem. Nie pamiętasz już, jak spędziłaś ze mną noc we Framlingham?
Zagryzłam wargę i odwróciłam twarz. Moje serce zaczęło bić jeszcze szybciej, zalewając i tak już czerwoną twarz kolejną falą krwi. W oczach stanęły mi łzy. To było jedno z moich najlepszych wspomnień. Może on miał rację? Może tym razem nie kłamał? Nie potrafiłam mu jednak zaufać.
- Wtedy jeszcze ci wierzyłam – powiedziałam, z całej siły powstrzymując łzy.
Chciałam dodać coś jeszcze, ale bałam się, że z mojego gardła nie wydobędzie się żaden dźwięk.
- Wiem – Sheeran spuścił głowę, tracąc całą wcześniejszą pewność i złośliwość. - Wybacz mi, że cię zraniłem. Nie chciałem tego.
Pokręciłam głową, zamykając na moment oczy.
- Wydaje ci się, że tak łatwo mogę o tym zapomnieć?
- Nie – mruknął cicho. - Wiem, że to niemożliwe i nie proszę cię o to.
- W takim razie czego ode mnie chcesz?
Rudzielec zawahał się, jakby bojąc się powiedzieć.
- Chciałbym, żebyśmy mogli normalnie rozmawiać.
Parsknęłam kpiącym śmiechem. Co on sobie wyobrażał? Że przeprosi mnie, uda, że mu przykro i zostaniemy kumplami? O, nie.
- Ty chyba żartujesz. To niemożliwe. Nie potrafiłabym ci zaufać po raz drugi.
- Rozumiem, ale...
- Nie – powiedziałam stanowczo. - Od czterech miesięcy staram się o tobie zapomnieć, więc proszę, nie utrudniaj mi tego.
- Ale ja nie chcę, żebyś o mnie zapomniała.
- Ed, przestań – westchnęłam zirytowana. - W moim życiu nie ma już miejsca dla ciebie.
- Nino, proszę – błagalny ton jego głosu sprawił, że po plecach przeszły mi ciarki.
Musiałam być jednak twarda.
- Zapomnij o mnie. Przestań dzwonić i pisać, bo to i tak nic nie da. Masz pracę, dziewczynę, więc zajmij się tym, co ważne. Nie mną.
- Ale ty jesteś dla mnie ważna.
- Nie chcę już tego słuchać – odsunęłam się od stolika, po czym przytrzymując się blatu, wstałam.
- Zostań jeszcze – położył swoją dłoń na mojej.
Wprawiło to w drżenie każdą komórkę mojego ciała i jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że powinien zniknąć z mojego życia raz na zawsze.
Wyrwałam rękę i chwyciłam torebkę.
- Nie zostanę. Zniszczyłeś wszystko, co do ciebie czułam, więc daj mi w spokoju ułożyć sobie życie bez ciebie.
Odwróciłam się na pięcie i przeszedłszy przez wnętrze kawiarni, w którym pojawiły się dwie nowe osoby, wypadłam na zewnątrz.
Zdołałam ujść kilka metrów, po czym bezwładnie opadłam na najbliższą ławkę. Moje nogi nie były w stanie dłużej pracować. Szczerze mówiąc, dziwiłam się, że w ogóle pozwoliły mi na jakikolwiek ruch. Byłam pewna, że odmówią posłuszeństwa już przy próbie podniesienia się z kanapy. Na szczęście adrenalina je wspomogła.
Siedziałam na ławce, czując jakby cała energia, którą w sobie miałam, uszła jak w przebitym baloniku. Nie miałam siły na nic. Schyliłam się, opierając łokcie na kolanach i ukryłam twarz w dłoniach. Po policzkach potoczyły się pojedyncze łzy. To było zbyt wiele. Wciągnęłam głęboko powietrze i powoli wypuszczałam je ustami, starając się uspokoić. Rękawem kurtki otarłam oczy. To był ostatni raz, kiedy płakałam z jego powodu. Obiecałam to sobie.

Uderzyłam dłońmi w uda, biorąc się w garść i wyciągnęłam z torebki komórkę. Układanie sobie życia zamierzałam zacząć właśnie od tej chwili. Odblokowałam ekran i wybrałam numer Louisa. 

wtorek, 17 listopada 2015

Rozdział XVIII

- Nienawidzę szkoły – Ellie rzuciła się na moje łóżko, chowając twarz w poduszkach.
