Mijały dni i
tygodnie. Początkowo codzienne spotykanie się z Edem było dziwne,
ale z czasem stało się tak oczywiste jak jedzenie czy oddychanie.
Cały dzień czekałam na spędzenie z nim tych kilku godzin.
Czekałam na szczere, zabawne albo całkiem bezsensowne rozmowy. Na
żarty, wygłupy, spacery, wspólne jedzenie czipsów, pizzy, frytek
i pierogów. Lubiłam to. Lubiłam zwyczajnie zalegać na jego
kanapie, patrząc jak męczy się nad tworzeniem nowych piosenek i
rzuca po mieszkaniu kartkami i gitarą. Tak, lubiłam to bardziej niż
cokolwiek innego i przerażała mnie myśl, że został mi już tylko
miesiąc w Londynie.
- Chciałbym
cię jutro gdzieś zabrać – Ed przerwał na chwilę bazgranie po
zapełnionym prawie w całości skrawku papieru i spojrzał na mnie
leżącą na sofie i przerzucającą kanały w telewizji. - Ale to
wycieczka całodniowa – dodał, wstając z podłogi.
Popatrzyłam na
niego zaciekawiona, dając odpocząć kciukowi.
- Dokąd
jedziemy? - spytałam.
-
Niespodzianka, ale jestem pewien, że ci się spodoba – uśmiechnął
się i pomaszerował do kuchni.
- Zobaczymy –
powiedziałam cicho, wracając do wcześniejszego zajęcia.
Nie chciałam
znać szczegółów. Niespodzianka to niespodzianka, a ja je bardzo
lubiłam.
Następnego
ranka niecierpliwie czekałam na Eda pod domem. Punktualnie o
dziewiątej podjechało czarne Audi, do którego od razu wskoczyłam.
- Cześć! -
przywitałam się, dając kierowcy szybkiego całusa.
- Cześć!
Gotowa?
- Na wszystko
– odparłam z uśmiechem, zapinając pasy.
- To bardzo
dobrze – złapałam błyszczące spojrzenie rudzielca.
Gwałtownie
ruszyliśmy przed siebie. Nadzwyczaj sprawnie przemierzaliśmy
londyńskie ulice. Przed oczami migały mi mijane domy, auta i osoby.
Jak zawsze obserwowałam wszystko z ciekawością, zastanawiając się
jednocześnie dokąd Ed mnie wywozi. „A może tak naprawdę on jest
psychopatą, który w bagażniku wiezie siekierę, a ja za kilka
godzin będę nieżywa opadała na dno jakiegoś zbiornika wodnego”
- przemknęło mi przez myśl. Popatrzyłam na nucącego sobie coś
pod nosem mężczyznę. Nie. Zdecydowanie nie wyglądał na
psychopatę. Z powrotem odwróciłam się w stronę okna i
zauważyłam, że wyjechaliśmy z miasta. Otaczały nas już tylko
pola i łąki, czyli nic co przyciągałoby moją uwagę. Włączyłam
muzykę. W aucie rozbrzmiały delikatne dźwięki pianina, które od
razu rozpoznałam. Zdziwiona spojrzałam na Eda.
- Pamiętaj,
że to samochód Stu – rzucił szybko, nie patrząc na mnie.
- Nie tłumacz
się tak. Przecież nic ci nie zrobię, za to jakiej muzyki słuchasz.
- Nie słucham.
- No jasne.
Włączasz, ale nie słuchasz. Każdy tak robi – powiedziałam
ironicznie. - To, że Nina jest twoją byłą nie zmienia faktu, że
jest piosenkarką i każdy może jej słuchać. Nawet ty.
- Skoro tak
twierdzisz – rozłożył ręce i wziął głęboki oddech. - And
I keep saying wait just one more day – zawył
przeraźliwie głośno.
Zaczęłam się
śmiać, po czym dołączyłam do niego.
Śpiewaliśmy,
o ile śpiewem można nazwać wycie i piszczenie, ponad dwie godziny.
