niedziela, 31 maja 2015

Rozdział IX

- Jestem pewna, że twoja historia jest tysiąc razy lepsza – powiedziałam, biorąc do ręki fioletową poduszkę i rzucając nią prosto w twarz Eda.
- Moja historia przebija wszystkie historie na świecie – poduszka odbiła się od mojego ramienia i spadła na podłogę – ale to o twoją setki dziewczyn dałoby się pokroić. No bo która z tych „popularnych” miała takiego, jak mniemam, świetnego chłopaka, a potem wyjechała do Anglii i spotkała jeszcze lepszego i to w dodatku swojego idola? Czyżby żadna? - na jego twarzy zagościł ironiczny uśmiech.
Czułam się jak na sesji terapeutycznej, ale może właśnie tego potrzebowałam. W końcu od miesiąca nie mogłam z nikim szczerze porozmawiać o tym co działo się w moim życiu.
- Dzięki za psychiczne wsparcie, ale nie zapominaj, że teraz twoja kolej.
Ed westchnął głośno.
- Musisz wiedzieć, że to długa opowieść, a na pewno dłuższa niż twoja. W końcu żyję dłużej niż ty.
- Spokojnie, postaram się nie zasnąć – uśmiechnęłam się, a rudzielec otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale uniemożliwiałam mu to. - Czekaj, zanim zaczniesz pójdę do łazienki. Tak w razie czego.
Ze śmiechem zeskoczyłam z łóżka i wyszłam z pokoju. Przeszłam na drugi koniec korytarza, po czym weszłam do jednego z moich ulubionych pomieszczeń w domu. Zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po Edzie, więc na wszelki wypadek dokładnie zamknęłam drzwi. Gdy wypełniony pęcherz nie był już moim problemem, stanęłam przy umywalce, wpatrując się w wiszące nad nią okrągłe lustro. Od rana nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu wyglądałam jak pokraka, a w dodatku w ustach czułam nieprzyjemny smak. Odrywając na chwilę wzrok od swojego odbicia, wzięłam do ręki szczoteczkę i nałożyłam na nią pastę. W kilku szybkich ruchach umyłam zęby, pozbywając się tym samym chociaż jednej z negatywnych cech. Druga niestety nie do końca zależała ode mnie, ale było mi to już obojętne. Komplementy bardzo wpływają na samoocenę. Uśmiechnęłam się do siebie na wspomnienie komentarzy mężczyzny i wyszłam z łazienki.
- O kim to? - usłyszałam, gdy szłam w stronę pokoju.
- Co? - zapytałam, zatrzymując się w progu.
Ed stał przy biurku tyłem do mnie.
- No ten tekst – odwrócił się i dopiero wtedy zauważyłam, że w dłoniach trzyma zeszyt.
W jednej chwili zrobiłam się cała czerwona. Dobrze wiedziałam co czyta i w najmniejszym stopniu mi to nie odpowiadało. Niebieski zeszyt przez wiele lat nie trafił w żadne inne ręce oprócz moich, a tu chwila nieuwagi starczyła, żeby rudzielec się do niego dobrał. W ogóle jakim prawem grzebał w moich rzeczach?
- Odłóż to! - warknęłam, przybierając rozzłoszczony wyraz twarzy, pod którym starałam się zatuszować wstyd.
Mężczyzna natychmiast spełnił rozkaz i ze śmiechem usiadł na brzegu łóżka.
- Mama cię nie uczyła, że nie rusza się cudzych rzeczy? - zapytałam, zajmując swoje wcześniejsze miejsce.
- Uczyła, ale zaciekawiło mnie co jest w zeszycie, którego okładka zapełniona jest wspaniałymi cytatami. Chyba mnie rozumiesz.
- Nie – pokręciłam głową.
- Nie ważne – wzruszył ramionami. - Ważne, że to co w nim jest, jest całkiem dobre. Tylko chciałbym wiedzieć o kim to – wlepił we mnie wzrok.
- Nie wiem co przeczytałeś – odpowiedziałam obojętnie.
- To co zaznaczyłaś zielono – czarnymi krzyżykami.
Usłyszawszy to zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona i spuściłam głowę, próbując to ukryć. Zastanawiało mnie tylko to, czy on naprawdę był takim idiotą i myślał, że to krzyżyki.
- Zatem kim jest ten szczęśliwiec, o którym piszesz?
Ed nie dawał za wygraną, a ja nie mogłam mu odpowiedzieć.
- A jak sądzisz? - starałam się nadać mojemu głosowi jak najbardziej obojętny ton.
- Twój były chłopak.
Uśmiechnęłam się i wykonałam nieokreślony ruch głową, który mężczyzna uznał za potwierdzenie i zadowolony, że zgadł, kontynuował swoją wypowiedź.
- Najlepsze piosenki pisze się o byłych, wiem z doświadczenia. Chociaż to zależy kiedy. Czasem nienawidzi się kogoś tak bardzo, że nie chce się mu poświęcać nawet jednego wersu. Różnie bywa, jeszcze zobaczysz jakie życie może być wredne. Zaśpiewasz mi to?
Płynność z jaką zmienił temat wytrąciła mnie z obojętnego potakiwania głową i potrzebowałam chwili, żeby wyrazić swoją dezaprobatę dla tego pomysłu poprzez głośny kpiący śmiech.
- Po pierwsze nie chciałbyś tego słyszeć. Po drugie ten tekst nie ma melodii. A po trzecie NIE!
- Dobra, nie krzycz – podniósł ręce w geście kapitulacji. - Sam sobie poradzę.
