niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział XIII

Mijały dni i tygodnie. Początkowo codzienne spotykanie się z Edem było dziwne, ale z czasem stało się tak oczywiste jak jedzenie czy oddychanie. Cały dzień czekałam na spędzenie z nim tych kilku godzin. Czekałam na szczere, zabawne albo całkiem bezsensowne rozmowy. Na żarty, wygłupy, spacery, wspólne jedzenie czipsów, pizzy, frytek i pierogów. Lubiłam to. Lubiłam zwyczajnie zalegać na jego kanapie, patrząc jak męczy się nad tworzeniem nowych piosenek i rzuca po mieszkaniu kartkami i gitarą. Tak, lubiłam to bardziej niż cokolwiek innego i przerażała mnie myśl, że został mi już tylko miesiąc w Londynie.
- Chciałbym cię jutro gdzieś zabrać – Ed przerwał na chwilę bazgranie po zapełnionym prawie w całości skrawku papieru i spojrzał na mnie leżącą na sofie i przerzucającą kanały w telewizji. - Ale to wycieczka całodniowa – dodał, wstając z podłogi.
Popatrzyłam na niego zaciekawiona, dając odpocząć kciukowi.
- Dokąd jedziemy? - spytałam.
- Niespodzianka, ale jestem pewien, że ci się spodoba – uśmiechnął się i pomaszerował do kuchni.
- Zobaczymy – powiedziałam cicho, wracając do wcześniejszego zajęcia.
Nie chciałam znać szczegółów. Niespodzianka to niespodzianka, a ja je bardzo lubiłam.
Następnego ranka niecierpliwie czekałam na Eda pod domem. Punktualnie o dziewiątej podjechało czarne Audi, do którego od razu wskoczyłam.
- Cześć! - przywitałam się, dając kierowcy szybkiego całusa.
- Cześć! Gotowa?
- Na wszystko – odparłam z uśmiechem, zapinając pasy.
- To bardzo dobrze – złapałam błyszczące spojrzenie rudzielca.
Gwałtownie ruszyliśmy przed siebie. Nadzwyczaj sprawnie przemierzaliśmy londyńskie ulice. Przed oczami migały mi mijane domy, auta i osoby. Jak zawsze obserwowałam wszystko z ciekawością, zastanawiając się jednocześnie dokąd Ed mnie wywozi. „A może tak naprawdę on jest psychopatą, który w bagażniku wiezie siekierę, a ja za kilka godzin będę nieżywa opadała na dno jakiegoś zbiornika wodnego” - przemknęło mi przez myśl. Popatrzyłam na nucącego sobie coś pod nosem mężczyznę. Nie. Zdecydowanie nie wyglądał na psychopatę. Z powrotem odwróciłam się w stronę okna i zauważyłam, że wyjechaliśmy z miasta. Otaczały nas już tylko pola i łąki, czyli nic co przyciągałoby moją uwagę. Włączyłam muzykę. W aucie rozbrzmiały delikatne dźwięki pianina, które od razu rozpoznałam. Zdziwiona spojrzałam na Eda.
- Pamiętaj, że to samochód Stu – rzucił szybko, nie patrząc na mnie.
- Nie tłumacz się tak. Przecież nic ci nie zrobię, za to jakiej muzyki słuchasz.
- Nie słucham.
- No jasne. Włączasz, ale nie słuchasz. Każdy tak robi – powiedziałam ironicznie. - To, że Nina jest twoją byłą nie zmienia faktu, że jest piosenkarką i każdy może jej słuchać. Nawet ty.
- Skoro tak twierdzisz – rozłożył ręce i wziął głęboki oddech. - And I keep saying wait just one more day – zawył przeraźliwie głośno.
Zaczęłam się śmiać, po czym dołączyłam do niego.
Śpiewaliśmy, o ile śpiewem można nazwać wycie i piszczenie, ponad dwie godziny. Zaczęliśmy od Nesbitt, a skończyliśmy oczywiście na Sheeranie. Jakże mogłoby być inaczej. Gardło miałam zdarte do bólu, ale mimo to wytrwale burczałam pod nosem drugą zwrotkę „Let it out”.
- Jesteśmy na miejscu – Ed zatrzymał samochód.
Wyjrzałam przez okno. Kamienice, sklepy, auta, ludzie, hałas i tłok, czyli krajobraz każdego przeciętnego centrum miasta. Wyszłam na ulicę, a po kilku sekundach dołączył do mnie rudzielec.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytałam, rozglądając się dookoła.
