sobota, 28 marca 2015

Rozdział V

Całe dwadzieścia minut dzielące nas od jego mieszkania zastanawiałam się co takiego Ed lubi robić. Do głowy przychodziły mi najróżniejsze pomysły, od tych najgłupszych do całkiem przerażających. Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Przecież ja go prawie w ogóle nie znałam.
- Wysiadaj – rozkazał mi Rudy.
Spełniłam jego polecenie i znalazłam się pod dość wysoką kamienicą z gatunku tych, w których mieszkanie kosztuje fortunę. Uniosłam brwi do góry i weszłam do środka prowadzona przez Eda. Wdrapaliśmy się po schodach na najwyższe piętro. Nie bez zmęczenia zatrzymałam się przed ciężkimi czarnymi drzwiami, czekając, aż mój towarzysz znajdzie klucze. W końcu wyciągnął je z ostatniej kieszeni spodni, która została mu do sprawdzenia i weszliśmy do mieszkania. Przedpokój był utrzymany w ciemnej kolorystyce. Na szarych ścianach wisiały czarne wieszaki, a pod nimi stały dwie czarne szafki na obuwie, naprzeciwko których wisiało wielki lustro w przepięknej złoconej ramie – jedynym jasnym elemencie w tym pomieszczeniu. Ściągnęłam kurtkę i buty, które postawiłam obok niedbale rzuconych czarnych trampków Eda.
- Idziesz? - usłyszałam krzyk dochodzący z dalszej części mieszkania i poszłam w tamtym kierunku.
Z korytarza, jaśniejszego niż przedpokój, odchodziły cztery pokoje, do których prowadziły idealnie białe drzwi. Na końcu, na wprost wejścia do mieszkania było wejście do salonu. Pokój był nowoczesny i cały biały. Białe ściany, białe meble, biała sofa. Jedynymi elementami koloru były okładki płyt na regale. W dodatku panował prawie idealny porządek, zniszczony tylko przez rzuconą na podłogę zieloną bluzę, którą Ed właśnie z siebie ściągnął. Zszokowana stałam w progu, rozglądając się niepewnie.
- Wchodź. Nie bój się. Chcesz coś do picia?
- Sok, jeśli masz – odpowiedziałam i powoli ruszyłam w kierunku sofy, na którą po chwili opadłam.
- Pomarańczowy może być? - krzyk dobiegał z kuchni, która była równie zadbana co salon.
- Oczywiście – odkrzyknęłam, rozsiadając się wygodniej.
Nie tego się spodziewałam po tym rudzielcu. To nie mogła być jego robota. Tego byłam pewna.
- Trzymaj – Ed podał mi szklankę.
- Tu jest świetnie – powiedziałam do niego zauroczona miejscem.
- Wiem, dlatego tu mieszkam – odparł, siadając obok mnie.
- Tego porządku się po tobie nie spodziewałam – przyznałam szczerze.
- I dobrze, bo taki jest tylko w salonie. Poza tym nie ja o niego dbam.
- Można się tego domyślić – upiłam łyk soku. - Nie ważne. Co robimy?
- To co lubię najbardziej.
- Czyli? - oczekiwałam konkretniejszej odpowiedzi.
- Siedzimy.
- Tylko?
- Daj mi chwilę. Nie wszystko naraz. Jestem przeciętnym osobnikiem męskim, nie wymagaj ode mnie za wiele.
- Jasne. Rozumiem – wolałam zająć się moim sokiem, który swoją drogą był pyszny.
Po kilku minutach bezczynnego siedzenia Ed wyciągnął z kieszeni dżinsów  iPhone'a i wybrał jakiś numer.
- Z szynką, pieczarkami, sosem pomidorowym i podwójnym serem. Tak. Dziękuję - rozłączył się i popatrzył na mnie. - Zamówiłem pizzę, jak będziesz chciała to też dostaniesz – uśmiechnął się i odłożył telefon na stolik, na którym trzymał nogi.
- Pizzę? - uniosłam brew, by pokazać zdziwienie.
- Tak, a o co chodzi? - nie rozumiał mojej reakcji.
- Przecież jedliśmy pizzę w piątek.
- I co z tego. Lubię pizzę – popatrzył na mnie jak dziecko, któremu zabiera się słodycze.
- No tak, to akurat widać gołym okiem – powiedziałam do siebie i poszłam do kuchni nalać sobie soku. Jakoś musiałam przeżyć wieczór z pizzą w roli głównej.
Gdy wróciłam do salonu, Ed schylał się przy szafce pod telewizorem i wkładał płytę do odtwarzacza DVD. Po chwili na ekranie rozpoczął się film. Rozpoznałam początek jakiejś bajki animowanej. Nie rozumiałam tego. Pizza i film animowany? Czy naprawdę to było jego ulubionym zajęciem?
- Włączyłem „Shreka”. Chyba, że nie lubisz to wybiorę coś innego – spojrzał na mnie niepewnie. Nie mogłam mu się dziwić, moja mina na pewno nie okazywała zachwycenia.
- Nie, bardzo lubię „Shreka” - odpowiedziałam, siadając na sofie. Czego ja się spodziewałam? Że okaże się, że jego ulubionym zajęciem jest gra w szachy?
Popijając sok, oglądałam ulubioną bajkę mojego dzieciństwa i obserwowałam reakcje towarzysza, który co chwila wybuchał śmiechem. Wybawieniem okazał się dzwonek do drzwi.
- Otworzysz? Proszę – dzisiejszego popołudnia zachowywał się jak dziecko. Nawet jego głos brzmiał jakby miał lat cztery nie dwadzieścia cztery. Z głośnym westchnieniem wstałam z kanapy. - Portfel leży na blacie w kuchni – aż tak mi ufał?
Z marmurowego blatu zgarnęłam czarny, skórzany portfel i otworzyłam go. No tak. Nie było w nim za wiele. Idealnie starczyło na zapłatę dostawcy. Z gorącym pudełkiem w ręku wróciłam do salonu.
- Dziękuję, a mogłabyś mi jeszcze podać piwo z lodówki?
- A co ja twoją służącą jestem? - krzyknęłam, idąc w stronę kuchni.
Wzięłam zamówiony napój i przeszukałam wszystkie szafki w poszukiwaniu czegoś co mogłabym jeść w trakcie filmu. Na fast-foody nie miałam ochoty, ale film bez przekąski był do niczego. Przekopawszy się przez paczki czipsów, znalazłam gotowy popcorn, który przesypałam do miski, którą znalazłam w jednej z szarych szafek. Tak przygotowana usiadłam na sofie, podając Ed'owi jego piwo.
- Kochana jesteś – pocałował mnie w policzek, który momentalnie stał się cały czerwony.
Z miską popcornu na kolanach oglądałam film. Ed w okamgnieniu pochłonął całą dużą pizzę i popijał ją schłodzonym trunkiem. Jego ręka coraz bardziej się do mnie zbliżała. Czułam jak sunie po poduszce za mną, ale udawałam, że problemy uczuciowe zielonego ogra bardzo mnie pochłonęły. Nagle ramię mężczyzny objęło mnie. Poczułam się dość niezręcznie i z jeszcze większą uwagą po raz piętnasty oglądałam film. Nie wiedziałam jakie ma zamiary, które ostatecznie okazały się bardzo dziecinne. Delikatnie wsunął rękę do miski leżącej na moich skrzyżowanych nogach i zgarnął garść popcornu, śmiejąc się przy tym jak z najlepszego żartu w życiu. Byłam zażenowana jego zachowaniem i przez moment zastanawiałam się czy to na pewno on jest ode mnie starszy, a nie na odwrót. Ale prawdziwą sytuację przypomniał mi mundurek, z którego wciąż się nie przebrałam.
- Gdzie jest łazienka? - spytałam, wstając z kanapy i biorąc do ręki czarną torbę leżącą obok.
- Pierwsze drzwi na prawo – Ed przerwał wyjadanie resztek popcornu z miski i wskazał mi palcem kierunek.
Uśmiechnęłam się w oznace podziękowania za udzieloną mi informację i w kilku dużych krokach przemierzyłam salon. Delikatnie uchyliłam idealnie białe drzwi i weszłam do błękitnego wnętrza, które wypełniał lawendowy aromat. Na środku stała ogromna wanna, taka o jakiej zawsze marzyłam. Niestety zarówno w Polsce, jak i u Stuartów miałam tylko prysznic. Po prawej stronie była toaleta, obok której stały trzy białe szafki chowające zapewne kosmetyki i środki czystości. Naprzeciwko nich wisiało szerokie lustro, w którym odbijała się moja wątła postać, a pod nim stała dużych rozmiarów umywalka. Zaczęłam podejrzewać, że to nie jest mieszkanie rudzielca. Było w nim zbyt idealnie. Torbę odłożyłam obok wanny i stanęłam tyłem do wejścia. Wygrzebałam z niej czarny top oraz czerwoną koszulę w kratę i położyłam je na brzegu obiektu moich marzeń. Szybko zdjęłam granatową marynarkę i krawat, i rzuciłam niedbale na podłogę. Wzięłam się za rozpinanie guzików koszuli. Gdy już się z niej wyzwoliłam, ona również wylądowała na białych kafelkach. Schyliłam się po czarną bluzkę, lecz w tym momencie usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Tkwiłam chwilę w bezruchu, nasłuchując, ale gdy po paru sekundach nic się nie odezwało, uznałam, że się przesłyszałam. Jednak po chwili dźwięk się powtórzył. Tym razem usłyszałam wyraźne miauknięcie, dochodzące gdzieś spod szafek. Bez zastanowienia przybrałam pozycję czworonożną i zajrzałam pod meble. W tym samym momencie spod szafki wyczołgał się czarno – szary kotek. Rozprostował tylne łapki i podszedł do mnie. Usiadłam na zimnej podłodze, a kociak ocierał się o moje zgięte nogi. Wyciągnęłam do zwierzaka ręce i złapałam go. Od miesiąca brakowało mi dotyku kociego futerka, a teraz nareszcie mogłam się do niego przytulić. Maluch nie protestował, gdy tuliłam go i całowałam, a wręcz przeciwnie zaczął mruczeć. Z szerokim uśmiechem na ustach wyszłam z łazienki z kociakiem na rękach.
