Pierwszy raz od
dłuższego czasu wróciłam do domu z Paulem zaraz po szkole. Miałam
jeszcze tyle roboty. Podstawowym problemem okazał się oczywiście
skromny stan mojej szafy, choć tak naprawdę po prostu nie
wiedziałam co POWINNAM na siebie założyć. Żadna z rzeczy nie
była odpowiednia. Pewnie w domu namówiłabym mamę na zakupy, ale w
obecnej sytuacji spędziłam przed drewnianym meblem czterdzieści
minut i nic z tego nie wynikło. Nie mogłam marnować tak cennego
czasu, dlatego kwestią ubioru postanowiłam zająć się później.
W pośpiechu udałam się do łazienki, gdzie umyłam głowę i
wydepilowałam nogi. Oczywiście nie obyło się bez ofiar. Podłoga
wyglądała jakby kogoś na niej zarznęli, a ja dodałam trzy
zacięcia do kolekcji. Mokre włosy rozczesałam i wyjątkowo użyłam
suszarki. Nie miałam czasu, by schły w swoim naturalnym tempie.
Problem był tylko jeden. Otóż z moich włosów jak zawsze po
suszeniu zrobiło się siano, dlatego też w ruch poszła
prostownica, którą dostałam na urodziny. Gdy po półgodzinie
fryzura była gotowa, zajęłam się makijażem. Na co dzień
używałam tylko tuszu i nie miałam wprawy w sztuce wizażu, ale po
trzech próbach udało mi się zrobić w miarę równe kreski i ich
nie rozmazać. Pełna nadziei wróciłam pod szafę. Wyjęłam z niej
każdą rzecz, która choć w minimalnym stopniu nadawałaby się na
wieczór i przymierzałam po kilka razy w najróżniejszych
kombinacjach. Ostatecznie za kwadrans szósta stałam przed lustrem w
niezbyt obcisłej czarnej sukience przed kolano z przodem ze
sztucznej skóry i pojedynczymi cekinami od ramion do talii. Wydawało
mi się, że jest dobrze. Na nogi wsunęłam czarne koturny i
chwyciłam dużą torebkę w tym samym kolorze co reszta stroju.
Szybko wrzuciłam do niej rzeczy, które przydałyby mi się na nocce
u koleżanki, czyli niebieską szczoteczkę do zębów, koszulkę i
legginsy, dezodorant i czystą bieliznę. Ostatnią z rzeczy włożyłam
w tym samym momencie, w którym usłyszałam dzwonek do drzwi.
Jeszcze tylko spryskałam perfumami okolice uszu i nadgarstki,
przejechałam usta delikatnie czerwoną pomadką i uśmiechnięta
otwierałam drzwi. Pocałunkiem w policzek przywitałam się z Edem.
- Wychodzę! -
krzyknęłam, ściągając z wieszaka skórzaną kurteczkę.
- Dobrze –
do przedpokoju weszła Lucy. - Tylko wróć jutro przed jedenastą,
bo...
- Pamiętam.
Będę punktualnie i zajmę się Kevinem. Nie martw się –
uśmiechnęłam się uspokajająco. Dałam kobiecie szybkiego buziaka
i wyszłam, machając na pożegnanie.
- Czy ja
dobrze zrozumiałem, że spędzisz ze mną całą noc? - spytał
mężczyzna, unosząc kąciki ust i jak zwykle gwałtownie wciskając
pedał gazu.
- Owszem –
odpowiedziałam przeciągle, dodając jednak szybko. - Ale nie
wyobrażaj sobie za wiele.
- Moja
wyobraźnia podpowiada mi tylko to, że będziemy się dzisiaj
świetnie bawić.
- Mam nadzieję
– z uśmiechem patrzyłam na zakorkowaną ulicę.
- Właściwie
wejdziemy do mnie tylko na chwilę – usłyszałam, gdy parkowaliśmy
pod znaną mi już kamienicą.
Wzruszyłam
ramionami i wysiadłam z czarnego samochodu. Na zewnątrz padał
dokuczliwy drobny deszcz, dlatego w jednej chwili znalazłam się w
bramie, a zaraz za mną wbiegł do niej mój rudowłosy towarzysz.
Wdrapałam się na ostatnie piętro i weszłam do otwartego
mieszkania. Pierwsze co zrobiłam, to sprawdziłam w lustrze czy te
kilka kropel wody nie zniszczyło mojej ciężkiej pracy, ale na
szczęście włosy nadal pozostawały proste.
