czwartek, 17 grudnia 2015

Rozdział XIX

Zaczynałam przyzwyczajać się do cosobotnich porannych odwiedzin Ellie. Oczywiście nigdy ich nie zapowiadała, więc nie do końca wiedziałam o której i czy w ogóle przyjdzie. Zwykle jednak wpadała około jedenastej, kiedy byłam już ubrana, najedzona i gotowa do życia. Ale czasem lubiła mnie zaskakiwać z samego rana.
- Co z tobą – z hukiem wparowała do mojego pokoju.
Otworzyłam jedno oko. Nie spałam już od dłuższego czasu, ale wciąż byłam w pięknym świecie marzeń, którego nie chciałam jeszcze opuszczać. Zostałam jednak brutalnie do tego zmuszona.
- A co ma być? - spytałam, unosząc drugą powiekę.
Przyjaciółka zdążyła się już wygodnie umieścić w centralnej części mojego łóżka, ograniczając mi tym samym w pewien sposób swobodę ruchów.
- No właśnie nie wiem. Tak pytam, jakby się coś jednak działo.
Przewróciłam oczami. Od początku wiedziałam, że nie wszystko z nią w porządku.
- Właściwie, to przyszłam wyciągnąć cię na spacer – stwierdziła, sięgając po jakieś czasopismo leżące na szafce obok łóżka.
- O tej porze? - skrzywiłam się
- Nie przesadzaj, już po dziewiątej – odparła z wyrzutem.
Westchnęłam cicho.
- Jeśli zaczekasz pół godziny, pójdę z tobą gdzie tylko zechcesz.
- Nie wiem, czy zdążysz. Ashton też jest w kolejce i całkiem możliwe, że wyszykuje się szybciej niż ty.
- Czyli jestem mniej ważna od niego? - spytałam udawanym obrażonym tonem.
- Oczywiście, że tak – wystawiła mi język, a ja ją kopnęłam, po czym obie wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.
- No dobra, w takim razie się pospieszę – powiedziałam, wyskakując z łóżka.
Ruszyłam w kierunku szafy, ale zdążyłam zrobić tylko dwa kroki, gdy zadzwonił telefon leżący na materacu. Cofnęłam się do niego i spojrzałam na wyświetlacz. No tak. Mogłam się domyślić.
- Kto to? - spytała Ellie, przerzucając kolejną stronę magazynu.
- Zgadnij – mruknęłam, wracając pod szafę.
Blondynka uniosła brwi.
- Mówiłaś, że już sobie odpuścił.
- Bo tak myślałam – powiedziałam ledwo słyszalnie, opierając głowę o drewniane drzwi.
Po trzech dniach zamilknął całkowicie na calusieńki szkolny tydzień, więc uznałam, że pewnie się już znudził. Najwyraźniej się myliłam.
- A może... - zaczęła nieśmiało Ellie.
Odwróciłam się w jej kierunku. Blondynka drapała się w tył głowy i marszczyła nos. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo robiła tak tylko wtedy, gdy chciała powiedzieć coś, co wiedziała, że nie spodoba się rozmówcy. Patrzyłam na nią uważnie, czekając, aż wreszcie to z siebie wyrzuci.
- A może lepiej byłoby, gdybyście się spotkali? - wystrzeliła jak z karabinu, przez co nie od razu ją zrozumiałam.
Wytrzeszczyłam oczy i gapiłam się na nią osłupiała. Była ostatnią osobą, po której spodziewałam się takiego stwierdzenia.
- Chyba żartujesz – stałam bez ruchu. Ellie unikała mojego wzroku. - Przecież wiesz, że nie ma nawet takiej opcji.
- Wiem – podniosła na mnie oczy. - Ale czy naprawdę nie interesuje cię, co ma ci do powiedzenia?
- Nie – pokręciłam stanowczo głową. - Nie obchodzi mnie ani on, ani jego kłamstwa.
- Ale skoro dzwoni, to znaczy, że mu zależy – przyjaciółka nie ustępowała.
- Zależy? Na czym? Bo na pewno nie na mnie.
- Skąd wiesz? Przecież z nim nie rozmawiałaś.
- I nie zamierzam. Zresztą, co go tak nagle bronisz?
- Nie bronię go. Chodzi mi tylko o ciebie. Boję się, że kiedyś będziesz żałowała, że nie dałaś mu szansy wyjaśnić.
- Ale tu nie ma, czego wyjaśniać. Poza tym, proszę cię, skończmy ten temat. Nie mam ochoty psuć sobie soboty.
Ellie z rezygnacją wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz – powiedziała cicho, wracając do przeglądania gazety.
Ja natomiast wróciłam do szukania czegoś, co mogłabym na siebie założyć.
- Mogę na chwilę twój telefon? - spytała blondynka. - Muszę napisać do Ashtona, a mój padł.
- Jasne, bierz – machnęłam obojętnie ręką, przerzucając rzeczy na kolejnych półkach.
Jak zwykle nie mogłam się na nic zdecydować.
- Wiesz co, chyba jednak muszę cię wymienić – rzuciła Ellie, odkładając moją komórkę.
Odwróciłam się w jej stronę. Na twarzy dziewczyny malował się uśmiech tak szeroki, że w żaden sposób nie mogła go ukryć. Nie chciałam wiedzieć, o czym pisali.
- A już miałam się ubierać – zrobiłam smutną minę, machając spodniami, które trzymałam w dłoni.
- Przepraszam – przyjaciółka zeskoczyła z łóżka i przytuliła się do mnie.
Roześmiałam się i odwzajemniłam jej uścisk.
- Ale wynagrodzę ci to po południu – powiedziała, odsuwając się ode mnie.
- Mam nadzieję – zmrużyłam oczy i ściągnęłam usta.
- Pójdziemy na kawę, co ty na to?
Kiwałam głową, udając, że się zastanawiam.
- Zgoda – powiedziałam w końcu.
- To świetnie – przyjaciółka z uśmiechem cmoknęła mnie w policzek. - Napiszę ci jeszcze gdzie i o której – dodała i już jej nie było.
Stałam przez chwilę z czarnymi dżinsami w dłoni, nie wiedząc, co zrobić. Wreszcie odłożyłam je na półkę. Skoro nie musiałam nigdzie wychodzić, mogłam spokojnie wrócić do łóżka i jeszcze trochę poleniuchować.

SMS od Ellie przyszedł w momencie, gdy odpoczywając po obiedzie, przerzucałam w telewizji kolejne kanały i słuchałam opowieści Kevina o jakiejś grze.
Za godzinę w tej kawiarni niedaleko mnie. Pewnie się spóźnię, więc zajmij stolik w rogu. I wyglądaj jak człowiek, bo mam dla ciebie niespodziankę.
Uśmiechnęłam się do telefonu. Lubiłam niespodzianki, chociaż szczerze mówiąc, trochę się obawiałam jej pomysłu. Ellie była nieprzewidywalna.
- Kevin, przepraszam, ale muszę iść – powiedziałam do siedzącego na podłodze blondyna.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się, dając mi do zrozumienia, że wybacza mi, iż nie będę dłużej słuchać jego opowieści o mordujących się wikingach.
Wstałam z kanapy i poszłam na górę. Miałam mało czasu na przygotowanie. Później już nie mogła wysłać mi tego SMS-a? Wprawdzie była już trzecia, ale ja wciąż tkwiłam w mojej różowo – szarej piżamie. Do tej pory nie miałam potrzeby się przebierać. Stanęłam przed szafą i wyciągnęłam z niej strój, który wybrałam rano. Nie miałam czasu wysilać się bardziej. W sweterku i dżinsach też wyglądałam jak człowiek. Przebrana związałam włosy w luźnego koczka i pomalowałam rzęsy. Właściwie nie musiałam już nic więcej robić. Obejrzałam się w lustrze, stwierdzając, że jak na spotkanie z przyjaciółką jest dobrze. Sprawdziłam czas. Nie było źle. Przygotowanie zajęło mi tylko piętnaście minut, więc nie musiałam się spieszyć. Zresztą, ona i tak miała się spóźnić.
Zeszłam na dół, mówiąc po drodze robiącej pranie Lucy, że wychodzę. Życzyła mi miłej zabawy i kazała wrócić przed dziesiątą. Standard. Ubrałam buty, założyłam na siebie dżinsową kurtkę i wyszłam na dwór. Było przyjemnie ciepło. Uśmiechnęłam się do siebie, zamykając na moment oczy. Rozkoszowałam się rozgrzewającymi promieniami słońca, które pod koniec września nie były już takie oczywiste. Miałam ochotę iść na piechotę, ale kawiarnia, w której się umówiłyśmy była zbyt daleko. Chcąc nie chcąc, ruszyłam w kierunku przystanku. Nie lubiłam jeździć autobusem. Przede wszystkim dlatego, że każdego ranka był tak zatłoczony, że nie sposób było w nim oddychać. Na szczęście tym razem udało mi się nawet usiąść, co nie zdarzało się prawie nigdy.
Po półgodzinie wysiadłam na odpowiednim przystanku. Miałam jeszcze dziesięć minut, więc spokojnie szłam w umówione miejsce. Punktualnie o czwartej zatrzymałam się przed kawiarnią. Miałam idealne wyczucie czasu. Weszłam do środka i rozejrzałam się dookoła. Ellie oczywiście nie było. W ogóle prawie nikogo nie było. Pod oknem siedział tylko jakiś chłopak uderzający szybko w klawiaturę czarnego laptopa, a stolik na środku zajmowała słodko wpatrzona w siebie para. Przez ułamek sekundy przeleciała mi przez głowę myśl, że też bym tak chciała, ale szybko ją odgoniłam.
Usiadłam na bordowej kanapie tyłem do wejścia, zamawiając wcześniej herbatę, gdyż uznałam, że siedzenie przy pustym stoliku mogłoby wyglądać głupio. Nie wiedziałam, ile będę musiała czekać na przyjaciółkę, więc wyciągnęłam z torebki telefon i zadzwoniłam do niej. Nie odbierała. Spróbowałam drugi raz, ale też cisza. Schowałam więc komórkę, uzbrajając się w cierpliwość, bo nic innego mi nie pozostawało.
