niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział XX

Nie odebrał. Spróbowałam drugi raz i trzeci, ale też nic. W końcu gdy piąty raz z rzędu usłyszałam informację, że numer nie odpowiada, z rezygnacją schowałam telefon. Naprawdę miałam nadzieję, że mi pomoże. Zwykle wystarczała sama jego obecność, by mój humor się poprawił. A teraz nie odbierał, chociaż tak bardzo go potrzebowałam.
Wbiłam łokcie w kolana i oparłam na dłoniach twarz. Gapiłam się w chodnik, bo nic lepszego nie miałam do roboty. Przynajmniej nie ryzykowałam, że ktoś mnie zaczepi.
- Całkiem przyjemny dzisiaj dzień, prawda? – usłyszałam obok siebie męski głos. Jego głos. Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Dlaczego on mi to robił? Czy niewystarczająco jasno dałam mu do zrozumienia, że nie mam ochoty go widzieć? - Wprost idealny, żeby posiedzieć na ławce i pooddychać świeżym powietrzem – usiadł obok mnie. Zbyt blisko mnie. - Widzę, że uważasz tak samo, jak ja - zignorowałam go, chociaż czułam na sobie jego wzrok. Chwilę trwało zanim odwrócił się i westchnął cicho. - Lubię mieć wolne – zaczął znowu. - Kto nie lubi? Z tym, że ja chyba je bardziej doceniam niż na przykład ty. No bo powiedz sama, w szkole masz przerwę praktycznie co dwa miesiące, a ja zasuwam od pięciu lat i nie mogę pozwolić sobie na dłuższe wakacje. Dlatego sądzę, że bardziej cieszę się z takiego dnia jak ten, gdy mogę wstać o której chcę i jeszcze znaleźć czas, żeby pognębić cię swoją osobą – zrobił przerwę, ale nie zareagowałam. - I wiesz, gdy to wszystko zaczynałem, przez myśl mi nawet nie przeszło, że znajdę się w momencie, gdy będę tylko odliczał do zaplanowanej przerwy. A teraz właśnie to robię. Ale nie myśl, że narzekam. Wręcz przeciwnie. Mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. Za miesiąc premiera filmu, potem płyty. Przede mną ostatnie koncerty. No dużo mnie jeszcze czeka przez te trzy miesiące. Ale za to później będę robił, co mi się żywnie podoba. Będę miał ochotę wyjechać – wyjadę. Będę miał ochotę siedzieć cały dzień w domu, nie myjąc się i jedząc tylko pizzę – zrobię to. To będzie piękne – rozmarzył się. - Chociaż tak szczerze mówiąc, myślę, że będzie mi cholernie brakowało koncertów. Tej codziennej dawki adrenaliny i energii, którą dostawałem od fanów. To było jak narkotyk. Uzależniłem się od tych emocji i nie wiem, jak bez nich dam radę. No ale jakoś będę musiał. W końcu sam się na to zdecydowałem – westchnął ciężko i na chwilę zamilkł. Nie ruszyłam się. Nie odezwałam się. Zastanawiałam się, po co właściwie mówi mi to wszystko i nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Tak samo, jak nie mogłam znaleźć dobrego wytłumaczenia na to, że wciąż siedziałam na tej ławce. - Głodny jestem – odezwał się rudzielec. - Mam ochotę na frytki. Może się przejdziemy? Gdzieś niedaleko musi być jakaś budka z fast-foodami – milczałam, chociaż mój żołądek na myśl o jedzeniu dał o sobie znać. - Rozumiem, że nie chce ci się iść. No trudno. Przejdę się sam. Ale nie martw się, kupię też dla ciebie i wrócę tu. Pasuje? - cisza. - Oczywiście, że pasuje. Zostań tu, bo jeśli uciekniesz, będę musiał zjeść twoją porcję, żeby się nie zmarnowało. A wiesz, ile czasu pracowałem na taką sylwetkę? No dobra, wcale. W każdym razie nie chcę przytyć i wolałbym, żebyś zaczekała tu przynajmniej do mojego powrotu. No chyba, że wolisz jednak ze mną iść? - brak reakcji. Mężczyzna westchnął i podniósł się z ławki. - Idę – rzucił, ruszając bardzo powoli przed siebie.
