sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział VII

- A ty dalej tu siedzisz?
Nie byłam pewna czy pytanie zostało skierowane do mnie, więc otworzyłam jedno oko i zobaczyłam stojącego naprzeciwko mnie Jake'a.
- Jak widać – wzruszyłam ramionami. - Gdzie Ed?
- Siedzi pijany na schodach i nie wie czy może wejść.
- Może – odparłam wspaniałomyślnie i na przemian zamykałam i otwierałam raz prawe raz lewe oko.
- To mu powiem – Jake wyszedł z kuchni, a po chwili wszedł do niej Ed.
- Wytłumaczysz mi o co się wściekłaś? - złapał się rękami za biodra, ale nie mógł w ten sposób ustać prosto, więc szybko podparł się o lodówkę, obok której siedziałam.
Wywołało to u mnie atak śmiechu pogłębiony przez alkohol płynący w moich żyłach.
- Nie – pokręciłam głową, wciąż się śmiejąc.
Mężczyzna rzucił mi pytające spojrzenie, unosząc przy tym jedną brew do góry.
- Chcę wracać do domu – zsunęłam się ze stołka co nie było dobrą decyzją, bo momentalnie straciłam równowagę.
- Teraz? - spytał, trzymając mój łokieć.
- Tak – tupnęłam nogą niczym małe dziecko.
- Nie ma takiej opcji. Nie odwiozę cię.
- Nie musisz. Daj mi telefon.
Bez słowa sprzeciwu wysunął z kieszeni iPhone'a.
- Nie twój. Mój – popukałam się w czoło i chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku hallu, gdzie wisiała moja kurtka.
Po drodze minęła mnie grupka ludzi, wśród których rozpoznałam znajomego bruneta.
- Matt! - krzyknęłam, skupiając na sobie spojrzenia.
- Co się stało? - mężczyzna podszedł do mnie.
- Piłeś?
- Tak.
- To pa – dałam mu buziaka w policzek i kontynuowałam podróż ku komórce.
Gdy przecisnęłam się przez osoby, które tak samo jak ja postanowiły zakończyć zabawę i znalazłam swoją kurtkę, wyciągnęłam z kieszeni płaski przedmiot. Trzymając go w lewej dłoni, prawą usiłowałam ściągnąć buty, które w obecnej sytuacji stały się nadzwyczaj niewygodne.
- Do kogo chcesz dzwonić? - dopiero teraz zauważyłam, że Ed cały czas mi towarzyszył.
- Jeździ tu jakiś autobus? - zignorowałam jego pytanie.
- Z tego co wiem nocny nie.
- Trudno. A taksówka?
- Nie masz pieniędzy.
- Racja. Gdzie jest toaleta?
Przerażenie w oczach rudzielca bardzo mnie rozśmieszyło. Bez słowa chwycił mnie za rękę i pociągnął wzdłuż korytarza. Otworzył brązowe drzwi i wepchnął mnie do środka.
- Może ci pomóc? - spytał, gdy stałam boso na zimnych kafelkach.
Na imprezach to przeważnie ja byłam pogotowiem ratunkowym trzymającym włosy. Pierwszy raz ktoś chciał pomagać mnie, ale mój wytrzymały organizm tego nie potrzebował.
- Dziękuję, poradzę sobie. Możesz zaczekać na zewnątrz – uśmiechnęłam się miło i dużym nakładem sił wypchnęłam go za drzwi, które zamknęłam na klucz.
Odblokowałam ekran komórki i z listy kontaktów wybrałam ELLIE. Po kilku sygnałach usłyszałam zachrypnięty, zaspany głos.
- Czego chcesz?
- Śpisz?
- Nie, skąd taki pomysł, przecież jest dopiero... czekaj... dwadzieścia po pierwszej.
- Przyjedź po mnie.
- Gdzie?!
- No tutaj. Adres wyślę ci SMS-em.
- Chyba zwariowałaś.
- Jeszcze nie, ale zwariuję, jeśli zostanę tu dłużej. No proszę cię, przyjedź – użyłam najbardziej błagalnego tonu, na jaki było mnie stać.
- Zapomniałaś, że chwilowo mój samochód nie jest sprawny?
- Zapomniałam. A nie możesz pożyczyć auta mamy?
- A co ja jej powiem, jak będę zabierać kluczyki?
- Powiesz, że jedziesz ratować swoją najlepszą koleżankę. Po prostu wymyśl coś i zabierz mnie stąd.
- Dobrze już dobrze. Wyślij mi adres – Ellie zgodziła się z ciężkim westchnieniem.
- Dziękuję, jesteś najlepsza! - krzyknęłam szczęśliwa i się rozłączyłam.
Szybko napisałam wiadomość i poprawiwszy opadające na oczy kosmyki włosów, wyszłam z łazienki.
- Wszystko w porządku? - z podłogi poderwał się zupełnie blady Ed.
- W jak najlepszym – odpowiedziałam mu z szerokim uśmiechem. - Mamy dla siebie jeszcze godzinę. Co robimy?
- Może wyjdziemy do ogrodu, bo...
- Tak, mi też tu trochę słabo – dokończyłam za niego, widząc jak rudzielec zsuwa się po ścianie.
Złapałam go za rękę, a on poprowadził mnie do tylnego wyjścia. Od progu owiał nas kojący, chłodny wiatr. Nie czułam zimna, ale odruchowo skuliłam odkryte ramiona.
- Możemy usiąść? - głos Eda był tak słaby, iż myślałam, że zaraz zemdleje i będę musiała go ratować.
- Jasne – odpowiedziałam, ściskając mocniej jego gorącą dłoń.