Wreszcie usłyszałam, że ktoś do mnie podchodzi. Pewna, że to ona, odwróciłam się z uśmiechem na ustach i zamarłam. To zdecydowanie nie była Ellie. Na jego widok serce na moment mi stanęło, by po chwili zacząć bić w takim tempie, jakby chciało wyskoczyć i uciec. Nie rozumiałam dlaczego i w jaki sposób się tu znalazł. Gapiłam się na niego, nie mogąc nawet mrugnąć. Zdecydowanie nie byłam na to przygotowana.
- Cześć – powiedział nieśmiało, zsuwając z głowy kaptur niebieskiej bluzy.
Rude włosy opadły mu niesfornie na twarz. Poprawił je szybkim ruchem ręki.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Głos odmawiał mi posłuszeństwa. Czułam gorące pulsowanie w uszach. Nadmiar krwi rozpalał także moje policzki. Nie podobało mi się to, tak samo jak to, że on siedział naprzeciwko mnie, uśmiechając się niepewnie. Chciałam wstać i wyjść, ale z jakiegoś powodu zostałam.
- Co... ty... tu... - wydukałam przez ściśnięte gardło.
Czułam, jak żołądek wywracam mi się na drugą stronę.
Mężczyzna popatrzył na mnie ze zdziwieniem, jakby nie rozumiał mojego szoku. No tak. Nie rozumiał. Nagle wszystko stało się jasne. To on był tą niespodzianką, dla której miałam wyglądać dobrze. Ale jak? Kiedy? Uderzyłam otwartą dłonią w czoło. Szybko wyciągnęłam z torebki telefon i drżącymi rękami próbowałam odblokować ekran. Po trzech próbach udało mi się to. Weszłam w wiadomości, ale oczywiście nic nie było. Usunęła dowody zbrodni.
- Daj mi telefon – zażądałam od zdezorientowanego rudzielca.
Nie protestował. Wyjął iPhone'a z kieszeni i podał mi go. Wbiłam kod, który miał cztery miesiące temu, licząc na to, że go nie zmienił. Nie. Weszłam w skrzynkę odbiorczą. Nina – oryginalnie mnie zapisał. Kliknęłam na SMS-a i wyświetliła mi się cała rozmowa. W miarę czytania moje oczy poszerzały się coraz bardziej. Kręciłam głową, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę to zrobiła. Przez chwilę zastanawiałam się czy zabić ją od razu, czy też najpierw poddać ją torturom. Bo co do tego, że czekała ją śmierć z mojej ręki, nie miałam wątpliwości.
Wzięłam głęboki oddech i oddałam mężczyźnie jego własność. Patrzył na mnie z takim niepokojem, że przez moment aż zrobiło mi się go żal. W końcu Ellie oszukała nas oboje. Ale to był tylko moment.
Nie wiedziałam, co mam zrobić. Nerwowo drapałam się po czole. Do tej pory myślałam, że gdy go zobaczę, dostanę ataku histerii, ale na szczęście tak nie było. Siedziałam sztywno, niezdolna do najmniejszego ruchu i nie czułam prawie nic. Nie odzywałam się, czekając aż on pierwszy to zrobi, ale rudzielec najwyraźniej myślał tak samo jak ja. Milczące napięcie między nami narastało coraz bardziej. Nie mogłam tego dłużej znieść. Odchrząknęłam.
- Cześć – odezwałam się, uświadamiające sobie, że jeszcze mu nie odpowiedziałam.
Mężczyzna uśmiechnął się, a w jego niebieskich tęczówkach ukrytych za szkłami okularów zobaczyłam błysk ulgi. Pewnie uznał, że skoro już się do niego odezwałam, to mam ochotę z nim rozmawiać. Wcale nie miałam. Przynajmniej chciałam nie mieć.
- Chciałeś rozmawiać, więc mów – powiedziałam, wyłamując sobie pod stołem palce ze zdenerwowania.
Głos cały czas mi szwankował, a serce podchodziło do gardła, chociaż za wszelką cenę starałam się je wcisnąć z powrotem na miejsce.
Rudzielec zmarszczył nos i podrapał się po lekko zarośniętym podbródku.
- Przepraszam – wyrzucił z siebie, próbując spojrzeć mi w oczy. Uciekłam wzrokiem. - Nie chciałem, żeby to się tak skończyło. W ogóle nie chciałem, żeby to się kończyło – dodał ciszej.
Z trudem przełknęłam ślinę.
- To dlaczego to zrobiłeś? – spytałam, zerkając na niego.
Pod rozpiętą bluzą miał na sobie czarną przylegającą koszulkę, dzięki której zauważyłam, że całkiem sporo schudł. Przybyło mu także mięśni. Łatwiej byłoby, gdyby wyglądał inaczej.
Sheeran westchnął, opierając łokcie na stoliku i wczepił palce we włosy.
- Nie wiem – pokręcił głową, odciągając moją uwagę od swojej klatki piersiowej. - Nie myślałem o tym, co robię. Ale wiem, że to nie powinno się nigdy wydarzyć i nawet nie wiesz, jak potwornie się z tym czuję.
W jego oczach widziałam, że nie kłamie, ale to mnie nie przekonywało.
- Nie o to pytałam – powiedziałam, prostując się jeszcze bardziej.
Ed zmarszczył czoło. Nie rozumiał mnie.
- Dlaczego potraktowałeś mnie jak swoją zabawkę? - doprecyzowałam.
Mężczyzna zmieszał się i nerwowo zaczął przesuwać dłońmi po udach.
- Nie traktowałem cię tak.
Mimiką twarzy wyraziłam wątpliwość. Nie byłam dziewczyną, której mógł wciskać takie bzdury.
- Przysięgam.
Przewróciłam oczami, kręcąc głową. Zaczynała się we mnie budzić złość.
- Czyżby? - skrzyżowałam ręce na piersi.
Rudzielec westchnął ciężko i pochylił się delikatnie w moim kierunku.
- Nigdy, naprawdę nigdy tak o tobie nie myślałem. Jesteś wyjątkowa i nie mógłbym...
- Przestań pieprzyć – podniosłam ton zirytowana jego bezsensownymi tłumaczeniami. Uświadomiłam sobie jednak, że przecież nie jesteśmy tu sami i zamilkłam. - Może i jestem naiwna, ale na pewno nie głupia. Gdybyś tak nie myślał, nigdy być tego nie powiedział, więc nie rób ze mnie idiotki – syknęłam.
- Gdybym tak o tobie myślał, nie spędziłbym z tobą tych trzech miesięcy. Przeleciałbym cię przy pierwszej nadarzającej się okazji, a nie zaprzeczysz, że parę ich miałem. Nie pamiętasz już, jak spędziłaś ze mną noc we Framlingham?
Zagryzłam wargę i odwróciłam twarz. Moje serce zaczęło bić jeszcze szybciej, zalewając i tak już czerwoną twarz kolejną falą krwi. W oczach stanęły mi łzy. To było jedno z moich najlepszych wspomnień. Może on miał rację? Może tym razem nie kłamał? Nie potrafiłam mu jednak zaufać.
- Wtedy jeszcze ci wierzyłam – powiedziałam, z całej siły powstrzymując łzy.
Chciałam dodać coś jeszcze, ale bałam się, że z mojego gardła nie wydobędzie się żaden dźwięk.
- Wiem – Sheeran spuścił głowę, tracąc całą wcześniejszą pewność i złośliwość. - Wybacz mi, że cię zraniłem. Nie chciałem tego.
Pokręciłam głową, zamykając na moment oczy.
- Wydaje ci się, że tak łatwo mogę o tym zapomnieć?
- Nie – mruknął cicho. - Wiem, że to niemożliwe i nie proszę cię o to.
- W takim razie czego ode mnie chcesz?
Rudzielec zawahał się, jakby bojąc się powiedzieć.
- Chciałbym, żebyśmy mogli normalnie rozmawiać.
Parsknęłam kpiącym śmiechem. Co on sobie wyobrażał? Że przeprosi mnie, uda, że mu przykro i zostaniemy kumplami? O, nie.
- Ty chyba żartujesz. To niemożliwe. Nie potrafiłabym ci zaufać po raz drugi.
- Rozumiem, ale...
- Nie – powiedziałam stanowczo. - Od czterech miesięcy staram się o tobie zapomnieć, więc proszę, nie utrudniaj mi tego.
- Ale ja nie chcę, żebyś o mnie zapomniała.
- Ed, przestań – westchnęłam zirytowana. - W moim życiu nie ma już miejsca dla ciebie.
- Nino, proszę – błagalny ton jego głosu sprawił, że po plecach przeszły mi ciarki.
Musiałam być jednak twarda.
- Zapomnij o mnie. Przestań dzwonić i pisać, bo to i tak nic nie da. Masz pracę, dziewczynę, więc zajmij się tym, co ważne. Nie mną.
- Ale ty jesteś dla mnie ważna.
- Nie chcę już tego słuchać – odsunęłam się od stolika, po czym przytrzymując się blatu, wstałam.
- Zostań jeszcze – położył swoją dłoń na mojej.
Wprawiło to w drżenie każdą komórkę mojego ciała i jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że powinien zniknąć z mojego życia raz na zawsze.
Wyrwałam rękę i chwyciłam torebkę.
- Nie zostanę. Zniszczyłeś wszystko, co do ciebie czułam, więc daj mi w spokoju ułożyć sobie życie bez ciebie.
Odwróciłam się na pięcie i przeszedłszy przez wnętrze kawiarni, w którym pojawiły się dwie nowe osoby, wypadłam na zewnątrz.
Zdołałam ujść kilka metrów, po czym bezwładnie opadłam na najbliższą ławkę. Moje nogi nie były w stanie dłużej pracować. Szczerze mówiąc, dziwiłam się, że w ogóle pozwoliły mi na jakikolwiek ruch. Byłam pewna, że odmówią posłuszeństwa już przy próbie podniesienia się z kanapy. Na szczęście adrenalina je wspomogła.
Siedziałam na ławce, czując jakby cała energia, którą w sobie miałam, uszła jak w przebitym baloniku. Nie miałam siły na nic. Schyliłam się, opierając łokcie na kolanach i ukryłam twarz w dłoniach. Po policzkach potoczyły się pojedyncze łzy. To było zbyt wiele. Wciągnęłam głęboko powietrze i powoli wypuszczałam je ustami, starając się uspokoić. Rękawem kurtki otarłam oczy. To był ostatni raz, kiedy płakałam z jego powodu. Obiecałam to sobie.