Obserwowałam jego kroki, o ile krokami można to było nazwać. Przesuwał stopy zaledwie o kilka centymetrów przy każdym ruchu. Czekał na mnie. Wiedziałam to, ale nie zamierzałam nigdzie iść. Nie z nim. Westchnęłam cicho i wyprostowałam plecy, siadając wygodniej. Poruszyłam kilka razy głową i rozmasowałam zdrętwiały kark. Byłam zmęczona nim i jego monologiem. Czy on naprawdę myślał, że to coś zmieni, jeśli usiądzie obok mnie i przez kilka minut będzie gadał o niczym? Potrząsnęłam głową do własnych myśli, a w tym samym czasie zaburczało mi w brzuchu. No nie. Spojrzałam w kierunku rudzielca, który wreszcie zaczął iść normalnym tempem. Mimo to jego nogi praktycznie nie odrywały się od chodnika. Ciągnął je za sobą, jakby wcale nie chciał, żeby się poruszały. Był zgarbiony, a ręce miał wepchnięte głęboko w kieszenie bluzy. Wyglądał przygnębiająco. Wzięłam głęboki oddech, próbując nie słuchać krzyczących myśli i podniosłam się z ławki. Nie wiedzieć czemu zaczęłam iść za tym okazem nieszczęścia. Może to głód kierował mnie w jego stronę?
Starałam się trzymać kilka kroków za nim tak, żeby mnie nie zauważył. I wyszłoby, gdyby nie jakiś jamnik, którego nadrzędnym celem życia było oszczekanie mnie z każdej strony, co z kolei wzbudziło ciekawość rudzielca. Odwrócił się, by sprawdzić, kim jest ofiara najgłośniejszego psa, jakiego w życiu słyszałam, a gdy jego wzrok padł na moją wkurzoną jazgotem twarz, uśmiechnął się tak szeroko, jak jeszcze chyba nigdy. Stanął w miejscu i wyjął dłonie z kieszeni, ukazując mi cały czas rządek równiutkich białych zębów. Odwróciłam wzrok. Jeszcze bym odpowiedziała na ten uśmiech. Do tego nie mogłam dopuścić. Wystarczyło, że szłam w tę samą stronę, co on.
Rudzielec stał, czekając, aż dołączę do niego. Nie miałam takiego zamiaru. Nie szłam z nim, tylko za nim. I tak miało pozostać. Jednak przywiązany zieloną smyczą do ławki jamnik kompletnie tego nie rozumiał i obskakiwał mnie ze wszystkich stron, wydając z siebie ogłuszające dźwięki. Nie mogłam się tam zatrzymać. Chcąc nie chcąc, przeszłam kilka kroków dzielących mnie od mężczyzny.
- Cieszę się – powiedział, gdy ruszył dalej obok mnie.
- Nie da się nie zauważyć – mruknęłam pod nosem.
Nie chciałam się do niego odzywać, ale miałam już dosyć milczenia. Nie byłam do tego stworzona.
- Szczerze mówiąc, myślałem, że uciekniesz.
- Taki był plan.
- To co się w takim razie zmieniło?
Wzruszyłam ramionami.
- Zgłodniałam.
Rudzielec się roześmiał.
- Każdy powód dobry. Uważaj – szarpnął mnie za ramię, ratując mnie tym samym przed zderzeniem z lampą, która wyrosła spod ziemi tuż przede mną.
Uśmiechnęłam się do niego krzywo i bąknęłam niewyraźne „dziękuję”, czerwieniąc się na policzkach. Jak mogłam być taką gapą? Poprawiłam kurtkę i ruszyłam dalej, jak gdyby nigdy nic. Ed jeszcze chwilę śmiał się pod nosem, ale udawałam, że tego nie widzę.