Zeskoczył z łóżka i podszedł do biurka, spod którego wyciągnął bardzo długo nie używaną gitarę. Teoretycznie wiedziałam, że ona tam jest, ale była mi tak bardzo nie potrzebna, że nawet przy sprzątaniu ją omijałam, w związku z czym pokrywała ją dość spora warstwa kurzu. Jednak Edowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. Z instrumentem w dłoni wrócił na łóżko i zajął miejsce naprzeciwko mnie. Zaczął go stroić, co zajęło mu kilka dobrych minut, w ciągu których zdążyłam wygodnie ułożyć się wśród sterty poduszek, zamykając przy tym zmęczone oczy. Gdy dźwięki nareszcie zabrzmiały czysto, Ed odchrząknął i zanucił sobie coś pod nosem, po czym zagrał cztery pierwsze akordy, które nie kojarzyły mi się z żadną piosenką. Ponownie odchrząknął i wydobył z siebie głos, który spowodował u mnie przyspieszenie akcji serca.
I know you can't give me my dream
But I still believe
I know you'll never more walk me home
But I'll remember
How you hold my hand last night
Przez moje ciało przeszły ciarki. Słowa napisane przeze mnie, brzmiały zupełnie inaczej w jego ustach.
Rozpływałam się w delikatnych dźwiękach i nawet nie zauważyłam, kiedy zmienił piosenkę. Do mojej świadomości dotarł dopiero refren „Kiss me”. Otworzyłam oczy i leniwie usiadłam na łóżku. Siedzący po drugiej stronie Ed cały czas się we mnie wpatrywał i gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się do mnie szeroko i nie przestając śpiewać, położył gitarę obok siebie. Odpowiedziałam mu tak samo szerokim uśmiechem i obserwowałam jego usta, które zaczęły się do mnie przybliżać. Nie czekałam dłużej. Powoli przesuwałam się do przodu, aż poczułam na policzku przyspieszony oddech i szeptem wyśpiewywane słowa. Przez moment przeszło mi przez myśl, że to po prostu jego plan, a ja tylko wykonuję kolejne jego punkty, ale szybko odgoniłam od siebie tę myśl. Nawet gdyby to była prawda, zupełnie mnie to nie obchodziło. Chciałam tego, nawet bardzo i nic nie mogło tego zmienić. Zamknęłam oczy i dyskretnie oblizałam wargi, a po chwili znów poczułam słodki smak jego miękkich ust.
Starałam się nie myśleć o niczym innym, ale nie mogłam. Ta sytuacja wykraczała poza wszystko o czym kiedykolwiek śniłam, marzyłam i co sobie wyobrażałam. Czułam to nawet mocniej niż dzień wcześniej w kuchni, być może dlatego, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe i nie byłam na to przygotowana. W Polsce nie interesowali się mną nawet przygłupi koledzy z klasy, nie mówiąc już o starszych, a tutaj tak po prostu całowałam się z człowiekiem, którego teksty piosenek znałam na pamięć. To nie mogło być prawdą. Coraz bardziej to do mnie docierało.
- Błagam, powiedz, że to nie jest sen – szepnęłam, gdy nasze usta się rozłączyły.
Ed delikatnie złapał mnie za podbródek i odrobinę uniósł moją głowę. Otworzyłam oczy i wpatrywałam się w niebieskie tęczówki, które dzieliło ode mnie tylko kilka milimetrów.
- Jeśli to sen, to śnimy o tym samym – jego oddech musnął mój nos i lewy policzek.
Skrzywiłam się, słysząc te słowa, bo brzmiały jak z jakiegoś taniego romansu, ale prawdopodobnie tak właśnie miały zabrzmieć. Problem był tylko w tym, że naszego układu nie można było nazwać romansem. Tego w ogóle nie można było nazwać w żaden sposób. On miał dziewczynę, a ja za dwa miesiące wyjeżdżałam. To było w tym najdziwniejsze, ale zarazem najbardziej pociągające.
Odsunęłam się od Eda, a rudzielec ułożył się wygodnie na lewym boku. Chwilę się wahałam, ale w końcu położyłam się obok niego. Mężczyzna objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w jego klatkę piersiową ukrytą pod czarną koszulką. Powieki automatycznie zaczęły się zamykać, ale nie miałam zamiaru ich powstrzymywać.
*
Obudziły mnie uporczywe wibracje, które od dłuższego czasu czułam przy prawym udzie. Otworzyłam oczy, próbując ogarnąć co się wokół mnie dzieje, ale dobrą chwilę zajęło mi zlokalizowanie źródła ich pochodzenia. Dopiero gdy nieco bardziej się rozbudziłam, dotarło do mnie, że wibruje kieszeń Eda, a konkretniej telefon znajdujący się w niej. Popatrzyłam na mężczyznę, ale wyglądało na to, że nie czuje, iż ktoś usilnie próbuje się do niego dodzwonić. Westchnęłam, przewracając przy tym oczami. Zrzuciłam z siebie obejmujące mnie ramię i usiadłam na łóżku. Zaczęłam szturchać śpiącego rudzielca, ale na niewiele się to zdało. Nie pomogły nawet krzyki. Spał tak mocno, że nic nie było w stanie go obudzić. Zrezygnowana wstałam z łóżka i poszłam do łazienki. Do jakiegoś kubeczka nalałam zimnej wody, z którą wróciłam do pokoju. Chwilę wahałam się czy naprawdę mam to zrobić, ale po kolejnej próbie obudzenia go w normalny sposób, po prostu wylałam mu zawartość kubka na twarz. Natychmiast zerwał się na równe nogi.
- Co jest kurwa?! - krzyknął, ocierając oczy koszulką.