Zaczęliśmy od Nesbitt, a skończyliśmy oczywiście na Sheeranie.
Jakże mogłoby być inaczej. Gardło miałam zdarte do bólu, ale
mimo to wytrwale burczałam pod nosem drugą zwrotkę „Let it out”.
- Jesteśmy na
miejscu – Ed zatrzymał samochód.
Wyjrzałam
przez okno. Kamienice, sklepy, auta, ludzie, hałas i tłok, czyli
krajobraz każdego przeciętnego centrum miasta. Wyszłam na ulicę,
a po kilku sekundach dołączył do mnie rudzielec.
- Gdzie my
jesteśmy? - zapytałam, rozglądając się dookoła.
- Nie powiem
ci. Sama musisz zgadnąć, ale wystarczy, że dokładnie przyjrzysz
się reklamom i ogło...
- Framlingham
– przeczytałam na jednej ze sklepowych witryn. Moje źrenice
momentalnie zamieniły się w pięciozłotówki. - Naprawdę zabrałeś
mnie do... - spojrzałam na niego błyszczącymi oczami.
- Nie
wiedziałem, że się tak ucieszysz – powiedział, śmiejąc się i
popychając mnie przed siebie.
- Żartujesz?
Przecież to... - nie potrafiłam znaleźć słów, które oddawałyby
moje uczucia.
Byłam
podekscytowana i szczęśliwa. Niby nie miałam powodu. Miasto jak
każde inne, ale nie do końca. To było jego miasto. Tu się
wychował i to tu wszystko się zaczęło. Tak, byłam bardzo
zadowolona, że mnie tu zabrał.
- No rusz się.
Chyba nie masz zamiaru spędzić tu całego dnia – jego krzyk
wyrwał mnie z zamyślenia. Dopiero teraz zauważyłam, że był
zdecydowanie dalej niż ja. Uśmiechnęłam się do niego i
przeczesałam palcami plączące się włosy, po czym skrzyżowałam
ręce na piersi.
- Nie wiem. To
zależy tylko od ciebie.
- W takim
razie zarządzam spacer – rudzielec gestem ręki pokazał, że mam
do niego podejść.
Westchnęłam,
udając niezadowolenie i z ociąganiem powlokłam się do przodu.
- No dobra,
prowadź – powiedziałam, stając obok niego.
Ed uśmiechnął
się szeroko i wyrwał przed siebie. Przypominał bardzo stęsknione
dziecko, które jak najszybciej chce znaleźć się w domu. Śmiejąc
się w duchu, ruszyłam szybko do przodu, bo jeszcze chwila, a znowu
zostałabym daleko w tyle.
- O której
musisz wrócić do domu? - zapytał, gdy mijaliśmy jego dawną
szkołę i wchodziliśmy na nienaturalnie pusty plac zabaw.
Znaleźliśmy
się tu tylko i wyłącznie z mojego powodu, ponieważ widząc
huśtawki, obudziło się we mnie moje wewnętrzne dziecko, a że Ed
opowiedział mi już chyba wszystkie historie dotyczące jego
szkolnych lat, pozwoliłam sobie na chwilę zabawy. Z tego też
powodu od razu pobiegłam w kierunku obiektu mojego zainteresowania i
usiadłam na nim, odpychając się od ziemi nogami.
- Nie za późno
– krzyknęłam do idącego powoli mężczyzny.
- Dobra, to
zapytam inaczej. Musisz wracać do domu na noc?
Przez chwilę
mnie zatkało i nie wiedziałam co odpowiedzieć. Słyszałam tylko
skrzypienie łańcuchów huśtawki. Swoją drogą chyba nie powinny
tak skrzypieć.
- Jest to
całkiem prawdopodobne – zaczęłam powoli. - Aczkolwiek jeżeli
masz mi do zaoferowania coś, co wzbudzi moje zainteresowanie, jestem
skłonna napisać do moich opiekunów wiadomość informującą ich,
że nie wrócę do domu przed północą.
