piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział XII

- Jestem! - krzyknęłam jak zawsze po powrocie do domu.
Zwykle natychmiast pojawiała się w przedpokoju Lucy, w celu przeprowadzenia obowiązkowego wywiadu, ale tym razem nie przyszedł nikt. Nikt się nawet nie odezwał. Panowała całkowita cisza. Trochę mnie to zdziwiło i zaniepokoiło. Ostrożnie weszłam do salonu. Przy oknie z rozdziawioną buzią stał Kevin, a obok niego wpatrująca się nieruchomo w ciemność Lucy. Tylko Paul jak zawsze spokojnie siedział w fotelu czytając jakąś książkę.
- Coś się stało? - spytałam niepewnie, podchodząc do okna.
Chłopiec powoli odwrócił się w moją stronę.
- My wszystko widzieliśmy – powiedział głośno, krzyżując ręce na piersi.
Domyśliłam się, że widzieli jak całowałam się z Edem, a moje policzki momentalnie pokryły się rumieńcem, chociaż właściwie nie miały powodu. Przecież ludzie tak czasem robią. Nic nadzwyczajnego.
- Tak? A co konkretniej? - zapytałam obojętnie, opadając ciężko na kanapę.
- To był Ed Sheeran! - mały niemal krzyczał.
Zatrzymałam się na moment w bezruchu, po czym wybuchnęłam sztucznym śmiechem.
- Skąd ci to przyszło do głowy? Fakt, też jest rudy i ma na imię Ed, ale takie sytuacje się zdarzają – wzruszyłam ramionami, mimo że moje serce kołatało jak oszalałe.
- Ale ja go poznałem! Słuchasz ciągle jego piosenek i oglądasz jego zdjęcia. Pamiętam go – Kevin nie ustępował.
- Wydawało ci się – starałam się brzmieć przekonująco, ale czułam, że mi to nie wychodzi.
- Niemożliwe. Mamo, powiedz coś, też go widziałaś – naburmuszony jedenastolatek szturchnął kobietę w ramię.
Lucy, która do tej pory w milczeniu przyglądała się naszej wymianie zdań, odwróciła się w stronę syna.
- Nie wiem Kevin. Nie znam tego całego Sheerana, więc nie będę się wypowiadać.
Blondyn, widząc, że mama mu nie pomogła, pobiegł obrażony na górę, a po chwili wrócił z tabletem w dłoni, na którym wyświetlił wszystkie zdjęcia Eda, jakie znalazł.
- No popatrz mamo. To on – podszedł do kobiety, która w czasie jego nieobecności zdążyła usiąść obok mnie na kanapie.
Uważnie obserwowałam jej twarz, która na szczęście nie wyglądała na przekonaną.
- Faktycznie podobieństwo jest duże, ale pomyśl Kevin czy to możliwe.
- No... - chłopiec zawahał się.
- No właśnie. Nie bardzo – Lucy poklepała go po głowie i wysłała do spania.
Jedenastolatek jeszcze chwilę próbował przekonać ją, że ma rację, ale w końcu bardzo niechętnie odpuścił i wolnym krokiem poszedł do swojego pokoju. Odetchnęłam z ulgą.
- Ja też już pójdę – powiedziałam, wstając z sofy.
- Dobrze – Lucy uśmiechnęła się do mnie. - Wybacz Kevinowi, ale trochę za bardzo się nakręcił.
Uniosłam kąciki ust.
- Rozumiem go doskonale. Sama też się nakręciłam.
- Widziałam – kobieta zaśmiała się. - Leć już spać, bo pewnie dużo się dzisiaj działo. Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedziałam i pobiegłam na górę.
Byłam zadowolona z takiego obrotu sytuacji, chociaż czułam się źle z tym, że znowu musiałam kłamać. Powoli stawało się to męczące. Męczące było też to, że musiałam być coraz bardziej ostrożna. Już nie mogłam umawiać się z Edem pod domem, bo byłam pewna, że następnym razem Kevin tak łatwo nie odpuści, a mnie nie uda się tak łatwo z tego wykręcić.
*
- To jak? Kino o szóstej? - spytała Ellie, gdy wychodziłyśmy ze szkoły.
- Jeszcze nie... - przerwałam, słysząc dzwonek mojego telefonu. - Poczekaj chwilę – rzuciłam w stronę blondynki i nie patrząc kto dzwoni, przyłożyłam komórkę do ucha.
- Halo?
- Cześć! Skończyłaś już lekcje? - po drugiej stronie usłyszałam głos Eda.
- Tak. Jestem właśnie pod szkołą – powiedziałam szybko, kątem oka zerkając na przypatrującą mi się Ellie.
- To świetnie, bo ja też. Czekam tak gdzie wtedy – rozłączył się.
Stałam chwilę w szoku, a gdy minął, schowałam telefon do torby i odwróciłam się do przyjaciółki.
- Kino raczej dzisiaj nie wypali – powiedziałam przepraszającym tonem.
- Niech zgadnę kto dzwonił – zaśmiała się. - To do jutra.
- Pa! - krzyknęłam, biegnąc w umówionym kierunku.
Już z daleka widziałam rudą czuprynę Eda. Stał przy samochodzie, przeglądając coś w telefonie.
- Cześć! - przywitałam się i pocałowałam go w policzek.
- No cześć! - uśmiechnął się, natychmiast chowając komórkę do kieszeni. - Wsiadaj – otworzył przede mną tylne drzwi, a ja od razu weszłam do środka.
- Stu? - zdziwiłam się, widząc go za kierownicą.
- Cześć, Nina! – uśmiechnął się do mnie, patrząc we wsteczne lusterko.
W tym samym czasie od drugiej strony auta wsiadł Ed.
- To gdzie jedziemy? - Stuart przeniósł wzrok na rudzielca, ale ten tylko wzruszył ramionami. - Szybko decydujcie, bo nie mam wiele czasu, a auta nie pożyczę, bo jest mi bardzo potrzebne. Poza tym w rękach Eda każdy pojazd jest w niebezpieczeństwie - puścił do mnie oczko.
Zaśmiałam się i popatrzyłam na siedzącego obok mnie mężczyznę, który właśnie wystawiał język swojemu menadżerowi.
- To gdzie was zawieźć – Stu wyraźnie się niecierpliwił.
- Podwieź nas do centrum. Tam już sobie poradzimy – Ed spojrzał na mnie i uniósł kąciki ust, a ja odpowiedziałam mu tym samym.
Spokojnie ruszyliśmy z parkingu. Jazda ze Stu była zdecydowanie bezpieczniejsza niż jazda z Edem.
*
- Co teraz? - spytałam, gdy staliśmy już na zatłoczonej ulicy.
- Teraz spacer. Chyba, że chciałabyś coś innego – Ed spojrzał na mnie pytająco.
Pokręciłam głową.
- Lubię chodzić – uśmiechnęłam się.
Szczególnie, gdy moja torba waży tonę” - pomyślałam, poprawiając sobie spadający z ramienia pasek.
- To dobrze. Daj torbę – rudzielec czytał mi w myślach.
Nie miałam nawet zamiaru udawać, że nie trzeba. Od razu mu ją podałam.
- Co ty tam nosisz? - spytał, uginając się pod ciężarem.
- Przeważnie niewiele, ale akurat dzisiaj wyniosłam pół zawartości szafki – wzruszyłam ramionami.
- Tak zupełnie przypadkowo? - wolnym krokiem ruszyliśmy przed siebie.
- Zupełnie. Przecież nie wiedziałam, że się spotkamy.