- Kto to jest? - spytałam, stając w progu salonu.
Mężczyzna niechętnie odwrócił głowę w moją stronę, ale gdy zobaczył kogo trzymam, od razu do mnie podbiegł.
- Graham, stary, gdzie ty byłeś? - Ed przejął ode mnie kota.
- Siedział pod szafką w łazience – udzieliłam odpowiedzi w zastępstwie Grahama.
- No tak, on lubi takie miejsca. Im ciaśniej tym lepiej, nie chłopie? - radość rudzielca trochę mnie rozbawiła. Zachowywał się tak, jakby nie widział malucha latami. Postanowiłam zostawić ich samych i wróciłam do łazienki dokończyć ubieranie.

- Co robisz? - spytałam, gdy wchodząc do salonu zauważyłam jak Ed przeszukuje regał stojący po prawej stronie telewizora.
- Szukam jakiejś muzyki, ale nie wiem co lubisz – popatrzył na mnie, przerywając na chwilę wykonywaną czynność. Zadał pytanie z rzędu tych, na które wolałabym nie odpowiadać. Przecież moim numerem jeden był on.
- Masz nową płytę Coldplay? - zapytałam po chwili zastanowienia.
- Mam, ale nie chcesz czegoś żywszego?
- Nie – odpowiedziałam, mrużąc oczy.
- Jak wolisz – wzruszył ramionami i włożył płytę do odtwarzacza.
Z głośników rozmieszczonych w całym pokoju popłynęła muzyka, która wypełniła moje ciało. Zamknęłam oczy i po chwili, nie zważając na obecność Eda, zaczęłam poruszać się do rytmu. Od najmłodszych lat kochałam taniec. Czułam się wolna i mogłam zapomnieć o problemach. Nic mnie wtedy nie obchodziło. Dopiero gdy po skończonej piosence otworzyłam oczy, zrobiło mi się głupio, bo uświadomiłam sobie, że mężczyzna cały czas mnie obserwował. Przez te cztery minuty nawet nie zmienił pozycji. Wciąż klęczał obok odtwarzacza, trzymając w lewej dłoni okładkę płyty. W ciągu kilku sekund panującej ciszy moje policzki zapłonęły, a ramiona skuliły się ze wstydu. Jak ja mogłam się tak skompromitować? Dlaczego nad sobą nie zapanowałam?
- Dziewczyno, dlaczego wcześniej się nie pochwaliłaś, że tak świetnie tańczysz?
Chwilę trwało zanim mój mózg zrozumiał słowa Eda. Gdy już dotarło do mnie to co powiedział, uśmiechnęłam się jak mała zawstydzona dziewczynka, a do mojej twarzy napłynęła kolejna fala krwi, ale nie mogłam być już bardziej czerwona.
- Nie przesadzaj – odparłam cicho.
- Nie przesadzam. Jesteś genialna.
Mężczyzna wstał z jasnych paneli i podszedł bardzo blisko mnie. Dłonie położył na moich biodrach, a ja momentalnie zaczęłam drżeć. Nie był dużo wyższy ode mnie, ale mimo to musiałam unieść głowę by na niego spojrzeć. Trzęsącymi się rękoma objęłam go w pasie i wtuliłam się w jego klatkę piersiową ukrytą pod czarnym T-shirtem. Uwielbiałam się przytulać, dlatego nie marnowałam żadnej okazji.
- Wyjdziemy na balkon? - spytał po dłuższej chwili.
- Pewnie – uniosłam kąciki ust i wypuściłam go z objęć.
Ed otworzył przeszklone drzwi i od progu owiał mnie chłód marcowego wieczoru. Nie było tu dużo miejsca, ale zmieścił się mały stolik, dwa krzesła i doniczki z różnymi kwiatami. Stanęliśmy przy barierce, za którą roztaczał się widok na centrum Londynu i Tamizę. Wyglądało to pięknie i nawet przestało mi dokuczać zimno. Mój towarzysz wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów i zapalniczkę. Włożył do ust filtr, odpalając papierosa i zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił dym.
- Chcesz? - zapytał niepewnie, widząc jak mu się przyglądam.
- Nie palę. To bardzo niezdrowe – powiedziawszy to, poczułam się jak matka strofująca dziecko.
- Na coś trzeba umrzeć. Dlaczego nie na raka płuc?
- Nawet tak nie mów – prawie krzyknęłam.
- Nie denerwuj się – zaśmiał się, zaciągając kolejny raz. - Ale dobrze, że nie palisz. To beznadziejna sprawa – odwrócił głowę w moją stronę, dmuchając we mnie dymem.
- Jesteś okropny – zakaszlałam od duszących oparów.
- To prawda – uśmiechnął się i zrzucił na ziemię niedopałek. - Nauczysz mnie tańczyć?
Że co?! Chyba się przesłyszałam.
- Słucham?! - moje wytrzeszczone oczy nie mogły robić dobrego wrażenia.
- No tańczyć czy mnie nauczysz? - Ed mówiąc to, wykonywał ruchy, jakby tłumaczył coś głuchemu.
- Ale...
- Tylko nie mów, że nie potrafisz, bo sam widziałem.
Jeżeli myślał, że moje wątpliwe umiejętności taneczne przekładają się na umiejętności edukacyjne to grubo się mylił.
- No dobrze – zgodziłam się z westchnieniem, gdyż nie miałam żadnych argumentów, które mogłyby odwieść go od tego jakże głupiego pomysłu. - Podgłośnij muzykę – poleciłam uczniowi, próbując zyskać na czasie.
Mężczyzna szybko spełnił prośbę, kierując wyciągniętego z kieszeni pilota w stronę odtwarzacza.
- Tak jest dobrze? - spytał, ciesząc się jak małe dziecko.
- Świetnie – powiedziałam z, mam nadzieję, wyczuwalną ironią, przewracając przy tym oczami.
- Co teraz? - wpatrywał się we mnie jak w obrazek.
- Stań tutaj.
Ustawiłam go tyłem do ratującej mu życie barierki, a sama stanęłam przed nim. Nie powiem, żeby na balkonie było wystarczająco miejsca na ruchy imitujące taniec, ale uznałam, że to lepiej, bo szybciej skończymy.
Jego prawą dłoń ułożyłam na swojej talii i zmroziłam go wzrokiem, czując jak ręka dziwnym trafem zsuwa się coraz niżej. Gdy górna kończyna wróciła na właściwe miejsce, swoją położyłam na jego prawym ramieniu. Palce drugiej ręki splotłam z jego palcami i spuściłam wzrok, bo moje ciało znowu zaczęło drgać. Spięłam się w sobie i starałam się uspokoić nazbyt rozemocjonowany organizm. Powoli zaczęłam kiwać się w takt „O”, a razem ze mną poruszał się Ed. Na początku szło mu całkiem nieźle, ale nagle na mojej odzianej tylko w bawełnianą bordową skarpetkę stopie w rozmiarze 37 poczułam cały ciężar ciała mężczyzny, który gdy tylko zauważył co zrobił, przeprosił mnie. Spuściłam głowę i zacisnęłam zęby, aby ukryć grymas bólu malujący się na mojej twarzy.
- Zrobiłem ci coś? - spytał półgłosem.
Tak, zmiażdżyłeś mi palce.
- Nie, wszystko w porządku, tylko następnym razem staraj się stawiać nogi tam gdzie jest wolne miejsce – sztucznemu uśmiechowi towarzyszyło pulsowanie w stopie. Ile on ważył, że tak bolało?
- To dobrze. Mówiłem, że nie umiem tańczyć.
Człowieku, to nawet nie był taniec. Ty chodzić nie umiesz.
Przez następne dwie minuty za wszelką cenę starałam się ukierunkować ciało, które ewidentnie nie było podatne na żadne wpływy. W pewnej chwili poczułam wibracje na wysokości bioder. Przestraszona odskoczyłam do tyłu, przewracając przy tym doniczkę z różowymi kwiatkami. Miss gracji – Nina. Ed tymczasem z jednej ze swoich obszernych kieszeni wyjął wibrującego iPhone'a i przesunął zieloną słuchawkę.