Przez cały
czas trwania mojej wypowiedzi rudzielec, próbując powstrzymać
śmiech, z coraz głupszą miną przyglądał się mojej poważnej
minie.
- Moja oferta
na pewno cię zainteresuje – powiedział pewnie.
- Skąd wiesz?
- Bo to
niespodzianka, a ty podobno lubisz niespodzianki.
Zaśmiałam
się, unosząc głowę i odchylając się na huśtawce do tyłu.
- Ja uwielbiam
niespodzianki – szepnęłam, gdy wróciłam do normalnej pozycji.
- Czyli
rozumiem, że się zgadzasz?
- Nie.
Ed spojrzał na
mnie zdezorientowany.
- Ale..
- Ale nie wiem
czy nie zamierzasz mi czegoś zrobić.
Mężczyzna
zaczął się śmiać.
- Pozwoliłaś
mi się wywieźć z dala od miasta i dopiero teraz martwisz się czy
coś ci zrobię? Nie za późno trochę?
Pokręciłam
głową.
- Ja się nie
martwię czy teraz mi coś zrobisz, ja się zastanawiam czy pod
propozycją wspólnej nocy, jakkolwiek by to nie brzmiało, nie kryje
się plan zabicia mnie, poćwiartowania i wrzucenia do rzeki.
Rudzielec
patrzył na mnie z rozbawieniem.
- A jeśli
obiecam ci, że cię nie zabiję, nie poćwiartuję i nie wrzucę do
rzeki, spędzisz ze mną dwanaście godzin więcej niż zazwyczaj?
- Jeśli mi to
obiecasz...
- Obiecuję –
powiedział szybko.
Coś za bardzo
zależało mu, żebym z nim została, ale szczerze mówiąc mnie też
na tym zależało. Bałam się, że to zauważy, bo wolałam udawać,
że jest mi to obojętne. Zeskoczyłam z huśtawki i klęknęłam
przy rzuconej wcześniej na ziemię torebce. Z jej wnętrza
wyciągnęłam telefon. Czułam, że Ed obserwuje każdy mój ruch i
tylko czeka aż napiszę SMS-a do Lucy. Z tego też powodu nie
zrobiłam tego od razu. Sprawdziłam godzinę i wrzuciłam komórkę
z powrotem do torebki. Chciałam się z nim jeszcze trochę
podroczyć.
- Już po
pierwszej. Głodna jestem – powiedziałam, podnosząc się z ziemi
i otrzepując kolana z drobnego żwirku.
- Wyjmij sobie
kanapkę, bo na obiad musisz jeszcze trochę zaczekać.
Z lewego
ramienia zdjął czarny plecak i rzucił go w moją stronę. Odpięłam
zamek, a z wnętrza wyjęłam zapakowaną w papier bułkę. Odwinęłam
ją i sprawdziłam z czym jest. Masło orzechowe. Nie wysilił się,
ale lepsze to niż pusty żołądek. Wgryzłam się w kanapkę i
podążyłam za wychodzącym z placu rudzielcem.
*
- Możemy
chwilę odpocząć? - zapytałam, gdy poczułam, ze moje nogi lada
moment odmówią mi posłuszeństwa.
Chodziliśmy
już grubo ponad dwie godziny i pewnie samo to nie stanowiłoby
problemu, jednak pęcherze i odciski na stopach, które zawdzięczałam
moim nowym butom, były pewnego rodzaju przeszkodą.
- Jeszcze pięć
minut i będziesz odpoczywała do woli.
Spojrzałam na
wyświetlacz komórki. Sprawdziłam godzinę, odczytując przy okazji
SMS-a od Lucy, w którym zgadzała się, żebym nie wróciła na noc
do domu i prosiła, żebym na siebie uważała. Uśmiechnęłam się
do siebie. Ta kobieta była cudowna.
- Pięć
minut, a potem niesiesz mnie na rękach – zagroziłam Edowi,
chowając telefon.
- Zgoda –
uśmiechnął się do mnie i złapał mnie za rękę.