- Nie przesadzaj. To dopiero drugi tydzień – powiedziałam, kładąc torbę na krześle i wyjmując z niej telefon.
Ktoś do mnie dzwonił, ale nie miałam zapisanego numeru, więc nie planowałam oddzwaniać. Jeśli czegoś chce, zadzwoni jeszcze raz.
- Nienawidzę jej niezależnie od tego, ile do niej chodzę – przyjaciółka była w bojowym nastroju. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ja miałam wyjątkowo dobre nastawienie. Przynajmniej miałam jakieś zajęcie, które odciągało mnie od niepotrzebnych myśli. - A w dodatku mam jutro jakiś test z ekonomii. Na co komu test z ekonomii? - mamrotała zła.
- Jeśli cię to pocieszy, ja mam jutro rozprawkę z historii – westchnęłam, siadając po turecku na łóżku.
- Ty przynajmniej masz Louisa. Możesz się z nim pouczyć. A ja?
- Ty masz Ashton.
- Błagam. Przecież on w życiu nie ogarnie ekonomii. On nie ogarnia nic poza komputerami.
- To po co ci taki chłopak?
Ellie spojrzała na mnie i uśmiechnęła się znacząco.
- Nie musi być geniuszem, żeby...
- Dobra – przerwałam jej – nie kończ. Chyba nie chcę wiedzieć w czym jest dobry.
- Jesteś pewna?
Przewróciłam oczami i obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Moja komórka zaczęła wibrować. Ten sam numer, co wcześniej. A nie mówiłam, że zadzwoni?
- Halo? - odebrałam, ale po drugiej stronie nikt się nie odezwał. - Halo? - cisza. - Halo? - powtórzyłam ostatni raz, lecz znów było to samo.
Rozłączyłam się więc i odłożyłam komórkę.
- Kto to? - spytała Ellie?
- Nie wiem – wzruszyłam ramionami. - Nikt nie odpowiadał.
- Pewnie jakaś pomyłka albo ktoś robi sobie żarty – blondynka machnęła ręką i znów wtuliła twarz w fioletową poduszkę.
- Pewnie tak – odparłam bez przekonania.
Z jakiegoś powodu nie mogło mi to dać spokoju. Kojarzyłam ten numer. Nie, ja byłam pewna, że go znam, ale nie miałam pojęcia do kogo należy. Trudno. Miałam ważniejsze rzeczy do roboty niż zastanawianie się nad jakimś numerem. Z powrotem wzięłam do ręki telefon i wybrałam z listy kontaktów Louisa. Musiałam poprosić go, żeby wpadł wieczorem i pomógł mi z tą nieszczęsną historią. Sama nie miałam szans, żeby to przyswoić. No dobra, miałam. Ale przecież zawsze przyjemniej uczyć się z kimś niż samemu.
*
I jak historia?
Świetnie. Bardzo dziękuję, że mi pomogłeś.
Nie ma za co. Wieczorem kino?
Chętnie.
Schowałam telefon do kieszeni i naciągnęłam na siebie bluzę. Powoli zaczynało robić się chłodniej. Tropikalne upały odeszły w zapomnienie na dłuższy czas. Teraz przed nami była tylko pora zimna i deszczu. Nie zachwycało mnie to, ale czy miałam jakiś wybór?
- Idziemy? - Ellie stanęła przy mojej szafce uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Jasne – odparłam, przekręcając kluczyk. - Coś ty taka szczęśliwa? Ekonomia jednak dobrze ci poszła?
- Co mnie obchodzi ekonomia - przyjaciółka machnęła ręką. - Rodzice Ashtona wyjeżdżają na cały weekend i chyba wiesz co to oznacza.
- Wiem – mruknęłam, przewracając oczami.
- No właśnie. A jako że moja mama ma gdzieś to czy nocuję w domu, jutro po szkole idę do niego i wracam w niedzielę. Czy życie nie jest piękne?
- Może i jest – wzruszyłam ramionami, wychodząc na zewnątrz.
- A najlepsze jest to, że... O nie – Ellie zatrzymała się i uderzyła dłonią w czoło. - Zapomniałam o pracy, którą miałam dzisiaj skończyć. Muszę wracać – powiedziała z niechęcią. - Nie czekaj na mnie. Zobaczymy się jutro – dodała, dając mi buziaka w policzek.