- Telefon ci dzwoni – ze stoickim spokojem usiadłam na brzegu łóżka, odstawiając na podłogę narzędzie zbrodni.
- Co? - patrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Sprawdź lewą kieszeń – odparłam, wskazując palcem na jego spodnie.
Ed nie bardzo rozumiał o co mi chodzi, ale wykonał polecenie i po kilku sekundach trzymał w dłoni iPhone'a. Odblokował ekran i wytrzeszczył oczy.
- Cholera! Aż trzynaście? Nie mogłaś obudzić mnie wcześniej? - spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Próbowałam – wzruszyłam ramionami.
- Dobra, przez telefon mnie nie zabije. W ogóle mnie nie zabije, bo straciłby pracę. Nie ma się czego bać – mówił jakby sam do siebie. Wziął głęboki oddech i usiadł na łóżku, przykładając telefon do ucha. - No cześć... Spałem... Tak... Dobrze... Wiem... A co do auta, to jest u Jake'a... Wolałbyś, żebym się zabił?... Tak myślałem... Naprawdę sądzisz, że mógłbym zapomnieć?... Pewnie... Nie mogę, zresztą trochę mi przeszkadzasz – spojrzał na mnie – Wpadnę wieczorem. Pa.
Przez całą rozmowę obserwowałam Eda i zastanawiałam się kto może być po drugiej stronie, ale nie miałam zielonego pojęcia. To mógł być każdy.
- Przepraszam, ale musiałem oddzwonić. Mój ukochany Stu nienawidzi, gdy nie odbieram i potrafi dzwonić do mnie cały dzień bez przerwy. Poza tym musiał mnie opieprzyć za wczorajszą imprezę i przypomnieć mi o koncercie, zupełnie jakbym mógł o tym kiedykolwiek zapomnieć. A tak w ogóle to muszę ci coś powiedzieć.
- Mów – uśmiechnęłam się i wyprostowałam ciekawa co takiego chce mi powiedzieć.
- Nie będzie mnie teraz prawie dwa tygodnie. Koncerty. Zresztą jutro też mam koncert i chciałem zapytać czy nie chciałabyś pójść.
- Ja? - nie potrafiłam ukryć zdziwienia jego propozycją.
- A kto? - wzruszyłam ramionami. - Przyjedziesz ze mną, a potem będziesz stała w pierwszym rzędzie. To jak? - uniósł kąciki ust.
Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Normalnie pewnie dałabym się pokroić za szansę pójścia na jego koncert, ale teraz wszystko było inaczej. Poza tym fanki chyba by mnie tak zjadły, gdyby jakimś cudem zauważyły, że z nim rozmawiam, a co gorsza, że z nim przyszłam. Nie mogłam na to pozwolić.
- Przepraszam, ale nie mogę.
- Dlaczego? - z jego twarzy natychmiast zniknął uśmiech, a w głosie wyczułam nutkę żalu.
- W poniedziałek idę do szkoły – wiedziałam, że jest to najgłupsza wymówka, jakiej mogłam użyć, ale tylko to przyszło mi do głowy.
- I co z tego?
- To, że jeśli pójdę na koncert nie przygotuję się do lekcji, nie wyśpię się i na pewno dostanę słabą ocenę.
- Serio? To jedyny powód? - patrzył na mnie z uniesioną brwią.
- Nie – przyznałam zgodnie z prawdą.
- To jaki jest inny?
- Nie jest szczytem moich marzeń słuchać pisków, ledwo łapiąc oddech, przez napierające osoby z tyłu i wbijające się w żebra barierki. To tłumaczenie bardziej cię przekonuje?
- Tak, teraz cię rozumiem. Ale możesz zawsze zostać na backstage'u.
- Dzięki, ale naprawdę nie tym razem – uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Jak chcesz, ale jak zmienisz zdanie to daj znać.
- Jasne. A zmieniając temat, gdzie jedziesz?
- Podróż po całym kraju plus dwa koncerty w Dublinie. Chętna?
- Nie bardzo – zaśmiałam się i zapatrzyłam w punkt za jego plecami.
- Nad czym myślisz? - zapytał po chwili.
- Będziesz dzwonił? - przeniosłam wzrok na jego niebieskie tęczówki.
- Będę się meldował codziennie.
- Bardzo śmieszne. Po prostu chcę co jakiś czas usłyszeć twój głos.
- Włącz sobie w internecie.
- Jesteś taki zabaw... Czekaj chwilę. Słyszałeś?
- Co?
- Dzwonek do drzwi.
Wzruszył ramionami, ale ja byłam pewna, że dobrze usłyszałam. Zresztą po chwili dźwięk się powtórzył.
- Zaczekaj tu moment. Sprawdzę kto to.
Najszybciej jak mogłam zbiegłam na dół i dopadłam drzwi.
- Ellie?
W progu stała blondynka ze skulonymi ramionami i miną dziecka, które coś przeskrobało.
- Cześć. Ja tylko chciałam...
- Wejdź – gestem ręki zaprosiłam ją do środka i zamknęłam za nią drzwi.
W mojej głowie pulsowała tylko jedna myśl. Co zrobić, żeby Ed i Ellie się nie spotkali?
- Chciałam porozmawiać – w obmyślanie planu wdarł się głos dziewczyny.
- Jasne. Usiądź na kanapie, a ja tylko skoczę do łazienki – uśmiechnęłam się najmilej jak umiałam i pędem pognałam na górę.
- Mamy problem – rzuciłam, gdy tylko wpadłam do pokoju.
- Co się stało? – rudzielec patrzył na mnie niespokojnie.