Jednak moja
groźba okazała się nie potrzebna. Dokładnie w 4 minuty i 39
sekund znaleźliśmy się pod drzwiami jego domu. To, że jest to
jego dom uświadomiłam sobie dopiero w momencie, kiedy z kieszeni
dżinsów wyjął klucz i przekręcił go w zamku, otwierając tym
samym wejście. Ścisnęłam mocniej jego dłoń. Zauważył to i
odwrócił się do mnie.
- Spokojnie.
Oprócz nas nikogo tu nie ma. Moi rodzice wyjechali na wakacje, więc
nie musisz się stresować – uśmiechnął się uspokajająco,
objął mnie ramieniem i pocałował w nos.
Poczułam się
jak dziecko, ale w tym wypadku mi to nie przeszkadzało.
Z ulgą
ściągnęłam buty i pokuśtykałam za rudzielcem do salonu. Z
westchnieniem opadłam na kanapę tuż obok niego. Na chwilę
zamknęłam oczy, po czym zabrałam się za rozmasowywanie obolałych
stóp.
- Głodna? -
usłyszałam pytanie, na które odpowiedź mogła być w tej chwili
tylko jedna.
- Bardzo.
Ed uśmiechnął
się tylko i zniknął w kuchni. Gotujący Sheeran. Tego jeszcze nie
było. Koniecznie musiałam to zobaczyć. Dokończyłam masowanie
lewej stopy i popędziłam w odpowiednim kierunku. Rudzielec stał
przy blacie tyłem do wejścia. Usiadłam przy wyspie, rozkładając
na niej ramiona. Jednym okiem uważnie obserwowałam poczynania
mężczyzny, który krążył od lodówki do szafki, od szafki do
garnka, od garnka do kranu i z powrotem. Miotał się po kuchni jakby
kompletnie nie wiedział co ma robić.
- Jesteś
pewny, że to co robisz będzie jadalne? - zapytałam po kilku
minutach.
- Nie – Ed
odwrócił się do mnie, opierając plecy o lodówkę.
- A co to
miało w ogóle być? - popatrzyłam na stojący na blacie garnek.
Ed podążył
za moim wzrokiem i westchnął głośno.
- Bardzo
proste i bardzo pyszne danie według przepisu mojej mamy.
- Rozumiem, że
ten przepis nie okazał się tak prosty.
Rudzielec
pokręcił głową i poprawił opadające mu na oczy włosy. Patrzył
na stojące obok niego naczynie z tak smutną miną, że zaczęłam
się śmiać. Uderzyłam dłońmi o blat, podnosząc się z krzesła
i podeszłam do mężczyzny.
- Może lepiej
ja się tym zajmę – powiedziałam, gładząc go po ramieniu.
Ed oderwał
wzrok od garnka i spojrzał mi w oczy.
- Ale to
naprawdę miało być proste.
Jego mina wciąż
mnie rozśmieszała.
- Nie przejmuj
się. Ja coś zrobię – wyciągnęłam mu łyżkę z dłoni - ale
uprzedzam, że też nie jestem mistrzem gotowania.
Rudzielec
rozłożył ręce.
- Kuchnia jest
twoja – powiedział, zajmując moje wcześniejsze miejsce.
Związałam
włosy gumką, którą ściągnęłam z nadgarstka i westchnęłam.
Jedynym co potrafiłam zrobić były naleśniki. Z drobną pomocą
Eda przygotowałam sobie wszystkie potrzebne rzeczy i zabrałam się
do pracy.
Po półgodzinie
siedzieliśmy przy stole w jadalni, jedząc przygotowany przeze mnie
obiad i rozmawiając na temat naszych zwykle nieudanych zmagań
kulinarnych. Oczywiście w kategorii największych porażek prowadził
Sheeran, ale ja też nie pozostawałam daleko w tyle.
- Nie
potrzebuję umieć gotować – stwierdził w końcu Ed. - Mam pizzę,
którą mogę zamówić zawsze i wszędzie, więc po co mi coś
więcej – wzruszył ramionami. - Chociaż – zrobił przerwę na
przeżucie większego kęsa – takimi naleśnikami bym nie pogardził
– uśmiechnął się do mnie. - Są naprawdę pyszne.