- Nie powiem ci. Sama musisz zgadnąć, ale wystarczy, że dokładnie przyjrzysz się reklamom i ogło...
- Framlingham – przeczytałam na jednej ze sklepowych witryn. Moje źrenice momentalnie zamieniły się w pięciozłotówki. - Naprawdę zabrałeś mnie do... - spojrzałam na niego błyszczącymi oczami.
- Nie wiedziałem, że się tak ucieszysz – powiedział, śmiejąc się i popychając mnie przed siebie.
- Żartujesz? Przecież to... - nie potrafiłam znaleźć słów, które oddawałyby moje uczucia.
Byłam podekscytowana i szczęśliwa. Niby nie miałam powodu. Miasto jak każde inne, ale nie do końca. To było jego miasto. Tu się wychował i to tu wszystko się zaczęło. Tak, byłam bardzo zadowolona, że mnie tu zabrał.
- No rusz się. Chyba nie masz zamiaru spędzić tu całego dnia – jego krzyk wyrwał mnie z zamyślenia. Dopiero teraz zauważyłam, że był zdecydowanie dalej niż ja. Uśmiechnęłam się do niego i przeczesałam palcami plączące się włosy, po czym skrzyżowałam ręce na piersi.
- Nie wiem. To zależy tylko od ciebie.
- W takim razie zarządzam spacer – rudzielec gestem ręki pokazał, że mam do niego podejść.
Westchnęłam, udając niezadowolenie i z ociąganiem powlokłam się do przodu.
- No dobra, prowadź – powiedziałam, stając obok niego.
Ed uśmiechnął się szeroko i wyrwał przed siebie. Przypominał bardzo stęsknione dziecko, które jak najszybciej chce znaleźć się w domu. Śmiejąc się w duchu, ruszyłam szybko do przodu, bo jeszcze chwila, a znowu zostałabym daleko w tyle.
- O której musisz wrócić do domu? - zapytał, gdy mijaliśmy jego dawną szkołę i wchodziliśmy na nienaturalnie pusty plac zabaw.
Znaleźliśmy się tu tylko i wyłącznie z mojego powodu, ponieważ widząc huśtawki, obudziło się we mnie moje wewnętrzne dziecko, a że Ed opowiedział mi już chyba wszystkie historie dotyczące jego szkolnych lat, pozwoliłam sobie na chwilę zabawy. Z tego też powodu od razu pobiegłam w kierunku obiektu mojego zainteresowania i usiadłam na nim, odpychając się od ziemi nogami.
- Nie za późno – krzyknęłam do idącego powoli mężczyzny.
- Dobra, to zapytam inaczej. Musisz wracać do domu na noc?
Przez chwilę mnie zatkało i nie wiedziałam co odpowiedzieć. Słyszałam tylko skrzypienie łańcuchów huśtawki. Swoją drogą chyba nie powinny tak skrzypieć.
- Jest to całkiem prawdopodobne – zaczęłam powoli. - Aczkolwiek jeżeli masz mi do zaoferowania coś, co wzbudzi moje zainteresowanie, jestem skłonna napisać do moich opiekunów wiadomość informującą ich, że nie wrócę do domu przed północą.
Przez cały czas trwania mojej wypowiedzi rudzielec, próbując powstrzymać śmiech, z coraz głupszą miną przyglądał się mojej poważnej minie.
- Moja oferta na pewno cię zainteresuje – powiedział pewnie.
- Skąd wiesz?
- Bo to niespodzianka, a ty podobno lubisz niespodzianki.
Zaśmiałam się, unosząc głowę i odchylając się na huśtawce do tyłu.
- Ja uwielbiam niespodzianki – szepnęłam, gdy wróciłam do normalnej pozycji.
- Czyli rozumiem, że się zgadzasz?
- Nie.
Ed spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Ale..
- Ale nie wiem czy nie zamierzasz mi czegoś zrobić.
Mężczyzna zaczął się śmiać.
- Pozwoliłaś mi się wywieźć z dala od miasta i dopiero teraz martwisz się czy coś ci zrobię? Nie za późno trochę?
Pokręciłam głową.
- Ja się nie martwię czy teraz mi coś zrobisz, ja się zastanawiam czy pod propozycją wspólnej nocy, jakkolwiek by to nie brzmiało, nie kryje się plan zabicia mnie, poćwiartowania i wrzucenia do rzeki.