Uderzyłam dłońmi w uda, biorąc się w garść i wyciągnęłam z torebki komórkę. Układanie sobie życia zamierzałam zacząć właśnie od tej chwili. Odblokowałam ekran i wybrałam numer Louisa. 

wtorek, 17 listopada 2015

Rozdział XVIII

- Nienawidzę szkoły – Ellie rzuciła się na moje łóżko, chowając twarz w poduszkach.
- Nie przesadzaj. To dopiero drugi tydzień – powiedziałam, kładąc torbę na krześle i wyjmując z niej telefon.
Ktoś do mnie dzwonił, ale nie miałam zapisanego numeru, więc nie planowałam oddzwaniać. Jeśli czegoś chce, zadzwoni jeszcze raz.
- Nienawidzę jej niezależnie od tego, ile do niej chodzę – przyjaciółka była w bojowym nastroju. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ja miałam wyjątkowo dobre nastawienie. Przynajmniej miałam jakieś zajęcie, które odciągało mnie od niepotrzebnych myśli. - A w dodatku mam jutro jakiś test z ekonomii. Na co komu test z ekonomii? - mamrotała zła.
- Jeśli cię to pocieszy, ja mam jutro rozprawkę z historii – westchnęłam, siadając po turecku na łóżku.
- Ty przynajmniej masz Louisa. Możesz się z nim pouczyć. A ja?
- Ty masz Ashton.
- Błagam. Przecież on w życiu nie ogarnie ekonomii. On nie ogarnia nic poza komputerami.
- To po co ci taki chłopak?
Ellie spojrzała na mnie i uśmiechnęła się znacząco.
- Nie musi być geniuszem, żeby...
- Dobra – przerwałam jej – nie kończ. Chyba nie chcę wiedzieć w czym jest dobry.
- Jesteś pewna?
Przewróciłam oczami i obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Moja komórka zaczęła wibrować. Ten sam numer, co wcześniej. A nie mówiłam, że zadzwoni?
- Halo? - odebrałam, ale po drugiej stronie nikt się nie odezwał. - Halo? - cisza. - Halo? - powtórzyłam ostatni raz, lecz znów było to samo.
Rozłączyłam się więc i odłożyłam komórkę.
- Kto to? - spytała Ellie?
- Nie wiem – wzruszyłam ramionami. - Nikt nie odpowiadał.
- Pewnie jakaś pomyłka albo ktoś robi sobie żarty – blondynka machnęła ręką i znów wtuliła twarz w fioletową poduszkę.
- Pewnie tak – odparłam bez przekonania.
Z jakiegoś powodu nie mogło mi to dać spokoju. Kojarzyłam ten numer. Nie, ja byłam pewna, że go znam, ale nie miałam pojęcia do kogo należy. Trudno. Miałam ważniejsze rzeczy do roboty niż zastanawianie się nad jakimś numerem. Z powrotem wzięłam do ręki telefon i wybrałam z listy kontaktów Louisa. Musiałam poprosić go, żeby wpadł wieczorem i pomógł mi z tą nieszczęsną historią. Sama nie miałam szans, żeby to przyswoić. No dobra, miałam. Ale przecież zawsze przyjemniej uczyć się z kimś niż samemu.
*
I jak historia?
Świetnie. Bardzo dziękuję, że mi pomogłeś.
Nie ma za co. Wieczorem kino?
Chętnie.
Schowałam telefon do kieszeni i naciągnęłam na siebie bluzę. Powoli zaczynało robić się chłodniej. Tropikalne upały odeszły w zapomnienie na dłuższy czas. Teraz przed nami była tylko pora zimna i deszczu. Nie zachwycało mnie to, ale czy miałam jakiś wybór?
- Idziemy? - Ellie stanęła przy mojej szafce uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Jasne – odparłam, przekręcając kluczyk. - Coś ty taka szczęśliwa? Ekonomia jednak dobrze ci poszła?
- Co mnie obchodzi ekonomia - przyjaciółka machnęła ręką. - Rodzice Ashtona wyjeżdżają na cały weekend i chyba wiesz co to oznacza.
- Wiem – mruknęłam, przewracając oczami.
- No właśnie. A jako że moja mama ma gdzieś to czy nocuję w domu, jutro po szkole idę do niego i wracam w niedzielę. Czy życie nie jest piękne?
- Może i jest – wzruszyłam ramionami, wychodząc na zewnątrz.
- A najlepsze jest to, że... O nie – Ellie zatrzymała się i uderzyła dłonią w czoło. - Zapomniałam o pracy, którą miałam dzisiaj skończyć. Muszę wracać – powiedziała z niechęcią. - Nie czekaj na mnie. Zobaczymy się jutro – dodała, dając mi buziaka w policzek.
- Pa! - krzyknęłam za nią, gdy znikała w drzwiach wejściowych.
Hałas tworzony przez stado nastolatków opuszczających szkołę był tak wielki, że dziwiłam się, jak mogą normalnie rozmawiać. Ja nie słyszałam własnych myśli, a co dopiero drugą osobę. Z torby wyjęłam telefon i słuchawki. Musiałam się jakoś odciąć od tego jazgotu, bo jeszcze chwila, a czułam, że pęknie mi głowa. Odblokowałam ekran, by wybrać piosenkę z mojej okrojonej w ostatnim czasie playlisty, ale zamiast tego zobaczyłam, że znów dzwonił do mnie ten sam numer. To nie mogła być pomyłka. Co najwyżej głupi żart. Jednak i tym razem nie zamierzałam oddzwaniać. Włączyłam Craving Jamesa Baya i ruszyłam w kierunku przystanku. Zdążyłam jednak zrobić ledwie trzy kroki, gdy ktoś objął mnie w pasie. Podskoczyłam ze strachu, wyrywając słuchawki z uszu i odwróciłam głowę. Musiałam ją nieco unieść, by zobaczyć uśmiechniętą twarz Louisa. Odetchnęłam z ulgą na widok chłopaka i uniosłam kąciki ust.
- Zmiana planów – powiedział blondyn, stając naprzeciwko mnie. - Kino robimy u mnie. Mama z Claire jadą zaraz na zakupy i znając je, wrócą późnym wieczorem, więc mamy dużo czasu. Co ty na to? - wzruszyłam ramionami. Louis jęknął. - No błagam, wydobądź z siebie trochę radości.
Pokręciłam głową, ale za chwilę roześmiałam się głośno, widząc jego minę.
- No dobra – ustąpiłam. - Idziemy do ciebie. Ale wiedz, że jestem potwornie głodna.
- Żaden problem. Duża pizza wszystko załatwi – wyszczerzył się chłopak.
- Jak ty mnie rozumiesz – powiedziałam, dając mu buziaka w policzek.

- To jaką chcesz? - zapytał Louis, gdy dotarliśmy wreszcie do domu.
- Jakąkolwiek. Umieram z głodu – padłam na kanapę, rzucając gdzieś obok torbę.
Chłopak usiadł obok mnie, kładąc sobie na kolana moje nogi i wybierał numer pizzerii w komórce. Nie przysłuchiwałam się jego rozmowie. Naprawdę było mi wszystko jedno, jaką zamówił. Ważne było tylko to, że zamówił.
- To może chociaż film wybierzesz? - spytał, chowając telefon do kieszeni.
Pokręciłam głową.
- Dzisiaj pozostawiam ci wolną rękę w każdej kwestii – odparłam wspaniałomyślnie, poprawiając sobie poduszkę, która nie chciała ze mną współpracować.
- Och, dziękuję. Ale nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w filmie, który ja wybiorę, najprawdopodobniej będą się mordować.
- Niech się mordują – machnęłam ręką. - Może jakoś to przeżyję.
- Jesteś pewna?
- Jestem.
- Jak chcesz – Louis wzruszył ramionami i wstał z kanapy, a za chwilę zniknął na schodach.
Słyszałam jak otwiera drzwi i rozwala coś w swoim pokoju. Potem trzask jednej szuflady, drugiej i zamykanych drzwi. W końcu zszedł na dół z laptopem pod pachą i rozłożył się na dywanie przed telewizorem.
- Nadal nie masz żadnej propozycji? - spojrzał na mnie znad ekranu.
- Nie – pokręciłam głową, na co chłopak wrócił do swojego poprzedniego zajęcia.
Obserwowałam go spod przymrużonych powiek. Jego długie palce szybko przesuwały się po klawiaturze, a na twarzy widać było pełne skupienie. Czarna koszulka opinała jego idealne ciało, które miałam okazję oglądać bez przerwy przez calusieńkie trzy dni w Eastbourn. W ogóle podczas tamtego wyjazdu coś się zmieniło. Nie do końca sama wiedziałam co, ale zauważyłam, że zaczęłam patrzeć na Louisa inaczej. Chyba już nie tylko jak na zwykłego przyjaciele, ale kogoś więcej. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie wspólnego kąpania się w morzu i wygrzewania na piasku, jedzenia lodów albo całonocnych rozmów. To naprawdę był jeden z najlepszych weekendów w moim życiu.

- Halo, śpiąca królewno – jak przez mgłę docierał do mnie cichy głos Louisa. - Budzimy się. Pizza przyjechała.
Gwałtownie się zerwałam, a nachylony nade mną chłopak mało co się nie przewrócił.
- Zasnęłam? - spytałam zdziwiona, mrugając szybko, by dojść do siebie.
- Tak i nie obudził cię nawet dzwonek do drzwi – powiedział Louis, kładąc obok mnie pudełko z pizzą.
- Naprawdę? - nie mogłam uwierzyć, że tak mocno spałam. Przeważnie nie zdarzało mi się to w ciągu dnia.
- Naprawdę – potwierdził ze śmiechem. - Ale nie zastanawiaj się już nad tym, tylko jedz. Podobno umierałaś z głodu.