Przeszliśmy kamienną alejką oświetloną małymi lampkami i otoczoną przeróżnymi krzakami. Na końcu ścieżki stała drewniana ławeczka, obok której rosły róże. Gdyby nie okoliczności uznałabym, że to bardzo romantyczne miejsce, ale pijany i prawie mdlejący Ed odbierał sytuacji urok. Mężczyzna od razu opadł na ławkę, a ja usiadłam przy nim. Rozejrzałam się dookoła, jak to miałam w zwyczaju. Z tej perspektywy ogród wyglądał bardzo tajemniczo. Nieznane mi rośliny wypełniały każdy zakątek, a pojedyncze światełka uzupełniały fantastyczny nastrój. Mój towarzysz w tym czasie wykonał serię głębokich oddechów połączonych ze schylaniem głowy do kolan i prostowaniem się. Gdy po kilku minutach jego samopoczucie minimalnie się poprawiło, usiadł normalnie i przetarł czoło wierzchem dłoni. Myślałam, że kto jak kto, ale on potrafi radzić sobie z negatywnym wpływem alkoholu, a tymczasem to ja trzymałam się lepiej, mimo że moje policzki i uszy cały czas płonęły, a kolejne fale gorąca bez przerwy do nich napływały. W mojej głowie natomiast kłębiło się tysiąc myśli naraz i czułam, że zaraz oszaleję. Wstałam z ławki, nie mogąc usiedzieć na miejscu i zaczęłam dreptać po wilgotnej trawie. Przez następne dwadzieścia minut nie odezwaliśmy się do siebie nawet słowem. Ed wydawał z siebie tylko bolesne westchnienia, a ja, spacerując, przeglądałam posty i zdjęcia na Facebooku, Twitterze, Instagramie i Snapchacie. W życiu moich przyjaciół z Polski tyle się działo, podczas gdy ja spędzałam piątkowy wieczór na najnudniejszej imprezie w moim życiu i nawet nie miałam ochoty się tym chwalić.
- Masz dziewczynę, prawda? - bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
Może jego związek nie był najlepszym tematem, ale musiałam po prostu przerwać panującą między nami ciszę.
- Skąd wiesz? - zadał pytanie jakby spadł z księżyca.
- Śledzę cię na każdym możliwym portalu. Ciężko nie zauważyć.
- No tak – westchnął ciężko.
- Gdzie ona jest? - na trzeźwo pewnie nie zadawałabym pytań tego typu.
- Kto?
- Nie rób z siebie idioty większego niż jesteś. Odpowiedz.
- Wyjechała.
- Dokąd?
- Do Stanów. Konkretnie na staż do Nowego Jorku.
- Kiedy wraca?
- Jeśli nie przedłużą jej kontraktu to na początku czerwca.
- A jeśli przedłużą? - rzucałam pytaniami jak policjant na przesłuchaniu, ale Ed nie protestował.
- Wtedy albo tam zostanie, albo wróci stęskniona. Tego jeszcze nie wiem.
Zdziwiło mnie z jaką łatwością przychodzi mi słuchanie o tym, a jemu mówienie. Sama nie wiedziałam dlaczego to tak bardzo mnie interesuje, ale brnęłam dalej w coraz trudniejsze pytania.
- Kochasz ją?
Ciszę jaka zapanowała psuła tylko niewyraźna muzyka dobiegająca z wnętrza domu.
- Ja... Nie wiem co mam ci powiedzieć – wyjąkał po dłuższej chwili.
- Najlepiej prawdę – wzruszyłam ramionami, nie przestając krążyć po trawie.
Ed westchnął głośno i w oznace zdenerwowania drapał się prawą ręką po czole.
- Prawda jest taka, że ostatnio nam się nie układa. Cały czas się kłócimy, nawet gdy dzwoni. Coraz częściej zastanawiam się czy to ma sens – moje koncerty, jej praca.
- Z Niną też tak było?
- Rozmawiała z tobą, wiedziałem – powiedział jakby do siebie.
- Spokojnie, była zbyt pijana, bym cokolwiek zrozumiała. Zatem?
- Podobnie, ale wtedy byłem inny, młodszy i głupszy.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Co? - w jego głosie dało się wyczuć nutę zmęczenia tymi pytaniami.
- Dlaczego mnie pocałowałeś?
Już drugi raz w ciągu kilku minut zapanowała niezręczna cisza spowodowana moim pytaniem. Chyba mam do tego talent.
- Bo wypiłaś sok, który będzie mi potrzebny rano – próbował się zaśmiać, ale mu nie wyszło.
- Nie żartuj. Pytam serio.
- A ja ci serio odpowiadam.
Zatrzymałam się, stając naprzeciwko Eda.
- Masz dziewczynę, a pod jej nieobecność całujesz inną. Czy to w porządku?
- Życie nie jest w porządku.
Przewróciłam oczami i skrzyżowałam ręce na wysokości klatki piersiowej, przenosząc jednocześnie ciężar ciała na lewą nogę.
- Wciąż nie odpowiedziałeś na pytanie.
- A po co chcesz wiedzieć? Nie podobało ci się? - wstał z ławki, przez co znalazł się bardzo blisko mnie.
- Podobało, ale...
- No właśnie – szepnął mi do ucha i położył palec na ustach.
Jego twarz przysuwała się do mojej coraz bardziej. Uczucia ogarniające mnie w tej chwili nie były zmieszane. One były zmiksowane. Chwilę wcześniej mówił mi o swojej dziewczynie, a teraz miałam się z nim całować? Nie wiem jak u niego, ale w moim świecie to nie było fair. Odsunęłam się od mężczyzny, czując jak moje serce zaczyna niebezpiecznie przyspieszać. Telefon, który cały czas trzymałam w dłoni, zaczął wibrować. Ellie nawet nie wiedziała, jak byłam jej wdzięczna, że ratuje mnie z tej dziwnej sytuacji.
- Muszę iść – z ulgą pomachałam komórką przed twarzą Eda i odwróciłam się, kierując kroki w stronę domu.
- Odprowadzę cię – usłyszałam za plecami głos rudzielca.