- Cześć, co tam u ciebie?
Odwrócił się do mnie plecami, a ja nie chcąc mu przeszkadzać, wycofałam się do salonu i rozłożyłam na kanapie. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w głos wokalisty, a po chwili poczułam przyjemny, mruczący ciężar na kolanach. Dłonie automatycznie ułożyły się na miękkiej sierści kociaka. Uśmiechnęłam się do siebie i trwałam tak dobrych kilka minut.
Z letargu wyrwał mnie lekko zachrypnięty głos.
- Przepraszam, że tak długo, ale dzwo...
- Nie tłumacz mi się, to nie moja sprawa – odwróciłam głowę w jego stronę, cały czas głaszcząc kota.
- Jak wolisz. A tak poza tym to, nie żebym cię wyganiał, ale nie powinnaś już wracać?
- A która godzina?
- W pół do dziesiątej.
- Cholera! Już tak późno?
Zerwałam się z kanapy jak oparzona, zrzucając zdezorientowanego Grahama na podłogę. Miałam tylko pół godziny na powrót do domu. W jednej chwili znalazłam się w przedpokoju. Na nogi wciągnęłam buty i założyłam kurtkę, którą szczelnie zapięłam. Z szafki zgarnęłam torbę i gotowa do wyjścia czekałam pod drzwiami.
- Spokojnie. Odprowadzę cię – do pomieszczenia wszedł Ed wciągający na siebie leżącą wcześniej na podłodze w salonie bluzę.
- No taką mam nadzieję – powiedziałam całkiem serio i czekałam aż Rudy się ubierze.

W zupełnej ciszy przemierzaliśmy te same uliczki co przy naszym pierwszym spotkaniu. Ciemne otoczenie rozświetlał jedynie żółto – pomarańczowy blask latarni odbijający się w kałużach. W żadnym oknie nie paliło się choćby najmniejsze światło. Dziwne. Drobny deszczyk jak zwykle towarzyszył londyńczykom. Chłodny wiatr owiewał rozpalone policzki, ale nie marzłam. Jego ciepła dłoń chowała moją małą i zimną.
Puścił moją rękę dopiero wtedy, gdy po dwudziestu pięciu minutach zatrzymaliśmy się pod domem.
- Przyjadę po ciebie w piątek o szóstej i najpierw pojedziemy do mnie. Zgoda? - stanął naprzeciwko mnie.
- Zgoda – uśmiechnęłam się i chciałam odejść, ale Ed złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
- Gdzie idziesz? Jeszcze się nie pożegnaliśmy – uniósł kąciki ust i pocałował mnie w policzek. - Do piątku – szepnął, puszczając moją rękę. Szybko wbiegłam po kamiennych schodkach, chcąc ukryć czerwień na twarzy.
- Do piątku! - krzyknęłam, wchodząc do domu.
- Jak było? - tuż za progiem czekała na mnie Lucy.
- Fajnie – odparłam zaskoczona jej obecnością.
- Fajnie? - ta odpowiedź nie satysfakcjonowała kobiety.
- Tak – potwierdziłam, wieszając kurtkę na wieszaku i schylając się by zdjąć buty. - Tylko jestem bardzo zmęczona – ziewnęłam, pokazując jak bardzo wykończyło mnie oglądanie filmu.
- To biegnij na górę spać – Lucy poklepała mnie po ramieniu i wypchnęła z przedpokoju w stronę schodów.
Udowadniając swoje zmęczenie, wyjątkowo ospale weszłam po schodach i zamknęłam za sobą drzwi pokoju. Prawą ręką wykonałam zamaszysty ruch, przez który szkolna torba przeleciała przez cały pokój, lądując idealnie pod biurkiem. Ja natomiast rzuciłam się na miękki materac przykryty pachnącą fioletowo – białą pościelą. Na ustach miałam szeroki uśmiech, a moje myśli zaprzątała tylko jedna sprawa. Oficjalnie i na pewno szłam z Ed'em na imprezę. To było niesamowite. Już teraz robiłam umysłowy przegląd szafy i zastanawiałam się w co mam się ubrać. Przecież ja nie miałam nic odpowiedniego. Jednak bardziej martwiło mnie to, co mam powiedzieć Lucy i Paul'owi. Nie znałam ich jeszcze na tyle, żeby wiedzieć jak zareagują na słowo „impreza”, dlatego wolałam tego uniknąć. Podejrzewałam, że kazaliby mi wrócić jak Kopciuszek, a imprezy zwykle trwają trochę dłużej. Miałam całą noc by coś wymyślić, ale najpierw gorący prysznic.
Na palcach przeszłam do łazienki, znajdującej się po drugiej stronie ciemnego korytarza. Zrzuciłam z siebie ubranie i wskoczyłam do kabiny. Odkręciłam kurek, a woda momentalnie zalała moje ciało. Z grymasem zmieniłam temperaturę, gdyż plecy, które jako pierwsze narażone zostały na kontakt ze zbyt ciepłą wodą, piekły poparzone. Gdy namokłam już wystarczająco, na dłoń wylałam waniliowy żel pod prysznic, a następnie szampon z awokado. Tak wyczyszczona założyłam luźną białą koszulkę i legginsy, które miały mi służyć jako strój do spania i z turbanem na głowie podreptałam do pokoju.
Stojąc przed lustrem, dokładnie rozczesałam włosy i związałam je w warkocz. Dokładnie przyjrzałam się swojemu odbiciu. Nie uważałam się za brzydką, ale nie byłam też tak piękna jak w ostatnich dniach starało mi się to wmówić aż trzech facetów. Może po prostu oni nigdy nie widzieli pięknej kobiety albo, co bardziej prawdopodobne, Anglicy nie mieli gustu. Tak, to na pewno to.
Gdy tę kwestię miałam już ustaloną, wygrzebałam z torby telefon i sprawdziłam czy nikt mnie nie szukał. Nie. Odłożyłam komórkę na szafkę i wskoczyłam do ciepłego łóżeczka.
*
- Musisz mi pomóc! - podbiegłam do Elli, gdy tylko zobaczyłam, że wchodzi do szkoły. W nocy wymyśliłam genialny w swojej prostocie plan, ale potrzebowałam pomocy koleżanki w jego realizacji.
- Co się stało? - spytała z zainteresowaniem blondynka, ściągając przy tym szary płaszczyk.
- Idę jutro na imprezę.
- To wiem, co dalej?
- I powiem Lucy, że będę nocować u ciebie. Mogę?
- Jasne. W razie czego będę cie kryła, ale pod jednym warunkiem – zgodziłabym się na wszystko. - W sobotę zdajesz mi szczegółową relację. Co do minuty.
- Załatwione – zaśmiałam się, widząc poważną minę dziewczyny. Miałam tylko nadzieję, że z Lucy też pójdzie tak łatwo.
*
Siedziałam na szarej kanapie, obracając w dłoni żółtego klocka Lego i udając entuzjazm wywołany zabawą z Kevinem. Myślami byłam jednak zupełnie gdzie indziej.
- Mogę jutro nocować u Ellie? - rzuciłam w przestrzeń, gdy Lucy stawiała na stoliku w salonie ciasto i kubki z herbatą.
Obróciłam głowę w stronę kobiety i Paula, siedzącego na fotelu, upuszczając przy okazji na futrzany dywan maleńki przedmiot. Para spojrzała na siebie, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Wydaje mi się, że tak, jeśli jej rodzice się zgadzają – milczenie przerwała Lucy.
- Oczywiście, że się zgadzają. Tylko... - zawiesiłam się na ostatniej sylabie.
- Tylko co? - zapytał zdezorientowany Paul.
- Tylko najpierw idę do Eda – uśmiechnęłam się, w moim przekonaniu, słodko.
Lucy z westchnieniem usiadła obok mnie.
- Dobrze, idź. Przecież jesteś prawie dorosła, a my nie możemy ci zabronić. W końcu nie jesteśmy twoimi rodzicami.

Słysząc te słowa odetchnęłam z ulgą i przytuliłam kobietę. Z niespotykaną ochotą wróciłam do zabawy z chłopcem, który właśnie budował domek z Lego. Chciało mi się śmiać. To nie mógł być przypadek.

Z pozdrowieniami dla Michała, Pawła, Bartka i Julii :)
Nauka historii Rosji nie wpływa korzystnie na procesy twórcze, ale coś tam napisałam. Jak wam się podoba?

sobota, 21 marca 2015

Rozdział IV

Nie chcąc budzić domowników, najciszej jak mogłam, weszłam do domu. Gdy tylko przekroczyłam próg, usłyszałam dochodzące z salonu dźwięki „Przyjaciół” - ulubionego serialu większości Anglików w tym Lucy. Ściągnęłam baleriny i na palcach podeszłam do kanapy, na której spała kobieta. Uznałam, że pewnie czekała na mój powrót, dlatego lekko ją szturchnęłam.
- Co? Co się dziej? - Lucy otworzyła zaspane powieki.
- To ja. Wróciłam – powiedziałam szeptem.
- Tak? To dobrze – kobieta wyłączyła telewizję i na wpół przytomna przeniosła się do sypialni.