- W salonie siedzi moja koleżanka, ta która przyjechała po mnie do Jake'a, i delikatnie mówiąc ona za tobą nie przepada, dlatego siedź tu cicho i za nic w świecie nie schodź na dół. Postaram się jak najszybciej ją spławić i wrócę do ciebie. Ale teraz cię tu nie ma. Zrozumiano?
Sądząc po minie Eda, mówiłam jak nienormalna, ale najważniejsze dla mnie było to, że pokiwał głową na znak przyjęcia komunikatu. Trochę spokojniejsza zeszłam na dół, gdzie w bezruchu siedziała blondynka.
- Już jestem – uniosłam kąciki ust, siadając obok niej.
- Przepraszam za to co powiedziałam rano. Masz rację, to nie moja sprawa co i z kim robisz i nie powinnam się w to mieszać. Po prostu byłam zaskoczona i nie wiedziałam jak mam zareagować. Wybaczysz mi?
- Pewnie, że ci wybaczę. Przecież nic takiego się nie stało.
Gdy tylko to powiedziałam, zauważyłam jak z dziewczyny schodzi napięcie, a na twarzy maluje się wyraz ulgi. Chciało mi się śmiać. Gdyby tylko wiedziała, że człowiek, o którego się pokłóciłyśmy siedzi piętro wyżej. Na zgodę wtuliłyśmy się sobie w ramiona, a ja miałam nadzieję, że skoro już wszystko wyjaśnione to zaraz zostanę sama.
- To co, może pójdziemy do kina albo po prostu na spacer? - Ellie była wyraźnie zadowolona ze swojej propozycji.
W duszy wykonałam krzyk niezadowolenia i próbowałam wymyślić na szybko jakąś wymówkę.
- Bardzo chętnie, ale nie czuję się dzisiaj zbyt dobrze – uśmiechnęłam się przepraszająco.
- No tak, rozumiem. To może obejrzymy coś u ciebie? - blondynka nie dawała za wygraną.
- Szczerze mówiąc najchętniej poszłabym spać.
- Jasne – entuzjazm Ellie w jednej sekundzie zniknął.
Zrobiło mi się głupio, że tak brutalnie ja wyrzucam. Nie mogłam tego zrobić.
- No dobra. Najwyżej zasnę przy filmie.
Wiedziałam, że powiedziałam coś czego nie powinnam i nie miałam żadnego pomysłu co zrobię z Edem.
- Pójdę do łazienki, a ty wybierz film – Ellie podniosła się z kanapy i ruszyła w stronę schodów.
To był jedyny moment, kiedy mogłam bezpiecznie wyprowadzić rudzielca.
- Nie żebym chciała się ciebie pozbyć, ale musisz już iść – rzuciłam, gdy weszłam do pokoju.
- Jasne, rozumiem. I tak muszę iść do Stu.
- To świetnie – złapałam mężczyznę za rękę i pociągnęłam go w stronę drzwi. - Wyjdziesz do ogrodu. Chodź szybko.
Wystawiłam głowę z pokoju, sprawdzając teren i popchnęłam Eda przed siebie. Szybko zbiegliśmy ze schodów i po chwili byliśmy w kuchni, gdzie otwierałam tylne wyjście.
- Może jakieś pożegnanie? - powiedział rudzielec, gdy stał już na dworze.
Popatrzyłam mu w oczy i wtuliłam się w niego. Na koniec dałam mu jeszcze całusa i machając, uciekłam do środka. Dokładnie w tym samym momencie do salonu weszła Ellie.
- Wybrałaś film?

Uśmiechnęłam się sama do siebie. Jeszcze nie robiłam takich konspiracyjnych akcji.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie było mnie prawie miesiąc, ale już jestem. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni :)

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział VIII

Moje źrenice powiększały się z każdą mijającą sekundą. Kompletnie nie rozumiałam o co jej chodzi i nie wiedząc co odpowiedzieć, wlepiałam w nią zdziwiony wzrok, mrugając szybko rzęsami. Jednak Ellie najwyraźniej nie oczekiwała ode mnie odpowiedzi, bo po chwili kontynuowała, nieznacznie podnosząc głos.
- Czy według ciebie to ma sens? Przecież ty za dwa miesiące wyjeżdżasz. Poza tym jakakolwiek relacja między kimś takim jak on, a, bez obrazy, tak zwyczajną dziewczyną dziewczyną jak ty, nie ma prawa przetrwać. Wiesz o tym?
Pokiwałam głową, mając nadzieję, że dzięki temu skończy, jednak Ellie dopiero się rozkręcała.
- Wiesz, ale się z nim spotykasz. Świetnie. Jeśli myślisz, że przeżyjesz z nim romantyczną historię rodem z Hollywoodzkiego filmu, to ci współczuję. Może mieć każdą, więc...
- Przestań! - krzyknęłam skupiając tym samym na sobie uwagę pozostałych osób w autobusie.
Trzask drzwi i rozmowy współpasażerów drażniły mnie do tego stopnia, że nie miałam siły wysłuchiwać bezsensownych kazań blondynki. W ogóle o co jej chodziło? Na pewno była zazdrosna, przecież coś takiego nie zdarza się każdemu, a w szczególności nie takim dziewczynom jak ja. A tu niespodzianka. Ale jeśli nie przemawiała przez nią zazdrość to nie miałam innego pomysłu na wytłumaczenie jej zachowania.
- To moja sprawa z kim się zadaję i z kim spędzam czas. I masz rację, to nie przetrwa. Wiem to, ale czy nie mogę mieć miłych wspomnień? Nie zabronisz mi tego, bo twoje zdanie na ten temat mnie nie obchodzi.
