- Jestem! -
krzyknęłam jak zawsze po powrocie do domu.
Zwykle
natychmiast pojawiała się w przedpokoju Lucy, w celu
przeprowadzenia obowiązkowego wywiadu, ale tym razem nie przyszedł
nikt. Nikt się nawet nie odezwał. Panowała całkowita cisza.
Trochę mnie to zdziwiło i zaniepokoiło. Ostrożnie weszłam do
salonu. Przy oknie z rozdziawioną buzią stał Kevin, a obok niego
wpatrująca się nieruchomo w ciemność Lucy. Tylko Paul jak zawsze
spokojnie siedział w fotelu czytając jakąś książkę.
- Coś się
stało? - spytałam niepewnie, podchodząc do okna.
Chłopiec
powoli odwrócił się w moją stronę.
- My wszystko
widzieliśmy – powiedział głośno, krzyżując ręce na piersi.
Domyśliłam
się, że widzieli jak całowałam się z Edem, a moje policzki
momentalnie pokryły się rumieńcem, chociaż właściwie nie miały
powodu. Przecież ludzie tak czasem robią. Nic nadzwyczajnego.
- Tak? A co
konkretniej? - zapytałam obojętnie, opadając ciężko na kanapę.
- To był Ed
Sheeran! - mały niemal krzyczał.
Zatrzymałam
się na moment w bezruchu, po czym wybuchnęłam sztucznym śmiechem.
- Skąd ci to
przyszło do głowy? Fakt, też jest rudy i ma na imię Ed, ale takie
sytuacje się zdarzają – wzruszyłam ramionami, mimo że moje
serce kołatało jak oszalałe.
- Ale ja go
poznałem! Słuchasz ciągle jego piosenek i oglądasz jego zdjęcia.
Pamiętam go – Kevin nie ustępował.
- Wydawało ci
się – starałam się brzmieć przekonująco, ale czułam, że mi
to nie wychodzi.
- Niemożliwe.
Mamo, powiedz coś, też go widziałaś – naburmuszony
jedenastolatek szturchnął kobietę w ramię.
Lucy, która do
tej pory w milczeniu przyglądała się naszej wymianie zdań,
odwróciła się w stronę syna.
- Nie wiem
Kevin. Nie znam tego całego Sheerana, więc nie będę się
wypowiadać.
Blondyn,
widząc, że mama mu nie pomogła, pobiegł obrażony na górę, a po
chwili wrócił z tabletem w dłoni, na którym wyświetlił
wszystkie zdjęcia Eda, jakie znalazł.
- No popatrz
mamo. To on – podszedł do kobiety, która w czasie jego
nieobecności zdążyła usiąść obok mnie na kanapie.
Uważnie
obserwowałam jej twarz, która na szczęście nie wyglądała na
przekonaną.
- Faktycznie
podobieństwo jest duże, ale pomyśl Kevin czy to możliwe.
- No... -
chłopiec zawahał się.
- No właśnie.
Nie bardzo – Lucy poklepała go po głowie i wysłała do spania.
Jedenastolatek
jeszcze chwilę próbował przekonać ją, że ma rację, ale w końcu
bardzo niechętnie odpuścił i wolnym krokiem poszedł do swojego
pokoju. Odetchnęłam z ulgą.
- Ja też już
pójdę – powiedziałam, wstając z sofy.
- Dobrze –
Lucy uśmiechnęła się do mnie. - Wybacz Kevinowi, ale trochę za
bardzo się nakręcił.
Uniosłam
kąciki ust.
- Rozumiem go
doskonale. Sama też się nakręciłam.
- Widziałam –
kobieta zaśmiała się. - Leć już spać, bo pewnie dużo się
dzisiaj działo. Dobranoc.
- Dobranoc –
odpowiedziałam i pobiegłam na górę.
Byłam
zadowolona z takiego obrotu sytuacji, chociaż czułam się źle z
tym, że znowu musiałam kłamać. Powoli stawało się to męczące.
Męczące było też to, że musiałam być coraz bardziej ostrożna.
Już nie mogłam umawiać się z Edem pod domem, bo byłam pewna, że
następnym razem Kevin tak łatwo nie odpuści, a mnie nie uda się
tak łatwo z tego wykręcić.
*
- To jak? Kino
o szóstej? - spytała Ellie, gdy wychodziłyśmy ze szkoły.
- Jeszcze
nie... - przerwałam, słysząc dzwonek mojego telefonu. - Poczekaj
chwilę – rzuciłam w stronę blondynki i nie patrząc kto dzwoni,
przyłożyłam komórkę do ucha.