- Myślisz, że tu będzie dobrze? - zatrzymał się przed jakąś budką, z której unosił się zapach smażonego oleju pomieszany z... Nie, właściwie czuć było tylko olej.
Wzruszyłam ramionami. Nie byłam specjalistką od oceny takich miejsc. Zwykle unikałam wszelkiego rodzaju fast-foodów.
- Może być – odpowiedział sam sobie i podszedł do okienka.
Młody chłopak z dredami od razu poderwał się z miejsca i z wesołym uśmiechem spytał o zamówienie.
W czasie gdy frytki smażyły się na niezmienianym pewnie od kilku miesięcy oleju, ja kręciłam się w kółko, kopiąc niewinne kamienie i krzycząc na siebie w myślach, że nie powinnam z nim tu przychodzić. Tyle czasu próbowałam o nim zapomnieć, a tymczasem jemu wystarczyło tylko kilka minut, by to zepsuć.
- Proszę – rudzielec podał mi kubełek z frytkami. Wytrzeszczyłam oczy na jego widok. Nie sądziłam, że to będzie aż takie wielkie. Nigdy w życiu nie widziałam takiej ilości frytek naraz. - Nie wiedziałem czy chcesz keczup, więc wziąłem ci to – pomachał mi przed oczami dwiema czerwonymi saszetkami. - Chcesz?
Pokiwałam głową i wzięłam je od niego. Rozerwałam je zębami, po czym zawartość obydwu wylałam na frytki.
- Jakbyś chciała jeszcze, to możesz wziąć ode mnie – zaoferował mężczyzna.
Zerknęłam na jego kubełek. To zdecydowanie nie były frytki z keczupem, jak w moim przypadku, tylko keczup z frytkami. Spod czerwonej plamy ledwie prześwitywały smażone ziemniaki.
- Nie, dzięki, tyle mi starczy.
- Jak chcesz – wzruszył ramionami i zabrał się do jedzenia.
Zrobiłam to samo. Musiałam przyznać, że frytki były bardzo dobre. Mój żołądek był tego samego zdania, chociaż byłam pewna, że nawet gdybym podsunęła mu coś innego, i tak byłby zadowolony.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu, zaspokajając swój głód. Właściwie nie wiedziałam, gdzie idziemy. Prowadził Ed.
- Co robiłaś przez te cztery miesiące? - spytał, wkładając sobie do ust frytkę i spoglądając na mnie z ciekawością.
- Oprócz desperackich prób całkowitego wymazania cię z pamięci?
Rudzielec się zaśmiał. To wcale nie było śmieszne.
- Oprócz.
- Cóż – zamyśliłam się na chwilę, przeżuwając. - Świetnie się bawiłam z tłumem przyjaciół, spontanicznie podróżując w nieznane.
Rudzielec zatrzymał rękę w połowie trasy do ust i wybuchnął głośnym śmiechem. Gotowało się we mnie, gdy to słyszałam.
- Nie ładnie kłamać – powiedział, krztusząc się od śmiechu.
Zmrużyłam oczy.
- Skąd wiesz, że to nie jest prawda?
- Chyba za dużo ze sobą rozmawialiśmy – odparł, odzyskując powagę - i chyba zbyt dobrze cię znam.
Pokręciłam głową. Miał rację, ale nie podobało mi się to.
- Wcale mnie nie znasz.
- Czyżby? - uniósł brew. - Mogę wypisać wszystkich wykonawców i zespoły, których obsesyjnie słuchasz. Mogę powiedzieć, co robisz, gdy się nudzisz albo kiedy się denerwujesz. Mogę wymienić wszystkich twoich przyjaciół zarówno tych z Londynu, jak i z Polski. Wiem, że nienawidzisz nieoczekiwanych sytuacji i imprez. I ty twierdzisz, że cię nie znam?
- To skoro to wszystko wiesz, to dlaczego pomyliłeś mnie z pierwszą lepszą laską do zaliczenia? - spytałam świadoma tego, że w ten sposób zaburzam spokój zarówno jego, jak i swój.
Mężczyzna jęknął z irytacją.