- Ja też nie wiedziałem. Inaczej uprzedziłbym cię wcześniej, żebyś nie brała ze sobą tysiąca niepotrzebnych rzeczy.
- Wtedy wzięłabym je celowo.
- Bardzo zabawne – uniósł kąciki ust. - Co ciekawego robiłaś w szkole przez ostatnie dwa dni?
- Nic. W szkole przeważnie nie dzieje się nic ciekawego. Nie wiesz tego?
- Wiem, dlatego rzuciłem ją najszybciej jak mogłem – wyszczerzył się w uśmiechu.
Przewróciłam oczami.
- A ty co ciekawego robiłeś przez ostatnie dwa dni?
- Nagrywałem, nagrywałem i... nagrywałem. Ostatnio dużo czasu spędzam w studiu. Mam czas, to wykorzystuję go maksymalnie. No właśnie a propos czasu. Tak sobie pomyślałem, że skoro drugą część trasy zaczynam dopiero w połowie maja, a nagrywam głównie do południa, to może popołudnia spędzalibyśmy razem. Chociażby tak jak dzisiaj. Co o tym myślisz? - popatrzył na mnie niepewnie.
- No wiesz... - zaczęłam nieśmiało.
- Jak nie chcesz to powiedz – spuścił wzrok.
- To nie tak. Ja po prostu chciałabym, żebyś mnie dobrze zrozumiał - przerwałam, w celu stopniowania napięcia. - Codziennie kończę o trzeciej.
Próbując powstrzymać się od śmiechu, obserwowałam jak powoli dociera do niego to co powiedziałam. Gdy w końcu zrozumiał, popatrzył na mnie spod przymkniętych powiek i pokręcił głową. Wtedy nie mogłam się już powstrzymać. Wybuchnęłam głośnym śmiechem, zwracając uwagę kilku przechodniów.
- Cicho – dostałam kuksańca w bok. - Nie możemy rzucać się w oczy. Chociaż z twoim strojem to mało możliwe – zmierzył mnie wzrokiem.
- Znowu się czepiasz mojego mundurka?
- Nie, tylko... Właściwie tak.
- Bo?
- Bo nie jest seksowny – uniósł kąciki ust.
Westchnęłam głośno, przewracając oczami.
- Nic na to nie poradzę – rozłożyłam ręce.
- Zawsze możesz go zdjąć.
- Tutaj na ulicy?
- Bardziej myślałem o moim mieszkaniu.
Czy to już była propozycja? Wolałam tego nie sprawdzać. Odchrząknęłam tylko i zmieniłam temat.
- Wiesz na co mam teraz ochotę?
- Żebym cię przytulił? - nie czekając na odpowiedź objął mnie ramieniem.
- To też, ale tak serio, to mam ochotę na pierogi.
- Teraz tutaj?
- Niekoniecznie, ale tak w ciągu godziny jakby się dało – uśmiechnęłam się słodko.
- Mówisz i masz.
*
Schodami zjechaliśmy na stację metra. Ed na wszelki wypadek naciągnął na głowę kaptur.
- Lubię to miejsce – powiedział, rozglądając się dookoła.
Chciałam zapytać co takiego wyjątkowego jest akurat w tej stacji, ale widziałam, że zaraz się dowiem.
- To tutaj nocowałem najczęściej. Właściwie sam nie wiem czemu. Może dlatego, że jest w centrum, a mimo to jest względny spokój. W każdym razie naprawdę lubię to miejsce – uśmiechnął się, wracając do swoich wspomnień.
Nie odzywałam się. Wiedziałam, że nie oczekuje tego ode mnie. Słuchałam uważnie, przyglądając się jego nieobecnym oczom.
- Słyszysz? - coś wyrwało go z zadumy.
- Nie – odpowiedziałam cicho.
- Gitara – popatrzył na mnie.
Wytężyłam słuch. Rzeczywiście, gdzieś z oddali słychać było dźwięki szarpanych strun.
Zanim się obejrzałam, Ed, ciągnąc mnie za rękę, podążał w kierunku, z którego dochodziła muzyka. Zatrzymaliśmy się po kilku metrach. Niedaleko nas stał chudy szatyn mniej więcej w moim wieku z wysłużoną gitarą w rękach. Właśnie zaczynał nową piosenkę. Po dwóch akordach było oczywiste co gra.
I'm gonna pick up the pieces
And build a Lego house
If things go wrong
We can knock it down
Popatrzyłam na Eda, który z uśmiechem wygrzebywał z kieszeni pieniądze.
- Wrzucisz? - podał mi banknot.
Bez słowa wzięłam go od niego i podeszłam do chłopaka.
- Edowi się podoba. Wiem co mówię – powiedziałam, unosząc kąciki ust i wrzucając do futerału pieniądze.
Twarz szatyna przybrała wyraz zdziwienia połączonego z kompletnym niezrozumieniem. Wróciłam do rudzielca i złapałam go za rękę.
- Chodź, bo moje pierogi czekają.
- Może on też kiedyś będzie mógł zabierać dziewczyny na pierogi w przerwach trasy koncertowej.
Zaśmialiśmy się oboje.
*
- Siadamy? - wskazałam palcem ławkę.
- Tam będzie lepiej – Ed nakierował mój palec na oddalony kawałek brzeg Tamizy.
Zgodziłam się z nim i po chwili siedzieliśmy na zimnym piasku. Od razu otworzyłam opakowanie z moimi wymarzonymi pierogami. Poczułam zapach wciąż ciepłego jedzenia i głęboko się nim zaciągnęłam. Tak dawno go nie czułam. Rudzielec także szybko otworzył pudełko, ale raczej z innego powodu.
- Są trzy najważniejsze rzeczy, które lubię w Polsce – powiedział, przełykając pierwszy kęs. - Wódka, dziewczyny i pierogi. To zdecydowanie macie najlepsze – uśmiechnął się do mnie, po czym włożył do buzi kolejną porcję.
- Od razu widać jak spędzasz wolny czas – odparłam trochę złośliwie.
- No jak? - spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Jedzenie, picie, seks.
- Jedzenie i seks lubię jednakowo, ale alkohol to tylko dodatek. Bardzo przyjemny dodatek – powiedział obojętnie, nabijając na plastikowy widelec czwartego już pieroga. Nie żebym liczyła.
- Dobrze wiedzieć – powiedziałam cicho.
Wolałam nie kontynuować tego tematu, więc zajęłam się jedzeniem, bo w porównaniu do rudzielca byłam daleko w tyle.
Po dziesięciu minutach najedzona i szczęśliwa rozgrzebywałam palcami piasek. Na policzku czułam chłodne podmuchy wiatru i pierwsze krople deszczu.
- Fajnie się siedzi, ale zaczyna padać – powiedziałam, obracając w palcach znaleziony kamyk.
- Gdybyś mieszkałam w tym kraju tyle lat co ja, przyzwyczaiłabyś się – Ed nie wyglądał na poruszonego wizją zmoknięcia.
- Ale nie mieszkam – odparłam, wstając z ziemi i otrzepując pupę z piasku. - Idziemy.
Rudzielec spojrzał na mnie niezbyt zadowolony, po czym przeniósł wzrok na chmury.
- Chwilę pokropi i przestanie. Nic ci nie będzie – machnął ręką.
- Mnie nie, ale moim włosom tak.
- Co tak strasznego im się stanie?
- Oprócz tego, że skręcą się jeszcze bardziej, oklapną i przykleją się do twarzy to nic – odpowiedziałam ironicznie, schylając się do wypełnionej po brzegi torby.
- A co ci tak zależy?
- Nie wyglądam wtedy seksownie – uśmiechnęłam się słodko.