- Pa! - krzyknęłam za nią, gdy znikała w drzwiach wejściowych.
Hałas tworzony przez stado nastolatków opuszczających szkołę był tak wielki, że dziwiłam się, jak mogą normalnie rozmawiać. Ja nie słyszałam własnych myśli, a co dopiero drugą osobę. Z torby wyjęłam telefon i słuchawki. Musiałam się jakoś odciąć od tego jazgotu, bo jeszcze chwila, a czułam, że pęknie mi głowa. Odblokowałam ekran, by wybrać piosenkę z mojej okrojonej w ostatnim czasie playlisty, ale zamiast tego zobaczyłam, że znów dzwonił do mnie ten sam numer. To nie mogła być pomyłka. Co najwyżej głupi żart. Jednak i tym razem nie zamierzałam oddzwaniać. Włączyłam Craving Jamesa Baya i ruszyłam w kierunku przystanku. Zdążyłam jednak zrobić ledwie trzy kroki, gdy ktoś objął mnie w pasie. Podskoczyłam ze strachu, wyrywając słuchawki z uszu i odwróciłam głowę. Musiałam ją nieco unieść, by zobaczyć uśmiechniętą twarz Louisa. Odetchnęłam z ulgą na widok chłopaka i uniosłam kąciki ust.
- Zmiana planów – powiedział blondyn, stając naprzeciwko mnie. - Kino robimy u mnie. Mama z Claire jadą zaraz na zakupy i znając je, wrócą późnym wieczorem, więc mamy dużo czasu. Co ty na to? - wzruszyłam ramionami. Louis jęknął. - No błagam, wydobądź z siebie trochę radości.
Pokręciłam głową, ale za chwilę roześmiałam się głośno, widząc jego minę.
- No dobra – ustąpiłam. - Idziemy do ciebie. Ale wiedz, że jestem potwornie głodna.
- Żaden problem. Duża pizza wszystko załatwi – wyszczerzył się chłopak.
- Jak ty mnie rozumiesz – powiedziałam, dając mu buziaka w policzek.

- To jaką chcesz? - zapytał Louis, gdy dotarliśmy wreszcie do domu.
- Jakąkolwiek. Umieram z głodu – padłam na kanapę, rzucając gdzieś obok torbę.
Chłopak usiadł obok mnie, kładąc sobie na kolana moje nogi i wybierał numer pizzerii w komórce. Nie przysłuchiwałam się jego rozmowie. Naprawdę było mi wszystko jedno, jaką zamówił. Ważne było tylko to, że zamówił.
- To może chociaż film wybierzesz? - spytał, chowając telefon do kieszeni.
Pokręciłam głową.
- Dzisiaj pozostawiam ci wolną rękę w każdej kwestii – odparłam wspaniałomyślnie, poprawiając sobie poduszkę, która nie chciała ze mną współpracować.
- Och, dziękuję. Ale nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w filmie, który ja wybiorę, najprawdopodobniej będą się mordować.
- Niech się mordują – machnęłam ręką. - Może jakoś to przeżyję.
- Jesteś pewna?
- Jestem.
- Jak chcesz – Louis wzruszył ramionami i wstał z kanapy, a za chwilę zniknął na schodach.
Słyszałam jak otwiera drzwi i rozwala coś w swoim pokoju. Potem trzask jednej szuflady, drugiej i zamykanych drzwi. W końcu zszedł na dół z laptopem pod pachą i rozłożył się na dywanie przed telewizorem.
- Nadal nie masz żadnej propozycji? - spojrzał na mnie znad ekranu.
- Nie – pokręciłam głową, na co chłopak wrócił do swojego poprzedniego zajęcia.
Obserwowałam go spod przymrużonych powiek. Jego długie palce szybko przesuwały się po klawiaturze, a na twarzy widać było pełne skupienie. Czarna koszulka opinała jego idealne ciało, które miałam okazję oglądać bez przerwy przez calusieńkie trzy dni w Eastbourn. W ogóle podczas tamtego wyjazdu coś się zmieniło. Nie do końca sama wiedziałam co, ale zauważyłam, że zaczęłam patrzeć na Louisa inaczej. Chyba już nie tylko jak na zwykłego przyjaciele, ale kogoś więcej. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie wspólnego kąpania się w morzu i wygrzewania na piasku, jedzenia lodów albo całonocnych rozmów. To naprawdę był jeden z najlepszych weekendów w moim życiu.