Ze zdenerwowania głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej. Na szczęście kątem oka dostrzegłam swój przystanek. Wstałam z siedzenia, omijając Ellie i ustawiłam się przy drzwiach. Gdy tylko się otworzyły, wzięłam głęboki oddech i wyszłam na ulicę. Z torby wyjęłam telefon, upewniając się, że mam jeszcze czas. Do jedenastej zostało dwadzieścia minut, a na dojście do domu potrzebowałam tylko dziesięciu. Pewnie ruszyłam we właściwym kierunku, ale po kilku krokach zatrzymałam się. Zastanawiała mnie tylko jedna rzecz. Czemu Ellie aż tak bardzo nie lubiła Eda? Odwróciłam się w zamyśleniu, a tuż przede mną stała z założonymi rękami blondynka.
- Zamierzałaś tak po prostu wysiąść i mnie zostawić? - zapytała tonem rozkapryszonego dziecka.
- Tak – potwierdziłam obojętnie. - Czemu ty go tak bardzo nie lubisz? Przecież nawet go nie znasz.
Dziewczyna nie wiedziała co odpowiedzieć.
- To nie tak, że go nie lubię. Fakt, nie przemawia do mnie jego muzyka, ale ja się po prostu o ciebie martwię. Wiem jak kończą się takie znajomości.
- Ciekawe skąd – roześmiałam się głośno. - Nie martw się, umiem o siebie zadbać. Pa – odwróciłam się na pięcie i odeszłam szybko, wiedząc, że ucieka mi cenny czas.
Przez chwilę słyszałam jeszcze wołanie koleżanki uderzające w moje wyczulone zmysły, ale postanowiłam je zignorować. „Martwi się o mnie? Niby na jakiej podstawie. Nie ćpam, nie palę, nie zamierzam iść z Edem do łóżka, a to, że przesadziłam wczoraj z alkoholem. No cóż. Zdarza się i nie jest to powód, by robić mi wymówki”. Nakręcając się jeszcze bardziej, dotarłam pod drzwi. Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić, przetarłam twarz zimnymi dłońmi i weszłam do środka.
- Wróciłam! - krzyknęłam najgłośniej jak mogłam.
W przedpokoju od razu pojawiła się jak zawsze uśmiechnięta Lucy.
- To bardzo dobrze, bo my z Paulem zaraz wychodzimy. Właśnie, gdzie on jest? Paul! - zawołała w stronę schodów, po czym skierowała się znów do mnie. - A ty jak się bawiłaś?
- Bardzo dobrze, tylko się nie wyspałam – odparłam z fałszywym uśmiechem, ściągając niezdarnie lewego buta.
- Pamiętam jak to było. Nocne plotki, wygłupy, oglądanie filmów – kobieta uśmiechała się do swoich wspomnień. - O, Paul, dobrze, że jesteś.
Do przedpokoju wszedł ubrany elegancko mężczyzna, przywracając żonę do rzeczywistości.
- To my wychodzimy. Kevin jest u siebie. Jak będzie chciał może iść do Freda obok. A na obiad zjedzcie co chcecie. Pa pa.
Najpierw Lucy, a po niej Paul ucałowali mnie w policzek i w końcu mogłam zamknąć za nimi drzwi, o które oparłam się plecami, zamykając zmęczone oczy. Stałam tak chwilę, próbując pozbierać myśli. Jednak nie było mi to dane, gdyż usłyszałam wysoki głos jedenastoletniego blondyna. Uradowany zbiegł szybko po schodach, wykrzykując przy tym na cały głos moje imię, po czym z całej siły przytulił się do mnie. Widocznie bardzo się stęsknił za moją obecnością, co przyznam, było miłe. Odwzajemniłam uścisk, schylając się przy tym w niewygodnej pozycji.
- Zagrasz ze mną? Tata kupił mi nową grę i muszę ja wypróbować – odsunął się ode mnie, uważnie obserwując moją twarz i z nadzieją w oczach wyczekując satysfakcjonującej go odpowiedzi.
Skrzywiłam się w duchu na samą myśl o jakiejś przerażająco głośnej strzelance albo wyścigu samochodowym, ale nie mogłam zrobić Kevinowi przykrości. Uśmiechnęłam się więc, udając zachwycenie jego propozycją i palcami zmierzwiłam mu włosy.
- Jasne, że z tobą zagram, ale trochę później, bo teraz muszę się położyć.
Ruszyłam w kierunku salonu, a konkretniej szarej kanapy w nim stojącej.
- Chora jesteś? - w głosie chłopca idącego obok mnie słychać było zmartwienie.
- Trochę głowa mnie boli, ale zaraz przestanie, daj mi tylko chwilę poleżeć. Potem będziemy mogli grać, a teraz może zbudujesz mi coś z Lego?
- Domek? - Kevin wyraźnie się ożywił.
- Może być domek – odparłam ze śmiechem, opadając na sofę.
Wyciągnęłam się na całej długości i przykryłam leżącym obok czarno – białym kocem. Nagle poczułam, że bardzo chce mi się pić, ale byłam zbyt leniwa, by pokonać te kilka metrów dzielące mnie od kuchni. Poczekałam chwilę, aż Kevin z pudełkiem klocków w rękach wróci do pokoju i poprosiłam go, żeby podał mi butelkę wody z lodówki. Po kilku sekundach trzymałam w dłoniach zimny napój, do którego od razu przykleiłam usta i w bardzo krótkim czasie wypiłam sporo ponad połowę. Prawie pustą butelkę przyłożyłam jak okład do czoła i odetchnęłam głęboko, zamykając przy tym oczy.