- Dobra, ten argument mnie przekonuje – powiedział, unosząc kąciki ust i podnosząc się z piasku. - Ale... - zatrzymał się, myśląc nad czymś. - Przecież gdy będziemy szli, deszcz i tak cię zmoczy.
- Nie – pomachałam mu przed oczami parasolką, którą właśnie wygrzebałam.
Ed pokiwał z uznaniem głową.
- Przynajmniej na coś się przydało taszczenie tej torby przez pół miasta.
- No widzisz. Teraz będziesz taszczył ją przez następne pół – wyszczerzyłam się w uśmiechu i z parasolką nad głową ruszyłam przed siebie.
- Nie ładnie tak zostawiać ludzi w tyle – usłyszałam krzyk Eda.
Odwróciłam się w jego stronę i niby niecierpliwie tupiąc prawą nogą, zaczekałam aż do mnie dołączy.

- Lubię spacery nad wodą – powiedziałam półgłosem, wpatrując się w falującą Tamizę.
- Ja też. Szczególnie, gdy nie jestem wtedy sam.
Poczułam, że Ed obejmuje mnie ramieniem. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się, wpatrując się w moje oczy. Odpowiedziałam mu tym samym i oparłam głowę na jego barku.
Szliśmy tak kilkanaście minut. Nagle przypomniała mi się poranna prośba Lucy.
- Która godzina? - zapytałam szybko, zrzucając z siebie rękę rudzielca.
- Wpół do szóstej – odpowiedział, spoglądając na zegarek.
- Niedobrze.
- Co się stało? - Ed spojrzał na mnie zaniepokojony.
- Na szóstą muszę być w domu, bo obiecałam, że przypilnuję Kevina.
- Zdążysz. Odwiozę cię. Metrem.
- Lepiej nie. Złapię taksówkę – powiedziałam, ruszając szybkim krokiem w stronę głównej ulicy.
Rudzielec chwycił mnie za rękę.
- Przestań. Zadzwonię po Stu. Zaraz przyjedzie – wyciągnął z kieszeni telefon.
- Nie trzeba – zakryłam mu wyświetlacz dłonią.
- O co chodzi? - spytał zdziwiony.

- O nic. Po prostu nie chcę, żebyś mi się znudził. Do jutra – pocałowałam go w policzek i pobiegłam przed siebie.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział XI

Jak ona mogła? Co mu powiedziała? Chyba nie zupełnie wszystko, a przynajmniej nie dał po sobie poznać, że wie WSZYSTKO.
- Co dokładnie ci powiedziała? - wydusiłam przez ściśnięte gardło.
- Tak dosłownie to nic – przyznał z ociąganiem. - Ale zapytała mnie dzisiaj co robię po południu i gdy powiedziałem, że umówiłem się z tobą, stwierdziła, że lepiej, żebym uważał, bo jesteś już zajęta przez jakiegoś starszego kolesia. Dlatego domyśliłem się, że to on. Chyba, że nie miałem racji, to przepraszam.
Odetchnęłam z ulgą. Wiedziałam, że nie mogłaby nic powiedzieć. Nie była taka.
- Miałeś rację i to ja przepraszam, że ci nie powiedziałam, ale tak naprawdę nie ma o czym – wzruszyłam ramionami.
- Jasne – popatrzył na mnie z powątpiewaniem. - Wiesz, że chcę wiedzieć wszystko – zaakcentował ostatni wyraz.
Westchnęłam. Wiedziałam, że teraz mi tak łatwo nie odpuści. Dokonałam w myślach szybkiej selekcji szczegółów, które mogę mu zdradzić i odchrząknęłam.
- Nawet nie wiem od czego zacząć.
- Od początku. Interesują mnie wszystkie szczegóły – wyglądał na pewnego swoich słów.
Przez myśl przeszło mi pytanie czy jest masochistą, że chce tego słuchać, ale uznałam, że zadanie go byłoby nie na miejscu. Chwilę obserwowałam Louisa, licząc, że może jeszcze zmieni zdanie, jednak z jego wzroku odczytałam, że mam mówić. Skoro tak bardzo chciał.
- Poznałam go przypadkowo. Zgubiłam się, a on pomógł mi trafić do domu. Potem spotkaliśmy się kilka razy i dwa razy się całowaliśmy. Koniec opowieści – streściłam cały miesiąc w trzech zdaniach. Nieźle.
- Dobrze całuje? - to pytanie wytrąciło mnie z równowagi psychicznej, którą starałam się zachować.
- Słucham? - uniosłam jedną brew.
- Pytałem czy dobrze całuje – powtórzył z niezmąconym spokojem.
Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Przypomniałam sobie nasze pocałunki i na usta mimowolnie wdarł się rozmarzony uśmiech.
- Po twojej minie sądzę że dobrze – blondyn sam sobie odpowiedział, a ja nie zaprzeczyłam. - Ile ma lat?
- Dwadzieścia cztery.
- No nieźle – wyglądał na zaskoczonego. Czego on się spodziewał po określeniu „starszy koleś”? - Na pewno jest nieziemsko przystojny. Mam rację?
No tak. Pytanie z gatunku tych, na które zależnie od punktu widzenia była całkowicie inna odpowiedź. Postanowiłam jednak nie tłumaczyć mu zawiłości oceny wyglądu rudzielca i odpowiedziałam zgodnie ze swoim zdaniem.
- Niezupełnie, ale mnie się bardzo podoba – wzruszyłam ramionami.
- To najważniejsze – odparł jakby z lekkim smutkiem w głosie. - Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć? - zapytał, wpatrując się w moje oczy.
Pokręciłam głową.
- A ty chciałbyś coś jeszcze wiedzieć?
- Nie. Chyba mi wystarczy – niby się uśmiechnął, ale widziałam, że nie wszystko jest w prządku.
A nie mówiłam, że był masochistą?
- Dobra, poważna rozmowa za nami. Czas na coś przyjemniejszego – próbowałam rozładować napięcie, które niewątpliwie powstało.
Podniosłam się z pufy i wyciągnęłam ręce w kierunku Louisa, żeby pomóc mu wstać. Chłopak nie miał pojęcia co zamierzam zrobić i trochę niepewnie podał mi dłonie. Gdy stał już na podłodze, podeszłam do wieży, którą zauważyłam w trakcie rozmowy z Edem i włączyłam muzykę. Z głośników poleciało „Sing” Sheerana. Z niedowierzaniem popatrzyłam na blondyna, który momentalnie się zarumienił.
- No co? Siostra słuchała.
- Jasne – zaśmiałam się i zaczęłam śpiewać, poruszając się do rytmu.
Louis także zaczął się śmiać, a po chwili razem ze mną śpiewał, skacząc po pokoju. Wiedziałam, że muzyka pomoże. Zawsze pomaga. Na wszystko.
*
Sobota. Czekałam na ten dzień z niecierpliwością. Sama nie wiedziałam dlaczego aż tak mi zależało, ale fakt, że zależało. Nie mogłam się doczekać spotkania z Edem. Nie widziałam go przez dwa tygodnie i zwyczajnie się stęskniłam. Marzyłam, żeby go przytulić i, bądźmy szczerzy, pocałować.
Umówiliśmy się na pierwszą i do tego czasu nie mogłam znaleźć sobie w domu miejsca. Kręciłam się z kąta w kąt, co chwila sprawdzając godzinę. Czas dłużył się niemiłosiernie. Dopiero gdy zajęłam się porządkowaniem sterty drobiazgów piętrzących się na biurku, zadzwonił telefon.
- Już jestem – usłyszałam w słuchawce.