- Usiądź,
napij się czegoś, zresztą rób co chcesz. Wezmę tylko kilka
rzeczy i zaraz jedziemy – Ed powiedziawszy to, zniknął za
drzwiami prowadzącymi prawdopodobnie do sypialni, gdyż kątem oka
dostrzegłam rozgrzebane łóżko.
Pomaszerowałam
prosto do kuchni. Z dużej srebrnej lodówki wyciągnęłam butelkę
soku pomarańczowego, a z szafki wiszącej obok czystą szklankę.
Nalałam do niej picia i oparłam się o zimny blat. Patrząc przez
okno na zatłoczone londyńskie ulice, opróżniałam zawartość
naczynia. Co jakiś czas odrywałam się od tego intrygującego
widoku na zewnątrz i dolewałam sobie pomarańczowego napoju. Nawet
nie zauważyłam, kiedy w butelce zabrakło soku. Uświadomił mi to
dopiero Ed, który wszedł do kuchni. Miał tylko coś wziąć, a
zmienił cały strój. Zwykłe dżinsy przebrał na te w kolorze
czarnym, a granatową bluzę – na czarny T-shirt i niebieską
koszulę. W dodatku powiedzmy ułożył włosy.
- Jak mogłaś
wypić cały mój zapas soku na co najmniej dwa dni? - udawany
rozgoryczony ton głosu wyrwał mnie z rozważań o jego wyglądzie.
Spojrzałam na twarz mężczyzny i dostałam ataku śmiechu. Sądząc
po jego minie, zachowywałam się jak nietrzeźwa albo naćpana, ale
po prostu nie potrafiłam się uspokoić.
- Wybacz, ale
ty jesteś uzależniony od papierosów i Bóg wie czego jeszcze, a ja
od soku pomarańczowego – wzruszyłam ramionami, cały czas
krztusząc się od śmiechu i niewinnie na niego spojrzałam.
- W takim
razie musisz mi tę stratę jakoś wynagrodzić – powiedział,
przysuwając się bliżej mnie.
Na policzku, z
którego w jednej chwili zszedł uśmiech, poczułam dotyk jego
ciepłych dłoni. Moje ciało mimowolnie zaczęło drgać, a twarz
przybrała zapewne barwę bardziej przypominającą barszcz niż
człowieka. Wiedziałam co się za chwilę wydarzy i bardzo mnie to
podniecało, ale nie wiedzieć czemu bałam się. Odległość między
nami z każdą sekundą się zmniejszała, ale ja nie odrywałam
wzroku od niebieskich tęczówek. Gdy dzieliło nas już tylko kilka
milimetrów, Ed zatrzymał się.
- Chyba, że
wymyślisz inny sposób – jego przyspieszony oddech łaskotał mnie
w okolicach prawego ucha.
W odpowiedzi
pokręciłam głową i przygryzłam dolną wargę. Zamknęłam oczy,
a moje ciało zalała fala gorąca, dokładnie w tym momencie, w
którym nasze usta po raz pierwszy się spotkały. Dłonie, którymi
chwilę wcześniej opierałam się o blat, ułożyłam za jego
uszami, a czując jak nasze języki stykają się w namiętnym
pocałunku, wplotłam swoje kruche palce w rude włosy. Jedna ręka
mężczyzny wędrowała po moich plecach, podczas gdy kciuk drugiej
gładził mnie po lewym policzku, a reszta palców plątała jasne
włosy. Byłam szczęśliwa, czując słodki smak jego miękkich ust.
Nie wiedziałam jak długo trwał nasz pocałunek, ale mało mnie to
obchodziło. W każdym razie, gdy nasze wargi niechętnie się
rozłączyły, zetknęliśmy się czołami, nie chcąc by ta chwila
minęła. Powoli uniosłam powieki i uśmiechnęłam się, w dalszym
ciągu czując nierówny oddech na policzku i dotyk rozgrzanych rąk
na biodrach. Delikatnie wysunęłam się z objęć i przeniosłam się
do salonu. Usiadłam na białej kanapie tuż obok śpiącego Grahama.
Odwróciłam głowę w stronę kuchni, gdzie Ed cały czas stał
tyłem do mnie oparty dłońmi o marmurowy blat.
- Chyba
powinniśmy już iść – rzuciłam niewinnie, dyskretnie oblizując
usta.