Rudzielec patrzył na mnie z rozbawieniem.
- A jeśli obiecam ci, że cię nie zabiję, nie poćwiartuję i nie wrzucę do rzeki, spędzisz ze mną dwanaście godzin więcej niż zazwyczaj?
- Jeśli mi to obiecasz...
- Obiecuję – powiedział szybko.
Coś za bardzo zależało mu, żebym z nim została, ale szczerze mówiąc mnie też na tym zależało. Bałam się, że to zauważy, bo wolałam udawać, że jest mi to obojętne. Zeskoczyłam z huśtawki i klęknęłam przy rzuconej wcześniej na ziemię torebce. Z jej wnętrza wyciągnęłam telefon. Czułam, że Ed obserwuje każdy mój ruch i tylko czeka aż napiszę SMS-a do Lucy. Z tego też powodu nie zrobiłam tego od razu. Sprawdziłam godzinę i wrzuciłam komórkę z powrotem do torebki. Chciałam się z nim jeszcze trochę podroczyć.
- Już po pierwszej. Głodna jestem – powiedziałam, podnosząc się z ziemi i otrzepując kolana z drobnego żwirku.
- Wyjmij sobie kanapkę, bo na obiad musisz jeszcze trochę zaczekać.
Z lewego ramienia zdjął czarny plecak i rzucił go w moją stronę. Odpięłam zamek, a z wnętrza wyjęłam zapakowaną w papier bułkę. Odwinęłam ją i sprawdziłam z czym jest. Masło orzechowe. Nie wysilił się, ale lepsze to niż pusty żołądek. Wgryzłam się w kanapkę i podążyłam za wychodzącym z placu rudzielcem.
*
- Możemy chwilę odpocząć? - zapytałam, gdy poczułam, ze moje nogi lada moment odmówią mi posłuszeństwa.
Chodziliśmy już grubo ponad dwie godziny i pewnie samo to nie stanowiłoby problemu, jednak pęcherze i odciski na stopach, które zawdzięczałam moim nowym butom, były pewnego rodzaju przeszkodą.
- Jeszcze pięć minut i będziesz odpoczywała do woli.
Spojrzałam na wyświetlacz komórki. Sprawdziłam godzinę, odczytując przy okazji SMS-a od Lucy, w którym zgadzała się, żebym nie wróciła na noc do domu i prosiła, żebym na siebie uważała. Uśmiechnęłam się do siebie. Ta kobieta była cudowna.
- Pięć minut, a potem niesiesz mnie na rękach – zagroziłam Edowi, chowając telefon.
- Zgoda – uśmiechnął się do mnie i złapał mnie za rękę.
Jednak moja groźba okazała się nie potrzebna. Dokładnie w 4 minuty i 39 sekund znaleźliśmy się pod drzwiami jego domu. To, że jest to jego dom uświadomiłam sobie dopiero w momencie, kiedy z kieszeni dżinsów wyjął klucz i przekręcił go w zamku, otwierając tym samym wejście. Ścisnęłam mocniej jego dłoń. Zauważył to i odwrócił się do mnie.
- Spokojnie. Oprócz nas nikogo tu nie ma. Moi rodzice wyjechali na wakacje, więc nie musisz się stresować – uśmiechnął się uspokajająco, objął mnie ramieniem i pocałował w nos.
Poczułam się jak dziecko, ale w tym wypadku mi to nie przeszkadzało.
Z ulgą ściągnęłam buty i pokuśtykałam za rudzielcem do salonu. Z westchnieniem opadłam na kanapę tuż obok niego. Na chwilę zamknęłam oczy, po czym zabrałam się za rozmasowywanie obolałych stóp.
- Głodna? - usłyszałam pytanie, na które odpowiedź mogła być w tej chwili tylko jedna.
- Bardzo.
Ed uśmiechnął się tylko i zniknął w kuchni. Gotujący Sheeran. Tego jeszcze nie było. Koniecznie musiałam to zobaczyć. Dokończyłam masowanie lewej stopy i popędziłam w odpowiednim kierunku. Rudzielec stał przy blacie tyłem do wejścia. Usiadłam przy wyspie, rozkładając na niej ramiona. Jednym okiem uważnie obserwowałam poczynania mężczyzny, który krążył od lodówki do szafki, od szafki do garnka, od garnka do kranu i z powrotem. Miotał się po kuchni jakby kompletnie nie wiedział co ma robić.