Uniosłam
kąciki ust.
- I naprawdę
proste – dodałam. - Mogę cię nauczyć – zaoferowałam.
- Jak
zauważyłaś w moim przypadku nawet proste przepisy się nie
sprawdzają. Poza tym jestem zbyt leniwy, żeby samemu je robić –
powiedział, wkładając sobie do ust całego naleśnika.
- Pokażesz mi
swój pokój? - zapytałam, gdy po skończonym posiłku zmywaliśmy
naczynia.
- Jasne –
odparł szybko, wycierając ręce w malutki zielony ręcznik. -
Chodźmy – wskazał głową wyjście z kuchni.
Uśmiechnęłam
się i ruszyłam za nim.
- Wiesz, że
moim rodzice nie zmieniali tam nic od czasu, kiedy się wyprowadziłem
– powiedział, prowadząc mnie po schodach. - Ale cieszę się z
tego, bo gdy tu przyjeżdżam znów czuję się jakbym miał
czternaście lat i nagrywał swoje pierwsze piosenki.
U mnie w domu
to było nie do pomyślenia. Moja mama przestawiała meble średnio
cztery razy do roku, a robienie remontów było jej ulubionym
wakacyjnym zajęciem. Co roku odnawiała inne pomieszczenie, dlatego
też nie umiałam sobie wyobrazić jak można nie zmieniać nic przez
osiem lat.
Ed otworzył
przede mną drzwi pokoju. Weszłam do środka, rozglądając się
dookoła. Faktycznie pomarańczowe ściany nie zmieniły swojego
koloru. Usiadłam na brzegu łóżka, a rudzielec podszedł do jednej
z szafek stojących naprzeciwko i zdjął z niej ramkę ze zdjęciem.
- Nie mamy
wielu takich zdjęć – powiedział, siadając obok mnie. - Takich,
na których jesteśmy całą czwórką.
Spojrzałam na
fotografię przedstawiającą małego uśmiechniętego rudzielca w
okrągłych okularach, jego brata i rodziców, wszystkich bardzo
radosnych i ewidentnie szczęśliwych. Uśmiechnęłam się do
siebie.
- Podoba mi
się to zdjęcie – powiedziałam cicho, opierając głowę na
ramieniu Eda.
- Mnie też –
odparł mężczyzna, obejmując mnie. Poczułam zapach jego perfum. -
Tak właściwie to lubię je najbardziej, mimo że jestem na nim taki
brzydki
- Nieprawda.
Jesteś uroczy – spojrzałam mu w oczy, żeby wiedział, że mówię
szczerze.
Roześmiał
się.
- Dzieciaki w
szkole były innego zdania.
- Nie znały
się – szepnęłam, przytulając go mocniej.
Ed pocałował
mnie w głowę, odkładając zdjęcie na bok.
- Chciałbym
ci coś pokazać – powiedział po kilku minutach, przerywając
harmonijną ciszę. Spojrzałam na niego pytająco. - To nowy
teledysk. Do „Photograph” - wyjaśnił. - Chciałbym, żebyś
zobaczyła go pierwsza, nie licząc produkcji i rodziny, ponieważ
jest bardzo osobisty, a przez to bardzo dla mnie ważny. Chcesz go
obejrzeć?
Bardzo głupie
pytanie.
Szybko
pokiwałam głową, a Ed odsunął się ode mnie, żeby wyjąć z
kieszeni telefon, po czym włączył filmik i podał mi go.
Z każdą
mijającą sekundą na mojej twarzy malował się coraz szerszy
uśmiech, a moje ciało wypełniało coraz większe wzruszenie. W
kącikach oczu zbierały się łzy, które jednak z racji mojej
natury nie mogły wypłynąć i tylko zaburzały mi ostrość
widzenia, co mnie niezmiernie denerwowało, bo nie chciałam stracić
żadnego fragmentu.