Uniosłam kąciki ust i zabrałam się za odrywanie pierwszego kawałka. W tym samym czasie Louis włączył film, po czym usiadł obok mnie, zrzucając pudełko na podłogę. Ekran telewizora stał się czarny, a po chwili pojawił się na nim biegnący mężczyzna. Jak się okazało opierała się na tym cała fabuła. Pochłaniałam kolejne kawałki, a facet cały czas uciekał. Jedyne co się zmieniało, to goniący go. Oglądałam film bez przesadnego zainteresowania, bo byłam niemal pewna, że i tak zaliczę go do najnudniejszych, jakie widziałam. Jednak Louis z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu był zachwycony. Jego błękitne oczy błyszczały od nadmiaru emocji, a z gardła raz po raz wydostawały się dźwięki dopingujące głównego bohatera. Uśmiechałam się do siebie, obserwując jego reakcje, które były sto razy ciekawsze niż akcja na ekranie. Wydarzenia tak pochłonęły chłopaka, że nawet nie zauważył jak podkradłam mu kawałek pizzy, co w gruncie rzeczy nie było takie złe.
Właśnie kończyłam przeżuwać drugi kęs, gdy usłyszałam dzwonek mojej komórki. Natychmiast rzuciłam się do torby, by jak najszybciej wyciszyć dźwięk, ale Louis zdążył już oderwać się od filmu.
- Zatrzymać? - spytał, gdy z komórką w dłoni podniosłam się z kanapy.
- Nie trzeba. Oglądaj – uśmiechnęłam się i spojrzałam na wyświetlacz.
Znów ten sam numer. Kto to mógł być? Wyszłam do kuchni i stając przy blacie pod oknem, przyłożyłam telefon do ucha.
- Halo – powiedziałam trochę niecierpliwie, spodziewając się, że znów nikt się nie odezwie.
- Cześć – odpowiedział mi niepewny męski głos.
Zamarłam. To był on. Byłam tego pewna. Rozpoznałabym ten głos zawsze i wszędzie. Moje serce przestało bić, a wszystkie mięśnie się napięły.
- Nina? - dźwięk mojego imienia wywołał u mnie dreszcze.
Telefon wypadł mi z dłoni. Nie mogłam uwierzyć. Nie, to nie mogła być prawda. To nie mógł być on. Zaczęłam drżeć i zakręciło mi się w głowie. Mocno złapałam się blatu i zacisnęłam powieki, ale było już za późno. Po policzkach potoczyły się łzy. Czułam się tak, jakby ktoś wbijał we mnie szpilki. Momentalnie wszystko zaczęło mnie boleć łącznie z płucami, którym nie dostarczałam odpowiedniej ilości powietrza. Gdy z jego braku zrobiło mi się słabo, osunęłam się na podłogę i zaczęłam łapczywie oddychać. Patrzyłam przed siebie, ale nie widziałam nic. Ogarniała mnie panika, chociaż sama nie wiedziałam, czego się boję. Zaczęłam się trząść, słysząc w głowie cały czas ten sam głos. Po co? Dlaczego? Czemu zadzwonił? Czego ode mnie chciał? Ja chciałam tylko o nim zapomnieć. Nic więcej. Już tak dobrze mi szło. Od ponad dwóch tygodni prawie wcale o nim nie myślałam, a nawet jeśli, nie wywoływało to we mnie żadnych skrajnych emocji. Do teraz. Znowu wszystko zepsuł. Tylko to potrafił.
Otarłam łzy z twarzy. Nie chciałam znowu przez niego płakać. Denerwowałam się na siebie, że jestem taka słaba. Że wystarczą jego dwa słowa, by wyprowadzić mnie z równowagi emocjonalnej. Nie mogło tak być. Nie mogłam mu na to pozwolić. Wzięłam głęboki oddech i powoli wstałam, zgarniając z podłogi swój telefon. Na uginających się nogach wróciłam do salonu i usiadłam na kanapie. Wtuliłam się w Louisa. Potrzebowałam teraz jego bliskości, bo tylko ona mogła mnie uspokoić. Na szczęście chłopak, o nic nie pytając, objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie.
Do końca filmu bezmyślnie wgapiałam się w ekran. Przez chwilę próbowałam skupić się na wątpliwej akcji, by odciąć się od myśli, ale mgła w moich oczach uniemożliwiała mi to. W końcu gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, Louis wyłączył telewizor i mocno mnie przytulając, pogłaskał po policzku. Spojrzałam w górę na niego. Uśmiechnął się delikatnie.
- Hej, co jest? - zapytał półgłosem, widząc moje błyszczące od łez oczy.
Pokręciłam tylko głową, dając mu do zrozumienia, że nie chcę o tym rozmawiać i wtuliłam twarz w jego pierś. Nic więcej nie mówił. Nie pytał. Głaskał mnie po plecach i po prostu ze mną był. Niczego więcej nie potrzebowałam. Chciałam po prostu czuć, że nie jestem sama.
- Która godzina? - zapytałam po pewnym czasie, gdy wszystkie złe emocje już ze mnie zeszły.
Chłopak wyciągnął z kieszeni telefon i podświetlił ekran.
- Za dziesięć ósma.
- Już? - zdziwiłam się, że czas tak szybko minął. - Muszę wracać do domu – powiedziałam, odsuwając się od niego i wstając z kanapy.
- Odprowadzę cię – zaoferował się blondyn.
- Nie trzeba. Przecież to nie tak daleko.
- Ale wolę cię odprowadzić.
Przewróciłam oczami, wyczuwając jego upór.
- Rób co chcesz – uśmiechnęłam się nieznacznie i ruszyłam w stronę przedpokoju, biorąc po drodze swoją torbę.
- No to cię odprowadzę – Louis klasnął w dłonie i po chwili tuż obok mnie zakładał buty.
- Ale ostrzegam, że nie zamierzam z tobą rozmawiać – powiedziałam przed wyjściem, na co
chłopak wzruszył tylko ramionami i otworzył przede mną drzwi.
Wczesnojesienny chłód zaczynał być już odczuwalny, dlatego gdy owiał mnie wiatr, wzdrygnęłam się z zimna. Tak jak obiecywałam, przez większość drogi nic nie mówiłam. Nie miałam nastroju na jakiekolwiek rozmowy. Na szczęście Louis nie zabiegał o nie i w milczeniu szedł po mojej lewej stronie. Jednak w pewnym momencie moja kieszeń zaczęła wibrować. Wyjęłam komórkę, a gdy na wyświetlaczu zobaczyłam jego numer, od razu wcisnęłam czerwoną słuchawkę. Ale on znowu zadzwonił. I jeszcze raz. I kolejny. I tak w kółko. Z każdym odrzuconym połączeniem narastała we mnie złość połączona z bezsilnością. Zdawałam sobie bowiem sprawę z tego, że teraz nie da mi już spokoju. Starałam się nie dać po sobie poznać, że kręci mi się w głowie i jest mi coraz bardziej słabo, ale Louis i tak zorientował się, że coś się dzieje. Zresztą chyba musiałby być ślepy, żeby nie zauważyć jak mocno uderzam palcem w ekran.
- To on? - spytał w końcu, patrząc na dzwoniący telefon.
Pokiwałam głową, usilnie walcząc z zacinającym się wyświetlaczem.
- Czego chce?
- Skąd mogę wiedzieć, skoro nie odbieram? - wyładowałam na nim swoją złość i z tłumionym krzykiem rzuciłam komórką o chodnik.
Pomogło. Wściekłość natychmiast mi przeszła.
- Przepraszam – powiedziałam łamiącym się głosem i przytuliłam do Louisa, który pocałował mnie w czubek głowy.
- Nic się nie stało – szepnął, a mi z oczu pociekły łzy.
Zachowywałam się jak niezrównoważona emocjonalnie wariatka i nie widziałam, jak mogę sobie z tym poradzić. Zdawałam sobie sprawę z tego, że za bardzo to wszystko przeżywam, ale nie potrafiłam inaczej. Byłam chyba zbyt emocjonalnym człowiekiem.
Odsunęłam się od chłopaka i zebrałam komórkę z ziemi. Obejrzałam czy nic się jej nie stało, ale na szczęście przeżyła ten rzut. Wyłączyłam ją i schowałam do torby. Nie chciałam na nią dłużej patrzeć. Nie wtedy, gdy nie przestawała dzwonić.
**
Ostatnie uderzenie w struny i już.
- Dobra, na dzisiaj koniec – słyszę głos Jake'a.
Oddycham z ulgą i odstawiam gitarę, a zamiast niej chwytam w dłoń butelkę wody. Odkręcam ją i przykładam do ust. Nawet nie wiedziałem, że tak bardzo chce mi się pić. W tym samym czasie jedną ręką otwieram drzwi kabiny nagraniowej, by w końcu móc z niej wyjść. Jake odpycha się rękami od biurka i zsuwa z uszu słuchawki.
- W końcu nam wyszło – mówi, uśmiechając się do mnie szeroko.
Odpowiadam mu tym samym, dopijając resztkę wody. Naprawdę cieszę się, że już skończyłem. Spędziłem tutaj cały dzień i chciałbym być już w domu. Póki jeszcze mogę. Rozkładam się na kanapie, a Jake puszcza mi nagranie. Wsłuchuję się w nie ze skupieniem, kiwając do rytmu nogą.
- Brzmi dobrze – stwierdzam po ostatnim dźwięku.
Jestem zadowolony, bo gdyby było inaczej, musiałbym spędzić tu jeszcze trochę czasu.
- W takim razie widzimy się w sobotę – blondyn odwraca się w moją stronę. - Mam nadzieję, że tym razem pójdzie nam sprawniej – dodaje.
- Uwierz mi, że ja też – wzdycham. - Po prostu nie mogłem się dzisiaj skupić – próbuję się wytłumaczyć.
Nie wiem, co się działo, ale rzeczywiście szło mi fatalnie. Chociaż nie. Właściwie wiem, co się stało. Od wczoraj nie mogę wyrzucić z głowy głosy Niny. Cały czas o niej myślę, a to nie pozwala skupić mi się na niczym innym.
- Rozumiem, stary. Zdarza się – Jake klepie mnie po ramieniu.
W tym samym czasie odzywa się mój telefon leżący na szafce obok. Sięgam po niego. Stu napisał, że już na mnie czeka, więc podnoszę się z miejsca.
- No to do soboty – mówię na pożegnanie, unosząc dłoń.
- Na razie – odpowiada mi z uśmiechem blondyn i z powrotem obraca się w stronę komputera.
Wychodzę ze studia i pokonuję długi korytarz, żeby w końcu zbiec ze schodów i znaleźć się na zewnątrz. Staję na ulicy i rozglądam się dookoła, by zlokalizować samochód. Nie jest to specjalnie trudne, więc za moment siedzę już na tylnym siedzeniu i opieram głowę o szybę.