- Halo, śpiąca królewno – jak przez mgłę docierał do mnie cichy głos Louisa. - Budzimy się. Pizza przyjechała.
Gwałtownie się zerwałam, a nachylony nade mną chłopak mało co się nie przewrócił.
- Zasnęłam? - spytałam zdziwiona, mrugając szybko, by dojść do siebie.
- Tak i nie obudził cię nawet dzwonek do drzwi – powiedział Louis, kładąc obok mnie pudełko z pizzą.
- Naprawdę? - nie mogłam uwierzyć, że tak mocno spałam. Przeważnie nie zdarzało mi się to w ciągu dnia.
- Naprawdę – potwierdził ze śmiechem. - Ale nie zastanawiaj się już nad tym, tylko jedz. Podobno umierałaś z głodu.
Uniosłam kąciki ust i zabrałam się za odrywanie pierwszego kawałka. W tym samym czasie Louis włączył film, po czym usiadł obok mnie, zrzucając pudełko na podłogę. Ekran telewizora stał się czarny, a po chwili pojawił się na nim biegnący mężczyzna. Jak się okazało opierała się na tym cała fabuła. Pochłaniałam kolejne kawałki, a facet cały czas uciekał. Jedyne co się zmieniało, to goniący go. Oglądałam film bez przesadnego zainteresowania, bo byłam niemal pewna, że i tak zaliczę go do najnudniejszych, jakie widziałam. Jednak Louis z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu był zachwycony. Jego błękitne oczy błyszczały od nadmiaru emocji, a z gardła raz po raz wydostawały się dźwięki dopingujące głównego bohatera. Uśmiechałam się do siebie, obserwując jego reakcje, które były sto razy ciekawsze niż akcja na ekranie. Wydarzenia tak pochłonęły chłopaka, że nawet nie zauważył jak podkradłam mu kawałek pizzy, co w gruncie rzeczy nie było takie złe.
Właśnie kończyłam przeżuwać drugi kęs, gdy usłyszałam dzwonek mojej komórki. Natychmiast rzuciłam się do torby, by jak najszybciej wyciszyć dźwięk, ale Louis zdążył już oderwać się od filmu.
- Zatrzymać? - spytał, gdy z komórką w dłoni podniosłam się z kanapy.
- Nie trzeba. Oglądaj – uśmiechnęłam się i spojrzałam na wyświetlacz.
Znów ten sam numer. Kto to mógł być? Wyszłam do kuchni i stając przy blacie pod oknem, przyłożyłam telefon do ucha.
- Halo – powiedziałam trochę niecierpliwie, spodziewając się, że znów nikt się nie odezwie.
- Cześć – odpowiedział mi niepewny męski głos.
Zamarłam. To był on. Byłam tego pewna. Rozpoznałabym ten głos zawsze i wszędzie. Moje serce przestało bić, a wszystkie mięśnie się napięły.
- Nina? - dźwięk mojego imienia wywołał u mnie dreszcze.
Telefon wypadł mi z dłoni. Nie mogłam uwierzyć. Nie, to nie mogła być prawda. To nie mógł być on. Zaczęłam drżeć i zakręciło mi się w głowie. Mocno złapałam się blatu i zacisnęłam powieki, ale było już za późno. Po policzkach potoczyły się łzy. Czułam się tak, jakby ktoś wbijał we mnie szpilki. Momentalnie wszystko zaczęło mnie boleć łącznie z płucami, którym nie dostarczałam odpowiedniej ilości powietrza. Gdy z jego braku zrobiło mi się słabo, osunęłam się na podłogę i zaczęłam łapczywie oddychać. Patrzyłam przed siebie, ale nie widziałam nic. Ogarniała mnie panika, chociaż sama nie wiedziałam, czego się boję. Zaczęłam się trząść, słysząc w głowie cały czas ten sam głos. Po co? Dlaczego? Czemu zadzwonił? Czego ode mnie chciał? Ja chciałam tylko o nim zapomnieć. Nic więcej. Już tak dobrze mi szło. Od ponad dwóch tygodni prawie wcale o nim nie myślałam, a nawet jeśli, nie wywoływało to we mnie żadnych skrajnych emocji. Do teraz. Znowu wszystko zepsuł. Tylko to potrafił.