Gdy piosenka
się skończyła, z miną której wolałam sobie nie wyobrażać
oddałam Edowi komórkę.
- I jak? -
zapytał, wpychając iPhone'a z powrotem do kieszeni dżinsów.
- Ten teledysk
jest śliczny – odparłam zgodnie z prawdą. - Jestem pewna na
tysiąc procent, że spodoba się każdemu, bo kto by się oparł
małemu Sheeranowi.
Ed się
zaśmiał.
- Bardzo się
cieszę, że ci się podoba, bo to dla mnie naprawdę ważne – już
drugi raz pocałował mnie w głowę. - To na co masz teraz ochotę?
Wzruszyłam
ramionami. Byłam w takim nastroju, że zgodziłabym się na
wszystko, ale z braku konkretnych propozycji ze strony Eda rzuciłam
się na łóżko i zamykając oczy, oddałam się marzeniom.
*
- Gotowa? -
spytał mężczyzna, stojąc przed drzwiami wyjściowymi i
podrzucając kluczyki do samochodu.
Pokiwałam
głową, wsuwając z bólem stopę do buta. Nie miałam pojęcia,
dokąd miał zamiar mnie zabrać, szczególnie że było już po
dziesiątej. Jednak gdy zapytałam go o to, w odpowiedzi usłyszałam
tylko, że to kolejna niespodzianka, więc nie dociekałam bardziej.
Fakt, że lubiłam niespodzianki, ale jak na jeden dzień było ich
stanowczo za dużo. Ale nie ja o tym decydowałam, więc pozostawało
mi tylko mieć nadzieję, że to już ostatnia z przewidzianych
atrakcji, bo byłam trochę zmęczona. Od rana miałam tylko krótką
chwilę, żeby poleżeć bez myślenia o czymkolwiek, a po niej znów
spacer. Tym razem do sklepu po lody. Na szczęście ze sklepu
wróciliśmy samochodem, bo inaczej moje stopy zalałyby się krwią,
a to podejrzewam, że nie byłoby przyjemne. No właśnie.
- Czy będziemy
musieli tam chodzić? - spytałam, gdy ruszyliśmy już spod domu.
- Nie,
przecież wiem, że nie możesz – Ed uśmiechnął się do mnie.
Odpowiedziałam
mi tym samym. Jak miło, że pamiętał. Spokojna chociaż o tę
jedną kwestię odwróciłam się do okna. Lubiłam jeździć po
zmroku. W oknach domów paliły się światła, ulice pokrywała
ciemność rozpraszana gdzieniegdzie przez blask latarni ulicznych.
Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż za dnia.
W milczeniu
obserwowałam jak zostawiamy w tyle światła miasteczka i
zastanawiałam się dokąd jedziemy. Przerwał mi to dzwonek telefonu
Eda leżącego między fotelami. Rudzielec kątem oka próbował
dostrzec wyświetlacz, jednak nie udało mu się to. Lewą ręką
chwycił komórkę i podniósł ją na wysokość oczu. Na jego
twarzy wymalowało się zakłopotanie. Widocznie dzwonił ktoś, z
kim nie chciał rozmawiać przy mnie. Zrobiło mi się przez to
trochę głupio, ale nie zamierzałam tego pokazać.
- Czemu nie
odbierasz? - zapytałam, patrząc na jego palec wahający się, którą
słuchawkę wybrać.
Jednocześnie
mój wzrok padł na imię dzwoniącego, a właściwie dzwoniącej –
jego dziewczyny. Przez ciało przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz i
automatycznie odwróciłam głowę w drugą stronę. Już wiedziałam
dlaczego nie odbierał.
- To nic
ważnego – jego głos nie brzmiał przekonująco. Ciekawe dlaczego?
- Odbierz. I
tak wiem, kto dzwoni – powiedziałam półgłosem, nie odrywając
wzroku od szczerze mówiąc niezbyt ciekawego widoku za oknem.
Nie widziałam
twarzy Eda, ale czułam, że patrzy na mnie, nie wiedząc co zrobić.