- I jak tam? - pyta Stu, wyjeżdżając na główną ulicę.
Wzruszam ramionami. Nie chce mi się rozmawiać. Jestem zmęczony i...
- Dzwoniłem wczoraj do Niny – wyrzucam z siebie w końcu.
Jeszcze nie miałem okazji mu o tym powiedzieć, a on jako jedyny wie dosłownie o wszystkim. Mężczyzna zerka na mnie we wstecznym lusterku, unosząc brwi.
- Odebrała?
- Tak, ale nie miałem odwagi się odezwać. Bałem się, że gdy mnie usłyszy, nie będzie chciała ze mną rozmawiać.
- I tak nie będzie chciała, ale wiesz doskonale, co o tym sądzę.
Wiem. Stu uważa, że jeśli naprawdę chcę, to powinienem mimo wszystko z nią porozmawiać albo całkowicie o niej zapomnieć.
- Gdyby to było takie proste – wzdycham cicho.
- Nie będzie, ale sam się o to prosiłeś.
Przewracam oczami. Nie musi mi w kółko o tym przypominać. Przecież to ja muszę z tym żyć.
- Ed, po prostu zadzwoń do niej jeszcze raz.
- Próbowałem rano, ale nie odbiera.
- No bardzo dziwne. Nie zapominaj, że ona w przeciwieństwie do ciebie się uczy i rano przeważnie jest na lekcjach – wyczuwam dużą dawkę ironii.
Nie zapomniałem, ale szczerze mówiąc, zrobiłem to trochę celowo. Miałem pewność, że nie odbierze. W mojej głowie po prostu wciąż jest zbyt wiele wątpliwości. Z jednej strony bardzo chcę ją znów usłyszeć, ale z drugiej rozmowa z dziewczyną, która ma ochotę cię zabić, nie należy do najłatwiejszych.
- Zadzwoń do niej teraz.
- Teraz? - nie podoba mi się ta propozycja.
- Tak, teraz – powtarza mężczyzna.
- Nie, to chyba nie jest najlepszy pomysł.
- Czyli wolisz dać jej spokój?
Wydaję z siebie jęk. Męczy mnie już ta rozmowa i chętnie bym ją skończył, ale wiem, że jeśli Stu się na coś uprze, łatwo nie odpuści. Po co ja w ogóle to zaczynałem?
- Nie, nie wolę – odpowiadam, patrząc przez okno.
- To dzwoń. Chyba, że wolisz to robić przy swojej dziewczynie.
Wolę wcale tego nie robić. Chociaż nie, właściwie chcę zadzwonić. Bardzo chcę znów ją usłyszeć. Pod wpływem nagłej zmiany nastroju wyciągam telefon z kieszeni i po odblokowaniu ekranu wchodzę w ostatnie połączenia. Klikam na numer Niny i przykładam komórkę do ucha. Jeden sygnał, drugi, trzeci, czwarty, piąty. Już chcę się rozłączyć, gdy się odzywa.
- Halo - jej śliczny głos jest lekko zniecierpliwiony.
Moje serce przyspiesza. Nie wiem, co powinienem powiedzieć ani czy w ogóle powinienem się odzywać. Nie chcę jej spłoszyć.
- Cześć – mówię w końcu nieśmiało.
Widzę, że Stu zerka na mnie z uśmiechem, ale ja nie jestem pewny czy mam powody do radości. Po drugiej stronie słyszę tylko głuchą ciszę, która na pewno nie jest dobrym znakiem.
- Nina? – liczę na to, że może jednak się odezwie.
Jednak zamiast jej głosu rozlega się trzask. Nie podoba mi się to. Wołam ją jeszcze kilka razy, ale się nie odzywa. Zrezygnowany opuszczam dłoń i się rozłączam. Uderzam potylicą w zagłówek. Na co ja liczyłem? Że będzie skakać z radości, gdy mnie usłyszy? Doskonale wiedziałem, że to się nie wydarzy. Miałem jednak nadzieję, że mimo to coś powie. Nie ważne co. Cokolwiek, byle tylko się odezwała. Nie powiedziała nic.
Stu wpatruje się we mnie, ale z mojej miny odczytuje, że nie jest dobrze. Nie pyta o nic i jestem mu za to wdzięczny. Gdybym musiał coś powiedzieć, pewnie zacząłbym kląć. Patrzę przez okno, ale nic nie widzę. W głowie przelatują mi wspomnienia i kolejny raz wyrzucam sobie, że mogłem być takim idiotą. Nagle dzwoni mój telefon. Serce prawie wyskakuje mi z piersi, bo oczywiście mam głupią nadzieję, że to ona. Ale nie. Dzwoni moja dziewczyna. Wzdycham z rozczarowaniem i przesuwam zieloną słuchawkę.
- Co tam? - pytam, gdy po drugiej stronie słyszę jej głos.
- Za ile będziesz w domu?
Zerkam przez okno, żeby zorientować się, gdzie jesteśmy.
- Za pięć minut – odpowiadam, śledząc wzrokiem jadący obok nas samochód.
- To świetnie, bo już wszystko gotowe – mówi radośnie i się rozłącza.
Chowam telefon. Super. Znów będę testerem jej nowego dania. Mam tylko nadzieję, że nie będzie wegetariańskie.
- Będę o ósmej – mówi Stu, gdy parkuje pod moim domem.
Kiwam głową i wysiadam z auta. Mam wystąpić dzisiaj na jakiejś imprezie, a potem pojawić się na afterparty. Naprawdę podoba mi się plan tego wieczoru.
Przeskakuję kolejne stopnie i w końcu wchodzę do mieszkania. Od progu czuję zapach gotowania.
- Jestem! - krzyczę, ściągając buty.
Po chwili pojawia się obok mnie moja dziewczyna i z uśmiechem zarzuca mi ręce na szyję. Unoszę kąciki ust i całuję ją. Smakuje papryką. Już wiem, co będzie.
- Chodź – odrywa się od moich ust i ciągnie mnie za rękę w stronę jadalni.
- Jesteś pewna, że nie chcesz ze mną iść? - pytam ostatni raz, zapinając guziki koszuli.
Dziewczyna siedzi po turecku na środku łóżka z książką na kolanach.
- Po co? - przenosi wzrok z kartki na mnie. - Żeby znowu patrzeć, jak się upijasz, zapominając o moim istnieniu? Chyba podziękuję za takie rozrywki.
Jest zła, chociaż kompletnie tego nie rozumiem. Zresztą ja w ogóle jej nie rozumiem. Wiecznie jej coś we mnie nie pasuje. Albo za dużo piję, albo za dużo palę, albo zbyt często nie ma mnie w domu. Tak jakby już zapomniała z kim się związała.
- Jak chcesz – wzruszam ramionami i wychodzę z pokoju.
Nie chcę się znów kłócić, dlatego wolę zakończyć rozmowę zanim rzuci mi się do gardła.
Mam jeszcze dziesięć minut, a właściwie jestem już gotowy. Idę jeszcze tylko do łazienki, by spryskać się perfumami i to wszystko. Siadam na kanapie obok mojego ukochanego kociaka i drapię go za uchem. O ile życie jest prostsze, gdy jest się kotem. Tylko jesz i śpisz. Dwie czynności, które uwielbiam. Nie musisz martwić się kłótniami z dziewczyną i tym, że druga nie chce z tobą rozmawiać. Żyjesz w spokoju męczony jedynie od czasu do czasu przez jakiegoś rudzielca. Dlaczego ja nie mogę być kotem? No dlaczego?
Telefon piszczy. Stu już na mnie czeka. Podnoszę się z miejsca i idę do przedpokoju, gdzie zakładam buty i marynarkę.
- Pa, kochanie – wkładam głowę, w uchylone drzwi sypialni.
- Pa – odpowiada oschle, nawet na mnie nie patrząc.
O co jej do cholery chodzi? Chyba nie chcę się nad tym teraz zastanawiać.
Wychodzę z mieszkania, zamykając cicho drzwi, żeby się przypadkiem nie wściekła, że trzaskam i schodzę na dół, po czym wskakuję do auta.
- Możemy jechać – mówię, widząc, ze Stu na coś czeka.
- A...
- Nie – przerywam mu, domyślając się, o co chce zapytać. - Nie chce patrzeć, jak znów się upijam – dodaję, wbijając sobie paznokcie we wnętrza dłoni.
- Ed... - zaczyna, wciskając gaz, ale znów mu przerywam.
- Proszę cię. Nie chcę słuchać teraz żadnych wykładów. Chcę tylko tam pojechać, zrobić swoje, a potem świetnie się bawić, niezależnie od jej zdania.
Wyczuwam, że Stu chciałby coś powiedzieć, ale powstrzymuje się, mrucząc tylko coś niewyraźnie pod nosem. Nie obchodzi mnie to. Opieram głowę o szybę i wyciągam z kieszeni telefon, żeby posprawdzać portale społecznościowe. Jednak zamiast na ikonkę Twittera klikam na połączenia. Bardzo dziwne. Nawet nie leżą obok siebie. Zaczynam się zastanawiać, co robię nie tak i dlaczego wszystko się tak pieprzy. Mam przy sobie wspaniałą dziewczynę, ale nie potrafię się z tego cieszyć, bo wiecznie się kłócimy. Ninę mogłem mieć cały czas, ale wszystko zepsułem i nie umiem tego naprawić. I chociaż chciałbym powiedzieć, że jestem szczęśliwy, nie mogę.

Klikam na numer, który mam pod palcem i przykładam telefon do ucha. Nie odbiera. Głupia by była, gdyby odebrała. Zresztą nie chcę, żeby odebrała. Nie teraz. To naprawdę nie jest dobry moment. Jednak mimo to wybieram numer po raz drugi i trzeci, i czwarty, i piąty, i tak w kółko.

piątek, 23 października 2015

Rozdział XVII

Gapiłam się na srebrną ramkę z cytatem z mojej niegdyś ulubionej piosenki. Tak wiele mówił o tym, co było dla mnie najważniejsze. Kiedyś. Do tablicy korkowej obok klasowych zdjęć i kartek z wakacji przypięty był bilet z koncertu. Nie mogłam go zdjąć, choć wolałabym nie patrzeć codziennie na jego imię. Na półce nad biurkiem wśród sterty bezładnie rzuconych płyt wyróżnione były oczywiście te dwie, a tuż obok nich stała zielona książka, którą dostałam od mamy w dniu powrotu do Polski. Serce mi się krajało, gdy musiałam udawać, jak bardzo cieszę się z prezentu, podczas gdy najchętniej schowałabym go do szafy razem z resztą rzeczy świadczących o jego istnieniu. Nie mogłam jednak tego zrobić, gdyż wywołałoby to pytania, na które nie miałam gotowej wymówki.