- Masz rację
– odwrócił się w moją stronę, szczerząc się w uśmiechu.
*
Nie potrafiłam
na niego spojrzeć. Chciałam, ale bałam się, że zauważy wciąż
rozpalone policzki, rozszerzone źrenice i błogi uśmiech na twarzy.
Na szczęście on też nie wykazywał chęci rozmowy. Gapiłam się
więc bezmyślnie w okno, podpierając głowę pięścią i liczyłam
mijane drzewa. Trzydzieści minut zajęło nam wydostanie się z
Londynu, a po kolejnych dwudziestu wjechaliśmy na podjazd prowadzący
do celu. To było najcichsze pięćdziesiąt minut mojego życia.
Miejsce, w którym się znaleźliśmy było na zupełnym odludziu
otoczonym jedynie drzewami. Zresztą nie mogłam się dziwić. Żaden
normalny sąsiad nie wytrzymałby hałasu, który słychać było z
odległości kilkuset metrów. Wjechaliśmy przez szeroką metalową
bramę, za którym stały najnowsze i najdroższe modele aut. Sam
dwupiętrowy dom wyglądał całkiem zwyczajnie. Wyróżniało go
tylko to, że z prawie każdego kąta wylewała się masa ludzi.
Przypominało mi to trochę amerykańskie filmy, w których pod
nieobecność rodziców dzieci organizują domówkę. Brakowało
tylko basenu i szaleńców, którzy skakaliby do niego z dachu.
Zaparkowaliśmy
za czarnym BMW i wysiedliśmy z samochodu. Po przejściu około
pięćdziesięciu metrów weszliśmy do środka, gdzie unosiły się
opary tytoniu mieszające się z zapachem alkoholu. Mrużąc oczy i
kaszląc od dymu, ściskałam nerwowo rękę Eda. Bałam się, że
gdzieś go zgubię i będę musiała radzić sobie sama. Na wieszaku
zawiesiłam kurtkę i podążałam wzdłuż korytarza, nie odstępując
mężczyzny na krok. Otaczał nas tłum ludzi. Jedni podobierali się
w grupki i rozmawiając, sączyli kolorowe drinki. Inni obściskiwali
się po kątach, a jeszcze inni skakali w rytm puszczanych hitów.
Łączyło ich jedno. Wszyscy byli młodzi, piękni i bogaci, jak z
jakiegoś beznadziejnego serialu. Nie potrafiłam odnaleźć się w
tym towarzystwie, dlatego krok w krok szłam za Rudym, który co
chwila witał się z osobami, które widziałam pierwszy raz w życiu.
Nagle ktoś wskoczył między nas i objął mnie ramieniem.
- No nareszcie
jesteście – Jake starał się przekrzyczeć muzykę.
- Nie
opuściłbym imprezy u ciebie. Tak dawno na żadnej nie byłem.
- To prawda. A
tak na marginesie, kręci się tutaj twoja była, uważaj – dodał
ciszej, śmiejąc się.
Przysłuchiwałam
się krótkiej rozmowie mężczyzn, zastanawiając się co ja tu
właściwie robię, gdy blondyn złapał mnie za rękę i przyciągnął
do siebie.
- Porywam ją.
Ktoś musi wprowadzić Ninę w towarzystwo – puścił oczko do Eda
i ruszył w stronę głównej części domu, a ja bez szans na
jakąkolwiek reakcję szłam za nim.
„Wprowadzenie
w towarzystwo” jak ujął to Jake wyglądało dość... hmm...
dziwnie. Mężczyzna przedstawiał mnie osobom, których imion, a tym
bardziej nazwisk nie byłam w stanie zapamiętać. Ja za to
uśmiechałam się miło, mając nadzieję, że to się szybko
skończy. Gdy dotarliśmy do ogromnej, przestronnej i co
najważniejsze pustej kuchni, Jake stanął na środku przy wyspie i
odwrócił głowę w moją stronę.
- Napijesz się
czegoś? - zapytał z nieschodzącym mu z twarzy uśmieszkiem.
- Na razie
nie.
- A ja owszem
– odpowiedział sam sobie i z lodówki stojącej za nim wyjął
dwie butelki piwa i obydwie je otworzył.
Rozejrzałam
się dookoła, próbując dojrzeć gdzieś Eda, ale na próżno.