- Nie zaczynaj znowu.
- Dlaczego?
- Bo myślałem, że już ci to wytłumaczyłem. Nie wmawiaj sobie rzeczy, które nie miały miejsca.
Uniosłam brwi.
- Czyli uważasz, że wymyśliłam sobie tamtą noc?
Rudzielec pokręcił głową z rezygnacją. Gdyby mógł, pewnie przetarłby twarz dłońmi, jak zwykł robić, gdy nie miał już siły o czymś rozmawiać, ale nie mógł, bo w jednej ręce trzymał do połowy opróżniony kubełek, a drugą miał całą upapraną w keczupie. Zostało mu tylko wyrażanie swojego zmęczenia tematem ruchami głowy.
- Nie uważam tak, bo doskonale pamiętam, co wtedy powiedziałem i naprawdę mi z tym źle. Jeszcze raz cię za to przepraszam, ale błagam, nie wkręcaj sobie, że to był mój cel.
- Ale...
- Nie – przerwał mi stanowczo. - Koniec. Zatem co tak naprawdę robiłaś w Polsce?
Wzruszyłam ramionami. Nie miałam już ochoty z nim rozmawiać. Znowu mnie zdenerwował. Naburmuszona wróciłam do jedzenia.
Rudzielec widząc to, westchnął ciężko, ale nic nie powiedział. Nadgarstkiem poprawił zsuwające mu się z twarzy okulary i tak samo jak ja skupił się na swoich frytkach.
- Gdzie my idziemy? - spytałam z niepokojem, gdy właściwie już doskonale wiedziałam, dokąd mnie prowadził.
Nie chciałam tam iść. W ogóle nie chciałam iść w żadne miejsce, w którym kiedykolwiek wcześniej byliśmy razem. Dlaczego musiał przywoływać mi wspomnienia?
Ed uśmiechnął się tylko i dalej szedł przed siebie, a ja za nim. Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy usiedliśmy w miejscu, w którym parę miesięcy wcześniej jedliśmy pierogi.
- Po co tu przyszliśmy? - spytałam, chociaż byłam pewna, że znam odpowiedź.
Mężczyzna nie miał już na głowie kaptura, a rude włosy robiły, co chciały poruszane lekkim wiatrem.
- Lubię to miejsce. Mam z nim dobre wspomnienia – spojrzał na mnie, unosząc kąciki ust.
Udałam, że jestem zbyt zajęta jedzeniem, by zareagować. Wkładałam sobie do ust jedną frytkę po drugiej, byle tylko zgłuszyć myśli kłębiące się w mojej głowie.
- Właściwie czemu tu wróciłaś? - spytał z pełną buzią.
- Szkoła.
- I zostaniesz tu cały rok?
Pokiwałam głową.
- To świetnie – ucieszył się rudzielec.
Niepokoił mnie jego entuzjazm. A co jeśli właśnie postanowił, że nie da mi spokoju przez kolejne miesiące? Może mogłam go okłamać?
Usłyszałam dzwonek telefonu. Odruchowo sprawdziłam swój, ale to nie on dzwonił.
- Przepraszam, muszę odebrać – powiedział rudzielec i przesuwając zieloną słuchawkę, podniósł się z piasku.
Usłyszałam tylko „Cześć, kochanie” i już wiedziałam, kto dzwonił. Rzeczywiście, musiał odebrać. Nie można tak po prostu nie odebrać telefonu od dziewczyny, szczególnie, gdy w tym czasie jest się z inną.
Patrzyłam na niego, jak oddalony ode mnie o kilka metrów, rozmawia przyciszonym głosem i zastanawiałam się jak i czy w ogóle się jej tłumaczy. Szczerze mówiąc, współczułam jej, chociaż wcale jej nie znałam. Nie chciałabym mieć chłopaka, takiego jak on. Takiego, który w czasie mojej nieobecności znajdowałby sobie inną. A ja nie chciałam być tą drugą. Nigdy więcej.
Usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a. Tym razem to na pewno był mój telefon. Wyciągnęłam go z torebki i odczytałam treść wiadomości od Louisa.
Teraz mam trening, ale jeśli chcesz się spotkać, o szóstej jestem wolny. Daj znać.
Uśmiechnęłam się pod nosem, oddychając z ulgą. Miałam przynajmniej pretekst, żeby się stąd wyrwać.
Będę czekała pod szkołą – odpisałam i schowałam komórkę.
- Już jestem – Ed usiadł na swoim wcześniejszym miejscu.
- Ale pewnie zaraz musisz iść – spojrzał na mnie zdziwiony. - Dziewczyna dzwoniła, więc chyba się stęskniła. Nie powiedziałeś jej przecież, że siedzisz nad rzeką z tą, która zastępowała ją kilka miesięcy temu.
- Nino, to nie tak.
- Powtarzasz się. Zresztą, nie ważne. Ja też muszę iść. Umówiłam się. Z chłopakiem – dodałam, uświadamiając sobie, że żeby zrobić mu na złość, awansowałam Louisa do roli mojego chłopaka.
To chyba nie było do końca w porządku, ale Ed nie znał prawdy i nie musiał jej znać. Najważniejsze było, że w jednej sekundzie jego oczy zmieniły się w pięciozłotówki, a dolna szczęka opadała, ukazując mi jego białe zęby.
- Nie wiedziałem, że masz chłopaka.
Ja też nie.
- Widzisz, są jednak rzeczy, których o mnie nie wiesz. Muszę iść – podniosłam się z piasku i otrzepałam spodnie. Rudzielec zrobił to samo. - Dzięki za frytki.
- Nie ma za co. Jutro lecę do Stanów, ale za trzy tygodnie wracam. Zadzwonię.
- Po co?
- Żebyśmy się spotkali.
- I co, będziemy udawać dobrych przyjaciół, którymi nie jesteśmy? Przestań. To, że poświęciłam ci dzisiaj trochę więcej swojego czasu nic nie zmienia w moim nastawieniu do ciebie.
- I tak zadzwonię.
Wzruszyłam ramionami.
- Cześć – rzuciłam, odwracając się do niego plecami.
- Cześć – powiedział głosem, który brzmiał, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Nie obejrzałam się. Chciałam jak najszybciej od niego uciec.
Z ulgą zatrzymałam się przy głównej ulicy. Teraz musiałam już tylko zlokalizować najbliższy przystanek.

- Przepraszam, że musiałaś czekać, ale trening się przeciągnął – Louis z torbą na ramieniu, przytulał mnie na powitanie.
- Nic się nie stało – odparłam, unosząc kąciki ust.
Tak naprawdę przyszłam kilka sekund przed tym, jak wyszedł. Autobusy zawsze miały gdzieś to czy się spieszysz.
- Masz jakiś plan czy idziemy do mnie?
- Do ciebie.
- Całe szczęście, bo i tak nie miałbym siły nigdzie chodzić – zaśmiał się i ruszyliśmy przed siebie.
Zaczął mi opowiadać o swoim potwornie męczącym treningu, który trwał cztery godziny i ważnym meczu, który mieli rozegrać w środę. Całkowicie go to pochłonęło i nie przeszkadzało mu, że wcale się nie odzywam. Dlatego w pewnym momencie przestałam słuchać i odpłynęłam myślami do spotkania, które wcale nie powinno się odbyć.
- Marzę tylko o tym, żeby się położyć. Mam nadzieję, że nie będzie ci to przeszkadzało.
- Nie – uśmiechnęłam się.
Nie miałam pojęcia, o czym wcześniej mówił, ale najwyraźniej nie było to ważne, szczególnie, że byliśmy już pod domem.
- Chyba nikogo nie ma – stwierdził Louis, przekręcając klucz w zamku.
Rzeczywiście, w środku nikogo nie było.
- Chcesz coś do picia? - spytał blondyn, ciskając torbę przez cały salon. Wylądowała centralnie pod oknem. Dobry cel.