- Już idę – odpowiedziałam i rozłączyłam się, po czym włożyłam telefon do małej brązowej torebki.
Zbiegłam na dół. Pożegnałam się ze wszystkimi i w pośpiechu założyłam kurtkę i buty, a po kilku sekundach już byłam na zewnątrz. Po drugiej stronie ulicy, na ławce w cieniu jakiegoś drzewa siedział Ed. Jak zawsze miał na sobie okulary przeciwsłoneczne i bluzę z kapturem. Współczułam mu, że nie mógł swobodnie wyjść na ulicę, mając pewność, że nikt go nie rozpozna. Pomachałam do niego, a on natychmiast wstał i szybkim krokiem podszedł do mnie. Wziął mnie na ręce i okręcił kilka razy.
- Stęskniłem się, wiesz?
- Ja też – powiedziałam, uśmiechając się szeroko. - Ale możesz mnie już postawić.
- No dobra – zgodził się niechętnie i odstawił mnie na chodnik.
Ruszyliśmy przed siebie. Drogę do jego mieszkania znałam już prawie na pamięć, więc nie pilnowałam każdego kroku rudzielca i mogłam w spokoju oddać się jego opowieściom z koncertów, a przyznam, że opowiadał bardzo ciekawie. Lubiłam go słuchać, lubiłam śmiać się z jego żartów, po prostu lubiłam jego samego. Tak, bardzo go lubiłam.
Gdy w końcu znaleźliśmy się w jego mieszkaniu, pierwsze co przywitałam się z Grahamem, za którym też się stęskniłam. Z kociakiem na rękach poszłam do salonu, gdzie usiadłam na kanapie. Zajęłam się głaskaniem puszystego futerka i nawet nie zauważyłam, kiedy Ed znalazł się obok mnie i kiedy na stoliku przede mną pojawiła się szklanka z sokiem pomarańczowym. Widząc napój, zrobiło mi się miło. Pamiętał.
- Dziękuję – powiedziałam cicho.
- Nie ma za co, ale oddaj mi kota, bo jestem trochę zazdrosny.
- Nie – odsunęłam się od niego, przyciągając zwierzaka jeszcze bardziej do siebie.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem, a Graham, korzystając z chwili nieuwagi wymknął mi się z rąk i zniknął nie wiadomo gdzie. Z powrotem odwróciłam się w stronę rudzielca, biorąc do ręki szklankę i upijając kilka łyków. Ed odczekał, aż skończę i wyciągnął mi naczynie z dłoni, po czym odstawił je na stolik.
- Co jest? - zapytałam zdziwiona.
- Prawie zapomniałem już jak smakujesz. Może mi przypomnisz? - powiedział cicho swoim uwodzicielskim głosem.
- Może – odpowiedziałam, uśmiechając się tajemniczo i przybliżając się do niego.
Zetknęliśmy się czołami, a Ed rozpoczął wędrówkę wzdłuż moich pleców. Czułam na policzku jego oddech, a do mojego nosa doleciał bardzo przyjemny zapach perfum. Prawą dłoń ułożyłam na jego karku, a rudzielec, czekając, aż nasze usta się połączą, zamknął oczy. W tym momencie delikatnie wysunęłam się z jego objęć i uciekłam na drugi koniec pokoju, stając pod ścianą ze skrzyżowanymi na piersi rękami i triumfalnym uśmiechem na twarzy. Ed uniósł powieki i wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Rozbawiło mnie to, więc po prostu zaczęłam się śmiać.
- Musisz się nauczyć, że nie zawsze dostajesz to czego chcesz – powiedziałam po chwili, oglądając swoje pomalowane na różowo paznokcie. - I jeszcze rada na przyszłość – przeniosłam wzrok na gryzącego nerwowo dolną wargę rudzielca. - Nigdy więcej nie wyjeżdżaj do mnie z tak tanimi tekstami. Są żałosne – wzruszyłam ramionami i wyszłam z salonu w kierunku łazienki, zostawiając go samego na kanapie.
Gdy po kilku minutach wróciłam, Ed w dalszym ciągu siedział nieruchomo. Chyba nie był przyzwyczajony, że ktoś mu odmawiał. Nic dziwnego. Wielki gwiazdor, któremu wszystko się należy. Zatrzymałam się w progu i głośno odchrząknęłam, wyrywając go tym samym z zadumy. Odwrócił się w moją stronę.
- Nie powinniśmy już iść? - spytałam półgłosem.
- Całkiem możliwe – odpowiedział obojętnie, podnosząc się ospale z kanapy. Z kieszeni spodni wyciągnął telefon i sprawdził godzinę. - Masz rację, czas się zbierać.
Przeszedł przez pokój i wymijając mnie, poszedł do sypialni. Miałam wrażenie, że się na mnie obraził, a przecież nic mu nie zrobiłam. Westchnęłam cicho i wyszłam na balkon. Uwielbiałam oglądać świat z góry. Stanęłam przy barierce, wpatrując się w maszerujących w oddali ludzi, płynącą rzekę i jeżdżące auta.
- Idziesz czy mam cię tu zostawić? - tuż za mną stanął Ed.
Jego głos brzmiał normalnie i w głębi duszy odetchnęłam z ulgą, że nie był na mnie zły. Odwróciłam się do niego, unosząc kąciki ust i zauważyłam, że się przebrał. Czerwona koszula w kratę i czarne dżinsy. Standard.
- Idę – powiedziałam zdecydowanie.
Gotowa do wyjścia stałam w przedpokoju, czekając aż rudzielec poradzi sobie ze swoimi butami. Gdy w końcu to nastąpiło, odwróciłam się w kierunku drzwi, żeby je otworzyć, jednak Ed chwycił mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
- Przepraszam – szepnął, nachylając się w moją stronę.
O nie. Nie mogło być tak łatwo. Sprawnie wyzwoliłam rękę z uścisku i odsunęłam się od niego, przewracając przy tym oczami.
- Chyba mnie nie zrozumiałeś – powiedziałam z uśmiechem i wyszłam z mieszkania.
Zeszłam na dół, gdzie jeszcze dobrą chwilę musiałam czekać na rudzielca. Gdy w końcu do mnie dołączył, jak gdyby nigdy nic złapał moją dłoń i bez słowa ruszyliśmy przed siebie.
Stuart nie mieszkał daleko. Po niecałych dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Kolejny amator ostatnich piętr w kamienicach. Na szczęście w tej była winda. Wjechaliśmy na górę, po czym Ed bez pukania wszedł do mieszkania, a ja za nim.
- Stu! - krzyknął rudzielec, gdy staliśmy w bardzo dużym jasnobrązowym przedpokoju.
Przyklejona do jego pleców rozglądałam się dookoła. Po lewej stronie znajdowały się dwie małe szafki, natomiast po prawej duża szafa i wieszaki na ubrania, obok których było otwarte wejście najprawdopodobniej do salonu. Właśnie stamtąd wyszedł gruby, prawie łysy mężczyzna, którego do tej pory znałam tylko ze zdjęć.
- Fajnie, że jesteście – uśmiechnął się szeroko i wyciągnął w moją stronę rękę. - Stuart.
- Nina – przedstawiłam się, ściskając jego dłoń i unosząc kąciki ust.
- Miło cię poznać. Wchodźcie do środka – gestem ręki zaprosił w kierunku salonu, ale Ed nie czekał na to i już wcześniej zniknął wewnątrz pokoju.