*
- Nina! Nina, telefon! - gwałtowne szarpnięcia za ramiona wyrwały mnie z magicznego świata, w którym przed chwilą byłam.
Otworzyłam oczy, nie wiedząc co się dzieje. Przede mną stał Kevin z wyciągniętą ręką, w której trzymał moją komórkę.
- Co jest? - zapytałam ziewając. W ustach czułam nieprzyjemny posmak.
- SMS-a dostałaś.
- Od kogo?
- Nie wiem.
- To sprawdź.
- Mogę? - chłopiec ze zdumienia wytrzeszczył oczy.
Machnęłam obojętnie ręką, przekręcając się na drugi bok. Byłam pewna, że to Ellie.
- Ed.
- Co Ed? - nie zrozumiałam o co mu chodzi.
- Napisał do ciebie – Kevin popatrzył na mnie jak na idiotkę.
Zerwałam się z kanapy i wyrwałam chłopcu telefon z ręki. Koc i ratująca mi życie butelka wylądowały na podłodze, ale nawet nie myślałam o tym, żeby je podnieść. Chciałam jak najszybciej przeczytać wiadomość.
- Mogę iść do Freda? - do mojej świadomości przebiło się niewyraźne pytanie.
- Tak, tak – odpowiedziałam obojętnie, nie odrywając wzroku od ekranu.
Jednym palcem wybrałam ikonę koperty. „Żyjesz?” Przeczytałam to pytanie kilka razy, aby upewnić się, że nie zawiera ukrytego znaczenia, a gdy byłam już pewna, że dobrze je rozumiem, rozłożyłam się na kanapie i zaczęłam myśleć nad odpowiedzią.
- Idę! - moje intensywne procesy myślowe przerwał krzyk Kevina.
To on jeszcze był w domu? Myślałam, że już dawno wyszedł.
- Czekaj chwilę! - w ostatniej chwili przypomniałam sobie o bardzo ważnej kwestii.
- Co? - zniecierpliwiona głowa chłopca pojawiła się w wejściu do salonu.
- Gdzie właściwie pojechali twoi rodzice?
- Do cioci za miasto. Na jakieś urodziny czy coś takiego – wzruszył ramionami.
- A o której wrócą?
- Pewnie późno. Tak około dziesiątej.
- A ty kiedy wrócisz?
- Jak przejdziemy z Fredem wszystkie poziomy – pomachał trzymanym w lewej ręce pudełkiem od gry. - Mogę już iść?
- Jasne – uśmiechnęłam się, a po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
Moja głowa znowu o sobie przypomniała. Dodatkowo byłam potwornie głodna, bo od wczoraj nic nie jadłam. Telefon odłożyłam na niski stolik i poczłapałam do kuchni. Z lodówki wyjęłam mleko, a z szafki obok miseczkę, do której wsypałam czekoladowe płatki. Z szuflady wyciągnęłam łyżkę i z gotowym śniadanie wróciłam do pokoju. W niezwykle wolnym tempie znikała zawartość niebieskiego naczynia. Nie miałam siły szybciej machać ręką na trasie miska – usta. W końcu pustą miseczkę odstawiłam obok komórki, którą wzięłam do ręki. Minęło dwadzieścia minut, najwyższy czas coś odpisać. Jednak to nie było takie proste. Cokolwiek wymyśliłam i przeniosłam na ekran, wydawało mi się głupie i kończyło się kasowaniem. Podciągnęłam kolana pod brodę. Jeszcze nigdy odpisanie na tak prostego SMS-a nie sprawiło mi tyle problemu. Po dziesięciu minutach zmagań napisałam „R.I.P”, które także miało odejść w niepamięć, ale mój palec z tylko sobie wiadomych przyczyn zamiast kasowania nacisnął „Wyślij”. Nie miałam nawet czasu pomyśleć nad tym jak bardzo ta odpowiedź jest beznadziejna, bo wiadomość od Eda przyszła błyskawicznie, tak jakby miał ją już napisaną i tylko czekał, żeby wysłać.
Myślałem, że tylko ze mną jest tak źle. Mogę wpaść?”
Tekst w ułamku sekundy wyświetlił się na ekranie. Przeczytałam go trzy razy i dopiero za ostatnim dotarło do mnie, że on chce tu przyjść. Nie mogłam na to pozwolić. Nie dzisiaj. Nie w tym stanie. Przecież wyglądałam i czułam się okropnie. Szybko wystukałam odpowiedź.
To nie jest najlepszy pomysł. Chyba wiesz co mam na myśli”
Tym razem na SMS-a musiałam poczekać kilka sekund dłużej niż poprzednio.
Wiem i uwierz, że naprawdę mnie to nie obchodzi”
Ledwo to przeczytałam, gdy rozległo się dzwonienie do drzwi. Telefon rzuciłam na kanapę i pobiegłam do przedpokoju sprawdzić o co chodzi. Zanim otworzyłam, przejrzałam się w lustrze. Włosy były w kompletnym nieładzie, a w kącikach ust zostały resztki śniadania. Westchnęłam i starłam je palcem, a niesforne loki najszybciej jak umiałam związałam w niedbałego koka. Ktokolwiek stał po drugiej stronie, nie mogłam go przestraszyć swoim wyglądem. Chwyciłam za klamkę i z udawanym uśmiechem otworzyłam drzwi.
- Cześć! - o framugę opierał się uśmiechnięty Ed.
Moje twarz wyrażała całkowite zdziwienie.
- Cześć. Co ty tu...?
- Przecież ci napisałem, że przyjdę. I oto jestem. Mogę wejść? - nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.