- Wody – poprosiłam, wieszając kurtkę w przedpokoju.
Po słonych frytkach odczuwałam silne pragnienie.
- Robi się – krzyknął i zniknął w kuchni.
Poszłam za nim. Stał przy blacie tyłem do wejścia, przelewając zawartość butelki do szklanki.
- Cytryny? - odwrócił się w moją stronę.
Pokiwałam głową i oparłam się ramieniem o ścianę.
- Proszę – podał mi szklankę, a ja natychmiast wypiłam całą jej zawartość.
Louis patrzył na mnie z rozbawieniem.
- Może chcesz jeszcze? - Pokręciłam głową. - No to idziemy na górę.
Odstawiłam puste naczynie na blat i poszłam w stronę schodów, po których wdrapałam się do pokoju Louisa. Lubiłam to miejsce. Było takie przytulne, szczególnie gdy po podłodze walały się ubrania.
- Przepraszam za bałagan, ale nie zdążyłem ogarnąć przed wyjściem.
Machnęłam ręką.
- Zobaczyłbyś mój pokój.
Zaśmiał się.
- Domyślam się, że mogłoby być gorzej.
- O wiele – zapewniłam, odrzucając na bok czarne dżinsy, bym mogła usiąść na pufie.
Chłopak w tym samym czasie rzucił się na łóżko.
- Nareszcie – westchnął, wyciągając się wygodnie.
Zamknął oczy i głęboko wciągnął powietrze, które po chwili wolno wypuścił ustami.
Przez chwilę nic nie mówiliśmy. Louis regenerował siły, a ja poddawałam się atakującym mnie myślom. Przestałam z nimi walczyć. To nie miało sensu.
Nagle chłopak jęknął, jakby ktoś wbił mu nóż w brzuch.
- Co się stało? - spytałam z niepokojem.
- Biologia – zakrył twarz rękami. - Ja nie mam siły. W poniedziałek mam test i muszę się uczyć. Tak bardzo mi się nie chce – jęknął znowu.
- Pomogę ci – zaoferowałam. - Ty zawsze mi pomagasz z historią.
- Ale ja jestem wykończony. Nie mam siły nawet patrzeć na notatki.
- To na nie nie patrz. Poczytam ci.
Louis skrzywił się.
- Naprawdę ci się chce? - spytał, odwracając twarz w moją stronę.
Pokiwałam głową.
- Daj mi tylko książkę i zeszyt.
- Nie mogę cię tak wykorzystywać. To nie w porządku.
- Przestań. Sama to zaproponowałam. To gdzie jest ten zeszyt?
Blondyn wyciągnął przed siebie rękę i wskazał na biurko zawalone stertą papierów, gazet, książek i zdjęć. Wyglądało zupełnie tak samo, jak moje.
Wśród tego artystycznego nieładu odnalazłam potrzebne mi rzeczy.
- Przesuń się – powiedziałam do chłopaka rozłożonego na środku łóżka. - Łatwiej zapamiętasz, jak będziesz śledził wzrokiem to, co czytam.
- Muszę? - jęknął.
- Nie, ale chyba chcesz zaliczyć.
Pokiwał głową i przesunął się na tyle, że zmieściłam się obok niego.
- Które tematy? - spytałam, otwierając książkę.
Palcem wskazał mi zaznaczone strony. Pozaginał rogi.
- No dobra, to zaczynamy – odchrząknęłam, zabierając się do czytania.
Louis półleżąc, zaglądał mi przez ramię. Początkowo mnie to rozpraszało, ale w końcu się przyzwyczaiłam. Starałam się modulować głosem w taki sposób, by jak najmniej go nudzić. Tak jakbym opowiadała bajkę, o ile da się opowiadać bajkę o pierwotniakach. Byłam w tym dobra, bo w gimnazjum wygrywałam wszystkie konkursy recytatorskie. Jednak z każdym kolejnym podrozdziałem stawałam się coraz bardziej senna, tak samo jak on. W końcu jego głowa opadła na moje ramię, a chwilę później ja oparłam się o niego.