Ja tymczasem poszłam do kuchni i nalałam sobie szklankę soku pomarańczowego. Stanęłam przy marmurowym blacie i zagapiłam się w ciemność za oknem. W mojej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, ale wszystkie dotyczyły tego samego.
Oprzytomniałam dopiero, gdy usłyszałam dźwięk przychodzącego sms'a. Spojrzałam na zegarek wiszący obok lodówki. Było wpół do dwunastej. Stałam tak prawie pół godziny. Na blat odstawiłam wciąż jeszcze pełną szklankę i z kieszeni ramoneski wyciągnęłam telefon. Kto o tej porze mógł do mnie napisać? Wiadomość była od Ellie:
Coś ty zrobiła Louisowi?!
No tak. Jeszcze on. Szybko odpisałam:
Długa historia. Jutro ci opowiem
i wyłączyłam telefon, bo wiedziałam, że nie wytrzyma do jutra i zadzwoni. Dopiłam sok i zmęczona powlokłam się do pokoju. Ostatkiem sił przebrałam się w niebieską piżamę i padłam na łóżko.
*
- Nina! Wstawaj! - od dłuższego czasu ktoś próbował mnie obudzić, ale ja zakryłam głowę poduszkami i coraz głębiej zakopywałam się w kołdrę. - Dobra! Koniec! - kołdra w brutalny sposób została zrzucona z moich nóg. Wściekła otworzyłam oczy. Nade mną stała mocno pomalowana blondynka ubrana cała na czarno i trzymająca moją kołdrę.
- Ellie? Co ty tu robisz? - leniwie usiadłam na łóżku i ze zdziwieniem wpatrywałam się w koleżankę.
- No nareszcie księżniczka wstała! Ile można spać? Już prawie jedenasta. Zresztą nie ważne. Ubieraj się i idziemy.
- Poczekaj, muszę zjeść śniadanie.
- Śniadanie zjesz ze mną. Nie wytrzymam dłużej. Musisz mi powiedzieć co się wczoraj stało. Szykuj się. Czekam na dole.
Ellie wyszła, a ja wciąż zaspana podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej pierwsze co wpadło mi w ręce. Włosy związałam w niedbały koczek i poszłam do łazienki. Twarz ochlapałam zimną wodą i od razu oprzytomniałam. Schodząc na dół słyszałam piskliwy głos blondynki i śmiech Kevina.
- Możemy iść – powiedziałam, wchodząc do salonu.
- Super! Kevin, następnym razem dokończymy – Ellie wstała z kanapy. Pożegnałyśmy się ze wszystkimi i wyszłyśmy z domu.
- To teraz gdzie? - spytałam, czując jak mój żołądek domaga się jedzenia.
- Starbucks – zarządziła dziewczyna, a ja nie miałam siły z nią dyskutować.
Przeszłyśmy około 400 metrów i weszłyśmy do dużej, przestronnej kawiarni, jak zwykle, pełnej ludzi. Dopadłyśmy ostatniego wolnego stolika i rozsiadłyśmy się w wygodnych kanapach.
- Co podać? - podeszła do nas młoda kelnerka.
- Dwa croissanty, latte i podwójne espresso – wyrecytowała sprawczyni całego zamieszania, a mój brzuch w odpowiedzi zaburczał z głodu.
Gdy tylko dostałyśmy nasze zamówienie, Ellie od razu zaczęła temat Louisa.
- To teraz opowiadaj – powiedziała z filiżanką espresso w dłoni.
- Najpierw muszę się najeść – wgryzłam się w rogalika, nie zważając na minę koleżanki. - Dobrze. Już mogę mówić – spokojnie powiedziałam, gdy śniadanie popijałam kawą.
- W końcu – Ellie odetchnęła z wyraźną irytacją.
- Wczoraj jak zawsze wracałam z Louisem – rozpoczęłam opowieść, oblizując usta z okruszków i resztek mleka. - Wszystko było dobrze, dopóki nie zatrzymaliśmy się pod domem. Wiesz, że traktuję go jak przyjaciela i nie chcę nic więcej, a tu on zaczyna mnie całować.
- Jak słodko. Przepraszam, kontynuuj – zamilkła, widząc moją minę.
- Szybko uciekłam do domu, ale zanim weszłam umówił się ze mną na szóstą. Nie chciało mi się wymyślać bezsensownych wymówek, więc się zgodziłam. Ale potem zapomniałam o tym spotkaniu i wyszłam.
- Jak mogłaś zapomnieć o randce z takim przystojniakiem? - Ellie zupełnie mnie nie rozumiała.
- Byłam bardziej zajęta – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się na wspomnienie wczorajszego wieczoru.
- Co może być ważniejsze niż spotkanie z takim chłopakiem?
- Inne spotkanie – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej.
- Co mówisz?
- Nic, nic.
- I tak słyszałam.
- To po co pytasz?
- Odruch. Z kim się spotkałaś? - blondynkę zżerała ciekawość.
- Z nikim ważnym – wiedziałam, że tak łatwo jej nie spławię, ale cały czas wahałam się czy powiedzieć prawdę.
- Przestań gadać takie bzdury. Konkretnie kto to był.
- Taki Ed. Nie znasz – w sumie nie wiedziałam czy go zna, więc prawie nie skłamałam.
- Przypominam, że twoje życie towarzyskie istnieje dzięki mnie, więc znam wszystkich twoich znajomych – prawie miała rację, oprócz tego jednego, a właściwie już dwóch wyjątków.
- Ale jego poznałam sama. Zgubiłam się, a on pomógł mi trafić do domu. A wczoraj zaprosił mnie na pizzę jako nagrodę za pomoc – powiedziałam prawdę.
- Twoja wypowiedź nie ma najmniejszego sensu, ale udam, że ci wierzę. Co jeszcze robiłaś z tym Ed'em?
- Nic. Dał mi numer telefonu, gdybym chciała iść z nim w piątek na imprezę.
- A chociaż fajny ten chłopak, skoro poświęciłaś dla niego Louisa?
- Bardzo – moja mina ostatecznie ją przekonała.
- To się nie zastanawiaj, tylko dzwoń do niego. Ale nie teraz, żeby nie pomyślał, że ci zależy. Najlepiej zadzwoń do niego we wtorek. A dzisiaj telefon do Louisa. Przecież musisz mu to wytłumaczyć.
- Tak, wiem – nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę z nim.
- To ja cię już dłużej nie trzymam. Pa – dopiła kawę i uciekła, zostawiając na stoliku pieniądze.
Ja również dopiłam kawę, zapłaciłam i wyszłam. Bardzo wolnym krokiem wróciłam do domu i zamknęłam się w pokoju. Wiedziałam, że muszę pogadać z Louisem, ale nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. „Im szybciej to zrobisz, tym szybciej będziesz to miała z głowy” - podpowiedział mi głos w głowie i wykręciłam numer.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce głos chłopaka.
- Cześć, Louis. To ja, Nina – głośno przełknęłam ślinę.
- A tak – nie brzmiał na zadowolonego. Nie mogłam się dziwić. - Czego chcesz?
- Pogadać. Chcę ci to wszystko wytłumaczyć.
- Ale tu nie ma czego wyjaśniać – odpowiedział sucho.
- Louis, proszę – powiedziałam najmilej jak mogłam.
- Dobrze. O drugiej w parku obok ciebie.
- Super! - odparłam i się rozłączyłam. Miałam jeszcze dwie godziny na przygotowanie sobie świetnej mowy.
*
Wolnym krokiem szłam w umówionym kierunku. Im bliżej byłam, tym mój żołądek coraz bardziej się ściskał. Nie wiedziałam właściwie, dlaczego aż tak się denerwuję, ale gdy zobaczyłam Louisa stanęłam jak sparaliżowana. Przez chwilę rozważałam opcję ucieczki, ale to byłby już drugi raz, kiedy bym nie przyszła, dlatego zrezygnowałam z tego pomysłu. Spowalniając każdy krok stawiany na kamienistej alejce, podeszłam do chłopaka.
- Cześć – przywitałam się niepewnie.
- Cześć. Przejdziemy się? - zaproponował Louis.
- Chętnie – byłam wdzięczna, że nie będę musiała tłumaczyć się na siedząco. To byłoby jeszcze bardziej stresujące.
Po kilku minutach niezręcznej ciszy odezwałam się w końcu.
- Słuchaj, to nie jest tak jak myślisz – zaczęłam dosyć nieporadnie.
- Ja nic nie myślę – chłopak miał wzrok wbity w ziemię.
- Wiem jak to zabrzmi, ale ja po prostu zapomniałam o naszym spotkaniu i...
- I wyszłaś z bardzo miłym młodym człowiekiem – powiedział ze smutkiem, naśladując głos Lucy. - Powiedz mi, co zrobiłem źle? Czy to moja wina, że się w tobie zakochałem? - na takie wyznania nie byłam przygotowana. - Przecież jesteś śliczną i inteligentną dziewczyną, i nie mnie jednemu się podobasz – tego już było za dużo.
- Louis, tu nie chodzi o ciebie – musiałam przerwać jego monolog. - To moja wina. Ja nie jestem jeszcze gotowa.