Nie wychodząc z zaskoczenia, zamknęłam za nim drzwi. Teoretycznie mogłam się domyślić, że to on, ale mój umysł nie pracował tak sprawnie jak zwykle. Wolno przeszłam do salonu, w którym Ed zdążył się już wygodnie ułożyć na kanapie.
- Jesteś sama? - zapytał rozglądając się dookoła.
Potwierdziłam kiwnięciem głowy, a w oczy rzuciła mi się brudna miska. Szybko zgarnęłam ją ze stolika i włożyłam do zmywarki. Wzrokiem zlustrowałam kuchnię i zrobiłam w niej błyskawiczny porządek. Karton z mlekiem schowałam do lodówki, a paczkę z czekoladowymi kuleczkami do szafki. Raz jeszcze spojrzałam na wszystkie blaty, upewniając się, że wszystko poukładane i wróciłam do pokoju, gdzie rudzielec trzymał w dłoniach mój telefon.
- Zostaw to! - krzyknęłam i rzuciłam się na niego, wyrywając mu przedmiot z ręki.
Nikt nie miał prawa ruszać mojej komórki. Nikt!
- Ładne zdjęcia. Ten przystojniak to twój chłopak? - w jego głosie wyczułam delikatną ironię.
- Już nie – odpowiedziałam, mrużąc oczy. - Mógłbyś łaskawie zejść, bo źle się czuję i chciałabym się położyć.
- Nie krępuj się – zaśmiał się jak moi koledzy z gimnazjum.
Ile on miał lat? Czternaście?
- Nie chcesz? Trudno – wzruszył ramionami. - Nie ty jedna się dzisiaj tak czujesz. A właśnie mam coś dla ciebie – poderwał się z kanapy i zaczął przeszukiwać swoje kieszenie.
Stałam z założonymi rękami i obserwowałam jego bezskuteczne poszukiwania. W końcu, po wyrzuceniu zawartości czterech kieszeni na kanapę, wstał i podszedł do mnie, podając mi małe pudełeczko. Nie zmieniając swojej pozycji przenosiłam wzrok z Eda na opakowanie i na odwrót.
- Co to jest? - spytałam po chwili.
- Tabletki. Najlepsze na kaca – uśmiechnął się promiennie i chwycił moją dłoń, wciskając w nią pudełeczko.
- Skąd mam wiedzieć, że nie chcesz mnie otruć albo, że to nie są narkotyki?
- Bo mi ufasz?
- Nie jestem pewna.
- Ale ja jestem. Bierz i nie marudź.
Jeszcze chwilę obracałam opakowanie w dłoniach, ale gdy moja głowa znów zaczęła mi dokuczać, postanowiłam zaufać mężczyźnie i wyciągnęłam jedną tabletkę, którą popiłam resztką wody z butelki leżącej obok kanapy. Ostatecznie nie miał konkretnego motywu, żeby pozbawiać mnie życia.
- Pójdę się przebrać – powiedziałam do Eda zajmującego swoje wcześniejsze miejsce.
- Nie musisz. W tej sukience wyglądasz bardzo seksownie – wzruszył ramionami.
Pozostawiając ten komentarz bez odpowiedzi, wbiegłam po schodach. Weszłam do pokoju i zrzuciłam z siebie sukienkę. Otworzyłam szafę, w której jak zwykle nic nie było. Najchętniej ubrałabym dres, ale obecność rudzielca trochę to komplikowała. Wyciągnęłam pierwszą z brzegu koszulkę i leżące na dnie dżinsy.
- Fajny tyłek – usłyszałam za sobą, gdy przekładałam przez głowę czarny T-shirt.
Podskoczyłam ze strachu i odwróciłam się w stronę drzwi, w których stał oparty o framugę mężczyzna. Ręce skrzyżował na piersi, a na usta wypełzł mu niezwykle szeroki uśmieszek. Wzrokiem błądził gdzieś w okolicach moich nóg i bioder, co bardzo mnie speszyło i natychmiast zrobiłam się cała czerwona.
- I nogi – pokiwał głową z uznaniem.
Co się z nim działo i o co mu chodziło? Nigdy wcześniej nie mówił mi nic takiego, a przecież wczoraj też byłam w tamtej sukience i gdybym usłyszała takie teksty wczoraj, zrzuciłabym winę na alkohol, ale dzisiaj... Uśmiechnęłam się zawstydzona, czując to okropne gorąco na twarzy i w jednej sekundzie wbiłam się w czerwone spodnie, które idealnie współgrały z barwą moich policzków. Jedyne z czego się w tej chwili cieszyłam to to, że miałam na sobie moją ulubioną błękitną bieliznę i Ed nie zobaczył mnie w zwykłych brzydkich majtkach, bo to byłoby jeszcze bardziej żenujące.
- Ed, mogę mieć do ciebie prośbę? - zapytałam, gdy już kompletnie ubrana, usadowiłam się wygodnie na łóżku.
- Zawsze – mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie.
- Możemy zapomnieć o rozmowie w ogrodzie?
- Jakiej rozmowie? - rudzielec uśmiechnął się, udając, że nie wie o czym mówię.
- Jak to dobrze, że się rozumiemy – odetchnęłam z ulgą.
- Proponuję szczerą rozmowę.
- O czym?
- O nas.
- Brzmi poważnie – uniosłam brwi, śmiejąc się przy tym.
- Bo to jest poważne – odpowiedział mi tym samym. - Chodzi mi o to, żebyśmy się lepiej poznali, bo tak praktycznie nic o tobie nie wiem, a jestem pewien, że ty też chciałabyś wiedzieć o mnie więcej. Mam rację? - pokiwałam głową. - Zatem ty pierwsza opowiadasz mi historię swojego życia – na ustach zagościł mu uśmiech triumfu.