- Nie musisz. Trafię – krzyknęłam, nie patrząc nie niego.
Szybko przecisnęłam się przez wypełnione ludźmi wnętrza domu i weszłam do hallu. Na nogi wsunęłam buty, a na ramiona niedbale zarzuciłam kurtkę. Planowałam po prostu wyjść, nie mówiąc nic nikomu, bo zresztą po co, ale Ed mnie dogonił i złapał za rękę.
- Chyba jednak muszę cię odprowadzić – po ustach przemknął mu uśmiech zwycięstwa. - Zostawiłaś w moim aucie torbę.
Rzeczywiście. Nie sądziłam, że będzie mi potrzebna i położyłam ją na skórzanym siedzeniu.
- Daj mi kluczyki – wyciągnęłam rękę w stronę mężczyzny.
- Po co?
- Na zewnątrz jest moja koleżanka i jeśli cię zobaczy, zacznie zadawać pytania.
- Mało mnie to obchodzi – wzruszył ramionami i złapał klamkę, którą otworzył drzwi.
Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale Ed jednym ruchem wypchnął mnie na dwór i zatrzasnął za sobą wejście do domu. Bez słowa szłam za nim, rozglądając się w poszukiwaniu blondynki i jej samochodu. Nagle rozległo się trąbienie. Kilkanaście metrów przede mną stała czerwona Toyota, w której Ellie energicznie do mnie machała. Wzięłam od Eda torbę, którą właśnie wyciągnął z wnętrza czarnego pojazdu i dałam mu buziaka na pożegnanie. Najszybciej jak mogłam pokonałam dystans dzielący mnie od koleżanki i wsiadłam do auta.
- Dziękuję, że mnie stąd zabierasz – powiedziałam na powitanie i cmoknęłam ją w policzek.
Ellie nie poruszyła się nawet w najmniejszym stopniu. Wpatrywała się w jeden punkt znajdujący się za przednią szybą.
- Coś się stało? - spytałam z niepokojem, mierząc ją wzrokiem.
Rozczochrane włosy i szare spodnie od piżamy świadczyły o tym, że została wyrwana ze snu. Dłonie miała mocno zaciśnięte na kierownicy, a oddech prawie całkowicie ustał. Nie uzyskawszy odpowiedzi, podążyłam wzrokiem za jej nieruchomymi oczami, które zatrzymały się na siedzącym na masce samochodu Edzie. Był skulony i wyglądał co najmniej żałośnie. Westchnęłam głośno, opierając głowę o zagłówek. Ellie, nie odrywając wzroku od rudzielca, szturchnęła mnie łokciem i zapytała
- To naprawdę on czy to wszystko mi się śni?
Jej głos był cichy i bynajmniej nie wyrażał zachwytu, szczęścia czy jakiejkolwiek odmiany ekscytacji. Zdziwiło mnie to trochę, zważywszy na reakcję jej organizmu, ale uznałam to za mało ważny element i obojętnie odpowiedziałam.
- Tak, to Ed Sheeran. Możemy już jechać? Źle się czuję.
Dopiero teraz poczułam ból żołądka połączony z mdłościami i ogarniającą mnie coraz bardziej senność.
- On na pewno czuje się gorzej, ale fakt, wyglądasz okropnie.
Ellie, mówiąc to ruszyła gwałtownie, a ja poleciałam do przodu, co tylko pogorszyło moje samopoczucie. Stwierdziłam, że jeśli cała droga ma tak wyglądać, to bezpieczniej będzie zapiąć pasy i tak też zrobiłam. Kilkanaście minut jechałyśmy w całkowitej ciszy, ale gdy tylko blondynka wyszła z pierwszej fazy szoku, zaczęła rozmowę, której tak bardzo chciałam uniknąć.
- Na żywo jest jeszcze brzydszy niż na zdjęciach – stwierdziła z grymasem na twarzy.
Gwałtownie obróciłam głowę w jej stronę, otwierając usta, by coś powiedzieć, ale Ellie nie dała mi dojść do słowa.
- Czy możesz mi wytłumaczyć to co zobaczyłam?
Dlaczego dzisiaj wszyscy chcieli, żebym im coś tłumaczyła? Pokręciłam głową, podpierając się pięścią.
- Nie dzisiaj to jutro. I tak mi wszystko opowiesz, bo ja nie jestem w stanie tego zrozumieć – podniosła ton głosu.
Dziwiło mnie jej zachowanie, więc walcząc z opadającymi powiekami, postanowiłam zejść na bezpieczniejszy temat.
- Co w końcu powiedziałaś mamie? - zapytałam cicho.
- Nic i lepiej, żeby się nie dowiedziała. O siódmej wychodzi do pracy, więc jeśli będziemy cicho nie zorientuje się, że u mnie jesteś.
- Będziemy, obiecuję – szepnęłam ostatkami sił, czując narastający ból każdej części ciała.
*
I wanna be drunk when I wake up
On the right side of the wrong bed
Nad uchem usłyszałam doskonale mi znany tekst piosenki. Wydałam z siebie jęk niezadowolenia, zakrywając sobie uszy rękami i naciągając na głowę czerwony koc. Jednak uporczywe dźwięki przebijały się przez pluszowy materiał oraz szczeliny palców i drażniły moją obolałą głowę. Niechętnie otworzyłam oczy. Nade mną stała Ellie z moim telefonem w dłoni.
- Ta piosenka chyba idealnie pasuje do twojego stanu. Główka boli? Ciekawe dlaczego – powiedziała ironicznie, trochę zbyt głośno.
- Daj mi spokój – odpowiedziałam szeptem, leniwie siadając na miękkim materacu ogromnego łóżka.
Blondynka pokręciła głową i przewróciła oczami, rzucając mi na kolana komórkę. Jednym palcem wyłączyłam wciąż grającą muzykę.