- Po prostu przyznaj, że jest ktoś inny. Zrozumiem – jego głos nabrał żałosnego brzmienia.
- Nie, to znaczy poniekąd, ale właściwie to...
Nie wiem co mnie opętało w tamtej chwili, ale mocno przytuliłam się do blondyna, nie pozwalając mu nawet na oddech. Louis zaskoczony moim nagłym przypływem uczuć, stanął jak wryty, ale po chwili on także mnie objął. Poczułam, że wszystko się ułoży.
- Nie chcę, żeby między nami się coś zmieniło – spojrzałam chłopakowi w oczy, co było niezwykle trudne, gdyż był ode mnie o jakieś dwadzieścia centymetrów wyższy, a ja wciąż się do niego tuliłam.
- Dobra, powiedz to – Louis głośno westchnął.
- Ale co? - nie rozumiałam o co mu chodzi.
- To najgorsze zdanie, które można powiedzieć po rozstaniu – usłyszawszy to, zachciało mi się śmiać, ale uznałam, że nie jest to najodpowiedniejsza chwila, więc grzecznie wykonałam polecenie blondyna.
- Louis, zostańmy przyjaciółmi – nie wytrzymałam dłużej i wybuchnęłam głośnym śmiechem, a chłopak dołączył do mnie.
Staliśmy tak na środku alejki, pośród wypuszczających pierwsze liście drzew i śmialiśmy się jak naćpani, ale wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Potrzebowałam przyjaciela nie chłopaka.
*
„Zadzwonić, nie zadzwonić. Zadzwonić, nie zadzwonić”. We wtorkowe popołudnie siedziałam na łóżku i przerzucałam telefon z jednej ręki do drugiej. Moje życie powoli wracało do normy, a ja znowu musiałam nim zachwiać. Przepisałam numer z karteczki, leżącej na moich kolanach i odłożyłam telefon na szafkę nocną. Pilotem włączyłam muzykę i położyłam się na stercie poduszek. Z głośników popłynęło „Tenerife Sea”. Śpiewałam najgłośniej jak mogłam, ale myślałam o Louisie. Niby było normalnie. Odprowadzał mnie do domu, śmialiśmy się, rozmawialiśmy, nawet w niedzielę byliśmy w kinie, ale czułam między nami pewną barierę. Miałam nadzieję, że to chwilowe i że szybko minie. Próbując nie myśleć, wśpiewywałam się już w kolejną piosenkę. Na refrenie uwolniłam wszystkie emocje, które się we mnie zgromadziły i wykrzyczałam ostatni wers „Lies everything you are”. Czując ulgę, zamknęłam oczy i próbowałam się zdrzemnąć. Z otępienia wyrwał mnie telefon. MAMA – zobaczyłam na wyświetlaczu. Szybko odebrałam, ściszając przy okazji muzykę. Bardzo za nią tęskniłam i cieszyłam się z każdej rozmowy, ale nie byłam z nią do końca szczera. Nie powiedziałam jej o Edzie i problemie z Louisem. Pewnie, gdyby była przy mnie, o wszystkim by wiedziała, tak jak zawsze, ale teraz musiałabym jej wszystko tłumaczyć, a na to nie było czasu. Wolałam ominąć te informacje.
- Cześć córcia – usłyszałam ciepły głos. - Jak ci tam?
- Bardzo dobrze, ale nie tak jak w domu.
- Mam nadzieję – zaśmiałyśmy się obie. - Jakieś zmiany przez ten miesiąc?
- Nie, tylko nauka i ewentualnie spotkania z Ellie albo Louisem. Ogólna nuda – znowu skłamałam. - A co u ciebie?
- Też bez zmian. Mozart za tobą tęskni, zresztą tak samo jak ja, ale skoro wszystko w porządku to nie przedłużam, bo będziesz musiała doładować telefon. Kocham cię, za dwa miesiące się zobaczymy – głos mamy załamał się, dlatego szybko skończyła rozmowę.
- Ja też cię kocham. Buziaczki – wcisnęłam czerwoną słuchawkę i zamyśliłam się na chwilę. Jak tak dalej pójdzie, to po powrocie nie będę tą samą siedemnastolatką, którą byłam jeszcze miesiąc temu. I nie myśląc dłużej, wybrałam numer Ed'a.
- Cześć, Nina – usłyszałam po drugiej stronie.
- Skąd wiedziałeś, że to ja? - spytałam zdziwiona.
- Przeczucie. Chciałaś powiedzieć, że pójdziesz, ze mną na imprezę, prawda?
- Tak – właściwie nie musiałam nic mówić, on i tak wszystko wiedział.
- Super! Wiedziałem, że się zdecydujesz. Mój nieodparty urok osobisty zadziałał – zaśmiałam się, ale nie wiedziałam czy naprawdę tak myśli, czy tylko żartuje. - Może spotkamy się jutro? Co ty na to?
- Chętnie – odpowiedziałam wciąż nieco skołowana.
- Do której masz lekcje? - krótko i rzeczowo.
- Do trzeciej.
- Podjadę po ciebie. Wyślij mi adres szkoły sms'em. Okej?
- Okej.
- To do jutra.
- Pa.
Cała rozmowa trwała nie więcej niż pół minuty, a tyle się wydarzyło. Siedziałam na łóżku z komórką w ręku i fioletową poduszką na kolanach, nie mogąc się ruszyć. To było najdziwniejsza rozmowa, jaką przeprowadziłam. Gdy już się nieco ogarnęłam, wysłałam mu sms'a z adresem i zeszłam na kolację.
- Wrócę jutro później – poinformowałam pomiędzy kęsami przepysznej zapiekanki.
- Czyli o której? - spytał Paul.
- Tego nie wiem, ale pewnie jakoś wieczorem.
- A gdzie idziesz? - wtrącił się Kevin.
- Umówiłam się ze znajomym. Lucy, poznałaś Ed'a – zwróciłam się do kobiety nalewającej mi właśnie sok pomarańczowy.
- A tak. Pewnie, idź, ale wróć przed dziesiątą, bo szkoła – Lucy puściła do mnie oczko.
Wiedziałam, że się zgodzą. Gorzej mogło być z imprezą, ale do niej miałam jeszcze trochę czasu.
*
- Gdzie jesteś? - po skończonych zajęciach, zadzwoniłam do Ed'a.
- Za szkołą. Nie chciałem rzucać się w oczy – odpowiedział mi mężczyzna, a ja z wypchaną torbą na ramieniu ruszyłam w podanym mi kierunku.
- Cześć – powiedziałam wsiadając do dużego czarnego Audi. Zdecydowanie nie miał co robić z pieniędzmi.
- Cześć – Ed nachylił się, by dać mi buziaka.
- Gdzie jedziemy? - zapytałam, gdy rudowłosy gwałtownie ruszał z parkingu.
- Przykro mi, ale najpierw musisz mi towarzyszyć w studiu, bo muszę dograć dwie piosenki.
- Nie ma problemu – uśmiech od rana nie schodził mi z twarzy.
- To dobrze, bo to może trochę potrwać.
- Spokojnie, poradzę sobie. Jestem już duża – Ed zmierzył mnie wzrokiem.
- Tak, to widzę, fajny mundurek – ironia w jego głosie trochę mnie zdenerwowała. Nie żebym przepadała za tym granatowym strojem, ale nikt nie miał prawa się z niego śmiać, kiedy ja w nim byłam.
- Przestań.
- Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Masz coś na przebranie? - spytał nie odrywając wzroku od zatłoczonej jezdni.
- Nie – chciałam sprawdzić, co teraz powie.
- Cały dzień będziesz w TYM chodziła? - uniósł jedną brew do góry i ponownie zlustrował mój strój. Rozbawiło mnie to, więc wybuchnęłam śmiechem. - Żartowałaś, prawda? - potwierdziłam wijąc się ze śmiechu. - W takim razie przebieraj się.
- Tu? - momentalnie z mojej twarzy znikł uśmiech.
- A gdzie? Nie idziemy na wycieczkę szkolną, tylko do studia. Przebieraj się.
- Nie.
- No proszę cię, zmień chociaż tę spódniczkę.
Jego błagalny ton sprawił, że wyciągnęłam z torby czarne dżinsy i zaczęłam wykonywać nieokreślone ruchy w celu założenia spodni na siedząco. Gdy już mi się to udało, ściągnęłam z nich plisowaną granatowo – czarną spódniczkę w kratkę i schowałam ją do torby.
- Świetnie. Jesteśmy na miejscu – powiedział Ed, gdy właśnie zapięłam zamek. Zatrzymaliśmy się przed odnowioną kamienicą. Wysiadłam z auta i rozejrzałam się po okolicy. Na ulicy było pusto, tylko z oddali było słychać pędzące samochody.
- Chodź już – Rudy pociągnął mnie za rękę i wprowadził przez wielkie drewniane drzwi do budynku. Weszliśmy na piętro i przeszliśmy kilka metrów wąskim korytarzykiem, na końcu którego widać było jasne światło. Niepewnie podążałam za mężczyzną, który przekroczył próg jakiegoś pomieszczenia. Pełno tu było przeróżnych miejsc do nagrywania solistów i zespołów. Nagle Ed wszedł do jednego z takich pokoików, a ja za nim.