Z ociąganiem ściągnęłam buty i kurtkę i dołączyłam do mężczyzn, którzy zdążyli zacząć już wesołą rozmowę. Salon połączony był z kuchnią, a utrzymany głównie w brązach wyglądał bardzo przytulnie. Na samym środku stała kanapa, a naprzeciwko niej był kominek, od którego biło przyjemne ciepło. Na sofie oczywiście w najlepsze rozłożony leżał rudzielec. Gdy zobaczył, że weszłam, natychmiast ściągnął nogi na podłogę, robiąc mi miejsce obok siebie. Jak zwykle nie czułam się pewnie w nowym miejscu, dlatego ostrożnie usiadłam z brzegu i uśmiechałam się nerwowo, przysłuchując się rozmowie i co jakiś czas odpowiadając na zadawane mi pytania.
W pewnym momencie z kuchni rozległo się piszczenie. Stu natychmiast poderwał się z kanapy.
- Czas coś zjeść – powiedział, podchodząc do piekarnika.
Popatrzyłam na Eda, któremu nie trzeba było dwa razy powtarzać informacji o jedzeniu. Od razu podniósł się z miejsca i usiadł przy stole, wpatrując się niecierpliwie w mężczyznę. Zrobiłam to samo co on, a po chwili dołączył do nas także Stu, przynosząc pełne talerze. Nie miałam pojęcia co jadłam, ale nie przeszkadzało mi to, bo obiad był pyszny. Poza tym rozluźniłam się nieco, gdy Stuart opowiadał historie z życia rudzielca. Śmialiśmy się wszyscy, chociaż Ed początkowo udawał, że jest zły. W czasie tych opowieści zdążyłam wypić trzy szklanki soku, co w końcu dało o sobie znać.
- Muszę do łazienki – powiedziałam półgłosem, odsuwając krzesło od stołu.
- Tutaj obok – Stu wskazał mi kierunek palcem.
Uśmiechnęłam się w podziękowaniu i wyszłam.
**
Obserwuję jak Nina wychodzi z pokoju i gdy tylko znika mi z pola widzenia, odwracam się do Stu.
- Fajna, prawda? - mówię z uśmiechem.
- Bardzo fajna – jego mina wskazuje na co innego. - Zbyt fajna.
Patrzę na niego nierozumiejącym wzrokiem.
- W jakim sensie? - pytam, unosząc brew.
- Dobrze wiesz w jakim. Szkoda mi tej dziewczyny.
Dalej go nie rozumiem.
- Możesz jaśniej?
- Ed, nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi. Zbyt dobrze cie znam.
No dobra, rzeczywiście rozumiem go świetnie, ale nie mogę mu tego pokazać.
- Nie wiem – idę w zaparte.
- Nie wmówisz mi, że masz w stosunku do niej całkowicie czyste zamiary i spędzasz z nią czas tylko dlatego, że ją lubisz.
Cholera, co ja mam mu powiedzieć. Bardzo lubię Ninę i lubię spędzać z nią czas, ale Stu ma w pewnym sensie rację. Dobra, nie ma sensu się wypierać. On i tak wszystko o mnie wie.
- Przecież wiesz – wzruszam ramionami.
- No właśnie wiem i to mnie martwi. Nie jesteś taki. Masz dziewczynę, nie zapominaj o tym.
Przewracam oczami. O tym nie da się tak łatwo zapomnieć.
- Przecież kilka pocałunków to jeszcze nie zdrada – mówię niby obojętnie.
- A ty przecież nie myślisz o niczym więcej. Oczywiście – ironia w jego głosie jest aż nazbyt wyczuwalna. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak Nina będzie przez ciebie cierpiała.
- Ona i tak wyjeżdża.
- A ty myślisz, że jak wróci do Polski to tak po prostu zapomni o tym co się tu stało?
- Nie. Myślę, że nie mam zamiaru jej skrzywdzić – lekko podnoszę ton głosu.
Ta rozmowa zaczyna mnie irytować. Wiem co robię i wiem, że muszę być delikatny.
- Skrzywdzisz ją samym tym, że uważasz ją za łatwy cel.
- Ten cel nie jest taki łatwy, jak mi się wydawało – mówię półgłosem na wspomnienie dzisiejszych wydarzeń.
Kątem oka zauważam, jak Stu z dezaprobatą kręci głową.
- Ty jesteś dorosły i masz duże doświadczenie we wszystkich kwestiach, ale ona nie.
Kolejna rzecz, o której nie musi mi przypominać. Doskonale wiem, że Nina jest ode mnie młodsza i to całkiem sporo, ale nie przeszkadza mi to. Jej najwyraźniej też nie.
- Dobra, może już skończymy – głową dyskretnie wskazuję zbliżającą się dziewczynę.
- Ja cię tylko ostrzegam, a ty i tak zrobisz co chcesz. Już tak masz – Stu dodaje cicho i uśmiecha się do mnie bezradnie.
**
- Piwo się skończyło. Czas wracać do domu – Ed śmiejąc się pomachał drugą już pustą butelką i odstawił ją na podłogę obok poprzedniej.
Doskonały humor dopisywał nie tylko jemu. Siedzieliśmy na kanapie, zwijając się ze śmiechu. Zaczęło się od zabawnych historii z życia, a skończyło na oglądaniu najgłupszych zdjęć i filmików z udziałem Eda i Stu. Pewnie gdyby nie to, że moje oczy nie produkowały nadmiernej ilości łez, płakałabym ze śmiechu. Naprawdę nie spodziewałam się, że będę się tak dobrze bawiła w ich towarzystwie. Nie wiedziałam nawet, która jest godzina, chociaż praktycznie cały czas trzymałam telefon w dłoni. Dopiero gdy Ed podniósł się z kanapy i skierował się w stronę przedpokoju, spojrzałam na zegarek, który wskazywał 20:27. Miałam jeszcze dużo czasu. Spokojnie dołączyłam do ubierającego się rudzielca i również zaczęłam zakładać na siebie kurtkę i buty.
- Może was odwiozę? - zaproponował Stuart, gdy byliśmy już gotowi do wyjścia.
Spojrzałam na Eda, chcąc przekazać mu wzrokiem, że wolałabym się przejść, ale jego oczy nie powędrowały w moją stronę.
- Nie, dzięki. Przejdziemy się – odpowiedział zgodnie z moją wolą.
- Jak chcecie – mężczyzna rozłożył ręce. - W takim razie do zobaczenia i Ed pamiętaj o czym rozmawialiśmy – ostatnie słowa wypowiedział ciszej.
Gdy już się pożegnaliśmy i wyszliśmy na ulicę, włączyła się moja ciekawska natura.
- O czym rozmawialiście? - spytałam, patrząc na lekko chwiejącego się rudzielca. Z całą pewnością mogłam stwierdzić, że miał słabą głowę.
- O tobie.
- Jak to o mnie?
- Normalnie. Stu stwierdził, że jesteś najfajniejszą siedemnastolatką jaką zna, a ja się z nim zgadzam w trzystu procentach – mówiąc to, spojrzał na mnie i uniósł kąciki ust.
Szybko odwróciłam wzrok, czując, że się rumienię. Uśmiechnęłam się do siebie. Czy to znaczyło, że nie byłam dla niego tylko tanią rozrywką, czy po prostu tak dobrze grał? Próbowałam odpowiedzieć sobie na to pytanie prawie całą drogę do domu, którą pokonywaliśmy w całkowitym milczeniu przerywanym tylko kolejnymi potknięciami Eda. Po półgodzinie rozważań i obserwacji rudzielca doszłam do wniosku, że to nie możliwe, żeby udawał, skoro po dwóch piwach nie umiał nawet iść zupełnie prosto.