Byłam skazana na towarzystwo ironicznie uśmiechniętego blondyna.
Zrezygnowana usiadłam na wysokim kuchennym stołku, obserwując jak
Jake wypija duszkiem zawartość pierwszej butelki.
- Co jest? -
mężczyzna zwrócił się do mnie, lustrując uważnie moją twarz.
- Wszystko w
porządku – uśmiechnęłam się sztucznie i poprawiłam
podciągającą się sukienkę.
- Na pewno? -
blondyn zmierzył mnie wzrokiem. - Bo na to mi nie wygląda.
- Tak, tylko –
zawahałam się – trochę źle się czuję – dłonią dotknęłam
skroni, chcąc udowodnić ból głowy.
Może powinnam
powiedzieć mu prawdę, że czuję się tutaj nieswojo, a dodatkowo
zostawił mnie ten, który mnie tu przyprowadził, ale nie miałam
śmiałości rozmowy z człowiekiem, którego widziałam trzeci raz w
życiu. Pozostało mi zatem kręcenie się na niewygodnym stołku i
wpatrywanie w paznokcie.
- Jake,
dołączysz do nas? - w progu stanęła wysoka, szczupła brunetka
ubrana w krótką, czerwoną sukienkę. Uśmiechała się
uwodzicielsko, wystukując na ścianie palcami rytm piosenki.
Blondyn
spojrzał na mnie pytająco.
- Idź. Nie
przejmuj się mną – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
- Jesteś
pewna, że dasz sobie radę? - przybrał ton troskliwego starszego
brata.
- Jestem już
duża. Wracaj do gości – uśmiechnęłam się uspokajająco.
Jake niepewnym
krokiem podszedł do kobiety, która złapała go pod rękę i
wciągnęła go tłum.
Siedziałam na
stołku, machając nogami jak małe dziecko. Zastanawiałam się czy
Ed w ogóle zamierza mnie znaleźć, czy też zostanę już tutaj do
końca. Pewnie mogłabym sama go poszukać, ale moja wrodzona
nieśmiałość skutecznie mi to uniemożliwiała. Oglądałam więc
nowoczesne wyposażenie kuchni, długi stół zastawiony alkoholem,
do którego od drugiej strony co chwilę ktoś podchodził i równo
poukładane butelki wina. Nagle jedna rzecz zwróciła moją uwagę.
Na blacie obok lodówki cały czas stało piwo. Nudziło mi się tak
bardzo, że bez namysłu wyciągnęłam po nie rękę, omal nie
spadając ze stołka. Wciąż chłodną butelkę obracałam w
dłoniach, nie chcąc tak od razu pozbywać się zajęcia. Po kilku
minutach zdecydowałam się w końcu pociągnąć łyk i od razu tego
pożałowałam. W ustach poczułam wyjątkowo nieprzyjemny, gorzki
smak. Z grymasem odsunęłam od siebie butelkę i przełknęłam
napój. Jak w ogóle można było to pić?
Straciwszy
jedyne interesujące zajęcie, zaczęłam czytać napisy na
opakowaniu piwa, o ile piwem można to było nazwać.
- Pijesz w
samotności? - z jakże fascynującej czynności wyrwał mnie
przeszywający choć lekko zachrypnięty głos.
Automatycznie
odwróciłam głowę w stronę wysokiego bruneta zaczesanego do góry
i ubranego w szary sweter wycięty w serek oraz czarne dżinsy. Stał
oparty o framugę z rękami skrzyżowanymi na piersi i czarującym
uśmiechem na twarzy. Był najlepszym co do tej pory mnie tutaj
spotkało.
Mężczyzna,
nie czekając na moją odpowiedź, podszedł do mnie i wyciągnął
rękę.
- Jestem Matt
– przedstawił się.
- Nina –
uścisnęłam mu dłoń.
- To skoro już
się znamy, wyjaśnij mi dlaczego siedzisz tu sama.
Wzruszyłam
ramionami i spuściłam głowę. Nie miałam zamiaru opowiadać mu
zawiłej historii mojego życia.
- Wiem! -
krzyknął Matt. - Chłopak cię zostawił.
Pierwszy raz od
prawie dwóch godzin zaśmiałam się.
- W pewnym
sensie.
- Zatem
jedynym sposobem na poprawę humoru jest zabawa – powiedział
wesoło mężczyzna.
- Ale ja nie
wiem czy to dobry pomysł – nie miałam specjalnej ochoty na
przeciskanie się między tymi wszystkimi ludźmi.