Otarłam łzy z twarzy. Nie chciałam znowu przez niego płakać. Denerwowałam się na siebie, że jestem taka słaba. Że wystarczą jego dwa słowa, by wyprowadzić mnie z równowagi emocjonalnej. Nie mogło tak być. Nie mogłam mu na to pozwolić. Wzięłam głęboki oddech i powoli wstałam, zgarniając z podłogi swój telefon. Na uginających się nogach wróciłam do salonu i usiadłam na kanapie. Wtuliłam się w Louisa. Potrzebowałam teraz jego bliskości, bo tylko ona mogła mnie uspokoić. Na szczęście chłopak, o nic nie pytając, objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie.
Do końca filmu bezmyślnie wgapiałam się w ekran. Przez chwilę próbowałam skupić się na wątpliwej akcji, by odciąć się od myśli, ale mgła w moich oczach uniemożliwiała mi to. W końcu gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, Louis wyłączył telewizor i mocno mnie przytulając, pogłaskał po policzku. Spojrzałam w górę na niego. Uśmiechnął się delikatnie.
- Hej, co jest? - zapytał półgłosem, widząc moje błyszczące od łez oczy.
Pokręciłam tylko głową, dając mu do zrozumienia, że nie chcę o tym rozmawiać i wtuliłam twarz w jego pierś. Nic więcej nie mówił. Nie pytał. Głaskał mnie po plecach i po prostu ze mną był. Niczego więcej nie potrzebowałam. Chciałam po prostu czuć, że nie jestem sama.
- Która godzina? - zapytałam po pewnym czasie, gdy wszystkie złe emocje już ze mnie zeszły.
Chłopak wyciągnął z kieszeni telefon i podświetlił ekran.
- Za dziesięć ósma.
- Już? - zdziwiłam się, że czas tak szybko minął. - Muszę wracać do domu – powiedziałam, odsuwając się od niego i wstając z kanapy.
- Odprowadzę cię – zaoferował się blondyn.
- Nie trzeba. Przecież to nie tak daleko.
- Ale wolę cię odprowadzić.
Przewróciłam oczami, wyczuwając jego upór.
- Rób co chcesz – uśmiechnęłam się nieznacznie i ruszyłam w stronę przedpokoju, biorąc po drodze swoją torbę.
- No to cię odprowadzę – Louis klasnął w dłonie i po chwili tuż obok mnie zakładał buty.
- Ale ostrzegam, że nie zamierzam z tobą rozmawiać – powiedziałam przed wyjściem, na co
chłopak wzruszył tylko ramionami i otworzył przede mną drzwi.
Wczesnojesienny chłód zaczynał być już odczuwalny, dlatego gdy owiał mnie wiatr, wzdrygnęłam się z zimna. Tak jak obiecywałam, przez większość drogi nic nie mówiłam. Nie miałam nastroju na jakiekolwiek rozmowy. Na szczęście Louis nie zabiegał o nie i w milczeniu szedł po mojej lewej stronie. Jednak w pewnym momencie moja kieszeń zaczęła wibrować. Wyjęłam komórkę, a gdy na wyświetlaczu zobaczyłam jego numer, od razu wcisnęłam czerwoną słuchawkę. Ale on znowu zadzwonił. I jeszcze raz. I kolejny. I tak w kółko. Z każdym odrzuconym połączeniem narastała we mnie złość połączona z bezsilnością. Zdawałam sobie bowiem sprawę z tego, że teraz nie da mi już spokoju. Starałam się nie dać po sobie poznać, że kręci mi się w głowie i jest mi coraz bardziej słabo, ale Louis i tak zorientował się, że coś się dzieje. Zresztą chyba musiałby być ślepy, żeby nie zauważyć jak mocno uderzam palcem w ekran.
- To on? - spytał w końcu, patrząc na dzwoniący telefon.
Pokiwałam głową, usilnie walcząc z zacinającym się wyświetlaczem.
- Czego chce?
- Skąd mogę wiedzieć, skoro nie odbieram? - wyładowałam na nim swoją złość i z tłumionym krzykiem rzuciłam komórką o chodnik.
Pomogło. Wściekłość natychmiast mi przeszła.
- Przepraszam – powiedziałam łamiącym się głosem i przytuliłam do Louisa, który pocałował mnie w czubek głowy.
- Nic się nie stało – szepnął, a mi z oczu pociekły łzy.