- Jesteś pewny, że to co robisz będzie jadalne? - zapytałam po kilku minutach.
- Nie – Ed odwrócił się do mnie, opierając plecy o lodówkę.
- A co to miało w ogóle być? - popatrzyłam na stojący na blacie garnek.
Ed podążył za moim wzrokiem i westchnął głośno.
- Bardzo proste i bardzo pyszne danie według przepisu mojej mamy.
- Rozumiem, że ten przepis nie okazał się tak prosty.
Rudzielec pokręcił głową i poprawił opadające mu na oczy włosy. Patrzył na stojące obok niego naczynie z tak smutną miną, że zaczęłam się śmiać. Uderzyłam dłońmi o blat, podnosząc się z krzesła i podeszłam do mężczyzny.
- Może lepiej ja się tym zajmę – powiedziałam, gładząc go po ramieniu.
Ed oderwał wzrok od garnka i spojrzał mi w oczy.
- Ale to naprawdę miało być proste.
Jego mina wciąż mnie rozśmieszała.
- Nie przejmuj się. Ja coś zrobię – wyciągnęłam mu łyżkę z dłoni - ale uprzedzam, że też nie jestem mistrzem gotowania.
Rudzielec rozłożył ręce.
- Kuchnia jest twoja – powiedział, zajmując moje wcześniejsze miejsce.
Związałam włosy gumką, którą ściągnęłam z nadgarstka i westchnęłam. Jedynym co potrafiłam zrobić były naleśniki. Z drobną pomocą Eda przygotowałam sobie wszystkie potrzebne rzeczy i zabrałam się do pracy.
Po półgodzinie siedzieliśmy przy stole w jadalni, jedząc przygotowany przeze mnie obiad i rozmawiając na temat naszych zwykle nieudanych zmagań kulinarnych. Oczywiście w kategorii największych porażek prowadził Sheeran, ale ja też nie pozostawałam daleko w tyle.
- Nie potrzebuję umieć gotować – stwierdził w końcu Ed. - Mam pizzę, którą mogę zamówić zawsze i wszędzie, więc po co mi coś więcej – wzruszył ramionami. - Chociaż – zrobił przerwę na przeżucie większego kęsa – takimi naleśnikami bym nie pogardził – uśmiechnął się do mnie. - Są naprawdę pyszne.
Uniosłam kąciki ust.
- I naprawdę proste – dodałam. - Mogę cię nauczyć – zaoferowałam.
- Jak zauważyłaś w moim przypadku nawet proste przepisy się nie sprawdzają. Poza tym jestem zbyt leniwy, żeby samemu je robić – powiedział, wkładając sobie do ust całego naleśnika.

- Pokażesz mi swój pokój? - zapytałam, gdy po skończonym posiłku zmywaliśmy naczynia.
- Jasne – odparł szybko, wycierając ręce w malutki zielony ręcznik. - Chodźmy – wskazał głową wyjście z kuchni.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam za nim.
- Wiesz, że moim rodzice nie zmieniali tam nic od czasu, kiedy się wyprowadziłem – powiedział, prowadząc mnie po schodach. - Ale cieszę się z tego, bo gdy tu przyjeżdżam znów czuję się jakbym miał czternaście lat i nagrywał swoje pierwsze piosenki.
U mnie w domu to było nie do pomyślenia. Moja mama przestawiała meble średnio cztery razy do roku, a robienie remontów było jej ulubionym wakacyjnym zajęciem. Co roku odnawiała inne pomieszczenie, dlatego też nie umiałam sobie wyobrazić jak można nie zmieniać nic przez osiem lat.
Ed otworzył przede mną drzwi pokoju. Weszłam do środka, rozglądając się dookoła. Faktycznie pomarańczowe ściany nie zmieniły swojego koloru. Usiadłam na brzegu łóżka, a rudzielec podszedł do jednej z szafek stojących naprzeciwko i zdjął z niej ramkę ze zdjęciem.
- Nie mamy wielu takich zdjęć – powiedział, siadając obok mnie. - Takich, na których jesteśmy całą czwórką.
Spojrzałam na fotografię przedstawiającą małego uśmiechniętego rudzielca w okrągłych okularach, jego brata i rodziców, wszystkich bardzo radosnych i ewidentnie szczęśliwych. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Podoba mi się to zdjęcie – powiedziałam cicho, opierając głowę na ramieniu Eda.