W końcu usłyszałam jego ciche przywitanie z dziewczyną. Nie
chciałam tego słuchać. Zamknęłam oczy i zacisnęłam dłonie w
pięści. Włosy opadły mi na twarz, ale nie poprawiałam ich, bo
stanowiły pewnego rodzaju barierę. Sama nie rozumiałam, dlaczego
aż tak mi przykro, ale fakt, że było. W końcu to ja
uczestniczyłam w jego życiu przez ostatnie dwa miesiące. To przy
mnie spał, jadł, pił, palił, śmiał się i wściekał. To ja
słuchałam pierwszych wersji słów jego piosenek albo przekleństw,
gdy coś mu nie wychodziło. Wreszcie to mnie całował na powitanie,
pożegnanie i tak bez powodu i to mnie tulił i obejmował, gdy
robiło się zimno, więc dlaczego czułam w tym momencie, że
powinno mnie tu w ogóle nie być, że powinnam zniknąć i już nie
wrócić?
- Wszystko w
porządku? - Ed dotknął mojego ramienia.
Nie. Nic nie
jest w porządku, bo czuję, że jestem tu całkowicie niepotrzebna.
- Tak, pewnie
– odpowiedziałam, otwierając oczy i odwracając głowę w prawo.
Uśmiechnęłam
się blado, rozluźniając dłonie, na których miałam ślady
wbitych paznokci.
- To dobrze,
bo jesteśmy na miejscu – powiedział, zatrzymując samochód i
gasząc silnik.
Spojrzałam na
niego pytająco, bo mimo wszechogarniającej ciemności można było
zauważyć, że wokół było zupełnie pusto.
- Nie marudź,
tylko wysiadaj – rudzielec uśmiechnął się tajemniczo i otworzył
drzwi po swojej stronie.
Nie byłam do
końca pewna tej decyzji. Wolałabym zostać tu, a najchętniej
wrócić do domu, do Polski. Jednak z braku innej możliwości
poszłam w jego ślady i wysiadłam z auta. Od razu owiał mnie
chłodny wiatr, a moje ramiona pokryły się gęsią skórką.
Spuściłam podwinięte rękawy bluzy, ale niewiele to dało. Było
po prostu zimno. Pocierając dłońmi o ramiona, podeszłam do
stojącego przy bagażniku Eda.
- Zimno ci? -
spytał. Potwierdziłam skinieniem głowy, a on podał mi koc. -
Trzymaj. Możesz się okryć, ale potem dam ci bluzę – powiedział,
szukając czegoś w samochodzie.
Niemal od razu
rozwinęłam czerwono – czarny koc w kratę idealnie pasujący do
jego koszuli i zarzuciłam go sobie na ramiona. Powoli podnosząc
zewnętrzną temperaturę ciała, rozglądałam się dookoła. Było
cicho, pusto i przeraźliwie ciemno. Jedynym źródłem światła
było to, które paliło się w samochodzie.
- Tak w ogóle
to możesz mi wytłumaczyć co my tu robimy? - spojrzałam na
rudzielca.
- Spójrz w
górę – odpowiedział obojętnie.
Zrobiłam tak,
jak mi kazał. Uniosłam głowę, przytrzymując rękami zsuwający
się z pleców koc. Niebo nad nami usiane było gwiazdami. Tak dawno
tego nie widziałam. Zachwycona widokiem wzięłam głęboki oddech i
w pełni poczułam rześkie nocne powietrze. W jednej chwili
zapomniałam o tym, że jeszcze przed chwilą było mi przykro i nie
chciałam tu być. Teraz byłam wdzięczna Edowi za to, że mnie tu
przywiózł.
- Zaraz
będziesz miała lepszy widok – jego głos połączony z trzaskiem
drzwi bagażnika wyrwał mnie z podziwiania piękna nocy.
Mężczyzna
podszedł do mnie, trzymając w prawej dłoni latarkę. Lewą złapał
moją rękę, zamykając wcześniej samochód i chowając kluczyki do
kieszeni. Włączył światełko, które miało doprowadzić nas do
nieznanego mi celu.