- Zaufaj mi –
znów użył tego czarującego uśmiechu, któremu nie mogłam
odmówić.
Zsunęłam się
ze stołka, odstawiłam butelkę na blat i stanęłam obok bruneta,
który złapał mnie za rękę i szybkim krokiem wyprowadził z
kuchni.
- Tylko uważaj
– nachylił się do mojego ucha, gdy wchodziliśmy w podrygujący
tłum. - Jestem całkiem niezłym tancerzem.
- Podobno ja
też jestem dobra – szepnęłam, śmiejąc się.
Matt, cały
czas trzymając mnie za rękę, zaczął skakać w takt jakiegoś
remixu, a ja razem z nim. Po jakimś czasie popchnięta przez jedną
z osób bawiących się razem z nami znalazłam się w objęciach
mężczyzny i na własnej skórze mogłam przekonać się o jego
umiejętnościach. Jakie było moje zdziwienie, gdy zauważyłam, że
nie kłamał. Taniec z nim był czystą przyjemnością, dlatego też
nie miałam zamiaru się od niego odklejać. Jednak jak zwykle moje
plany zostały brutalnie zniszczone. Poczułam czyjąś rękę na
ramieniu i z niechęcią się odwróciłam. Przede mną stał już
lekko podpity rudzielec. Miło, że w końcu się pojawił, ale mógł
wybrać odpowiedniejszy moment. Tak naprawdę dzięki Mattowi
zapomniałam, że mnie zostawił i nie miałam ochoty opuszczać
mojego tanecznego partnera nawet na moment.
- Tu jesteś.
Wszędzie cię szukałem.
- Czyżby? -
skrzyżowałam ręce na piersi. - Prawie cały czas spędziłam w
kuchni, a tam nie zjawiłeś się ani razu.
- To znaczy...
- Ed podrapał się w głowę zmieszany.
- Nie tłumacz
się. Jesteś gwiazdą, rozumiem. Nie będę ci przeszkadzać –
odwróciłam się na pięcie w stronę znieruchomiałego Matta. -
Przepraszam, ale muszę odpocząć – wysiliłam się na miły
uśmiech i odeszłam.
Wyszłam z
salonu, nie wiedząc gdzie mam iść. Nie chciałam wracać do pustej
kuchni, ale musiałam chwilę pomyśleć w spokoju, a to było jedyne
puste miejsce w tym domu, oprócz piętra, na które nie było
wstępu. Weszłam więc do zbyt jasno oświetlonego pomieszczenia i
stanęłam przy wyspie, opierając się o nią rękami i spuszczając
głowę.
- Nina! O co
ci chodzi? - tuż za mną wbiegł Ed.
Dobre pytanie,
o co tak naprawdę się wściekałam? O to, że mnie zostawił,
chociaż właściwie to nie jego wina, że Jake mnie zabrał, o to,
że nawet jeśli mnie szukał, nie znalazł mnie czy też o to, że
przerwał mi taniec z Mattem. Sama nie wiedziałam, ale w każdym
razie nie miałam ochoty go słuchać ani na niego patrzeć.
- Zostaw mnie
– poprosiłam, nie odrywając wzroku od zimnego blatu.
- Ale co się
stało? - Ed nie odpuszczał.
- Nic, po
prostu chcę chwilę zostać sama – spojrzałam w jego nic
nierozumiejące oczy.
Mężczyzna,
nie mówiąc nic więcej, wycofał się w stronę wyjścia. Gdy
zniknął z mojego pola widzenia, rozejrzałam się po kuchni. Tuż
przede mną stała opróżniona do połowy butelka wódki i prawie
pusta cola. Ktoś widocznie wolał colę z wódką, ale ja
preferowałam dzisiaj odmienną sytuację. Z jednej z białych szafek
wyciągnęłam szklankę i nalałam do niej odrobinę gazowanego
napoju, dolewając do połowy wysokości alkohol. W dwóch łykach
opróżniłam naczynie i zrobiłam sobie drugiego drinka, który po
chwili skończył tak samo jak pierwszy. Coli starczyłoby jeszcze
tylko na jedną porcję, dlatego postanowiłam zachować ją na
gorszy czas. Zamknęłam oczy, czując jak wypity alkohol powoli
uderza mi do głowy. Dlaczego to tak wyglądało? Przecież chyba nie
byłam mu do końca obojętna skoro mnie pocałował. Wspomnienie
sytuacji w kuchni wywołało na mojej twarzy uśmiech, ale tylko na
chwilę. Chociaż teraz to ja go odrzuciłam i wolałam upić się w
samotności niż z nim porozmawiać. Pierwszy krok do alkoholizmu.