Gdy zatrzymaliśmy się pod domem, obróciłam się do mężczyzny twarzą z nieschodzącym z niej od dłuższego czasu szerokim uśmiechem.
- Jesteś najfajniejszym dwudziestoczterolatkiem jakiego znam – powiedziałam cicho, a Ed w odpowiedzi uniósł wysoko kąciki ust.

Staliśmy w ciepłym świetle latarni ulicznej w zupełnej ciszy. Wiedziałam, że brakuje jeszcze tylko jednej rzeczy, żeby w pełni wykorzystać ten nastrój. Przybliżyłam się do mężczyzny i objęłam go mocno, po czym pocałowałam go delikatnie, co oczywiście odwzajemnił. Tak, teraz już było idealnie.


~~~~~~~~~~
Co będę pisać. Po prostu czytajcie i komentujcie :)  

niedziela, 7 czerwca 2015

Rozdział X

Położyłam się do łóżka wcześniej niż zwykle w soboty. Po pierwsze, dlatego że jak na dzień na kacu działo się zdecydowanie za dużo, a po drugie miałam mnóstwo rzeczy do przemyślenia, a jak wiadomo najlepiej myśli się przed zaśnięciem z ulubioną muzyką w uszach. Mój umysł w największym stopniu zaprzątał Ed. Nie miałam pojęcia jak nazwać to, co się między nami wydarzyło. Przypominałam sobie każde nasze spotkanie i ze zdziwieniem doszłam do wniosku, że wcale nie było ich tak dużo i że wszystko między nami potoczyło się bardzo szybko. Chyba trochę za szybko jak dla mnie, bo zupełnie nie byłam na to przygotowana psychicznie. Po prostu nie ogarniałam wydarzeń minionego miesiąca. W dodatku naprawdę zaczęło mnie zastanawiać jak mam nazwać nasz „układ”, bo nie pasowało mi żadne określenie. Na szczęście miałam przed sobą prawie dwa tygodnie względnego spokoju, chociaż szczerze mówiąc nie cieszyło mnie to za bardzo. Zdążyłam się już przyzwyczaić do obecności rudzielca w moim życiu, a teraz on tak po prostu znikał i to przeze mnie praktycznie bez pożegnania, bo oczywiście musiały mi się włączyć wyrzuty sumienia w stosunku do Ellie. Chociaż nie ma tego złego. Przynajmniej wszystko sobie szczerze wyjaśniłyśmy w czasie trwania „Aut” - pierwszego filmu jaki znalazłam. Opowiedziałam jej też całą historię znajomości z Edem łącznie ze wszystkimi szczegółami. No dobra, pominęłam dzisiejszy dzień, ale poza tym sama prawda. Jednak mimo to cały czas czułam, że blondynka nie jest do niego przekonana. Wprawdzie nic takiego nie mówiła, a wręcz przeciwnie ciekawiło ją wszystko, ale ja wiedziałam, że ona go po prostu nie lubi. Tylko czemu? Nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Czułam jak powieki stają się coraz cięższe, a myśli mieszają się z sennymi obrazami. Przytuliłam głowę do poduszki i zamknęłam oczy, wyłączając wcześniej muzykę i odkładając telefon na szafkę obok.
Prawie zasypiałam, gdy przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Po omacku sięgnęłam po komórkę. „Nie opowiedziałeś mi swojej historii” - wystukałam, mrużąc oczy od nagłej jasności. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. „ Jeszcze bardzo wiele przed nami. Dobranoc xx” Na usta wdarł mi się mimowolny uśmiech. „Jeszcze bardzo wiele przed nami.” Co to znaczy?
*
Już w połowie tygodnia straciłam wszelką chęć chodzenia do szkoły. Ilość nauki całkowicie mnie przytłoczyła, przez co nie miałam czasu na nic innego. W dodatku od ostatniego sobotniego SMS-a Ed się nie odzywał i jedyne co mogłam robić, to oglądanie zdjęć z koncertów. Dlatego też czwartkowy poranek był potworny. Niepomalowane oczy jak na zapałkach, wymięte ubrania i włosy w bezładzie. Tak wyglądałam z samego rana, a później wcale nie było lepiej. Do szkoły dotarłam bez śniadania, bo zaspałam i nie miałam czasu ani zjeść w domu, ani przygotować na później. Byłam przekonana, że tego dnia nic dobrego wydarzyć się nie może.
*
Szybkim krokiem szłam w stronę stołówki. Żołądek skręcał się z głodu i czułam, że jeśli zaraz czegoś nie zjem, to zemdleję.
- Cześć, piękna! - usłyszałam tuż przy prawym uchu, czując jednocześnie dotyk rąk na biodrach.
- Louis! - krzyknęłam wesoło, odwracając się i wpadając chłopakowi w ramiona. Kwestia pustego brzucha natychmiast zeszła na drugi plan.
- Już myślałem, że o mnie zapomniałaś – powiedział z udawanym żalem.
- Ja? To ty nie odzywałeś się przez prawie tydzień – poprawiłam spadającą z ramienia torbę.
- Racja, ale chory byłem, to mnie usprawiedliwia – uśmiechnął się niewinnie.
- Czyżby choroba objęła także twoje palce, którymi odpisuje się na SMS-y? - przybrałam obrażoną minę i skrzyżowałam ręce na piersi.
- Oj, nie czepiaj się już. Idziemy na obiad - chwycił mnie za rękę i pociągnął w kierunku, w którym cały czas zmierzałam.
*
- Jak zwykle sałatka? - zapytał, gdy staliśmy w niekończącej się kolejce.
- O nie – zdecydowanie pokręciłam głową. - Dzisiaj biorę to co ty – uśmiechnęłam się do blondyna.
- Nareszcie zjesz coś porządnego – puścił do mnie oczko.
Zaśmiałam się cicho. Naprawdę myślałam, że ten dzień będzie fatalny, ale wystarczyła sama obecność Louisa, żeby mój humor się poprawił.
- Co robisz jutro? - zapytał chłopak, gdy z porcjami kurczaka i frytek, siedzieliśmy przy stoliku.
- Nie mam planów – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wzruszając ramionami.
- Może się gdzieś przejdziemy? - zaproponował trochę nieśmiało.
- Bardzo chętnie – uśmiechnęłam się szeroko i zabrałam się za nabijanie mięsa na widelec.
*
Lekcje ciągnęły się niemiłosiernie. Same nudne wykłady na tematy, które kompletnie mnie nie interesowały. Jedynym co trzymało mnie przy życiu była wizja wspólnego wieczoru z Louisem. Nie mogłam się doczekać aż znowu spędzę z nim trochę czasu, bo rzeczywiście ostatnio trochę go zaniedbałam. Byłam zbyt zajęta tworzeniem swojej relacji z Edem i blondyn zszedł na drugi plan. Ale teraz miałam zamiar to naprawić.
Zaraz po szkole wróciłam do domu i rzuciłam się na łóżko. Musiałam odpocząć po męczącym dniu. Pilotem włączyłam muzykę, a z głośników popłynęło „Autumn leaves”. Zamknęłam oczy i odpłynęłam. Świadomość wróciła mi dopiero wtedy, gdy w pokoju rozbrzmiewała końcówka „Homeless”. Nie zupełnie jeszcze wiedząc co się wokół mnie dzieje, chwyciłam telefon, który leżał obok. Sprawdziłam godzinę. 16:47. Miałam dokładnie trzynaście minut do spotkania z Louisem. Uświadomiwszy sobie to, zerwałam się z łóżka i podbiegłam do szafy. W pośpiechu zrzuciłam z siebie mundurek, a z drewnianego mebla wyciągnęłam jasnoróżową koszulkę z jakimś napisem i czarne rurki. Ubrana stanęłam przed lustrem, przy okazji uwalniając włosy z rozwalonego już warkocza. Roztrzepałam je palcami, po czym poprawiłam tak, żeby sprawiały wrażenie ułożonych. Szyję i nadgarstki spryskałam perfumami, a usta przejechałam różową pomadką.