Wzięłam głęboki oddech.
- Jesteś pewny, że chcesz słuchać mojej niezwykle nudnej opowieści?
- Siedzę wśród – liczył coś w myślach – ośmiu poduszek. Jestem gotowy – zaśmiał się, biorąc do ręki niebieskiego jaśka, który po chwili wylądował na moich kolanach.
Odchrząknęłam znacząco i zaczęłam swoją historię.
- Urodziłam się 15 stycznia 1998r. i od tego czasu w moim życiu nie działo się nic ciekawego. Zawsze byłam zupełnie zwykłą dziewczyną bez tłumu znajomych i wysokiego poziomu popularności. Ale skoro tak bardzo chcesz to opowiem ci to, o czym ostatnio cały czas myślę.
Trzy lata temu pewnego styczniowego poranka jak zawsze jadłam śniadanie, słuchając radia. Nic szczególnego – wzruszyłam ramionami. - Ale w pewnym momencie w głośnikach zabrzmiał głos, którego już nigdy nie wyrzuciłam ze swojej świadomości. Siedziałam jak zaczarowana, wsłuchując się w piosenkę o niewiadomym tytule niewiadomego wykonawcy. Bardzo chciałam dowiedzieć się kto ją śpiewa i w końcu za którymś razem, gdy słysząc pierwsze nuty podgłośniłam dźwięk, pani w radiu raczyła mnie poinformować, że ten nieziemski głos należy do niejakiego Eda Sheerana. Nic mi to nie mówiło, ale miałam już jakiś punkt zaczepienia. Znalazłam w sklepie jego płytę, ale szkoda mi było na nią pieniędzy, więc poprzestałam na wyczekiwaniu jego piosenki w radiu. Kilka miesięcy później przeglądałam utwory na iPodzie kolegi i całkiem przypadkowo trafiłam na tego właśnie piosenkarza. Bez chwili zastanowienia kazałam chłopakowi przegrać mi wszystko co ma Eda i już po kilkunastu minutach zakochiwałam się w kolejnych utworach. Zaczęłam szukać informacji o nim w internecie i czytałam wszystko co znalazłam. Koleżanki się ze mnie śmiały, że zachowuję się jak nienormalna, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Najważniejsze dla mnie było to, że rozumie mnie Marcel, dzięki któremu poznałam mojego ukochanego wokalistę. Zaczęliśmy się spotykać, a on nawet nauczył się dla mnie grać na gitarze. Było idealnie, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Skończyło się także wspólne granie, śpiewanie i wygłupy do ulubionych piosenek. Za to ja dostałam propozycję wyjazdu na trzy miesiące do Anglii za wyniki w nauce i oczywiście się zgodziłam. Pojawił się tylko problem związany z datą wyjazdu, ponieważ dzień, a właściwie wieczór wcześniej miał się odbyć wyczekiwany przeze mnie od trzech lat koncert. Nie mogłam tak po prostu z niego zrezygnować, jak sugerowała moja mama, która po licznych prośbach, groźbach i błaganiach zgodziła się ze mną pojechać do Warszawy w zamian za Marcela. Dzięki temu mogłam przeżyć swój, jak na tamtą chwilę, najlepszy dzień w życiu, którego tak naprawdę nie pamiętam dokładnie. Pamiętam natomiast w jakim pośpiechu wracałyśmy do Wrocławia, bo o jedenastej miałam samolot. Taki szybki wyjazd miał też swoje plusy. Nie miałam czasu czytać wpisów i oglądać filmików wrzucanych przez szczęśliwe, ale zrozpaczone zakończonym koncertem fanki. Musiałam odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości, co nie było takie proste. Jednak już po niecałych dwóch tygodniach wybrałam się na samodzielną wycieczkę i oczywiście się zgubiłam. Wyładował mi się też telefon i załamana siedziałam na jakimś murku. W końcu zauważyłam po drugiej stronie ulicy zgarbionego mężczyznę. Podbiegłam do niego, a on zdjął z głowy kaptur. Myślałam, że dostanę zawału albo zacznę krzyczeć, ale zamiast tego nie mogłam opanować drżenia. Przede mną stał nie kto inny jak Ed Sheeran. Wyobrażałam sobie tę chwilę tysiące razy, ale nigdy nie sądziłam, że będę mogła zupełnie na luzie siedzieć sobie naprzeciwko niego i opowiadać mu historię swojego nudnego życia. Koniec – uśmiechnęłam się i wzięłam głęboki haust powietrza, bo mówiłam w takim tempie, że zapominałam o oddechu. Z niepokojem obserwowałam twarz rudzielca. „Głupia jesteś. Po co mu to mówiłaś. Teraz pomyśli sobie, że jesteś jakąś psychofanką i ucieknie najszybciej jak będzie mógł. Zmieni numer telefonu i...
- I ty twierdzisz, że twoje życie jest nudne? To najlepsza historia życia jaką słyszałem, a uwierz, słyszałem ich wiele.
i nigdy więcej go nie zobaczysz” - zganiłam się w myślach. Przez kilka pierwszych sekund nie dotarło do mnie to co powiedział, bo myślałam tylko o tym jak głupie było to co z siebie wyrzuciłam. Jednak gdy w końcu zrozumiałam jego słowa, kamień spadł mi z serca, a na ustach zagościł uśmiech ulgi połączony z dziwnym szczęściem.



Wiem, że poprzedni rozdział nie był szczytem moich możliwości, ale mam nadzieję, że nie zniechęciliście się do czytania. A co sądzicie o tej części? Piszcie :)