- Mnie też – odparł mężczyzna, obejmując mnie. Poczułam zapach jego perfum. - Tak właściwie to lubię je najbardziej, mimo że jestem na nim taki brzydki
- Nieprawda. Jesteś uroczy – spojrzałam mu w oczy, żeby wiedział, że mówię szczerze.
Roześmiał się.
- Dzieciaki w szkole były innego zdania.
- Nie znały się – szepnęłam, przytulając go mocniej.
Ed pocałował mnie w głowę, odkładając zdjęcie na bok.
- Chciałbym ci coś pokazać – powiedział po kilku minutach, przerywając harmonijną ciszę. Spojrzałam na niego pytająco. - To nowy teledysk. Do „Photograph” - wyjaśnił. - Chciałbym, żebyś zobaczyła go pierwsza, nie licząc produkcji i rodziny, ponieważ jest bardzo osobisty, a przez to bardzo dla mnie ważny. Chcesz go obejrzeć?
Bardzo głupie pytanie.
Szybko pokiwałam głową, a Ed odsunął się ode mnie, żeby wyjąć z kieszeni telefon, po czym włączył filmik i podał mi go.
Z każdą mijającą sekundą na mojej twarzy malował się coraz szerszy uśmiech, a moje ciało wypełniało coraz większe wzruszenie. W kącikach oczu zbierały się łzy, które jednak z racji mojej natury nie mogły wypłynąć i tylko zaburzały mi ostrość widzenia, co mnie niezmiernie denerwowało, bo nie chciałam stracić żadnego fragmentu.
Gdy piosenka się skończyła, z miną której wolałam sobie nie wyobrażać oddałam Edowi komórkę.
- I jak? - zapytał, wpychając iPhone'a z powrotem do kieszeni dżinsów.
- Ten teledysk jest śliczny – odparłam zgodnie z prawdą. - Jestem pewna na tysiąc procent, że spodoba się każdemu, bo kto by się oparł małemu Sheeranowi.
Ed się zaśmiał.
- Bardzo się cieszę, że ci się podoba, bo to dla mnie naprawdę ważne – już drugi raz pocałował mnie w głowę. - To na co masz teraz ochotę?
Wzruszyłam ramionami. Byłam w takim nastroju, że zgodziłabym się na wszystko, ale z braku konkretnych propozycji ze strony Eda rzuciłam się na łóżko i zamykając oczy, oddałam się marzeniom.
*
- Gotowa? - spytał mężczyzna, stojąc przed drzwiami wyjściowymi i podrzucając kluczyki do samochodu.
Pokiwałam głową, wsuwając z bólem stopę do buta. Nie miałam pojęcia, dokąd miał zamiar mnie zabrać, szczególnie że było już po dziesiątej. Jednak gdy zapytałam go o to, w odpowiedzi usłyszałam tylko, że to kolejna niespodzianka, więc nie dociekałam bardziej. Fakt, że lubiłam niespodzianki, ale jak na jeden dzień było ich stanowczo za dużo. Ale nie ja o tym decydowałam, więc pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że to już ostatnia z przewidzianych atrakcji, bo byłam trochę zmęczona. Od rana miałam tylko krótką chwilę, żeby poleżeć bez myślenia o czymkolwiek, a po niej znów spacer. Tym razem do sklepu po lody. Na szczęście ze sklepu wróciliśmy samochodem, bo inaczej moje stopy zalałyby się krwią, a to podejrzewam, że nie byłoby przyjemne. No właśnie.
- Czy będziemy musieli tam chodzić? - spytałam, gdy ruszyliśmy już spod domu.
- Nie, przecież wiem, że nie możesz – Ed uśmiechnął się do mnie.
Odpowiedziałam mi tym samym. Jak miło, że pamiętał. Spokojna chociaż o tę jedną kwestię odwróciłam się do okna. Lubiłam jeździć po zmroku. W oknach domów paliły się światła, ulice pokrywała ciemność rozpraszana gdzieniegdzie przez blask latarni ulicznych. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż za dnia.
W milczeniu obserwowałam jak zostawiamy w tyle światła miasteczka i zastanawiałam się dokąd jedziemy. Przerwał mi to dzwonek telefonu Eda leżącego między fotelami. Rudzielec kątem oka próbował dostrzec wyświetlacz, jednak nie udało mu się to. Lewą ręką chwycił komórkę i podniósł ją na wysokość oczu. Na jego twarzy wymalowało się zakłopotanie. Widocznie dzwonił ktoś, z kim nie chciał rozmawiać przy mnie. Zrobiło mi się przez to trochę głupio, ale nie zamierzałam tego pokazać.