- Gotowe - powiedziałam cicho, patrząc na swoje odbicie.
Ponownie spojrzałam na wyświetlacz telefonu. 16:56. Całkiem nieźle. Miałam jeszcze cztery minuty na dotarcie do parku, w którym się umówiliśmy.
Schowałam komórkę do kieszeni i zbiegłam na dół. Na szczęście nie było Lucy, bo inaczej znacznie przedłużyłby się czas wyjścia z domu. Z wieszaka wzięłam kurtkę, którą niedbale na siebie zarzuciłam, rzuciłam pożegnalne „Nie wrócę późno” Paulowi i wybiegłam z domu. Do parku nie miałam daleko, dlatego spóźniłam się tylko trzy minuty. Z daleka zobaczyłam Louisa i zaczęłam do niego machać, jednocześnie próbując uspokoić znacznie przyspieszony od biegu oddech.
W momencie, gdy od chłopaka dzieliło mnie zaledwie kilka kroków, jak przystało na londyńską pogodę, z nieba lunął rzęsisty deszcz.
- Cześć! - rzuciłam na przywitanie, gdy stanęłam obok blondyna. - To co robimy? - zapytałam z uśmiechem.
- Planowałem spacer, ale chyba nic z tego – wymownie spojrzał w górę. - Proponuję pójście do mnie, co ty na to?
- Jestem za. Mam nadzieję, że mieszkasz blisko.
Louis zaśmiał się, ścierając mi z nosa krople wody i ruszył przed siebie, a ja za nim.
- Muszę cię tylko uprzedzić, że w domu będą moja mama i dwunastoletnia siostra – powiedział, gdy przemierzaliśmy pływające uliczki.
- Żaden problem – wzruszyłam ramionami.
- Tak ci się tylko wydaje – szturchnął mnie w ramię. - Claire jest wielką fanką Eda Sheerana i każdego zamęcza opowieściami o nim.
Na dźwięk nazwiska rudzielca przez moje ciało przeszły ciarki.
- Też go lubię. Może się dogadamy – odpowiedziałam, unosząc kąciki ust i starając się nie powiedzieć nic więcej.
- To się okaże. Jesteśmy na miejscu.
Zatrzymaliśmy się pod budynkiem bardzo podobnym do wszystkich wokół, w tym do domu Stuartów. Nie chcąc dłużej moknąć szybko weszliśmy do środka. W bardzo jasnym bladożółtym przedpokoju zostawiłam kurtkę i buty, po czym chłopak zaprowadził mnie do salonu, w którym siedziała wysoka, szczupła brunetka o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych i mała blondynka do złudzenia przypominająca Louisa, tyle że w wersji dziewczęcej. Obie zapatrzone były w telewizor i popijały coś z dużych czerwonych kubków.
- Dzień dobry – przywitałam się grzecznie i jak na komendę przykułam wzrok zarówno mamy, jak i córki.
- Cześć, Nina – krzyknęła dziewczynka, odstawiając na stolik swój napój i wstając z puszystego szarego dywanu.
Skonsternowana wpatrywałam się w poruszający się w moją stronę punkt i zastanawiałam się skąd ta drobna istota zna moje imię.
- Jestem Claire – uśmiechnęła się, podając mi rękę.
Odpowiedziałam jej tym samym, czekając na jakiś pomocny ruch ze strony Louisa.
- My pójdziemy na górę – powiedział chłopak i pociągnął mnie w stronę schodów.
- Poczekajcie – zatrzymał nas ciepły głos jego mamy. - Usiądźcie z nami. Zrobię wam herbatę. A może chcecie coś do jedzenia?
Louis spojrzał na mnie pytająco, ale tylko nieśmiało pokręciłam głową.
- Nie mamo, dziękujemy – ton jego głosu wyrażał zniecierpliwienie.
- Oj, synek. Herbatę musicie wypić. Jesteście cali przemoczeni i najlepiej gdybyście się przebrali, bo inaczej się pochorujecie, a ja dopiero co cię wyleczyłam – spojrzała na blondyna, po czym przeniosła wzrok na mnie. - Nie martw się, Louis na pewno znajdzie ci jakąś bluzę. On ma pełno takich rzeczy. No co tak stoicie. Biegnijcie na górę, a ja was zawołam jak herbata będzie gotowa – powiedziawszy to, zniknęła w kuchni, a my ruszyliśmy po schodach.
- Przepraszam cię za mamę. Ona tak zawsze – chłopak wzruszył bezradnie ramionami.
- Nie masz za co. Twoja mama jest naprawdę bardzo miła – odparłam z uśmiechem, ale po jego minie wywnioskowałam, że nie do końca go przekonałam, chociaż mówiłam całkowicie szczerze.
- Wejdź – gestem ręki zaprosił mnie do otwartego na oścież pokoju.
Różnił się on znacznie od wypełnionego antykami salonu. Na szaro – czerwonych ścianach wisiały plakaty gwiazd koszykówki, a na szafce przy łóżku stojącym po prawej stronie leżały poukładane równo puchary i medale. Od razu było widać, że koszykówka jest największą pasją chłopaka. Na środku znajdowała się duża czerwona pufa, na której po krótkiej chwili usiadłam. Rozglądałam się po pokoju, stwierdzając w myślach, że jest tu bardzo przytulnie i chętnie bym tu została.
- Łap! - usłyszałam krzyk Louisa i odwróciłam głowę w lewo, gdzie blondyn stał przy obszernej jasnoszarej szafie. W ostatniej chwili złapałam rzeczy, które mi rzucił. - Możesz się przebrać. Ja idę do łazienki – powiedział, wychodząc z pokoju.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, dokładnie obejrzałam ubrania, które dostałam. Granatowa bluza z białym napisem i czarne spodnie dresowe. Byłam pewna, że będę wyglądała w tym stroju uroczo, ale nie miałam wyboru. Mokre dżinsy przykleiły się do skóry, co nie było najprzyjemniejszym uczuciem. Koszulkę miałam wprawdzie suchą, ale założyłam też bluzę. Przebrana stanęłam przed lustrem w rogu pokoju. Spodnie były zdecydowanie za długie, zresztą tak samo jak zwisające rękawy bluzy. W miarę możliwości podwinęłam wszystko co tylko się dało i mając nadzieję, że nie zabiję się przed potknięcie o zbyt długie nogawki, po chwili wahania wyszłam z pokoju. Dokładnie w tym samym momencie z łazienki wyszedł Louis w żółtej koszulce i szarych dresach, który widząc mnie wybuchnął głośnym śmiechem.
- Jakiś problem? - zapytałam najbardziej dresiarsko jak umiałam.
- Nie, skądże – odpowiedział, krztusząc się ze śmiechu. - Po prostu wyglądasz – szukał odpowiedniego słowa – inaczej.
- Herbata! - z dołu dało się słyszeć wołanie mamy chłopaka.
- Już idziemy! - odkrzyknął Louis i nie przestając się śmiać, popchnął mnie w stronę schodów.
W ostatniej chwili przypomniało mi się, że nie wzięłam telefonu i zwinnym ruchem wymijając blondyna, wróciłam do pokoju, gdzie z kieszeni rozłożonych na ramie łóżka spodni wyjęłam komórkę i przełożyłam ją do kieszeni bluzy. Spokojna wróciłam do czekającego na mnie przy schodach Louisa.