- Halo?
- Cześć!
Skończyłaś już lekcje? - po drugiej stronie usłyszałam głos
Eda.
- Tak. Jestem
właśnie pod szkołą – powiedziałam szybko, kątem oka zerkając
na przypatrującą mi się Ellie.
- To świetnie,
bo ja też. Czekam tak gdzie wtedy – rozłączył się.
Stałam chwilę
w szoku, a gdy minął, schowałam telefon do torby i odwróciłam
się do przyjaciółki.
- Kino raczej
dzisiaj nie wypali – powiedziałam przepraszającym tonem.
- Niech zgadnę
kto dzwonił – zaśmiała się. - To do jutra.
- Pa! -
krzyknęłam, biegnąc w umówionym kierunku.
Już z daleka
widziałam rudą czuprynę Eda. Stał przy samochodzie, przeglądając
coś w telefonie.
- Cześć! -
przywitałam się i pocałowałam go w policzek.
- No cześć!
- uśmiechnął się, natychmiast chowając komórkę do kieszeni. -
Wsiadaj – otworzył przede mną tylne drzwi, a ja od razu weszłam
do środka.
- Stu? -
zdziwiłam się, widząc go za kierownicą.
- Cześć,
Nina! – uśmiechnął się do mnie, patrząc we wsteczne lusterko.
W tym samym
czasie od drugiej strony auta wsiadł Ed.
- To gdzie
jedziemy? - Stuart przeniósł wzrok na rudzielca, ale ten tylko
wzruszył ramionami. - Szybko decydujcie, bo nie mam wiele czasu, a
auta nie pożyczę, bo jest mi bardzo potrzebne. Poza tym w rękach
Eda każdy pojazd jest w niebezpieczeństwie - puścił do mnie
oczko.
Zaśmiałam się
i popatrzyłam na siedzącego obok mnie mężczyznę, który właśnie
wystawiał język swojemu menadżerowi.
- To gdzie was
zawieźć – Stu wyraźnie się niecierpliwił.
- Podwieź nas
do centrum. Tam już sobie poradzimy – Ed spojrzał na mnie i
uniósł kąciki ust, a ja odpowiedziałam mu tym samym.
Spokojnie
ruszyliśmy z parkingu. Jazda ze Stu była zdecydowanie
bezpieczniejsza niż jazda z Edem.
*
- Co teraz? -
spytałam, gdy staliśmy już na zatłoczonej ulicy.
- Teraz
spacer. Chyba, że chciałabyś coś innego – Ed spojrzał na mnie
pytająco.
Pokręciłam
głową.
- Lubię
chodzić – uśmiechnęłam się.
„Szczególnie,
gdy moja torba waży tonę” - pomyślałam, poprawiając sobie
spadający z ramienia pasek.
- To dobrze.
Daj torbę – rudzielec czytał mi w myślach.
Nie miałam
nawet zamiaru udawać, że nie trzeba. Od razu mu ją podałam.
- Co ty tam
nosisz? - spytał, uginając się pod ciężarem.
- Przeważnie
niewiele, ale akurat dzisiaj wyniosłam pół zawartości szafki –
wzruszyłam ramionami.
- Tak zupełnie
przypadkowo? - wolnym krokiem ruszyliśmy przed siebie.
- Zupełnie.
Przecież nie wiedziałam, że się spotkamy.
- Ja też nie
wiedziałem. Inaczej uprzedziłbym cię wcześniej, żebyś nie brała
ze sobą tysiąca niepotrzebnych rzeczy.
- Wtedy
wzięłabym je celowo.
- Bardzo
zabawne – uniósł kąciki ust. - Co ciekawego robiłaś w szkole
przez ostatnie dwa dni?
- Nic. W
szkole przeważnie nie dzieje się nic ciekawego. Nie wiesz tego?
- Wiem,
dlatego rzuciłem ją najszybciej jak mogłem – wyszczerzył się w
uśmiechu.
Przewróciłam
oczami.
- A ty co
ciekawego robiłeś przez ostatnie dwa dni?
- Nagrywałem,
nagrywałem i... nagrywałem. Ostatnio dużo czasu spędzam w studiu.
Mam czas, to wykorzystuję go maksymalnie. No właśnie a propos
czasu. Tak sobie pomyślałem, że skoro drugą część trasy
zaczynam dopiero w połowie maja, a nagrywam głównie do południa,
to może popołudnia spędzalibyśmy razem. Chociażby tak jak
dzisiaj. Co o tym myślisz? - popatrzył na mnie niepewnie.
- No wiesz...
- zaczęłam nieśmiało.