Zachowywałam się jak niezrównoważona emocjonalnie wariatka i nie widziałam, jak mogę sobie z tym poradzić. Zdawałam sobie sprawę z tego, że za bardzo to wszystko przeżywam, ale nie potrafiłam inaczej. Byłam chyba zbyt emocjonalnym człowiekiem.
Odsunęłam się od chłopaka i zebrałam komórkę z ziemi. Obejrzałam czy nic się jej nie stało, ale na szczęście przeżyła ten rzut. Wyłączyłam ją i schowałam do torby. Nie chciałam na nią dłużej patrzeć. Nie wtedy, gdy nie przestawała dzwonić.
**
Ostatnie uderzenie w struny i już.
- Dobra, na dzisiaj koniec – słyszę głos Jake'a.
Oddycham z ulgą i odstawiam gitarę, a zamiast niej chwytam w dłoń butelkę wody. Odkręcam ją i przykładam do ust. Nawet nie wiedziałem, że tak bardzo chce mi się pić. W tym samym czasie jedną ręką otwieram drzwi kabiny nagraniowej, by w końcu móc z niej wyjść. Jake odpycha się rękami od biurka i zsuwa z uszu słuchawki.
- W końcu nam wyszło – mówi, uśmiechając się do mnie szeroko.
Odpowiadam mu tym samym, dopijając resztkę wody. Naprawdę cieszę się, że już skończyłem. Spędziłem tutaj cały dzień i chciałbym być już w domu. Póki jeszcze mogę. Rozkładam się na kanapie, a Jake puszcza mi nagranie. Wsłuchuję się w nie ze skupieniem, kiwając do rytmu nogą.
- Brzmi dobrze – stwierdzam po ostatnim dźwięku.
Jestem zadowolony, bo gdyby było inaczej, musiałbym spędzić tu jeszcze trochę czasu.
- W takim razie widzimy się w sobotę – blondyn odwraca się w moją stronę. - Mam nadzieję, że tym razem pójdzie nam sprawniej – dodaje.
- Uwierz mi, że ja też – wzdycham. - Po prostu nie mogłem się dzisiaj skupić – próbuję się wytłumaczyć.
Nie wiem, co się działo, ale rzeczywiście szło mi fatalnie. Chociaż nie. Właściwie wiem, co się stało. Od wczoraj nie mogę wyrzucić z głowy głosy Niny. Cały czas o niej myślę, a to nie pozwala skupić mi się na niczym innym.
- Rozumiem, stary. Zdarza się – Jake klepie mnie po ramieniu.
W tym samym czasie odzywa się mój telefon leżący na szafce obok. Sięgam po niego. Stu napisał, że już na mnie czeka, więc podnoszę się z miejsca.
- No to do soboty – mówię na pożegnanie, unosząc dłoń.
- Na razie – odpowiada mi z uśmiechem blondyn i z powrotem obraca się w stronę komputera.
Wychodzę ze studia i pokonuję długi korytarz, żeby w końcu zbiec ze schodów i znaleźć się na zewnątrz. Staję na ulicy i rozglądam się dookoła, by zlokalizować samochód. Nie jest to specjalnie trudne, więc za moment siedzę już na tylnym siedzeniu i opieram głowę o szybę.
- I jak tam? - pyta Stu, wyjeżdżając na główną ulicę.
Wzruszam ramionami. Nie chce mi się rozmawiać. Jestem zmęczony i...
- Dzwoniłem wczoraj do Niny – wyrzucam z siebie w końcu.
Jeszcze nie miałem okazji mu o tym powiedzieć, a on jako jedyny wie dosłownie o wszystkim. Mężczyzna zerka na mnie we wstecznym lusterku, unosząc brwi.
- Odebrała?
- Tak, ale nie miałem odwagi się odezwać. Bałem się, że gdy mnie usłyszy, nie będzie chciała ze mną rozmawiać.
- I tak nie będzie chciała, ale wiesz doskonale, co o tym sądzę.
Wiem. Stu uważa, że jeśli naprawdę chcę, to powinienem mimo wszystko z nią porozmawiać albo całkowicie o niej zapomnieć.
- Gdyby to było takie proste – wzdycham cicho.
- Nie będzie, ale sam się o to prosiłeś.
Przewracam oczami. Nie musi mi w kółko o tym przypominać. Przecież to ja muszę z tym żyć.
- Ed, po prostu zadzwoń do niej jeszcze raz.