Za każdym razem gdy o tym myślałam, uświadamiałam sobie jak bardzo zmieniło się moje życie i jak bardzo zmieniłam się ja sama. Nie byłam Niną, którą byłam jeszcze pół roku temu. Tamta dziewczyna już nie istniała. Zniknęła tego samego dnia, którego straciła zaufanie do mężczyzny, którego uważała za... No właśnie za kogo? Nie chciałam o tym myśleć. Najgorsze było to, że dla mamy wciąż byłam nastolatką zakochaną w jego głosie i w żaden sposób nie mogłam tego zmienić. Męczyło mnie to, że nie mogę powiedzieć jej calutkiej prawdy. Że każdego dnia muszę udawać, a co za tym idzie, wciąż na nowo przypominać sobie tamtą noc. Bolało mnie, że między mną a najbliższą mi osobą stworzyła się taka przepaść. Przepaść, której nie byłam w stanie przeskoczyć. Dobrze, że przynajmniej miałam Ellie. Ona wiedziała wszystko. Wiedziała ile mnie to kosztuje i jak mi z tym źle. Bez niej chyba nie dałabym rady. Ta sytuacja za bardzo mnie przytłoczyła. Co jakiś czas do oczu napływały mi łzy i sama nie wiedziałam dlaczego. To było dla mnie za wiele. A teraz cały mój świat znów miał stanąć na głowie.
Przeżywałam deja vu. Znów stałam na lotnisku, a mama znów żegnała mnie słowami: „Tylko proszę cię córcia, zachowuj się tam porządnie i dzwoń do mnie kiedy tylko będziesz mogła”, próbując się nie rozpłakać. Tak, wracałam do Londynu. Wracałam do Lucy, Paula, Kevina, Ellie i Louisa. Cieszyłam się, ale może powinnam bardziej. Przecież w końcu moja praca się opłaciła i miałam niepowtarzalną szansę nauki w angielskiej szkole. Jednak powrót tam oznaczał też powrót wspomnień, o których chciałam wierzyć, że choć trochę już zapomniałam.
Z każdym metrem, który zbliżał mnie do samolotu mój żołądek coraz bardziej skręcał się ze stresu, a gdy wystartowaliśmy ogarnęła mnie panika, która kazała mi wracać do domu. Próbowałam się uspokoić. Wmawiałam sobie, że Londyn jest zbyt duży, by spotkać go ponownie i że gdy tylko za dwa tygodnie wkroczę w szkolny rytm, zapomnę o nim. Jednak to mi nie pomagało, a wręcz przeciwnie każda myśl męczyła mnie coraz bardziej. Skupiłam się zatem na powolnie przepływających w dole chmurach, ale i to nie odniosło oczekiwanego rezultatu. Pozostało mi tylko czekać na lądowanie.
- Nina! - usłyszałam swoje imię zanim jeszcze zdążyłam się rozejrzeć.
W jednej sekundzie Kevin był już przyklejony do mnie. Odwzajemniłam uścisk, wypuszczając walizkę z ręki. Chłopiec chwycił jej rączkę, a chwilę później, nie przestając mówić, prowadził mnie do reszty, ciągnąc za sobą bagaż, który był nie wiele niższy od niego. Z daleka zobaczyłam uśmiechnięte twarze przyjaciół, dzięki czemu kąciki moich ust mimowolnie się uniosły. Tak dawno ich nie widziałam i tak bardzo się za nimi stęskniłam.
Gdy tylko przecisnęłam się przez tłum ludzi, wpadłam w otwarte ramiona Ellie, potem Louisa, Lucy i Paula. Słyszałam ich przekrzykujące się głosy, ale nie rozróżniałam słów. Cieszyli się bardziej ode mnie, bo nie wiedzieli, o czym myślę, patrząc na ich roześmiane twarze. Jedynie Ellie bezbłędnie odczytała co się dzieje i w samochodzie szeptała mi do ucha, że powinnam w końcu o nim zapomnieć. Nie musiała mi tego powtarzać. Sama doskonale to wiedziałam, ale mimo upływu czasu nie potrafiłam. Niby żyłam normalnie, nie rozpamiętując tego specjalnie, ale każdego dnia musiał znaleźć się moment, w którym wszystko wracało. Męczyło mnie to już od trzech miesięcy i wolałabym, gdyby przestało. Nie miałam jednak na to wpływu. Naprawdę.
Leżałam w łóżku, nie mogąc zasnąć. Nie pierwszy raz. Moje problemy ze snem zaczęły się tej samej nocy, której zaczęły się wszystkie inne problemy. Rozglądałam się w ciemności po pokoju. Nic się tu nie zmieniło. Wszystko było dokładnie takie samo. Oprócz mnie. Przypominałam sobie moją pierwszą noc tutaj. Wtedy też nie mogłam spać. Stresowałam się tym, co mnie tu czeka, ale nigdy nie pomyślałabym, że tak się wszystko skończy. Teraz może i żołądek nie skręcał mi się ze zdenerwowania, ale czułam pewnego rodzaju lęk. Sama nie wiedziałam przed czym. Przecież nic złego nie mogło mnie tu spotkać. Miałam przyjaciół, znałam szkołę, miasto. No właśnie. Może w tym był problem? Może bałam się, że miejsca przywrócą mi wspomnienia? Wczepiłam palce we włosy. Nie miałam na to siły. Powinnam zrobić w głowie porządek. Zachować to co ważne i wyrzucić to co sprawiało ból. Łatwiej powiedzieć niż wykonać. Za każdym razem gdy próbowałam, coś nagle mi przeszkadzało. Wystarczyła piosenka albo rozmowa koleżanek by wszystko wracało. Nawet pozornie nic nie znaczące zdanie potrafiło zmącić mój porządek, nad którym tak długo pracowałam.
To było w Polsce. Tysiące kilometrów od niego. Teraz mogło być tylko gorzej. Świadomość, że jesteśmy w tym samym mieście jakoś mi nie pomagała.
Przekręciłam się na prawy bok. Bez sensu. I tak wiedziałam, że nie zasnę. Usiadłam na materacu i przetarłam dłońmi twarz. Postawiłam bose stopy na zimnej podłodze. Wstałam, by zapalić światło i zmrużyłam oczy od nagłej jasności. Gdy moje źrenice wystarczająco się zmniejszyły, rozejrzałam się dookoła. Na podłodze wciąż leżały nierozpakowane walizki. Nie miałam czasu zająć się tym wcześniej. Moje popołudnie zdominowały opowieści o tym, co działo się przez ostatnie trzy miesiące. Teraz jednak miałam całą noc, by wszystko spokojnie poukładać. Po kolei wyjmowałam rzeczy i wkładałam je do szafy, która dość szybko się zapełniała. Musiałam w końcu wziąć niemal wszystko. Miałam tu przecież spędzić cały rok, a może i dwa. Tyle czasu w tym mieście wydawało mi się nierealne, a na pewno wykańczające psychicznie. Wypuściłam powietrze zgromadzone w płucach i wróciłam do układania na dnie moich butów.
Większym problemem niż ubrania były wszystkie drobiazgi, które ze sobą zabrałam. Zdjęcia, książki, notatniki, jakieś pamiątki. Upchnęłam je w szufladach biurka, ale zostało jeszcze jedno pudełko. Nie chciałam go otwierać. Wsunęłam je pod łóżko, by nie musieć go oglądać. Spojrzałam na zegarek. Była 3:28. Świetnie. Nie miałam już co robić i choć wciąż nie czułam zmęczenia, które przyniosłoby mi sen, zgasiłam światło i weszłam pod kołdrę. Ułożyłam głowę na poduszce i zamknęłam oczy.
„Chyba nie sądziłaś, że spotykam się z tobą tylko dlatego, że bardzo cię lubię.” Usłyszałam w głowie jego głos. Gwałtownie usiadłam, szeroko otwierając oczy. Nie, to nie mogło tak wyglądać. To nie mogło cały czas mnie prześladować. Nie mogło. Musiałam z kimś porozmawiać, choć wiedziałam, że o tej porze mogło to być problematyczne. Mimo to, wyciągnęłam rękę po telefon leżący na szafce. Odblokowałam ekran. Kilkoma ruchami napisałam wiadomość. Nie mogę spać. Wpatrywałam się w litery, zastanawiając się czy wysłanie tego w ogóle ma jakikolwiek sens. Nie miało, ale co w moim życiu miało teraz sens. Kliknęłam „wyślij” i odłożyłam telefon, sądząc, że i tak nie dostanę odpowiedzi. Przecież normalni ludzie o tej porze spali, nie to co ja.
Wibracje komórki przerwały mi wpatrywanie się w ciemny sufit, który przez poświatę rzucaną przez świecący się ekran, przestał być taki ciemny. Zerwałam się, by odebrać.
- Ja też nie mogę spać – usłyszałam po drugiej stronie lekko zachrypnięty głos Louisa.
Zaśmiałam się cicho, bo wiedziałam, że to nieprawda. Jednak myśl o tym, że pomimo iż go obudziłam, zadzwonił do mnie, żebym nie musiała męczyć się z bezsennością sama, sprawiła, że wypełniło mnie przyjemne ciepło.
- Udam, że ci wierzę – powiedziałam szeptem.
Bałam się, że jeśli będę mówiła zbyt głośno, obudzę domowników. Chłopak chyba myślał podobnie, bo też szeptał.
- Udam, że nie musisz – odparł ze śmiechem. - Dlaczego nie możesz spać?
Zastanowiłam się chwilę, jak wiele mogę mu powiedzieć. Mniej więcej wiedział, co się stało, ale bez żadnych szczegółów. O nich wiedziała tylko Ellie.
- Wróciły wspomnienia – odpowiedziałam najogólniej.
- Rozumiem, że te złe?
- Tak – przyznałam. - Boję się, że one nie znikną.