- Jak nie
chcesz to powiedz – spuścił wzrok.
- To nie tak.
Ja po prostu chciałabym, żebyś mnie dobrze zrozumiał -
przerwałam, w celu stopniowania napięcia. - Codziennie kończę o
trzeciej.
Próbując
powstrzymać się od śmiechu, obserwowałam jak powoli dociera do
niego to co powiedziałam. Gdy w końcu zrozumiał, popatrzył na
mnie spod przymkniętych powiek i pokręcił głową. Wtedy nie
mogłam się już powstrzymać. Wybuchnęłam głośnym śmiechem,
zwracając uwagę kilku przechodniów.
- Cicho –
dostałam kuksańca w bok. - Nie możemy rzucać się w oczy. Chociaż
z twoim strojem to mało możliwe – zmierzył mnie wzrokiem.
- Znowu się
czepiasz mojego mundurka?
- Nie,
tylko... Właściwie tak.
- Bo?
- Bo nie jest
seksowny – uniósł kąciki ust.
Westchnęłam
głośno, przewracając oczami.
- Nic na to
nie poradzę – rozłożyłam ręce.
- Zawsze
możesz go zdjąć.
- Tutaj na
ulicy?
- Bardziej
myślałem o moim mieszkaniu.
Czy to już
była propozycja? Wolałam tego nie sprawdzać. Odchrząknęłam
tylko i zmieniłam temat.
- Wiesz na co
mam teraz ochotę?
- Żebym cię
przytulił? - nie czekając na odpowiedź objął mnie ramieniem.
- To też, ale
tak serio, to mam ochotę na pierogi.
- Teraz tutaj?
-
Niekoniecznie, ale tak w ciągu godziny jakby się dało –
uśmiechnęłam się słodko.
- Mówisz i
masz.
*
Schodami
zjechaliśmy na stację metra. Ed na wszelki wypadek naciągnął na
głowę kaptur.
- Lubię to
miejsce – powiedział, rozglądając się dookoła.
Chciałam
zapytać co takiego wyjątkowego jest akurat w tej stacji, ale
widziałam, że zaraz się dowiem.
- To tutaj
nocowałem najczęściej. Właściwie sam nie wiem czemu. Może
dlatego, że jest w centrum, a mimo to jest względny spokój. W
każdym razie naprawdę lubię to miejsce – uśmiechnął się,
wracając do swoich wspomnień.
Nie odzywałam
się. Wiedziałam, że nie oczekuje tego ode mnie. Słuchałam
uważnie, przyglądając się jego nieobecnym oczom.
- Słyszysz? -
coś wyrwało go z zadumy.
- Nie –
odpowiedziałam cicho.
- Gitara –
popatrzył na mnie.
Wytężyłam
słuch. Rzeczywiście, gdzieś z oddali słychać było dźwięki
szarpanych strun.
Zanim się
obejrzałam, Ed, ciągnąc mnie za rękę, podążał w kierunku, z
którego dochodziła muzyka. Zatrzymaliśmy się po kilku metrach.
Niedaleko nas stał chudy szatyn mniej więcej w moim wieku z
wysłużoną gitarą w rękach. Właśnie zaczynał nową piosenkę.
Po dwóch akordach było oczywiste co gra.
I'm gonna
pick up the pieces
And build a
Lego house
If things go
wrong
We can knock
it down
Popatrzyłam na
Eda, który z uśmiechem wygrzebywał z kieszeni pieniądze.
- Wrzucisz? -
podał mi banknot.
Bez słowa
wzięłam go od niego i podeszłam do chłopaka.
- Edowi się
podoba. Wiem co mówię – powiedziałam, unosząc kąciki ust i
wrzucając do futerału pieniądze.
Twarz szatyna
przybrała wyraz zdziwienia połączonego z kompletnym
niezrozumieniem. Wróciłam do rudzielca i złapałam go za rękę.
- Chodź, bo
moje pierogi czekają.
- Może on też
kiedyś będzie mógł zabierać dziewczyny na pierogi w przerwach
trasy koncertowej.
Zaśmialiśmy
się oboje.
*
- Siadamy? -
wskazałam palcem ławkę.
- Tam będzie
lepiej – Ed nakierował mój palec na oddalony kawałek brzeg
Tamizy.
Zgodziłam się
z nim i po chwili siedzieliśmy na zimnym piasku. Od razu otworzyłam
opakowanie z moimi wymarzonymi pierogami. Poczułam zapach wciąż
ciepłego jedzenia i głęboko się nim zaciągnęłam. Tak dawno go
nie czułam. Rudzielec także szybko otworzył pudełko, ale raczej z
innego powodu.