- Próbowałem rano, ale nie odbiera.
- No bardzo dziwne. Nie zapominaj, że ona w przeciwieństwie do ciebie się uczy i rano przeważnie jest na lekcjach – wyczuwam dużą dawkę ironii.
Nie zapomniałem, ale szczerze mówiąc, zrobiłem to trochę celowo. Miałem pewność, że nie odbierze. W mojej głowie po prostu wciąż jest zbyt wiele wątpliwości. Z jednej strony bardzo chcę ją znów usłyszeć, ale z drugiej rozmowa z dziewczyną, która ma ochotę cię zabić, nie należy do najłatwiejszych.
- Zadzwoń do niej teraz.
- Teraz? - nie podoba mi się ta propozycja.
- Tak, teraz – powtarza mężczyzna.
- Nie, to chyba nie jest najlepszy pomysł.
- Czyli wolisz dać jej spokój?
Wydaję z siebie jęk. Męczy mnie już ta rozmowa i chętnie bym ją skończył, ale wiem, że jeśli Stu się na coś uprze, łatwo nie odpuści. Po co ja w ogóle to zaczynałem?
- Nie, nie wolę – odpowiadam, patrząc przez okno.
- To dzwoń. Chyba, że wolisz to robić przy swojej dziewczynie.
Wolę wcale tego nie robić. Chociaż nie, właściwie chcę zadzwonić. Bardzo chcę znów ją usłyszeć. Pod wpływem nagłej zmiany nastroju wyciągam telefon z kieszeni i po odblokowaniu ekranu wchodzę w ostatnie połączenia. Klikam na numer Niny i przykładam komórkę do ucha. Jeden sygnał, drugi, trzeci, czwarty, piąty. Już chcę się rozłączyć, gdy się odzywa.
- Halo - jej śliczny głos jest lekko zniecierpliwiony.
Moje serce przyspiesza. Nie wiem, co powinienem powiedzieć ani czy w ogóle powinienem się odzywać. Nie chcę jej spłoszyć.
- Cześć – mówię w końcu nieśmiało.
Widzę, że Stu zerka na mnie z uśmiechem, ale ja nie jestem pewny czy mam powody do radości. Po drugiej stronie słyszę tylko głuchą ciszę, która na pewno nie jest dobrym znakiem.
- Nina? – liczę na to, że może jednak się odezwie.
Jednak zamiast jej głosu rozlega się trzask. Nie podoba mi się to. Wołam ją jeszcze kilka razy, ale się nie odzywa. Zrezygnowany opuszczam dłoń i się rozłączam. Uderzam potylicą w zagłówek. Na co ja liczyłem? Że będzie skakać z radości, gdy mnie usłyszy? Doskonale wiedziałem, że to się nie wydarzy. Miałem jednak nadzieję, że mimo to coś powie. Nie ważne co. Cokolwiek, byle tylko się odezwała. Nie powiedziała nic.
Stu wpatruje się we mnie, ale z mojej miny odczytuje, że nie jest dobrze. Nie pyta o nic i jestem mu za to wdzięczny. Gdybym musiał coś powiedzieć, pewnie zacząłbym kląć. Patrzę przez okno, ale nic nie widzę. W głowie przelatują mi wspomnienia i kolejny raz wyrzucam sobie, że mogłem być takim idiotą. Nagle dzwoni mój telefon. Serce prawie wyskakuje mi z piersi, bo oczywiście mam głupią nadzieję, że to ona. Ale nie. Dzwoni moja dziewczyna. Wzdycham z rozczarowaniem i przesuwam zieloną słuchawkę.
- Co tam? - pytam, gdy po drugiej stronie słyszę jej głos.
- Za ile będziesz w domu?
Zerkam przez okno, żeby zorientować się, gdzie jesteśmy.
- Za pięć minut – odpowiadam, śledząc wzrokiem jadący obok nas samochód.
- To świetnie, bo już wszystko gotowe – mówi radośnie i się rozłącza.
Chowam telefon. Super. Znów będę testerem jej nowego dania. Mam tylko nadzieję, że nie będzie wegetariańskie.
- Będę o ósmej – mówi Stu, gdy parkuje pod moim domem.
Kiwam głową i wysiadam z auta. Mam wystąpić dzisiaj na jakiejś imprezie, a potem pojawić się na afterparty. Naprawdę podoba mi się plan tego wieczoru.