- Wyłączasz? Myślałam, że go uwielbiasz. Wspólne spotkania, impreza, ponad setka jego piosenek na telefonie.
- Która godzina? - zapytałam, ignorując jej uszczypliwą uwagę i opadając bezwładnie na prześcieradło.
- Przecież przed chwilą sprawdziłaś.
Uniosłam ręce w bezradnym geście i czekałam na odpowiedź, wpatrując się w twarz Ellie, która spojrzała na tarczę czerwonego zegarka zapiętego na jej lewym nadgarstku.
- Jest... pięć po dziesiątej – usłyszałam wysoki ton głosu.
Jak oparzona zerwałam się z łóżka i zgarnęłam z podłogi sukienkę leżącą pod moimi stopami. Pulsujący ból głowy nie dawał o sobie zapomnieć, ale nie mogłam zwieść Lucy i Paula, dlatego w jednej chwili stałam w łazience, obmywając rozpaloną twarz zimną wodą. Jedną ręką chwyciłam zielony ręcznik i wytarłam mokrą buzię, podnosząc wzrok, który zatrzymał się na żałosnym odbiciu w lustrze. Przekrwione, podkrążone i rozmazane oczy otaczały rozczochrane i odstające we wszystkie strony włosy. Z ramion zwisała rozciągnięta koszulka ze śladami po dawnym nadruku. Skrzywiłam się, widząc to i związałam włosy w coś co miało przypominać kitkę. Zrzuciłam z siebie legginsy i T-shirt, i ubrałam wczorajszą sukienkę. W dalszym ciągu wyglądałam źle, ale już nie tragicznie. Szybko starłam jeszcze z policzka resztki rozmazanego tuszu i wróciłam do pokoju.
- Idę – powiedziałam do zakładającej czarne dżinsy Ellie.
- Poczekaj chwilę, odprowadzę cię – odpowiedziała zapinając guziki.
- Ale ja muszę JUŻ iść – wzrokiem szukałam swojej torby.
- A ja nie wypuszczę cię w tym stanie samej z domu. Daj mi moment i idziemy.
Westchnęłam i przeszłam przez cały pokój, by wziąć torbę leżącą po drugiej stronie łóżka.
- Gotowa! - krzyknęła blondynka po pięciu minutach i wyszłyśmy z domu.
Ostre promienie słońca niespotykane często w tym mieście irytowały moje oczy. Akurat dzisiaj byłabym wdzięczna pogodzie za odrobinę wyrozumiałości i zasłonięcie nieba chmurami, ale jak na złość nie było nawet najmniejszego obłoczka. Na szczęście dom Ellie był blisko przystanku, na którym nie musiałyśmy nawet długo czekać. Po dwóch minutach zajęłyśmy miejsca w czerwonym autobusie. Zapatrzyłam się w okno, obserwując znudzonych wycieczką uczniów jednej ze szkół. Mierzyłam właśnie wzrokiem wyraźnie smutną i samotną dziewczynę idącą na końcu grupy, gdy koleżanka mocno mnie szturchnęła.
- Wczoraj nie byłaś w stanie ze mną rozmawiać, ale ja już dłużej nie wytrzymam.
Popatrzyłam na nią nieobecnym wzrokiem, udając, że nie wiem o czym mówi, ale Ellie nawet na moment nie przerwała swojej wypowiedzi.
- Nie będę ci kazała opowiadać o tym jak się poznaliście i co robicie jak jesteście sami, bo w tej chwili mnie to nie interesuje, chociaż ogólnie to na pewno bardzo ciekawe. Mam tylko jedno pytanie. Naprawdę jesteś taka głupia czy tylko udajesz?


Pisanie tego rozdziału zajęło mi tydzień dłużej niż zwykle, ale za trzy dni egzaminy, dlatego specjalne pozdrowienia dla wszystkich trzecioklasistów. Chciałam też podziękować Kasi i Ani, które starały się mi pomóc, gdy zabrakło pomysłu. Ale szczególnie dziękuję za wszystkie miłe komentarze, zarówno tutaj jak i na Facebooku. Dzięki nim jestem szczęśliwa, bo wiem, że to co robię ma jakikolwiek sens :) A co do rozdziału to piszcie jak Wam się podoba, bo przyznam się, że było ciężko.

sobota, 4 kwietnia 2015

Rozdział VI

Pierwszy raz od dłuższego czasu wróciłam do domu z Paulem zaraz po szkole. Miałam jeszcze tyle roboty. Podstawowym problemem okazał się oczywiście skromny stan mojej szafy, choć tak naprawdę po prostu nie wiedziałam co POWINNAM na siebie założyć. Żadna z rzeczy nie była odpowiednia. Pewnie w domu namówiłabym mamę na zakupy, ale w obecnej sytuacji spędziłam przed drewnianym meblem czterdzieści minut i nic z tego nie wynikło. Nie mogłam marnować tak cennego czasu, dlatego kwestią ubioru postanowiłam zająć się później. W pośpiechu udałam się do łazienki, gdzie umyłam głowę i wydepilowałam nogi. Oczywiście nie obyło się bez ofiar. Podłoga wyglądała jakby kogoś na niej zarznęli, a ja dodałam trzy zacięcia do kolekcji. Mokre włosy rozczesałam i wyjątkowo użyłam suszarki. Nie miałam czasu, by schły w swoim naturalnym tempie. Problem był tylko jeden. Otóż z moich włosów jak zawsze po suszeniu zrobiło się siano, dlatego też w ruch poszła prostownica, którą dostałam na urodziny. Gdy po półgodzinie fryzura była gotowa, zajęłam się makijażem. Na co dzień używałam tylko tuszu i nie miałam wprawy w sztuce wizażu, ale po trzech próbach udało mi się zrobić w miarę równe kreski i ich nie rozmazać. Pełna nadziei wróciłam pod szafę. Wyjęłam z niej każdą rzecz, która choć w minimalnym stopniu nadawałaby się na wieczór i przymierzałam po kilka razy w najróżniejszych kombinacjach. Ostatecznie za kwadrans szósta stałam przed lustrem w niezbyt obcisłej czarnej sukience przed kolano z przodem ze sztucznej skóry i pojedynczymi cekinami od ramion do talii. Wydawało mi się, że jest dobrze. Na nogi wsunęłam czarne koturny i chwyciłam dużą torebkę w tym samym kolorze co reszta stroju. Szybko wrzuciłam do niej rzeczy, które przydałyby mi się na nocce u koleżanki, czyli niebieską szczoteczkę do zębów, koszulkę i legginsy, dezodorant i czystą bieliznę. Ostatnią z rzeczy włożyłam w tym samym momencie, w którym usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeszcze tylko spryskałam perfumami okolice uszu i nadgarstki, przejechałam usta delikatnie czerwoną pomadką i uśmiechnięta otwierałam drzwi. Pocałunkiem w policzek przywitałam się z Edem.