- Czemu nie odbierasz? - zapytałam, patrząc na jego palec wahający się, którą słuchawkę wybrać.
Jednocześnie mój wzrok padł na imię dzwoniącego, a właściwie dzwoniącej – jego dziewczyny. Przez ciało przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz i automatycznie odwróciłam głowę w drugą stronę. Już wiedziałam dlaczego nie odbierał.
- To nic ważnego – jego głos nie brzmiał przekonująco. Ciekawe dlaczego?
- Odbierz. I tak wiem, kto dzwoni – powiedziałam półgłosem, nie odrywając wzroku od szczerze mówiąc niezbyt ciekawego widoku za oknem.
Nie widziałam twarzy Eda, ale czułam, że patrzy na mnie, nie wiedząc co zrobić. W końcu usłyszałam jego ciche przywitanie z dziewczyną. Nie chciałam tego słuchać. Zamknęłam oczy i zacisnęłam dłonie w pięści. Włosy opadły mi na twarz, ale nie poprawiałam ich, bo stanowiły pewnego rodzaju barierę. Sama nie rozumiałam, dlaczego aż tak mi przykro, ale fakt, że było. W końcu to ja uczestniczyłam w jego życiu przez ostatnie dwa miesiące. To przy mnie spał, jadł, pił, palił, śmiał się i wściekał. To ja słuchałam pierwszych wersji słów jego piosenek albo przekleństw, gdy coś mu nie wychodziło. Wreszcie to mnie całował na powitanie, pożegnanie i tak bez powodu i to mnie tulił i obejmował, gdy robiło się zimno, więc dlaczego czułam w tym momencie, że powinno mnie tu w ogóle nie być, że powinnam zniknąć i już nie wrócić?
- Wszystko w porządku? - Ed dotknął mojego ramienia.
Nie. Nic nie jest w porządku, bo czuję, że jestem tu całkowicie niepotrzebna.
- Tak, pewnie – odpowiedziałam, otwierając oczy i odwracając głowę w prawo.
Uśmiechnęłam się blado, rozluźniając dłonie, na których miałam ślady wbitych paznokci.
- To dobrze, bo jesteśmy na miejscu – powiedział, zatrzymując samochód i gasząc silnik.
Spojrzałam na niego pytająco, bo mimo wszechogarniającej ciemności można było zauważyć, że wokół było zupełnie pusto.
- Nie marudź, tylko wysiadaj – rudzielec uśmiechnął się tajemniczo i otworzył drzwi po swojej stronie.
Nie byłam do końca pewna tej decyzji. Wolałabym zostać tu, a najchętniej wrócić do domu, do Polski. Jednak z braku innej możliwości poszłam w jego ślady i wysiadłam z auta. Od razu owiał mnie chłodny wiatr, a moje ramiona pokryły się gęsią skórką. Spuściłam podwinięte rękawy bluzy, ale niewiele to dało. Było po prostu zimno. Pocierając dłońmi o ramiona, podeszłam do stojącego przy bagażniku Eda.
- Zimno ci? - spytał. Potwierdziłam skinieniem głowy, a on podał mi koc. - Trzymaj. Możesz się okryć, ale potem dam ci bluzę – powiedział, szukając czegoś w samochodzie.
Niemal od razu rozwinęłam czerwono – czarny koc w kratę idealnie pasujący do jego koszuli i zarzuciłam go sobie na ramiona. Powoli podnosząc zewnętrzną temperaturę ciała, rozglądałam się dookoła. Było cicho, pusto i przeraźliwie ciemno. Jedynym źródłem światła było to, które paliło się w samochodzie.
- Tak w ogóle to możesz mi wytłumaczyć co my tu robimy? - spojrzałam na rudzielca.
- Spójrz w górę – odpowiedział obojętnie.
Zrobiłam tak, jak mi kazał. Uniosłam głowę, przytrzymując rękami zsuwający się z pleców koc. Niebo nad nami usiane było gwiazdami. Tak dawno tego nie widziałam. Zachwycona widokiem wzięłam głęboki oddech i w pełni poczułam rześkie nocne powietrze. W jednej chwili zapomniałam o tym, że jeszcze przed chwilą było mi przykro i nie chciałam tu być. Teraz byłam wdzięczna Edowi za to, że mnie tu przywiózł.