- Jestem – krzyknął do mężczyzny siedzącego przy komputerze, ale ten nie usłyszał, gdyż na
uszach miał wielkie czarne słuchawki. Rudy spróbował jeszcze raz, tym razem szarpiąc go za ramię.
- O, Ed! Słuchałem właśnie tego co nagraliśmy rano. Jest świetne. Jeśli teraz będziesz tak samo dobry to pół godzinki i po sprawie – za komputerem siedział nie kto inny jak Jake.
- Dzień dobry! - nie chciałam wyjść na niekulturalną.
- Przyprowadziłeś Ninę, świetnie – mężczyzna obrócił się w moją stronę, wyraźnie zadowolony. - Posłuchasz jego wypocin – szepnął i sam się zaśmiał.
Usiadłam na czarnej kanapie stojącej w rogu pomarańczowego pomieszczenia i niepewnie rozglądałam się dookoła. Mnóstwo tu było kabli, komputerów i wszystkiego na czym się nie znam. Za szybą stał już przygotowany Ed trzymający w ręku gitarę. Jake dał mu znak i ten zaczął grać. Nie słyszałam co śpiewa, mogłam się skupić tylko na jego ruchach, ale to nie było najciekawsze zajęcie mojego życia. Wyjęłam z kieszeni telefon i sprawdziłam wszystkie portale społecznościowe na jakich byłam.
- Nudno, co nie? - podniosłam głowę znad ekranu komórki. Obok mnie siedział Ed.
- Już skończyłeś – zapytałam niezbyt przytomnie.
- Czekam na opinię Jake'a i jedziemy.
- Spokojnie, do sprawdzenia został mi jeszcze Twitter – uśmiechnęłam się do niego, ale telefon schowałam do kieszeni oliwkowej kurtki.
- Jest dobrze Sheeran. Zabieraj stąd Ninę, bo dziewczyna się nudzi – puścił do mnie oczko, a mnie zrobiło się wstyd.
- To lecimy. Na razie Jake.
- Cześć – pożegnałam się z blondynem.
- Piątek u mnie pamiętajcie! - mężczyzna krzyknął, gdy byliśmy już na dole.
- Nie zapomniałbym – odpowiedział mu Ed i wyszliśmy na zewnątrz, gdzie padał delikatny deszczyk.
- Teraz ty wybierasz co robimy – usłyszałam, gdy starałam się zapiąć pas.
- Dlaczego ja? - takie decyzje nie były moją najmocniejszą stroną.
- Bo ja cię zaciągnąłem tutaj – odpowiedź padła bardzo szybko.
- Ale ja nie wiem – zrobiłam minę numer pięć oznaczającą niezdecydowanie.
- Możemy robić cokolwiek chcesz, ale myśl szybko, bo nie wiem gdzie jechać.
- Cokolwiek chcę? - w głowie zaświtał mi świetny pomysł.
- Tak, ale zaczynam się bać. – powiedział niepewnie, przyglądając się uważnie wyrazowi mojej twarzy, która coraz szerzej się uśmiechała.
- W takim razie... Chcę robić to co ty robisz najchętniej – uśmiechnęłam się szatańsko.
- Słucham? - mina Ed'a wyrażała poważne zdziwienie.
- Będziemy robić to, co lubisz robić najbardziej, cokolwiek by to było.
- Dziewczyno, czy ty wiesz na co się decydujesz? - spytał z troską w głosie.
- Nie wiem, ale to jest w tym najfajniejsze – cały czas szczerzyłam się zadowolona ze swojego pomysłu.

- No dobrze, to jedziemy do mnie -Ed skapitulował i wcisnął pedał gazu.

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział III

- Hej, Nina, coś ty taka zadowolona – następnego dnia zaraz po wejściu do szkoły dopadła mnie Ellie.
- Ja? Coś ty. Wydaje ci się.
- Ja swoje wiem. Nie chcesz mówić, nie naciskam. Zresztą mam dla ciebie świetną wiadomość – koleżanka uśmiechnęła się tajemniczo.
- Tak? A jaką? - zapytałam z grzeczności, bo nie byłam zbyt ciekawa.
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie – i nie mówiąc nic więcej, ruszyła pod salę od angielskiego, a ja za nią.
Lekcje mijały wyjątkowo powoli. Nawet nie wiedziałam co robimy, bo moje myśli skupione były tylko i wyłącznie na wczorajszym popołudniu. Analizowałam każde słowo i każdy ruch zarówno jego jak i mój. Nawet, gdy próbowałam skupić się na zajęciach, nie mogłam odgonić od siebie tych natrętnych myśli. Powoli zaczynało mnie to irytować, ale z drugiej strony cała ta sytuacja bardzo mnie cieszyła, wiedziałam bowiem, że żadnej innej fance może się to nigdy nie przydarzyć. Czułam się wyjątkowa. Bardzo wyjątkowa.
*
- Dobra. Już mogę ci powiedzieć – Ellie podbiegła do mnie na przerwie po historii.
- Co takiego? - niechętnie wyciągnęłam z uszu fioletowe słuchawki.
- No tę super wiadomość – dziewczyna aż skakała z radości. - Otóż, uważaj, Louis chce się z tobą umówić – wystrzeliła słowa jak z karabinu i na początku nie zrozumiałam o czym mówi.
- To fajnie – udawałam, że się cieszę, próbując przypomnieć sobie kim jest Louis.
- Fajnie? Dziewczyno, to najlepszy chłopak w szkole, oczywiście oprócz mojego Ashtona. Każda by się dała pokroić za randkę z nim.
- Ale ja go nie znam – starałam się usprawiedliwić swój bark entuzjazmu.
- A czy to ważne? Poznasz go. Najważniejsze, że on zna ciebie. Serio, nie sądziłam, że wybijesz się tak szybko – Ellie była wyraźnie zadowolona, ale ja nie mogłam myśleć o żadnym Louisie. Wciąż przypominały mi się wczorajsze wydarzenia. - Dobra, w każdym razie dzisiaj siedzicie razem na obiedzie – krzyknęła koleżanka, uciekając w niewiadomym mi kierunku.
Po skończonej matematyce niepewnie ruszyłam w stronę stołówki. Długo się wahałam czy w ogóle do niej wchodzić, ale ostatecznie stanęłam w długiej kolejce i czekałam na to co się stanie.
- I jak laska. Gotowa na spotkanie? - Ellie od tyłu złapała mnie za ramiona, a ja ze strachu podskoczyłam.
- Nigdy więcej mi tak nie rób – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
- Dobrze, dobrze, ale popatrz w prawo.
Odwróciłam głowę we wskazanym kierunku i przy okrągłym niebieskim stoliku zobaczyłam wysokiego blondyna z nieziemskim uśmiechem, machającego do mnie. Gdy tylko zdobyłam swoje jedzenie, dosiadłam się do niego.
- Cześć, Nina. Jestem Louis, ale mam nadzieję, że wiesz – uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Jasne, że wiem. Podobno jesteś najlepszym chłopakiem w szkole, przynajmniej tak twierdzi Ellie – odwzajemniłam jego uśmiech.
- I do tego najskromniejszym – zaśmialiśmy się oboje, a ja pomyślałam, że może nie będzie tak źle jak się obawiałam, bo chłopak wyglądał na sympatycznego.
Do końca przerwy jedliśmy nasze wykwintne potrawy, czyli ja sałatkę, a on kurczaka z frytkami i serem, przy okazji rozmawiając i co chwila wybuchając głośnym śmiechem.
- Kończysz o trzeciej, czy masz jeszcze jakieś zajęcia? - zapytał, gdy wychodziliśmy ze stołówki.
- O trzeciej – odparłam z uśmiechem.
- To super! Będę czekał pod szkołą. Do zobaczenia! - pomachał mi na pożegnanie, a ja szybko wciągnęłam telefon i napisałam do Paula:
Wracam dzisiaj do domu na piechotę.
Louis, tak jak zapowiadał, czekał na mnie przed szkołą. Ellie widząc to, uśmiechnęła się znacząco i uciekła szybko jak nigdy.
- To, w którą stronę idziemy? - spytał, gdy tylko do niego podeszłam.
- Teraz skręcamy w lewo, a potem zobaczymy – jak zwykle się uśmiechnęłam i ruszyliśmy.
- Jesteś z Polski, prawda? - potwierdziłam. – A wiesz, że moja babcia też jest Polką?
- Naprawdę? Z jakiego miasta? - spytałam zaciekawiona.
- Zanim tu przyjechała, mieszkała we Wrocławiu.
- To tak jak ja! – krzyknęłam, może trochę zbyt głośno.
- Tyle nas łączy – powiedział Louis i oboje zaczęliśmy się śmiać.
W ciągu dwudziestu minut drogi dowiedziałam się, że jego babcia przyjechała do Anglii za miłością, a ja opowiedziałam mu dlaczego od zawsze marzyłam o Londynie. Pierwszy raz spotkałam chłopaka, z którym od razu miałam o czym rozmawiać i bardzo mi się to spodobało. Zresztą Louis też mi się spodobał. I w końcu przestałam myśleć od Edzie, co niezmiernie mnie cieszyło.