- Wychodzę! - krzyknęłam, ściągając z wieszaka skórzaną kurteczkę.
- Dobrze – do przedpokoju weszła Lucy. - Tylko wróć jutro przed jedenastą, bo...
- Pamiętam. Będę punktualnie i zajmę się Kevinem. Nie martw się – uśmiechnęłam się uspokajająco. Dałam kobiecie szybkiego buziaka i wyszłam, machając na pożegnanie.

- Czy ja dobrze zrozumiałem, że spędzisz ze mną całą noc? - spytał mężczyzna, unosząc kąciki ust i jak zwykle gwałtownie wciskając pedał gazu.
- Owszem – odpowiedziałam przeciągle, dodając jednak szybko. - Ale nie wyobrażaj sobie za wiele.
- Moja wyobraźnia podpowiada mi tylko to, że będziemy się dzisiaj świetnie bawić.
- Mam nadzieję – z uśmiechem patrzyłam na zakorkowaną ulicę.

- Właściwie wejdziemy do mnie tylko na chwilę – usłyszałam, gdy parkowaliśmy pod znaną mi już kamienicą.
Wzruszyłam ramionami i wysiadłam z czarnego samochodu. Na zewnątrz padał dokuczliwy drobny deszcz, dlatego w jednej chwili znalazłam się w bramie, a zaraz za mną wbiegł do niej mój rudowłosy towarzysz. Wdrapałam się na ostatnie piętro i weszłam do otwartego mieszkania. Pierwsze co zrobiłam, to sprawdziłam w lustrze czy te kilka kropel wody nie zniszczyło mojej ciężkiej pracy, ale na szczęście włosy nadal pozostawały proste.
- Usiądź, napij się czegoś, zresztą rób co chcesz. Wezmę tylko kilka rzeczy i zaraz jedziemy – Ed powiedziawszy to, zniknął za drzwiami prowadzącymi prawdopodobnie do sypialni, gdyż kątem oka dostrzegłam rozgrzebane łóżko.
Pomaszerowałam prosto do kuchni. Z dużej srebrnej lodówki wyciągnęłam butelkę soku pomarańczowego, a z szafki wiszącej obok czystą szklankę. Nalałam do niej picia i oparłam się o zimny blat. Patrząc przez okno na zatłoczone londyńskie ulice, opróżniałam zawartość naczynia. Co jakiś czas odrywałam się od tego intrygującego widoku na zewnątrz i dolewałam sobie pomarańczowego napoju. Nawet nie zauważyłam, kiedy w butelce zabrakło soku. Uświadomił mi to dopiero Ed, który wszedł do kuchni. Miał tylko coś wziąć, a zmienił cały strój. Zwykłe dżinsy przebrał na te w kolorze czarnym, a granatową bluzę – na czarny T-shirt i niebieską koszulę. W dodatku powiedzmy ułożył włosy.
- Jak mogłaś wypić cały mój zapas soku na co najmniej dwa dni? - udawany rozgoryczony ton głosu wyrwał mnie z rozważań o jego wyglądzie. Spojrzałam na twarz mężczyzny i dostałam ataku śmiechu. Sądząc po jego minie, zachowywałam się jak nietrzeźwa albo naćpana, ale po prostu nie potrafiłam się uspokoić.
- Wybacz, ale ty jesteś uzależniony od papierosów i Bóg wie czego jeszcze, a ja od soku pomarańczowego – wzruszyłam ramionami, cały czas krztusząc się od śmiechu i niewinnie na niego spojrzałam.
- W takim razie musisz mi tę stratę jakoś wynagrodzić – powiedział, przysuwając się bliżej mnie.
Na policzku, z którego w jednej chwili zszedł uśmiech, poczułam dotyk jego ciepłych dłoni. Moje ciało mimowolnie zaczęło drgać, a twarz przybrała zapewne barwę bardziej przypominającą barszcz niż człowieka. Wiedziałam co się za chwilę wydarzy i bardzo mnie to podniecało, ale nie wiedzieć czemu bałam się. Odległość między nami z każdą sekundą się zmniejszała, ale ja nie odrywałam wzroku od niebieskich tęczówek. Gdy dzieliło nas już tylko kilka milimetrów, Ed zatrzymał się.
- Chyba, że wymyślisz inny sposób – jego przyspieszony oddech łaskotał mnie w okolicach prawego ucha.