- Tutaj macie kubki – mama chłopaka postawiła przed nami herbatę, gdy rozsiedliśmy się już wygodnie na jasnej sofie. - Ja uciekam, bo na śmierć zapomniałam, że umówiłam się z Anne. Pa, dzieciaki. Zostawiam was samych – i równie szybko jak to powiedziała, wybiegła z domu.
Zapanowała niezręczna cisza. Claire przyglądała mi się badawczo spod wpół przymkniętych powiek, a ja nie wiedząc co zrobić, nerwowo wypijałam zawartość biało – niebieskiego kubka.
W końcu przypomniało mi się to, co wcześniej mówił mi Louis. Nareszcie miałam jakiś punkt zaczepienia.
- Słyszałam, że lubisz Eda.
Louis posłał mi spojrzenie mówiące: „Nawet nie zaczynaj tego tematu”, ale zignorowałam je. Dziewczynka natychmiast się ożywiła.
- Ja go KOCHAM! - podkreśliła dosadnie ostatnie słowo. - A ty?
- Czasem słucham jego piosenek. Bardzo mi się podobają – mówienie pół prawdy przychodziło mi coraz łatwiej.
- Serio? A jaką lubisz najbardziej? - blondynka z błyskiem w oczach wstała z dywanu i usiadła obok mnie na kanapie.
- Chyba nie mam ulubionej. Jasne, jedne lubię mniej, inne bardziej, ale uważam, że wszystkie są genialne – tym razem mówiłam całkowicie szczerze.
- Też tak myślę – pokiwała ze zrozumieniem głową. - Wiesz co? Najbardziej to chciałabym go spotkać na żywo, ale tak, żeby móc z nim porozmawiać – rozmarzyła się.
Zaśmiałam się w duchu. Sposób w jaki przeżywała wszystko co mówiła na temat Eda był uroczy. Podejrzewałam, że jej pokój jest cały oblepiony jego plakatami.
- Na pewno go kiedyś spotkasz – powiedziałam z uśmiechem, dyskretnie wyciągając telefon i wyciszając dźwięk dzwonka, który rozbrzmiewał w mojej kieszeni.
Kątem oka zerknęłam na wyświetlacz, ciekawa kto do mnie dzwoni. O nie! Nie mógł wybrać gorszego momentu. Moje policzki natychmiast się zaczerwieniły, a na twarz wdarł się mimowolny wyraz zakłopotania, który zauważył Louis i od razu zwrócił się do siostry:
- Dobra, koniec tego. Pogadacie sobie kiedy indziej, bo jakbyś nie zauważyła Nina przyszła do mnie – wskazał palcem na siebie.
- Ale... - dziewczynka nie była zadowolona.
- Żadnego ale. Idziemy – zakomenderował, a ja posłusznie wstałam z kanapy i uśmiechając się do blondynki, poszłam w stronę schodów.
W momencie, w którym chłopak do mnie dołączył, telefon znowu wydał dźwięk, który ponownie wyciszyłam. Nie mogłam przecież teraz odebrać.
Po kilku sekundach znowu znalazłam się na czerwonej pufie w przytulnym pokoju Louisa. Blondyn usiadł obok mnie, a ja wyciągnęłam swobodnie nogi. Jednak względny spokój zmącił kolejny telefon od rudzielca.
- Odbierz. Może to coś ważnego – powiedział Louis, gdy kolejny raz miałam zamiar wyciszyć dźwięk.
- Nie, to może poczekać – uśmiechnęłam się uspokajająco, chociaż w głowie miałam zupełnie inne myśli.
- Dzwoni już trzeci raz. Nie jestem pewny czy on chce czekać – skrzyżował ręce na piersi.
- Skąd wiesz, że to on? - spytałam, mrużąc oczy.
- Domyśliłem się. Odbierz, potem pogadamy – ruchem głowy wskazał na dzwoniącą komórkę.
Jeszcze chwilę się wahałam, ale w końcu patrząc niepewnie na Louisa, przyłożyłam telefon do ucha.
- Cześć – powiedziałam na przywitanie.
- No w końcu. Czemu nie odbierałaś?
- Nie mogłam.
- Dobra, nie pytam. Przepraszam, ze nie dzwoniłem wcześniej, ale nie miałem czasu. W sumie teraz też nie mam go za wiele, ale próba poszła sprawnie, więc mam chwilę oddechu. Co u ciebie?
- Wszystko w porządku. Nic się nie zmieniło od tygodnia.
- To dobrze. Co robisz?
- Jestem u przyjaciela – mówiąc to, spojrzałam na Louisa, który udawał, że moja rozmowa zupełnie go nie obchodzi.
- No to już rozumiem, dlaczego nie odbierałaś. Przepraszam, że przeszkadzam.
- Nie przeszkadzasz.
- Na pewno?
- Tak. Gdzie dzisiaj jesteś?
- Edynburg. Jutro Glasgow, a w niedzielę Belfast.
- Wracasz w piątek?
- Tak, a sobotę spędzam z tobą. Może pójdziemy na obiad do Stu. Bardzo chciałby cię poznać.
- Nie obraź się, ale nie jestem pewna czy chcę się spotykać z twoimi znajomymi.
- Stu to nie znajomy. On jest jak ojciec, starszy brat i najlepszy przyjaciel w jednym. On wie o mnie wszystko. Musimy do niego iść.
- Ale nikogo więcej nie będzie?
- Nie, obiecuję.
- W takim razie zgoda.
- To przyszła sobota zarezerwowana. Przepraszam cię, ale muszę kończyć, bo robi się młyn. Buziaki. Jeszcze będę dzwonił.
- Mam nadzieję. Pa.
Rozłączyłam się i włożyłam telefon z powrotem do kieszeni. Louis w trakcie mojej rozmowy wykonał kilka kółek wokół pokoju, co chwila podchodząc do drzwi, jakby zastanawiał się czy nie byłoby lepiej gdyby wyszedł, jednak ciekawość kazała mu zostać.
- Nie chciałbym pytać, ale...
- Dzwonił – miałam poważny problem z nazwaniem Eda – Ed.
- Może Sheeran – zaśmiał się nieświadomy, że mówi prawdę.
Uśmiechnęłam się tylko i wzruszyłam ramionami.
- Przepraszam, że pytam, ale... jesteście parą? - widziałam, że jest spięty.
- Nie – pokręciłam głową. Dwóch pocałunków nie można było nazwać związkiem.
Zauważyłam, że Louis spiął się jeszcze bardziej
- Przyjaźnimy się prawda? - spytał bardziej po to, żeby zacząć swoją dalszą wypowiedź.
- No tak.
- W takim razie mówimy sobie o wszystkim?
- No tak.
- I ufamy sobie?
- No tak – odpowiedziałam ze zniecierpliwieniem, bo jego pytania zaczęły mnie irytować.
- Powiedziałabyś mi, gdybyś kogoś miała?
- Myślę, że tak.
- To dlaczego zaprzeczasz, że jesteście parą? Ellie wszystko mi powiedziała.

Zamarłam.


~~~~~~~~~~~~~~
Przyznam szczerze, że nie byłam do końca zadowolona z trzech ostatnich rozdziałów, ale nareszcie mam trochę wolnego czasu i mam nadzieję, że ten rozdział jest lepszy.
Przy okazji mam też pytanie. Zastanawiałam się ostatnio, czy nie wolelibyście krótszych rozdziałów. Piszcie tutaj albo na Facebooku :)