- Nie bój się – jego niski głos sprawiał, że naprawdę przestawałam przejmować się czymkolwiek. - Za każdym razem, gdy dopadną cię takie myśli, dzwoń do mnie. Nawet o czwartej w nocy. Dobrze?
- Dobrze – odparłam ledwo słyszalnie. - Opowiedz mi coś – poprosiłam nieśmiało.
- Co? - spytał spokojnie.
- Nie wiem. Cokolwiek.
Louis przez chwilę milczał.
- No dobrze – powiedział w końcu. - Opowiem ci bajkę, którą opowiadała mi mama, gdy byłem mały. Może być?
- Jasne – odparłam z entuzjazmem i z telefonem przy uchu położyłam głowę na poduszce.
Obudził mnie głód. Tak, byłam potwornie głodna. Przez to wszystko wczoraj niewiele jadłam, a nie byłam z typu anorektyczek, którym wystarczy do życia tylko woda. Powoli otworzyłam oczy i leniwie usiadłam na łóżku. Ziewając, wyciągnęłam ręce nad głową. Wakacje są takie cudowne. Zrzuciłam z siebie kołdrę i postawiłam stopy na podłodze. Żołądek przypomniał o sobie, wydając głośny dźwięk. W piżamie zeszłam na dół, gdzie w salonie Kevin oglądał kreskówki, a w kuchni Lucy szykowała śniadanie.
- Dzień dobry – powiedziałam, opierając się o lodówkę.
Kobieta na chwilę oderwała się od mieszania na patelni, by przywitać mnie z promiennym uśmiechem.
- Cześć, Ninko. Dobrze ci się spało? - kiwnęłam głową. - To świetnie. Robię jajecznicę. Oczywiście zjesz?
- Oczywiście – odparłam ze śmiechem i usiadłam na kanapie obok Kevina.
- Co oglądasz? - zapytałam, ale chłopiec tylko mnie uciszył.
Zapatrzyłam się więc w ekran, na którym dom właśnie unosił się w powietrze. Nie rozpoznawałam tej bajki. Chyba byłam już na nią za stara.
- Gotowe! - krzyknęła Lucy, rozkładając talerze na stole.
Zaczekałam aż Kevin oderwie się od telewizji i usiedliśmy na swoich miejscach.
- Może wybierzemy się w weekend nad może? - zapytała kobieta, nabijając na widelec pomidora. - Paul ma mieć wolne, więc pojechalibyśmy wszyscy. Co wy na to?
- Tak! - z radością krzyknął chłopiec.
- Pewnie, czemu nie – zgodziłam się, upijając łyk soku.
Upał cały czas był niemiłosierny i wizja ochłody w morzu była naprawdę zachęcająca.
- To świetnie – ucieszyła się Lucy. - Moja siostra ma domek w Eastbourn, więc możemy się u niej zatrzymać.
Uniosłam kąciki ust, widząc jej entuzjazm. Całą twarz miała rozświetloną szerszym niż zazwyczaj uśmiechem. Nie dziwiłam się jej. Z tego, co wiedziałam, już dawno nie byli nigdzie we troje, bo praca Paula na to nie pozwalała. A teraz nareszcie nadarzyła im się okazja. A przy okazji i ja się załapałam.
- Było pyszne – powiedziałam, wstając od stołu.
- Cieszę się – uśmiech nie schodził z twarzy kobiety. - Masz jakieś plany na dzisiaj?
Pokręciłam głową.
- Zamierzam trochę poleniuchować – dodałam, gdy dopiłam resztkę soku.
- Pewnie. W końcu masz wakacje.
Uśmiechnęłam się i weszłam na górę.
Już na ostatnich schodach usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Wbiegłam do pokoju i rozejrzałam się w poszukiwaniu komórki. Obstawiałam, że jest gdzieś w okolicach łóżka. W końcu wczoraj z nią zasnęłam, a nie sądziłam, że mogłaby się sama przenieść. Podążając za dźwiękiem, położyłam się na podłodze i spod szafki wyjęłam telefon. Jakim prawem tam wpadł? Na wyświetlaczu zobaczyłam, że dzwoni Louis i mimowolnie się uśmiechnęłam. Szybko przeciągnęłam zieloną słuchawkę.
- Wyspałaś się? - usłyszałam po drugiej stronie.
- Tak – odparłam. - Dziękuję, że mi w tym pomogłeś.
- Zawsze do usług. Masz jakieś plany na dzisiaj?
- Nie.
- To świetnie. W takim razie będę u ciebie za pół godziny. Pa – rozłączył się.
Uśmiechnęłam się szerzej. Cieszyłam się, że przyjdzie. Uwielbiałam jego towarzystwo, a tak długo byliśmy daleko.
Musiałam się ogarnąć. Szybki prysznic, umycie zębów, ubranie się i związanie włosów zajęło mi dokładnie 22 minuty. Miałam więc jeszcze 8 minut, żeby się ponudzić.
Gdy tylko usłyszałam dzwonek do drzwi, od razu zbiegłam na dół.
- Cześć – przywitałam go z uśmiechem, który nie schodził mi z twarzy od półgodziny.
- Cześć. Widzę, że wszystko dobrze – Louis przyjrzał mi się uważnie. Pokiwałam głową. - Cieszę się – uniósł kąciki ust, zsuwając z nóg buty.
- Zrobić ci coś zimnego do picia? - zapytałam, gdy wyszliśmy z przedpokoju.
- Chętnie.
Poszłam do kuchni, mijając czytającą w salonie Lucy. Nalewając lemoniadę do szklanki, słyszałam, że pyta Louisa o jego plany na weekend. Domyśliłam się, że chce, żeby jechał razem z nami. Zawsze bardzo go lubiła. Ucieszyłam się. Naprawdę fajnie byłoby spędzić z nim tyle czasu.
- Proszę – podałam napój chłopakowi.
- Dzięki. Idziemy do ciebie?
- Tak – odparłam, widząc kątem oka znaczący uśmiech Lucy.
Przewróciłam oczami i odwróciłam się w stronę schodów.
Weszliśmy do pokoju, który dzięki ostrym promieniom słońca zdążył się już nagrzać. Louis usiadł na łóżku, a ja tuż obok niego.
- Znowu jesteś u siebie – stwierdził, rozglądając się dookoła.
Nieznacznie pokiwałam głową, patrząc na zdjęcia ustawione na biurku. Rzeczywiście, pokój znów wyglądał, jakby był mój, choć ja jeszcze nie zdążyłam tego poczuć.
- Słyszałem, że jedziecie nad morze – upił łyk.
- Słyszałam, że jedziesz z nami.
- A masz coś przeciwko?
- Niech się zastanowię – zmrużyłam oczy. - Nie – uśmiechnęłam się.
- Całe szczęście – chłopak odetchnął z udawaną ulgą. - Poza tym mógłbym ci się tam przydać.
- Tak? A niby na co?
- Gdybyś znowu nie mogła zasnąć. Wtedy byłbym na miejscu.
- Mam nadzieję, że nie będę już miała z tym problemów – odparłam, próbując nie zmienić tonu.
Doskonale wiedziałam, że znowu kłamię.
- Szkoda – Louis zwiesił głowę.
- Lubisz być budzony przeze mnie w środku nocy? - spytałam zdziwiona.
- Szczerze mówiąc, tak - otworzyłam szeroko oczy, by upewnić się, że mówi serio. Mówił. - Wiesz – zaczął ostrożnie – może nie powinienem, ale co właściwie się działo w nocy?
Napięłam się słysząc jego pytanie. Spodziewałam się, że je zada, ale wolałam, żeby było inaczej.
- Nic. Po prostu nie mogłam spać – odparłam, spuszczając głowę.
- Przecież oboje wiemy, że to nie jest cała prawda – powiedziała, unosząc moją brodę i patrząc mi w oczy. - Ale dobrze – upił łyk – jeśli nie chcesz, nie musisz mówić. Po prostu chciałbym wiedzieć, co następnym razem powinienem zrobić.
- Nic nie musisz robić – powiedziałam, wytrzymując jego wzrok. - Po prostu odbierz – uśmiechnęłam się delikatnie.
Chłopak westchnął.
- To przez niego? - bardziej stwierdził niż zapytał.
Pokiwałam głową. Louis zamyślił się na chwilę, wpatrując się w brzeg szklanki.
- Wiem, że są rzeczy, których nie mówi się nawet przyjaciołom – powiedział, skupiając się znowu na mnie – ale wiem też, że czasem wygadanie się pomaga.
- Może masz rację – przyznałam. - Ale jest taki piękny dzień. Naprawdę chcesz słuchać o...
- Chcę – przerwał mi.
- No dobrze – odetchnęłam głęboko. Nie mogłam powiedzieć mu wszystkiego, więc wybrałam wersję okrojoną. - Noc przed moim wyjazdem była chyba najgorszą nocą w moim życiu. Zresztą to już ci opowiadałam i nie chcę do tego wracać. Problem w tym, że od tamtego czasu nie mogę przestać o tym myśleć. Każdej nocy budzi mnie jego głos. Właśnie dlatego nie mogę spać. A tutaj jest jeszcze gorzej. Wszystko mi o nim przypomina. Nawet ten pokój. I najbardziej boję się tego, że nie przestanie – moje oczy zaszły mgłą. To był kolejny efekt uboczny. Od trzech miesięcy moje oczy produkowały nadmierną ilość łez z byle powodu.
Louis widząc to, przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. W jego ramionach od razu się uspokoiłam. Chłopak pocałował mnie w czubek głowy.
- Nie musisz się tego bać. Naprawdę. W końcu zapomnisz, tylko potrzebujesz jeszcze trochę czasu. A w razie czego zawsze masz mnie. Zaufaj mi – szeptał mi do ucha.
Uśmiechnęłam się. Gdy tak mówił, byłam gotowa uwierzyć mu we wszystko.
- Dobra koniec – odsunęłam się od niego po chwili. - Poróbmy coś weselszego.
- Masz jakieś propozycje? - zapytał, dopijając lemoniadę.
- Nie – pokręciłam głową. - A ty?
- Też nie, ale zawsze możemy się przejść.
- A nie jest za gorąco?
- Jeśli kupimy lody i ochłodzimy się przy fontannie, będzie idealnie – zachęcał z czarującym uśmiechem, któremu nie mogłam odmówić.
- Zgoda – przystałam na jego propozycję.