W odpowiedzi pokręciłam głową i przygryzłam dolną wargę. Zamknęłam oczy, a moje ciało zalała fala gorąca, dokładnie w tym momencie, w którym nasze usta po raz pierwszy się spotkały. Dłonie, którymi chwilę wcześniej opierałam się o blat, ułożyłam za jego uszami, a czując jak nasze języki stykają się w namiętnym pocałunku, wplotłam swoje kruche palce w rude włosy. Jedna ręka mężczyzny wędrowała po moich plecach, podczas gdy kciuk drugiej gładził mnie po lewym policzku, a reszta palców plątała jasne włosy. Byłam szczęśliwa, czując słodki smak jego miękkich ust. Nie wiedziałam jak długo trwał nasz pocałunek, ale mało mnie to obchodziło. W każdym razie, gdy nasze wargi niechętnie się rozłączyły, zetknęliśmy się czołami, nie chcąc by ta chwila minęła. Powoli uniosłam powieki i uśmiechnęłam się, w dalszym ciągu czując nierówny oddech na policzku i dotyk rozgrzanych rąk na biodrach. Delikatnie wysunęłam się z objęć i przeniosłam się do salonu. Usiadłam na białej kanapie tuż obok śpiącego Grahama. Odwróciłam głowę w stronę kuchni, gdzie Ed cały czas stał tyłem do mnie oparty dłońmi o marmurowy blat.
- Chyba powinniśmy już iść – rzuciłam niewinnie, dyskretnie oblizując usta.
- Masz rację – odwrócił się w moją stronę, szczerząc się w uśmiechu.
*
Nie potrafiłam na niego spojrzeć. Chciałam, ale bałam się, że zauważy wciąż rozpalone policzki, rozszerzone źrenice i błogi uśmiech na twarzy. Na szczęście on też nie wykazywał chęci rozmowy. Gapiłam się więc bezmyślnie w okno, podpierając głowę pięścią i liczyłam mijane drzewa. Trzydzieści minut zajęło nam wydostanie się z Londynu, a po kolejnych dwudziestu wjechaliśmy na podjazd prowadzący do celu. To było najcichsze pięćdziesiąt minut mojego życia. Miejsce, w którym się znaleźliśmy było na zupełnym odludziu otoczonym jedynie drzewami. Zresztą nie mogłam się dziwić. Żaden normalny sąsiad nie wytrzymałby hałasu, który słychać było z odległości kilkuset metrów. Wjechaliśmy przez szeroką metalową bramę, za którym stały najnowsze i najdroższe modele aut. Sam dwupiętrowy dom wyglądał całkiem zwyczajnie. Wyróżniało go tylko to, że z prawie każdego kąta wylewała się masa ludzi. Przypominało mi to trochę amerykańskie filmy, w których pod nieobecność rodziców dzieci organizują domówkę. Brakowało tylko basenu i szaleńców, którzy skakaliby do niego z dachu.
Zaparkowaliśmy za czarnym BMW i wysiedliśmy z samochodu. Po przejściu około pięćdziesięciu metrów weszliśmy do środka, gdzie unosiły się opary tytoniu mieszające się z zapachem alkoholu. Mrużąc oczy i kaszląc od dymu, ściskałam nerwowo rękę Eda. Bałam się, że gdzieś go zgubię i będę musiała radzić sobie sama. Na wieszaku zawiesiłam kurtkę i podążałam wzdłuż korytarza, nie odstępując mężczyzny na krok. Otaczał nas tłum ludzi. Jedni podobierali się w grupki i rozmawiając, sączyli kolorowe drinki. Inni obściskiwali się po kątach, a jeszcze inni skakali w rytm puszczanych hitów. Łączyło ich jedno. Wszyscy byli młodzi, piękni i bogaci, jak z jakiegoś beznadziejnego serialu. Nie potrafiłam odnaleźć się w tym towarzystwie, dlatego krok w krok szłam za Rudym, który co chwila witał się z osobami, które widziałam pierwszy raz w życiu. Nagle ktoś wskoczył między nas i objął mnie ramieniem.
- No nareszcie jesteście – Jake starał się przekrzyczeć muzykę.
- Nie opuściłbym imprezy u ciebie. Tak dawno na żadnej nie byłem.
- To prawda. A tak na marginesie, kręci się tutaj twoja była, uważaj – dodał ciszej, śmiejąc się.
Przysłuchiwałam się krótkiej rozmowie mężczyzn, zastanawiając się co ja tu właściwie robię, gdy blondyn złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
- Porywam ją. Ktoś musi wprowadzić Ninę w towarzystwo – puścił oczko do Eda i ruszył w stronę głównej części domu, a ja bez szans na jakąkolwiek reakcję szłam za nim.
„Wprowadzenie w towarzystwo” jak ujął to Jake wyglądało dość... hmm... dziwnie. Mężczyzna przedstawiał mnie osobom, których imion, a tym bardziej nazwisk nie byłam w stanie zapamiętać. Ja za to uśmiechałam się miło, mając nadzieję, że to się szybko skończy. Gdy dotarliśmy do ogromnej, przestronnej i co najważniejsze pustej kuchni, Jake stanął na środku przy wyspie i odwrócił głowę w moją stronę.
- Napijesz się czegoś? - zapytał z nieschodzącym mu z twarzy uśmieszkiem.
- Na razie nie.
- A ja owszem – odpowiedział sam sobie i z lodówki stojącej za nim wyjął dwie butelki piwa i obydwie je otworzył.
Rozejrzałam się dookoła, próbując dojrzeć gdzieś Eda, ale na próżno. Byłam skazana na towarzystwo ironicznie uśmiechniętego blondyna. Zrezygnowana usiadłam na wysokim kuchennym stołku, obserwując jak Jake wypija duszkiem zawartość pierwszej butelki.
- Co jest? - mężczyzna zwrócił się do mnie, lustrując uważnie moją twarz.
- Wszystko w porządku – uśmiechnęłam się sztucznie i poprawiłam podciągającą się sukienkę.
- Na pewno? - blondyn zmierzył mnie wzrokiem. - Bo na to mi nie wygląda.
- Tak, tylko – zawahałam się – trochę źle się czuję – dłonią dotknęłam skroni, chcąc udowodnić ból głowy.