- Jeśli pozwolisz, to jutro też chętnie cię odprowadzę – powiedział chłopak, gdy byliśmy już pod domem.
- Oczywiście, że pozwolę – odpowiedziałam ze śmiechem, po czym dałam mu buziaka w policzek. Lekko zszokowany, ale zadowolony Louis stał na podjeździe, podczas gdy ja przekręcałam w zamku klucz. Pomachałam mu i zniknęłam w hallu.
Każdy kolejny dzień wyglądał tak samo. Louis czekał na mnie pod szkołą i codziennie dłużej, odprowadzał mnie do domu. Polubiłam nasze wspólne powroty, w końcu chłopak był przystojny, zabawny, inteligentny i genialnie się ubierał. Po prostu ideał. Jednak mimo to czegoś mi w nim brakowało. Nie potrafiłam myśleć o nim jak o kimś więcej niż przyjacielu, mimo że wiedziałam, iż Louis bardzo by tego chciał.
- Już musisz iść? - spytał, gdy w piątkowe popołudnie, półtora tygodnia od naszego pierwszego spotkania, staliśmy pod moim domem.
- Raczej powinnam – odpowiedziałam, idąc w kierunku drzwi.
- Zostań jeszcze chwilę, proszę – Louis zrobił błagalną minę i nie mogłam mu odmówić.
- Dobrze. Ale moment, bo trochę mi zimno.
- To nie problem – chłopak uśmiechnął się i złapał mnie za nadgarstek. Mocno przyciągnął mnie do siebie i delikatnie dotknął moich ust. Zimną rękę położył mi na karku, a ja czując jak nasze wargi się łączą, włożyłam palce w jego blond włosy. Całowaliśmy się dłuższą chwilę, nie zważając na to, że stoimy przy dość ruchliwej ulicy.
- To teraz możesz już iść – Louis uśmiechnął się do mnie i puścił moją dłoń.
Nie wiedziałam jak się zachować, co tutaj w Anglii zdarzało mi się dość często. Uśmiechnęłam się niepewnie i szybko wbiegłam po kilku kamiennych schodkach. Oblizałam usta, bo wciąż czułam miętowy smak chłopaka. Nie chciałam się odwracać, ale Louis krzyknął do mnie, gdy otwierałam drzwi.
- Masz jakieś plany na wieczór?
- Z tego co wiem to nie – nie lubiłam kłamać, nawet w takiej sytuacji.
- To wpadnę po ciebie o szóstej. Pasuje?
- Jasne – odpowiedziałam bez przesadnego entuzjazmu i weszłam do domu.
Do spotkania z Louisem miałam jeszcze ponad dwie godziny, więc zajęłam się lekcjami. Odrabiałam właśnie pracę domową z angielskiego, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie miałam nawet najmniejszego zamiaru schodzić na dół, gdyż byłam w szale twórczym i nie chciałam, żeby cokolwiek mi przeszkadzało.
- Nina! To do ciebie! - wściekła wstałam od biurka i wyjrzałam z pokoju.
- Kto to? - wolałam się upewnić, czy na pewno muszę przerywać pracę.
- Po prostu zejdź.
W drodze na dół zastanawiałam się kto to może być. Ellie raczej by najpierw zadzwoniła, chociaż z nią nigdy nic nie wiadomo. Z Louisem byłam już umówiona, więc kto?
- Cześć! - weszłam do hallu i znieruchomiałam.
- Cześć! Co ty tu robisz? - wypowiedzenie każdego słowa było dla mnie nie małym wyzwaniem.
- To ja was zostawiam samych – Lucy z nieodłącznym uśmiechem wycofała się do salonu.
- Przyszedłem.
- To widzę, ale...
- O nic nie pytaj. Chyba, że nie chcesz mnie widzieć, to powiedz, ale tak szczerze mówiąc, to coś mi się należy. W końcu, gdyby nie ja to sterczałabyś na tym pustkowiu jeszcze pewnie bardzo długo – Ed z nonszalanckim uśmiechem po prostu stał w moim domu.
- Masz rację – to były jedyne słowa, który przyszły mi w tym momencie do głowy. Cud, że w ogóle coś powiedziałam. Cała ta sytuacja wykraczała poza moje najśmielsze sny.
- To skoro mam rację, idziesz teraz ze mną.
- Tylko wezmę kilka rzeczy z pokoju – powiedziałam i pędem ruszyłam na górę, przy okazji potykając się na schodach. Szybko otworzyłam obszerną szafę i zrobiłam przegląd ubrań. Zrzuciłam z siebie dżinsy i wysłużony podkoszulek, a założyłam moją ulubioną błękitną sukienkę i czarną ramoneskę. Przed wyjściem z pokoju spryskałam się jeszcze perfumami, po ustach przejechałam malinowym błyszczykiem i chwyciłam moją najlepszą torebkę. Na schodach zatrzymała mnie podekscytowana Lucy.
- Kto to jest? - nie wierzyłam, że go nie zna.
- Znajomy – odpowiedziałam i sama się zdziwiłam jak to brzmi. Jeszcze dwa tygodnie temu nawet do głowy by mi nie przyszło, że go spotkam, a co dopiero, że będę mogła powiedzieć o nim „znajomy”.
- Tak, tak, znajomy – puściła do mnie oczko. - No dobrze, niech ci będzie – ustąpiła, widząc moją minę. - A gdzie idziecie?
- Tego jeszcze nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Ale proszę, wróć przed jedenastą, bo będziemy się z Paulem martwić. A i w razie czego masz telefon?
- Oczywiście.
- No to leć już i baw się dobrze.
Bardzo zdenerwowana zbiegłam po schodach. Tak naprawdę nie wiedziałam ani gdzie idę, ani nic o tym z kim idę, bo znałam Eda jako artystę, ale nie jako zwykłego człowieka.
- Gotowa? - zapytał, gdy zobaczył mnie na dole. Potwierdziłam i wyszliśmy z domu. Dzisiaj wyglądał dużo lepiej niż ostatnio. Jego rude włosy były ułożone i nie latały na wszystkie strony, a na oczach miał tylko przeciwsłoneczne Ray Bany.
- Ślicznie wyglądasz – powiedział po kilku metrach.
- Dziękuję – szepnęłam i poczułam, że robię się cała czerwona, dlatego szybko spuściłam głowę i zmieniłam temat. - To gdzie idziemy?
- Jeszcze nie wiem. To się okaże. Na razie pokaże ci trochę Londyn. I nie będziemy się dzisiaj ukrywać, tak jak ostatnio. Po prostu założę kaptur. Zgoda?
- Zgoda – uśmiechnęłam się niepewnie.
*
- I jak ci się podobała wycieczka? - spytał, gdy zmęczona opadłam na ławkę w parku.
- Jestem wykończona. Obeszliśmy chyba całe miasto – wysapałam z trudem.
- Nie przesadzaj. Przez trzy godziny nie można wiele zobaczyć.
- Mnie to wystarczy – uśmiechnęłam się i rozprostowałam obolałe nogi.
- No doba, to co teraz? Będziemy tak tu siedzieć, czy idziemy coś zjeść?
- Ja tu zostaję. Chyba, że mnie zaniesiesz – odparłam i rozsiadłam się wygodniej.
- Żaden problem – Ed się uśmiechnął i schylił by wziąć mnie na ręce.
- Przestań, żartowałam – piszczałam jak małe dziecko.
- Ale ja nie – odpowiedział spokojnie i podniósł mnie. Ręce zaplotłam na jego szyi i wpadłam w histeryczny śmiech. Trzymałam się kurczowo, bojąc się, że chłopak nagle mnie puści i spadnę.
- Czekaj chwilę – poprosiłam, słysząc zbliżające się odgłosy miasta.
- O co chodzi? - spytał, nadal trzymając mnie na rękach.
- Mam sukienkę.
- I? - nie rozumiał mojego problemu.
- Nie jest to strój, w którym mógłbyś mnie przenieść przez pół miasta.
- Rzeczywiście – uśmiechnął się i postawił mnie na nogi.
Ruszyliśmy przez Londyn, który dopiero o tej porze zaczynał swoje prawdziwe życie. Po nogach czułam nieprzyjemny chłód, ponieważ po pierwszym marcowym słońcu nie było już śladu. Szliśmy przez ulice rozświetlone bilbordami i neonami. Robiłam to co lubiłam najbardziej, czyli obserwowałam ludzi, którzy głośnymi grupkami powoli zaczynali zbierać się przed klubami i barami. Nagle Ed chwycił mnie za rękę i mocno pociągnął w prawo. Skręciliśmy w całkowicie ciemną uliczkę, a ja poczułam lekki niepokój.
- Nie bój się. Jesteśmy prawie na miejscu – mężczyzna mocniej ścisnął moją dłoń.
Przeszliśmy jeszcze kilka metrów i stanęliśmy przed czarnymi drzwiami, nie zapowiadającymi nic ciekawego.
- To tu? - spytałam zdziwiona.
- Poczekaj, aż wejdziemy do środka – Rudy uśmiechnął się tajemniczo i otworzył przede mną drzwi.