Jednym z wielu plusów lata jest to, że nie trzeba spędzać mnóstwa czasu na ubieraniu się przed wyjściem, dlatego już po trzech minutach szliśmy wzdłuż ulicy, za wszelką cenę starając się znaleźć choć skrawek cienia. Ścigaliśmy się od drzewa do drzewa, wzbudzając tym zainteresowanie nielicznych przechodniów. Nikt normalny nie wychodził z domu w taki skwar, ale jak wiadomo z moją normalnością były pewne problemy. Bieganie przy plus trzydziestu stopniach Celsjusza było na dłuższą metę męczące, dlatego z ulgą zauważyłam szyld kawiarni. Weszliśmy do klimatyzowanego pomieszczenia, które swoim chłodem zachęcało do pozostania w nim. Mieliśmy jednak inne plany. Wygrzebałam z portfela pieniądze na dwie gałki lodów waniliowych i oczywiście musiałam dołożyć Louisowi do jego czekoladowej porcji. Niechętnie opuściłam kawiarnię, ale pocieszałam się myślą, że gdzieś tam czeka na mnie fontanna wypełniona cudownie zimną wodą.
Szliśmy przed siebie, zastanawiając się kim są i co robią mijani przez nas ludzie, przez co co chwilę się sprzeczaliśmy, bo mieliśmy inne pomysły. Nagle rozpoznałam ulicę, którą szliśmy. Nie raz tu chodziłam. Z nim.
- Nie ten park – powiedziałam, zanim się zbliżyliśmy. Louis przerwał swój wywód na temat tego, kim może być wysoki, łysy mężczyzna, którego minęliśmy kilkanaście sekund wcześniej i spojrzał na mnie pytająco. - Wszędzie, tylko nie tu – stanęłam w miejscu.
- Co się dzieje? - chłopak dotknął mojego ramienia.
Zacisnęłam powieki i gwałtownie potrząsałam głową. Trawa, fontanna, słońce, on. Widziałam wszystko wyraźnie. Zbyt wyraźnie. Czułam jak dotyka mojego policzka i delikatnie mnie całuje. Właśnie tego się bałam. Wspomnień, które wrócą z podwojoną siłą.
Louis objął mnie mocno, a ja wbiłam palce w jego plecy. Czułam, że po policzkach spływają mi łzy i nic nie mogłam z tym zrobić. „Nikogo nie stracisz. A na pewno nie mnie” - słyszałam jego głos. Kłamał. To właśnie jego straciłam. Od początku wiedział, że zupełnie nic do mnie nie czuje oprócz tego, że chce mnie przelecieć, więc po co mówił takie rzeczy. Po co?
- Otwórz oczy – przez głosy w mojej głowie przebił się szept Louisa. - Nina. Jestem z tobą. Nie musisz się bać – mówił spokojnie, choć wiedziałam, że przychodzi mu to z trudem.
Uniosłam powieki i spojrzałam w jego zatroskaną twarz. Nie wiedział, co się dzieje. Zresztą tak samo jak ja. Odetchnęłam głęboko i otarłam policzki.
- Już dobrze – spróbowałam się do niego uśmiechnąć.
- Na pewno?
Pokiwałam głową i wysunęłam się z jego ramion. Ruszyłam przed siebie. Nie patrzyłam czy idzie za mną. Chciałam jak najszybciej skręcić w inną ulicę, która niczego mi nie przypominała. Tuż za rogiem Louis złapał mnie za rękę.
- Nie pędź tak, bo nie nadążam – uniósł kąciki ust.
W jego oczach widziałam, że w dalszym ciągu nie jest pewien czy wszystko dobrze.
- Przepraszam – uśmiechnęłam się szeroko. - Już nie będę.
Poczułam wibracje w kieszeni. Wyciągnęłam komórkę i zobaczyłam, że dzwoni Ellie. Odebrałam.
- Halo.
- Cześć. Co robisz? - usłyszałam głos przyjaciółki.
- Idziemy z Louisem do parku. A co?
- Mogę do was dołączyć?
- Pewnie – odparłam, patrząc na blondyna, który próbował domyślić się treści rozmowy.
- To świetnie. Gdzie mam iść?
- Właściwie – rozejrzałam się dookoła – my podejdziemy do ciebie.
- Dobra. To czekam. A, Nina – krzyknęła zanim się rozłączyłam. - Dostałam od wujka nowy aparat, więc szykujcie się na sesję.
Jęknęłam, udając niezadowolenie i rozłączyłam się.
**
Powinienem się już zbierać. Stu pewnie zaraz zacznie dzwonić, że na mnie czeka. Mam jednak jeszcze chwilę, a łóżko jest takie wygodne. Słyszę trzaski dochodzące z kuchni. Śniadanie pewnie już gotowe, ale nie mam siły wstać. Pracowałem wczoraj, a właściwie dzisiaj do późna i teraz najchętniej przeleżałbym cały dzień w łóżku. Jedak to czym się zajmuję, nie pozwala mi na chwile lenistwa. Każdy dzień mam dokładnie zaplanowany i w stu procentach zajęty. Dzisiaj rano nagrywam, a potem lecę do Dublina na koncert. Jutro to samo.
Z szafki biorę telefon. Czas sprawdzić poranne informacje. Przeglądam portale społecznościowe, ale nie jestem w stanie przebić się przez wszystkie posty i komentarze. Tego jest stanowczo za dużo. Odruchowo wchodzę też na Instagrama Niny. Nie wiem dlaczego to robię, ale trwa to już trzy miesiące. Może chcę wiedzieć, jak wygląda jej życie w świecie beze mnie? Nie zapomniałem o niej, mimo że nie ma jej już tak długo i nigdy nie będzie. Codziennie oglądam te same zdjęcia. Nie dodaje dużo. Nie jest z typu dziewczyn, które dzielą się ze światem całym swoim życiem. Od powrotu do Polski pojawiły się tylko dwa zdjęcia. Jedno z koleżankami ze szkoły, a drugie z wakacji. Na obydwu uśmiecha się szeroko i wydaje się być szczęśliwa, tak jak szczęśliwa była ze mną.
Ja i tak najbardziej lubię to, które sam jej zrobiłem. Siedzieliśmy wtedy u mnie. Ja musiałem pracować, a jej się strasznie nudziło. Wyszła na balkon, zostawiając telefon na kanapie. Obserwowałem ją. W pewnym momencie wspięła się na barierkę. Przez chwilę myślałem, że wyleci i już chciałem ją ratować, ale nie. Spokojnie na niej usiadła, jakby było dziesięć razy niżej i zapatrzyła się przed siebie. Podszedłem do drzwi balkonowych, ale nawet nie zwróciła na mnie uwagi. Nie mogłem się powstrzymać przed zrobieniem jej zdjęcia. Wyglądała tak ślicznie na tle zachodzącego słońca. Sam wrzuciłem je na jej profil. Tak to jest, gdy nie ma się blokady. Gdy zauważyła, trochę się złościła, ale nie usunęła go.
- Kochanie – w progu sypialnie staje moja dziewczyna. Podnoszę na nią wzrok. Uśmiecha się szeroko, a czarne włosy spływają po jej ramionach. Jest taka piękna. - Idę do sklepu. Kupić ci coś?
- Nie dzięki – odpowiadam, a ona podchodzi, żeby się ze mną pożegnać.
- Co tam masz? - zerka mi przez ramię. Automatycznie wygaszam ekran. - Pewnie znowu jakaś półnaga modelka – mruży oczy, udając zazdrość.
- Przecież wiesz, że...
- Że nie kręcą cię przerażająco chude laski, które zarabiają na swoje życie rozbieraniem się, bo masz przy sobie najpiękniejszą kobietę na świecie – dopowiada za mnie. - I tak ci nie wierzę – uśmiecha się i daje mi buziaka.
Unoszę kąciki ust. Odprowadzam ją wzrokiem do drzwi. W progu odwraca się do mnie.
- Kocham cię – mówi szeptem i znika za ścianą.
- Też cię kocham – krzyczę za nią.
Jeszcze przez chwilę patrzę w pustą przestrzeń przed sobą. Wreszcie gdy słyszę trzask zamykanych drzwi, przenoszę wzrok na komórkę. Odblokowuję ekran i... Nie. Nie wierzę. Dodała nowe zdjęcie, ale to nie wszystko. Wpatruję się w nie osłupiały. Nie jest na nim sama. Obok niej uśmiechają się Ellie i Louis. Rozpoznaję ich bez problemu. Tyle razy mi o nich opowiadała i pokazywała ich zdjęcia, że doskonale wiem, kim są. Jednak są we trójkę na jednym zdjęciu, a to znaczy, że... O mój Boże. Ona jest w Londynie. Wróciła. Jest tutaj. Mogę ją spotkać. Mogę z nią porozmawiać. Mogę ją przeprosić. Cieszę się jak głupi. Muszę ją tylko znaleźć. Wiem, że to miasto jest ogromne i szukanie w nim kogokolwiek jest jak szukanie igły w stogu siana, ale ja ją znajdę. Wiem gdzie mieszkała. Wiem gdzie chodziła do szkoły. A przede wszystkim jestem gwiazdą. Nareszcie moja sława może mi się do czegoś przydać. Nie wierzę. Ona tu jest i wystarczy mi kilka dni, by znów ją zobaczyć. A już pogodziłem się z myślą, że straciłem ją na zawsze. Jednak cuda się zdarzają.

Nagle mój entuzjazm słabnie. Przecież ona mnie nienawidzi. Nie będzie chciała mnie widzieć, a tym bardziej ze mną rozmawiać. To może być problem. Nerwowo drapię się w głowę. Będę musiał coś wymyślić. Coś takiego, co od razu jej nie odstraszy. A może jej przeszło? Może już zapomniała? Kogo ja oszukuję. Tego się nie zapomina. Ale może ona jednak zapomniał. W głowie ma mętlik myśli. Dzwoni Stu. Odbieram i rzucam tylko, że zaraz zejdę. Nie jestem w stanie z nim rozmawiać. Właśnie dowiedziałem się, że Nina może być tylko kilka kilometrów ode mnie i za wszelką cenę muszę wymyślić sposób, dla którego ta odległość zmniejszy się do kilku centymetrów.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że znowu musieliście czekać prawie miesiąc na rozdział, ale koncepcja zmieniała mi się co chwilę, a poza tym szkoła. Mam nadzieję, że rozumiecie :)