Może powinnam powiedzieć mu prawdę, że czuję się tutaj nieswojo, a dodatkowo zostawił mnie ten, który mnie tu przyprowadził, ale nie miałam śmiałości rozmowy z człowiekiem, którego widziałam trzeci raz w życiu. Pozostało mi zatem kręcenie się na niewygodnym stołku i wpatrywanie w paznokcie.
- Jake, dołączysz do nas? - w progu stanęła wysoka, szczupła brunetka ubrana w krótką, czerwoną sukienkę. Uśmiechała się uwodzicielsko, wystukując na ścianie palcami rytm piosenki.
Blondyn spojrzał na mnie pytająco.
- Idź. Nie przejmuj się mną – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
- Jesteś pewna, że dasz sobie radę? - przybrał ton troskliwego starszego brata.
- Jestem już duża. Wracaj do gości – uśmiechnęłam się uspokajająco.
Jake niepewnym krokiem podszedł do kobiety, która złapała go pod rękę i wciągnęła go tłum.
Siedziałam na stołku, machając nogami jak małe dziecko. Zastanawiałam się czy Ed w ogóle zamierza mnie znaleźć, czy też zostanę już tutaj do końca. Pewnie mogłabym sama go poszukać, ale moja wrodzona nieśmiałość skutecznie mi to uniemożliwiała. Oglądałam więc nowoczesne wyposażenie kuchni, długi stół zastawiony alkoholem, do którego od drugiej strony co chwilę ktoś podchodził i równo poukładane butelki wina. Nagle jedna rzecz zwróciła moją uwagę. Na blacie obok lodówki cały czas stało piwo. Nudziło mi się tak bardzo, że bez namysłu wyciągnęłam po nie rękę, omal nie spadając ze stołka. Wciąż chłodną butelkę obracałam w dłoniach, nie chcąc tak od razu pozbywać się zajęcia. Po kilku minutach zdecydowałam się w końcu pociągnąć łyk i od razu tego pożałowałam. W ustach poczułam wyjątkowo nieprzyjemny, gorzki smak. Z grymasem odsunęłam od siebie butelkę i przełknęłam napój. Jak w ogóle można było to pić?
Straciwszy jedyne interesujące zajęcie, zaczęłam czytać napisy na opakowaniu piwa, o ile piwem można to było nazwać.
- Pijesz w samotności? - z jakże fascynującej czynności wyrwał mnie przeszywający choć lekko zachrypnięty głos.
Automatycznie odwróciłam głowę w stronę wysokiego bruneta zaczesanego do góry i ubranego w szary sweter wycięty w serek oraz czarne dżinsy. Stał oparty o framugę z rękami skrzyżowanymi na piersi i czarującym uśmiechem na twarzy. Był najlepszym co do tej pory mnie tutaj spotkało.
Mężczyzna, nie czekając na moją odpowiedź, podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
- Jestem Matt – przedstawił się.
- Nina – uścisnęłam mu dłoń.
- To skoro już się znamy, wyjaśnij mi dlaczego siedzisz tu sama.
Wzruszyłam ramionami i spuściłam głowę. Nie miałam zamiaru opowiadać mu zawiłej historii mojego życia.
- Wiem! - krzyknął Matt. - Chłopak cię zostawił.
Pierwszy raz od prawie dwóch godzin zaśmiałam się.
- W pewnym sensie.
- Zatem jedynym sposobem na poprawę humoru jest zabawa – powiedział wesoło mężczyzna.
- Ale ja nie wiem czy to dobry pomysł – nie miałam specjalnej ochoty na przeciskanie się między tymi wszystkimi ludźmi.
- Zaufaj mi – znów użył tego czarującego uśmiechu, któremu nie mogłam odmówić.
Zsunęłam się ze stołka, odstawiłam butelkę na blat i stanęłam obok bruneta, który złapał mnie za rękę i szybkim krokiem wyprowadził z kuchni.
- Tylko uważaj – nachylił się do mojego ucha, gdy wchodziliśmy w podrygujący tłum. - Jestem całkiem niezłym tancerzem.
- Podobno ja też jestem dobra – szepnęłam, śmiejąc się.
Matt, cały czas trzymając mnie za rękę, zaczął skakać w takt jakiegoś remixu, a ja razem z nim. Po jakimś czasie popchnięta przez jedną z osób bawiących się razem z nami znalazłam się w objęciach mężczyzny i na własnej skórze mogłam przekonać się o jego umiejętnościach. Jakie było moje zdziwienie, gdy zauważyłam, że nie kłamał. Taniec z nim był czystą przyjemnością, dlatego też nie miałam zamiaru się od niego odklejać. Jednak jak zwykle moje plany zostały brutalnie zniszczone. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu i z niechęcią się odwróciłam. Przede mną stał już lekko podpity rudzielec. Miło, że w końcu się pojawił, ale mógł wybrać odpowiedniejszy moment. Tak naprawdę dzięki Mattowi zapomniałam, że mnie zostawił i nie miałam ochoty opuszczać mojego tanecznego partnera nawet na moment.
- Tu jesteś. Wszędzie cię szukałem.
- Czyżby? - skrzyżowałam ręce na piersi. - Prawie cały czas spędziłam w kuchni, a tam nie zjawiłeś się ani razu.
- To znaczy... - Ed podrapał się w głowę zmieszany.
- Nie tłumacz się. Jesteś gwiazdą, rozumiem. Nie będę ci przeszkadzać – odwróciłam się na pięcie w stronę znieruchomiałego Matta. - Przepraszam, ale muszę odpocząć – wysiliłam się na miły uśmiech i odeszłam.
Wyszłam z salonu, nie wiedząc gdzie mam iść. Nie chciałam wracać do pustej kuchni, ale musiałam chwilę pomyśleć w spokoju, a to było jedyne puste miejsce w tym domu, oprócz piętra, na które nie było wstępu. Weszłam więc do zbyt jasno oświetlonego pomieszczenia i stanęłam przy wyspie, opierając się o nią rękami i spuszczając głowę.