Czytałam dalej, ale w połowie czwartego tematu zaczęłam chrypieć tak, że nie dało się mnie już słuchać.
- Zróbmy przerwę – zaproponował Louis.
Chętnie na to przystałam. Wyprostowałam nogi i przeciągnęłam się, bo od patrzenia w książkę rozbolał mnie kark.
- Może chcesz wody? - spytał blondyn, zeskakując z łóżka.
- Pewnie – odparłam, po czym dostałam wygrzebaną spod łóżka butelkę.
Zastanawiałam się ile czasu tam leżała i czy aby na pewno jest świeża. Chyba była. Przynajmniej tak smakowała.
- Dobra, kontynuujemy – powiedziałam, gdy nawilżyłam już swoje struny głosowe.
Louis nie wydawał się z tego powodu najszczęśliwszy, ale nie protestując, z powrotem położył się obok mnie. Otworzyłam książkę na odpowiedniej stronie i wróciłam do czytania.
Przebiegałam kolejne linijki tekstu, jednak nie mogłam się na nim skupić, pływając myślami od jednego tematu do drugiego. Wydawało mi się, że Louis także jest zupełnie gdzie indziej, a to przecież jemu powinno najbardziej zależeć. Przerwałam na chwilę, by sprawdzić czy mnie słucha.
- Chcesz odpocząć? - spytał, spoglądając na mnie z troską.
- Nie. Sprawdzałam tylko czy uważasz.
Chłopak wyszczerzył się w uśmiechu.
- Oczywiście, że uważam. Jak mógłbym marnować niepotrzebnie twój czas?
Uśmiechnęłam się i odszukałam wzrokiem miejsce, w którym przerwałam. Nie było w tym nic ciekawego. Zupełnie nic, co mogłoby przykuć moją uwagę na tyle, bym nie musiała co chwilę mrugać szybko oczami, żeby odgonić sen.
- Skończmy już – powiedział Louis, gdy w pokoju zapanował półmrok, a do włącznika światła było zbyt daleko.
- Ale został nam jeszcze – przekartkowałam podręcznik – jeden rozdział.
- Zepsujesz sobie wzrok, czytając po ciemku.
Wzruszyłam ramionami.
- Jakoś sobie poradzę.
- Uparta jesteś. Zarządzam koniec i tyle - blondyn wyjął z moich rąk książkę i cisnął ją za siebie.
Odbiła się od ściany i upadła na podłogę.
- Ale...
- Nie marudź – pociągnął mnie za lewy łokieć tak, że znalazłam się na tej samej wysokości, co on.
- I co teraz? - spytałam, wpatrując się w sufit.
- Teraz odpoczywamy. Ja muszę w spokoju przyswoić to, co mi przeczytałaś, a ty musisz doprowadzić swój głos do normalnego stanu.
Rzeczywiście, skrzypiałam potwornie, a mówienie zaczynało sprawiać mi ból. Zamknęłam więc oczy, by zrobić to, co zaproponował Louis, czyli odpocząć.
Gdy otworzyłam je znowu, zobaczyłam, że blondyn wsparty na łokciu przygląda mi się z uśmiechem.
- Coś się stało? - spytałam zdezorientowana.
Nie widziałam go dokładnie, bo w pokoju zrobiło się prawie całkowicie ciemno.
- Nie – pokręcił głową.
- To dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Bo lubię – jego głos był prawie tak cichy jak szept.
Zastanawiałam się czy dobrze go zrozumiałam, a gdy byłam już pewna, że tak, zaczęłam się zastanawiać nad tym czy to, co powiedziałam dzisiaj Edowi koniecznie musi być kłamstwem.

Podparłam się na łokciu tak samo jak Louis i uśmiechnęłam się do niego, po czym szybko pokonałam dzielące nas centymetry i przywarłam swoimi ustami do jego miękkich warg. Nie musiałam czekać na jego reakcję. Przewrócił mnie na plecy, ujmując moją twarz w obie dłonie. Wsunęłam palce w jego włosy i zamknęłam oczy.