Weszłam do jasno oświetlonego pomieszczenia , w którym, oprócz kelnerów i barmana, było około dziesięciu osób. Wnętrze wypełniał zapach papierosów i surowego drewna, z którego zrobione było tam wszystko. Na okrągłych stołach przykrytych bordowymi obrusami, stały czarne świeczniki i malutkie czarne wazoniki z bukiecikami białych kwiatków w środku. Ceglane ściany ozdobione były cytatami i zdjęciami ikon angielskiej muzyki. W lokalu było głośno. Rozmowom i gromkim śmiechom gości towarzyszyła muzyka płynąca z głośników rozmieszczonych w różnych miejscach sali. Na środku było trochę miejsca do ewentualnego tańca, ale nie wyglądało to jak klub. Zresztą typowej restauracji też to nie przypominało.
- Może być? - półgłosem spytał mój towarzysz.
- Tak, pewnie. Nie spodziewałam się tego po...
- Rozumiem. Ale to dobrze, że ci się podoba, bo mają tu najlepszą pizzę, a mój żołądek domaga się jedzenia – z uśmiechem na ustach poprowadził mnie do stolika w rogu.
Właśnie usiedliśmy, kiedy podszedł do nas bardzo uśmiechnięty, ale niezbyt przystojny blondyn.
- Hej, Ed!
- Jake, stary. Co ty tu robisz? - Rudy natychmiast poderwał się z miejsca i uściskał znajomego.
- Podejrzewam, że to samo co ty, ale to nie ważne. Przedstaw mi lepiej tę ślicznotkę, z którą przyszedłeś – mężczyzna spojrzał na mnie i puścił do mnie oczko. Czułam, jak moje policzki przybierają barwę purpury. Nie byłam przyzwyczajona do takich komentarzy, a to był już drugi w ciągu jednego dnia.
- Tak, to jest Nina. Nina to Jake – podniosłam się z miejsca i podałam rękę blondynowi.
- Nina? Sheeran widzę, że lubisz to imię – Jake głośno się zaśmiał.
- Przestań, to przypadek – Ed wyglądał na zmieszanego.
- Ja tam w takie przypadki nie wierzę. Dobra mniejsza o to, dołączycie do nas?
- Nie, nie dzisiaj.
- Jasne, rozumiem – blondyn miał już odchodzić, gdy nagle coś mu się przypomniało. - A, właśnie, zapomniałbym. Za tydzień robię imprezę tam gdzie zawsze. Wpadniesz? Oczywiście przyprowadź Ninę – w tym momencie spojrzał na mnie, a ja spuściłam głowę. To zainteresowanie było ponad moje siły. Trzech facetów jednego dnia. Cholera, Louis! Zapomniałam. Szybko wyjęłam komórkę. 5 nieodebranych połączeń i 2 wiadomości tekstowe od LOUIS. Kliknęłam na kopertę i wyświetliłam treści smsów:
1. Nina, czekam na ciebie pod domem. Mam nadzieję, że nie zapomniałaś.
2. Wiem, że wyszłaś. Mogłaś chociaż zadzwonić albo napisać.
Jak mogłam o nim zapomnieć? Biedny chłopak. Chciałam do niego oddzwonić, ale stwierdziłam, że teraz nie ma to żadnego sensu. Sprawdziłam jeszcze godzinę 20:20 i z wyrzutami sumienia schowałam telefon do torby.
- Coś się stało? - zapytał Ed, gdy podniosłam głowę. Zdążył już skończyć rozmowę z Jakiem.
- Nie, dlaczego? - udawałam, że wszystko w porządku.
- Masz taką minę.
- Po prostu o czymś sobie przypomniałam, ale to nie ważne – starałam się brzmieć wiarygodnie.
- Skoro tak twierdzisz – nie był do końca przekonany, ale zmienił temat. - Słyszałaś o imprezie u Jake'a?
- Tak.
- Pójdziesz tam ze mną?
- Nie wiem, czy...
- No nie daj się prosić. Jake nalegał, żebyś przyszła, a mnie też byłoby miło, gdybyś mi towarzyszyła.
- W takim razie zastanowię się.
- To super! - Ed wyraźnie się ucieszył. - Tę kwestię mamy załatwioną, zamawiamy?
- Pewnie. Jestem strasznie głodna.
Po czterdziestu minutach kelener przyniósł nam pysznie pachnącą pizzę i drugi już kufel piwa dla Eda.
- Na pewno nie chcesz nic do picia? - zapytał, gdy zabierałam się do pierwszego kawałka.
- Nie, na pewno – uśmiechnęłam się i zatopiłam zęby w podwójnym serze.
- Tak w ogóle, to czym się interesujesz?
- Muzyką – odparłam bez zastanowienia, gdy tylko przełknęłam pierwszy kęs.
- Tak wiele nas łączy.
- Czyżby? Ja nie koncertuję po całym świecie i nie mam znajomych producentów, do których chodzę na imprezy.
- Jak to nie? Już masz – rzeczywiście, miał rację. - Poza tym myślałem, że mnie nie znasz – usłyszawszy to, omal nie wybuchłam śmiechem.
- Skąd taki pomysł? - spytałam nieco zdziwiona
- Nie skakałaś, nie piszczałaś jak oszalała i nie chciałaś zdjęcia na Instagrama, gdy mnie zobaczyłaś, więc stwierdziłem, że mnie nie rozpoznajesz. Poza tym do tej pory nie czuję się przy tobie jak gwiazda. – moje wnętrze puchło z dumy. Coś takiego usłyszeć z ust swojego idola, to dopiero było wyróżnienie. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, więc tylko się uśmiechnęłam i wróciłam do mojej pizzy. - A co konkretnie robisz w związku z muzyką?
- A takie tam – akurat jemu nie chciałam o tym opowiadać.
- No proszę, powiedz.
- Trochę śpiewam, czasem piszę jakieś teksty, nic ciekawego – starałam się jak najszybciej zakończyć ten temat.
- Napisz mi coś swojego.
- Nie ma mowy. I nie proś, bo to na nic – Ed zrobił błagalną minę, ale ja byłam nieugięta. Nie mogłam się przed nim skompromitować.
- No dobrze, porozmawiajmy o tym, o czym chcesz – zrezygnowany zabrał się do jedzenia.
- Już lepiej – uśmiechnęłam się.
*
- Która godzina? - spytałam, gdy byliśmy już w drodze powrotnej.
- Za dwadzieścia jedenasta – odpowiedział mi lekko zachrypnięty głos.
- Musimy się pospieszyć – przyspieszyłam kroku.
- Spokojnie zdążymy. Nie jest ci zimno?
- Nie.
- Na pewno? Cała się trzęsiesz.
- No może trochę – faktycznie, całe moje ciało przesiąknięte było wilgotnym chłodem londyńskiego wieczoru.
- Proszę – Ed podał mi swoją czerwoną bluzę.
- Nie wezmę jej. Przecież teraz ty zmarzniesz – szedł obok mnie tylko w czarnym T- shircie.
- Dam radę. Ubieraj się, bo będziesz chora – zapięłam się i poczułam, ciepło płynące w środku. Na ustach miałam szeroki uśmiech, a policzki mi płonęły, dobrze, że było ciemno.
- To tutaj? - zatrzymaliśmy się pod domem.
- Tak. Oddaję ci bluzę.
- Najpierw włóż rękę do kieszeni – popatrzyłam na niego niepewnie, ale wykonałam polecenie.
- Ale tu nic nie ma.
- Sprawdź w drugiej – włożyłam rękę do lewej kieszeni i wyczułam pod palcami małą karteczkę. Wyciągnęłam ją, cały czas obserwując Eda. - To mój numer. Zadzwoń, gdy zdecydujesz, czy idziesz ze mną na imprezę, chociaż innej opcji nie przewiduję. To pa, do usłyszenia – uśmiechnął się, dał mi buziaka w policzek i odszedł, zostawiając mnie oszołomioną na chodniku.
**
Nie odwrócę się. Nie odwrócę. Nina nie była dzisiaj tą samą dziewczyną, którą widziałem ostatnio. W lekkiej niebieskiej sukience wyglądała jak... Właściwie nie mam porównania, a podobno jestem taki świetny w pisaniu tekstów. Do tego jej włosy. Jasnobrązowe loki miękko spływały po ramionach. A ten uśmiech. Po prostu nie tego się spodziewałem po tej zmokniętej trzęsącej się dziewczynie. Wyglądała ślicznie. Nawet Jake zwrócił na nią uwagę, a on otacza się tylko pięknymi kobietami.

Właściwie poszedłem do niej z nudów. Chciałem wiedzieć jak zareaguje, a ona potraktowała mnie jak normalnego znajomego. To mi się podoba. Nie jestem dla niej tylko gwiazdą, nawet jeżeli lubi moją muzykę. I rozmowa z nią też jest bardzo przyjemna. Nie muszę nic wymuszać, po prostu płynie. Musi pójść ze mną na tę imprezę. Moja dziewczyna wyjechała, więc nie będę się musiał nawet tłumaczyć. Tak, pójdzie ze mną czy tego chce, czy nie.

Tak, to już trzeci rozdział. Co o nim sądzicie? Może powinnam coś poprawić? Piszcie :)