- Nina! O co ci chodzi? - tuż za mną wbiegł Ed.
Dobre pytanie, o co tak naprawdę się wściekałam? O to, że mnie zostawił, chociaż właściwie to nie jego wina, że Jake mnie zabrał, o to, że nawet jeśli mnie szukał, nie znalazł mnie czy też o to, że przerwał mi taniec z Mattem. Sama nie wiedziałam, ale w każdym razie nie miałam ochoty go słuchać ani na niego patrzeć.
- Zostaw mnie – poprosiłam, nie odrywając wzroku od zimnego blatu.
- Ale co się stało? - Ed nie odpuszczał.
- Nic, po prostu chcę chwilę zostać sama – spojrzałam w jego nic nierozumiejące oczy.
Mężczyzna, nie mówiąc nic więcej, wycofał się w stronę wyjścia. Gdy zniknął z mojego pola widzenia, rozejrzałam się po kuchni. Tuż przede mną stała opróżniona do połowy butelka wódki i prawie pusta cola. Ktoś widocznie wolał colę z wódką, ale ja preferowałam dzisiaj odmienną sytuację. Z jednej z białych szafek wyciągnęłam szklankę i nalałam do niej odrobinę gazowanego napoju, dolewając do połowy wysokości alkohol. W dwóch łykach opróżniłam naczynie i zrobiłam sobie drugiego drinka, który po chwili skończył tak samo jak pierwszy. Coli starczyłoby jeszcze tylko na jedną porcję, dlatego postanowiłam zachować ją na gorszy czas. Zamknęłam oczy, czując jak wypity alkohol powoli uderza mi do głowy. Dlaczego to tak wyglądało? Przecież chyba nie byłam mu do końca obojętna skoro mnie pocałował. Wspomnienie sytuacji w kuchni wywołało na mojej twarzy uśmiech, ale tylko na chwilę. Chociaż teraz to ja go odrzuciłam i wolałam upić się w samotności niż z nim porozmawiać. Pierwszy krok do alkoholizmu. Stałam oparta pupą o blat, przeczesując palcami cienkie włosy, które zdążyły się już częściowo skręcić. Usłyszałam czyjeś kroki na czekoladowej posadzce, ale nie interesowało mnie do kogo należą. Jednak, gdy kroki ucichły tuż obok mnie, niechętnie otworzyłam oczy. Obok mnie stała krótko ścięta blondynka z mocnym makijażem. Ubrana była w krótką czarną sukienkę i czarne ciężkie buty. Przypominała mi kogoś, ale mój umysł pracował zbyt wolno.
- Widzę, że bawisz się dzisiaj tak samo świetnie jak ja – zagadnęła dziewczyna.
Posłałam jej spojrzenie mówiące: „Nawet nie wiesz jak bardzo” i zajęłam się oglądaniem swoich paznokci.
- Nina – blondynka podała mi rękę.
No tak, Nina Nesbitt. Jak mogłam jej nie rozpoznać? Uścisnęłam jej dłoń i otworzyłam usta by się przedstawić, ale dziewczyna mnie ubiegła.
- Wiem kim jesteś. Każdy wie z kim przyszedł Ed Sheeran – ironia w jej głosie trochę mnie zabolała.
Uniosłam brwi i oczekując jakiegoś wyjaśnienia, wpatrywałam się w moją imienniczkę.
- W tym świecie już tak jest. Ed jest najważniejszy i wszyscy wiedzą co i z kim robi, ale nikt nie pyta dlaczego – blondynka wzruszyła ramionami.
Z tego co powiedziała zrozumiałam tylko tyle, że wszyscy na tej imprezie wiedzą, że przyszłam z Rudym, ale już to mnie wystarczająco przeraziło.
- Ze mną przez jakiś czas też tak było. Dzięki temu ludzie zaczęli mnie rozpoznawać. Na początku podobało mi się to, ale potem czułam się tylko jak dodatek. Poza tym jego ciągle nie było, a gdy wracał zabierał mnie na imprezę i myślał, że wszystko w porządku.
Słuchałam, nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi. Była bardziej pijana niż ja.
- A mówisz mi to bo? - przerwałam w końcu jej monolog.
- Bo słyszałam waszą kłótnie, a znam go bardzo dobrze i wiem jak traktuje dziewczyny. Napisze o tobie piosenkę i pozamiatane. W dodatku... Ile masz lat?
- Siedemnaście.
- W dodatku jesteś od niego sporo młodsza i...
- Dobra, starczy.
Byłam na niego zła, ale nie aż tak, żeby słuchać rad jego pijanej byłej.
- Po prostu nie chcę, żebyś przez niego cierpiała.
- Co ci zależy? Nawet mnie nie znasz.
- Jasne – Nina uśmiechnęła się przepraszająco.
Wzrokiem zlustrowała pomieszczenie i chwiejnym krokiem przeszła na drugi koniec kuchni. Schyliła się po leżący na blacie długopis i znalazła jakąś poszarpaną karteczkę. Dokładnie obserwowałam każdy jej ruch, zastanawiając się co robi. Po chwili wróciła do mnie i wręczyła mi zapisany skrawek papieru.
- Jakbyś chciała zawsze możesz zadzwonić. Polubiłam cię – uniosła kąciki ust jak dziecko i podskakując wyszła z kuchni.

Stałam oszołomiona, wpatrując się w prawie nieczytelny numer telefonu. Na tej imprezie wszyscy byli jacyś dziwni. Najpierw Matt, który wziął się nie wiadomo skąd i dlaczego, a teraz Nina zmieniająca swoje zachowanie co dwie minuty. Chciałam stąd jak najszybciej wyjść, ale nie miałam pojęcia jak miałabym wrócić do domu. Wykorzystałam ostatnią porcję coli i wódki, i szybko wypiłam. Usiadłam na stołku i zamknęłam oczy, czekając na jakiś pomysł.