- Są trzy
najważniejsze rzeczy, które lubię w Polsce – powiedział,
przełykając pierwszy kęs. - Wódka, dziewczyny i pierogi. To
zdecydowanie macie najlepsze – uśmiechnął się do mnie, po czym
włożył do buzi kolejną porcję.
- Od razu
widać jak spędzasz wolny czas – odparłam trochę złośliwie.
- No jak? -
spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Jedzenie,
picie, seks.
- Jedzenie i
seks lubię jednakowo, ale alkohol to tylko dodatek. Bardzo przyjemny
dodatek – powiedział obojętnie, nabijając na plastikowy widelec
czwartego już pieroga. Nie żebym liczyła.
- Dobrze
wiedzieć – powiedziałam cicho.
Wolałam nie
kontynuować tego tematu, więc zajęłam się jedzeniem, bo w
porównaniu do rudzielca byłam daleko w tyle.
Po dziesięciu
minutach najedzona i szczęśliwa rozgrzebywałam palcami piasek. Na
policzku czułam chłodne podmuchy wiatru i pierwsze krople deszczu.
- Fajnie się
siedzi, ale zaczyna padać – powiedziałam, obracając w palcach
znaleziony kamyk.
- Gdybyś
mieszkałam w tym kraju tyle lat co ja, przyzwyczaiłabyś się –
Ed nie wyglądał na poruszonego wizją zmoknięcia.
- Ale nie
mieszkam – odparłam, wstając z ziemi i otrzepując pupę z
piasku. - Idziemy.
Rudzielec
spojrzał na mnie niezbyt zadowolony, po czym przeniósł wzrok na
chmury.
- Chwilę
pokropi i przestanie. Nic ci nie będzie – machnął ręką.
- Mnie nie,
ale moim włosom tak.
- Co tak
strasznego im się stanie?
- Oprócz
tego, że skręcą się jeszcze bardziej, oklapną i przykleją się
do twarzy to nic – odpowiedziałam ironicznie, schylając się do
wypełnionej po brzegi torby.
- A co ci tak
zależy?
- Nie wyglądam
wtedy seksownie – uśmiechnęłam się słodko.
- Dobra, ten
argument mnie przekonuje – powiedział, unosząc kąciki ust i
podnosząc się z piasku. - Ale... - zatrzymał się, myśląc nad
czymś. - Przecież gdy będziemy szli, deszcz i tak cię zmoczy.
- Nie –
pomachałam mu przed oczami parasolką, którą właśnie
wygrzebałam.
Ed pokiwał z
uznaniem głową.
- Przynajmniej
na coś się przydało taszczenie tej torby przez pół miasta.
- No widzisz.
Teraz będziesz taszczył ją przez następne pół – wyszczerzyłam
się w uśmiechu i z parasolką nad głową ruszyłam przed siebie.
- Nie ładnie
tak zostawiać ludzi w tyle – usłyszałam krzyk Eda.
Odwróciłam
się w jego stronę i niby niecierpliwie tupiąc prawą nogą,
zaczekałam aż do mnie dołączy.
- Lubię
spacery nad wodą – powiedziałam półgłosem, wpatrując się w
falującą Tamizę.
- Ja też.
Szczególnie, gdy nie jestem wtedy sam.
Poczułam, że
Ed obejmuje mnie ramieniem. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął
się, wpatrując się w moje oczy. Odpowiedziałam mu tym samym i
oparłam głowę na jego barku.
Szliśmy tak
kilkanaście minut. Nagle przypomniała mi się poranna prośba Lucy.
- Która
godzina? - zapytałam szybko, zrzucając z siebie rękę rudzielca.
- Wpół do
szóstej – odpowiedział, spoglądając na zegarek.
- Niedobrze.
- Co się
stało? - Ed spojrzał na mnie zaniepokojony.
- Na szóstą
muszę być w domu, bo obiecałam, że przypilnuję Kevina.
- Zdążysz.
Odwiozę cię. Metrem.
- Lepiej nie.
Złapię taksówkę – powiedziałam, ruszając szybkim krokiem w
stronę głównej ulicy.
Rudzielec
chwycił mnie za rękę.
- Przestań.
Zadzwonię po Stu. Zaraz przyjedzie – wyciągnął z kieszeni
telefon.
- Nie trzeba –
zakryłam mu wyświetlacz dłonią.
- O co chodzi?
- spytał zdziwiony.
- O nic. Po
prostu nie chcę, żebyś mi się znudził. Do jutra – pocałowałam
go w policzek i pobiegłam przed siebie.