Przeskakuję kolejne stopnie i w końcu wchodzę do mieszkania. Od progu czuję zapach gotowania.
- Jestem! - krzyczę, ściągając buty.
Po chwili pojawia się obok mnie moja dziewczyna i z uśmiechem zarzuca mi ręce na szyję. Unoszę kąciki ust i całuję ją. Smakuje papryką. Już wiem, co będzie.
- Chodź – odrywa się od moich ust i ciągnie mnie za rękę w stronę jadalni.
- Jesteś pewna, że nie chcesz ze mną iść? - pytam ostatni raz, zapinając guziki koszuli.
Dziewczyna siedzi po turecku na środku łóżka z książką na kolanach.
- Po co? - przenosi wzrok z kartki na mnie. - Żeby znowu patrzeć, jak się upijasz, zapominając o moim istnieniu? Chyba podziękuję za takie rozrywki.
Jest zła, chociaż kompletnie tego nie rozumiem. Zresztą ja w ogóle jej nie rozumiem. Wiecznie jej coś we mnie nie pasuje. Albo za dużo piję, albo za dużo palę, albo zbyt często nie ma mnie w domu. Tak jakby już zapomniała z kim się związała.
- Jak chcesz – wzruszam ramionami i wychodzę z pokoju.
Nie chcę się znów kłócić, dlatego wolę zakończyć rozmowę zanim rzuci mi się do gardła.
Mam jeszcze dziesięć minut, a właściwie jestem już gotowy. Idę jeszcze tylko do łazienki, by spryskać się perfumami i to wszystko. Siadam na kanapie obok mojego ukochanego kociaka i drapię go za uchem. O ile życie jest prostsze, gdy jest się kotem. Tylko jesz i śpisz. Dwie czynności, które uwielbiam. Nie musisz martwić się kłótniami z dziewczyną i tym, że druga nie chce z tobą rozmawiać. Żyjesz w spokoju męczony jedynie od czasu do czasu przez jakiegoś rudzielca. Dlaczego ja nie mogę być kotem? No dlaczego?
Telefon piszczy. Stu już na mnie czeka. Podnoszę się z miejsca i idę do przedpokoju, gdzie zakładam buty i marynarkę.
- Pa, kochanie – wkładam głowę, w uchylone drzwi sypialni.
- Pa – odpowiada oschle, nawet na mnie nie patrząc.
O co jej do cholery chodzi? Chyba nie chcę się nad tym teraz zastanawiać.
Wychodzę z mieszkania, zamykając cicho drzwi, żeby się przypadkiem nie wściekła, że trzaskam i schodzę na dół, po czym wskakuję do auta.
- Możemy jechać – mówię, widząc, ze Stu na coś czeka.
- A...
- Nie – przerywam mu, domyślając się, o co chce zapytać. - Nie chce patrzeć, jak znów się upijam – dodaję, wbijając sobie paznokcie we wnętrza dłoni.
- Ed... - zaczyna, wciskając gaz, ale znów mu przerywam.
- Proszę cię. Nie chcę słuchać teraz żadnych wykładów. Chcę tylko tam pojechać, zrobić swoje, a potem świetnie się bawić, niezależnie od jej zdania.
Wyczuwam, że Stu chciałby coś powiedzieć, ale powstrzymuje się, mrucząc tylko coś niewyraźnie pod nosem. Nie obchodzi mnie to. Opieram głowę o szybę i wyciągam z kieszeni telefon, żeby posprawdzać portale społecznościowe. Jednak zamiast na ikonkę Twittera klikam na połączenia. Bardzo dziwne. Nawet nie leżą obok siebie. Zaczynam się zastanawiać, co robię nie tak i dlaczego wszystko się tak pieprzy. Mam przy sobie wspaniałą dziewczynę, ale nie potrafię się z tego cieszyć, bo wiecznie się kłócimy. Ninę mogłem mieć cały czas, ale wszystko zepsułem i nie umiem tego naprawić. I chociaż chciałbym powiedzieć, że jestem szczęśliwy, nie mogę.

Klikam na numer, który mam pod palcem i przykładam telefon do ucha. Nie odbiera. Głupia by była, gdyby odebrała. Zresztą nie chcę, żeby odebrała. Nie teraz. To naprawdę nie jest dobry moment. Jednak mimo to wybieram numer po raz drugi i trzeci, i czwarty, i piąty, i tak w kółko.