Po chwili Ed
zdjął z moich pleców koc i rozłożył go na ziemi, a mnie podał
swoją bluzę. Szczerze mówiąc nie było mi już zimno, ale
przyjęłam ją z chęcią.
Natychmiast
położyłam się na kocu, a kilka sekund później dołączył do
mnie rudzielec. Obserwowałam gwiazdy, czując ciepło jego ciała. W
tej chwili nie potrzebowałam nic więcej, jednak gdy po kilku
minutach Ed splótł swoje palce z moim, uśmiechnęłam się
szczęśliwa, nie odrywając wzroku od skrzących się na niebie
punktów. Nagle zauważyłam spadającą gwiazdę.
- Widzisz? -
krzyknęłam, wskazując palcem kierunek jej lotu.
- Widzę –
szepnął, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej. - Pomyślałaś
życzenie?
- Pomyślałam
– odparłam zgodnie z prawdą. - A ty?
- Też
pomyślałem i coś czuję, że się spełni.
Zaśmiałam
się. Też chciałabym mieć taką pewność. Zamknęłam na chwilę
oczy. Było mi tak dobrze - cicho, spokojnie, bezpiecznie. Gdy znów
uniosłam powieki i zobaczyłam nad sobą niebo pełne gwiazd,
nasunęła mi się pewna myśl, którą nie od razu podzieliłam się
z Edem.
- W książkach,
które czytam bohaterowie bardzo często leżą pod gwiazdami –
powiedziałam, gdy znudziło mi się już leżenie w całkowitej
ciszy.
- W piosenkach
też – odparł Ed, podnosząc się na łokciu. Wiedziałam, że na
mnie patrzy, ale nie odwróciłam wzroku w jego stronę. - Ale
przeważnie nie tylko leżą pod światłem tysiąca gwiazd.
Nie. Nie
powinien tego mówić. Zacisnęłam powieki, bo w jednej sekundzie
poczułam się znów tak samo jak w samochodzie. Ed nie zauważając
tego, zaczął się do mnie przybliżać. Czułam jego oddech na
szyi, ale nie mogłam pozbyć się tego przykrego uczucia.
Odepchnęłam go i wstałam.
- To żałosne,
że cytujesz mi słowa, które napisałeś dla swojej dziewczyny –
powiedziałam, zanim jeszcze zdążył się poruszyć. - To z nią
powinieneś tu teraz być, nie ze mną – dodałam, po czym
odwróciłam się i pobiegłam w kierunku, w którym wydawało mi
się, że powinien być samochód.
Rzeczywiście
był tam samochód. Gdy do niego dotarłam, usiadłam na masce i
spuściłam głowę, zakrywając się włosami. Chwilę trwało zanim
zdezorientowany Ed przybiegł do mnie.
- Nina, to nie
tak – zaczął, ale mu przerwałam.
- Nic nie mów,
proszę – szepnęłam, podnosząc głowę.
Zamilkł, ale
wciąż stał naprzeciwko mnie.
- Ale o
całowaniu na masce samochodu jeszcze nie napisałem – powiedział
niewinnie.
Choć za
wszelką cenę starałam się powstrzymać moją twarz przed
uśmiechem, to jednak nie dałam rady i kąciki ust powędrowały w
górę. Ed widząc to, zaczął zmniejszać między nami odległość.
Nie pomagałam mu w tym, ale też nie uciekałam, gdyż z jednej
strony chciałam tego, a z drugiej wciąż towarzyszyła mi myśl, że
jestem tylko zamiast niej. Jednak gdy poczułam jego język na swojej
szyi było mi wszystko jedno czy jestem zamiast, czy nie. W tej
chwili był ze mną i tylko to się liczyło.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Pisanie tego rozdziału zajęło mi równiutki miesiąc, bo myślałam, że w wakacje będę miała więcej czasu na to. Jednak jak widać myliłam się :)