- Zaraz będziesz miała lepszy widok – jego głos połączony z trzaskiem drzwi bagażnika wyrwał mnie z podziwiania piękna nocy.
Mężczyzna podszedł do mnie, trzymając w prawej dłoni latarkę. Lewą złapał moją rękę, zamykając wcześniej samochód i chowając kluczyki do kieszeni. Włączył światełko, które miało doprowadzić nas do nieznanego mi celu.
Po chwili Ed zdjął z moich pleców koc i rozłożył go na ziemi, a mnie podał swoją bluzę. Szczerze mówiąc nie było mi już zimno, ale przyjęłam ją z chęcią.
Natychmiast położyłam się na kocu, a kilka sekund później dołączył do mnie rudzielec. Obserwowałam gwiazdy, czując ciepło jego ciała. W tej chwili nie potrzebowałam nic więcej, jednak gdy po kilku minutach Ed splótł swoje palce z moim, uśmiechnęłam się szczęśliwa, nie odrywając wzroku od skrzących się na niebie punktów. Nagle zauważyłam spadającą gwiazdę.
- Widzisz? - krzyknęłam, wskazując palcem kierunek jej lotu.
- Widzę – szepnął, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej. - Pomyślałaś życzenie?
- Pomyślałam – odparłam zgodnie z prawdą. - A ty?
- Też pomyślałem i coś czuję, że się spełni.
Zaśmiałam się. Też chciałabym mieć taką pewność. Zamknęłam na chwilę oczy. Było mi tak dobrze - cicho, spokojnie, bezpiecznie. Gdy znów uniosłam powieki i zobaczyłam nad sobą niebo pełne gwiazd, nasunęła mi się pewna myśl, którą nie od razu podzieliłam się z Edem.
- W książkach, które czytam bohaterowie bardzo często leżą pod gwiazdami – powiedziałam, gdy znudziło mi się już leżenie w całkowitej ciszy.
- W piosenkach też – odparł Ed, podnosząc się na łokciu. Wiedziałam, że na mnie patrzy, ale nie odwróciłam wzroku w jego stronę. - Ale przeważnie nie tylko leżą pod światłem tysiąca gwiazd.
Nie. Nie powinien tego mówić. Zacisnęłam powieki, bo w jednej sekundzie poczułam się znów tak samo jak w samochodzie. Ed nie zauważając tego, zaczął się do mnie przybliżać. Czułam jego oddech na szyi, ale nie mogłam pozbyć się tego przykrego uczucia. Odepchnęłam go i wstałam.
- To żałosne, że cytujesz mi słowa, które napisałeś dla swojej dziewczyny – powiedziałam, zanim jeszcze zdążył się poruszyć. - To z nią powinieneś tu teraz być, nie ze mną – dodałam, po czym odwróciłam się i pobiegłam w kierunku, w którym wydawało mi się, że powinien być samochód.
Rzeczywiście był tam samochód. Gdy do niego dotarłam, usiadłam na masce i spuściłam głowę, zakrywając się włosami. Chwilę trwało zanim zdezorientowany Ed przybiegł do mnie.
- Nina, to nie tak – zaczął, ale mu przerwałam.
- Nic nie mów, proszę – szepnęłam, podnosząc głowę.
Zamilkł, ale wciąż stał naprzeciwko mnie.
- Ale o całowaniu na masce samochodu jeszcze nie napisałem – powiedział niewinnie.

Choć za wszelką cenę starałam się powstrzymać moją twarz przed uśmiechem, to jednak nie dałam rady i kąciki ust powędrowały w górę. Ed widząc to, zaczął zmniejszać między nami odległość. Nie pomagałam mu w tym, ale też nie uciekałam, gdyż z jednej strony chciałam tego, a z drugiej wciąż towarzyszyła mi myśl, że jestem tylko zamiast niej. Jednak gdy poczułam jego język na swojej szyi było mi wszystko jedno czy jestem zamiast, czy nie. W tej chwili był ze mną i tylko to się liczyło.

~~~~~~~~~~~~~~~~
Pisanie tego rozdziału zajęło mi równiutki miesiąc, bo myślałam, że w wakacje będę miała więcej czasu na to. Jednak jak widać myliłam się :)