Stałam oparta pupą o blat, przeczesując palcami cienkie włosy,
które zdążyły się już częściowo skręcić. Usłyszałam
czyjeś kroki na czekoladowej posadzce, ale nie interesowało mnie do
kogo należą. Jednak, gdy kroki ucichły tuż obok mnie, niechętnie
otworzyłam oczy. Obok mnie stała krótko ścięta blondynka z mocnym makijażem. Ubrana była w krótką czarną sukienkę i czarne
ciężkie buty. Przypominała mi kogoś, ale mój umysł pracował
zbyt wolno.
- Widzę, że
bawisz się dzisiaj tak samo świetnie jak ja – zagadnęła
dziewczyna.
Posłałam jej
spojrzenie mówiące: „Nawet nie wiesz jak bardzo” i zajęłam
się oglądaniem swoich paznokci.
- Nina –
blondynka podała mi rękę.
No tak, Nina
Nesbitt. Jak mogłam jej nie rozpoznać? Uścisnęłam jej dłoń i
otworzyłam usta by się przedstawić, ale dziewczyna mnie ubiegła.
- Wiem kim
jesteś. Każdy wie z kim przyszedł Ed Sheeran – ironia w jej
głosie trochę mnie zabolała.
Uniosłam brwi
i oczekując jakiegoś wyjaśnienia, wpatrywałam się w moją
imienniczkę.
- W tym
świecie już tak jest. Ed jest najważniejszy i wszyscy wiedzą co i
z kim robi, ale nikt nie pyta dlaczego – blondynka wzruszyła
ramionami.
Z tego co
powiedziała zrozumiałam tylko tyle, że wszyscy na tej imprezie
wiedzą, że przyszłam z Rudym, ale już to mnie wystarczająco
przeraziło.
- Ze mną
przez jakiś czas też tak było. Dzięki temu ludzie zaczęli mnie
rozpoznawać. Na początku podobało mi się to, ale potem czułam
się tylko jak dodatek. Poza tym jego ciągle nie było, a gdy wracał
zabierał mnie na imprezę i myślał, że wszystko w porządku.
Słuchałam,
nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi. Była bardziej pijana niż
ja.
- A mówisz mi
to bo? - przerwałam w końcu jej monolog.
- Bo słyszałam
waszą kłótnie, a znam go bardzo dobrze i wiem jak traktuje
dziewczyny. Napisze o tobie piosenkę i pozamiatane. W dodatku... Ile
masz lat?
-
Siedemnaście.
- W dodatku
jesteś od niego sporo młodsza i...
- Dobra,
starczy.
Byłam na niego
zła, ale nie aż tak, żeby słuchać rad jego pijanej byłej.
- Po prostu
nie chcę, żebyś przez niego cierpiała.
- Co ci
zależy? Nawet mnie nie znasz.
- Jasne –
Nina uśmiechnęła się przepraszająco.
Wzrokiem
zlustrowała pomieszczenie i chwiejnym krokiem przeszła na drugi
koniec kuchni. Schyliła się po leżący na blacie długopis i
znalazła jakąś poszarpaną karteczkę. Dokładnie obserwowałam
każdy jej ruch, zastanawiając się co robi. Po chwili wróciła do
mnie i wręczyła mi zapisany skrawek papieru.
- Jakbyś
chciała zawsze możesz zadzwonić. Polubiłam cię – uniosła
kąciki ust jak dziecko i podskakując wyszła z kuchni.
Stałam
oszołomiona, wpatrując się w prawie nieczytelny numer telefonu. Na
tej imprezie wszyscy byli jacyś dziwni. Najpierw Matt, który wziął
się nie wiadomo skąd i dlaczego, a teraz Nina zmieniająca swoje
zachowanie co dwie minuty. Chciałam stąd jak najszybciej wyjść,
ale nie miałam pojęcia jak miałabym wrócić do domu.
Wykorzystałam ostatnią porcję coli i wódki, i szybko wypiłam.
Usiadłam na stołku i zamknęłam oczy, czekając na jakiś pomysł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz