niedziela, 3 maja 2015

Rozdział VIII

Moje źrenice powiększały się z każdą mijającą sekundą. Kompletnie nie rozumiałam o co jej chodzi i nie wiedząc co odpowiedzieć, wlepiałam w nią zdziwiony wzrok, mrugając szybko rzęsami. Jednak Ellie najwyraźniej nie oczekiwała ode mnie odpowiedzi, bo po chwili kontynuowała, nieznacznie podnosząc głos.
- Czy według ciebie to ma sens? Przecież ty za dwa miesiące wyjeżdżasz. Poza tym jakakolwiek relacja między kimś takim jak on, a, bez obrazy, tak zwyczajną dziewczyną dziewczyną jak ty, nie ma prawa przetrwać. Wiesz o tym?
Pokiwałam głową, mając nadzieję, że dzięki temu skończy, jednak Ellie dopiero się rozkręcała.
- Wiesz, ale się z nim spotykasz. Świetnie. Jeśli myślisz, że przeżyjesz z nim romantyczną historię rodem z Hollywoodzkiego filmu, to ci współczuję. Może mieć każdą, więc...
- Przestań! - krzyknęłam skupiając tym samym na sobie uwagę pozostałych osób w autobusie.
Trzask drzwi i rozmowy współpasażerów drażniły mnie do tego stopnia, że nie miałam siły wysłuchiwać bezsensownych kazań blondynki. W ogóle o co jej chodziło? Na pewno była zazdrosna, przecież coś takiego nie zdarza się każdemu, a w szczególności nie takim dziewczynom jak ja. A tu niespodzianka. Ale jeśli nie przemawiała przez nią zazdrość to nie miałam innego pomysłu na wytłumaczenie jej zachowania.
- To moja sprawa z kim się zadaję i z kim spędzam czas. I masz rację, to nie przetrwa. Wiem to, ale czy nie mogę mieć miłych wspomnień? Nie zabronisz mi tego, bo twoje zdanie na ten temat mnie nie obchodzi.
Ze zdenerwowania głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej. Na szczęście kątem oka dostrzegłam swój przystanek. Wstałam z siedzenia, omijając Ellie i ustawiłam się przy drzwiach. Gdy tylko się otworzyły, wzięłam głęboki oddech i wyszłam na ulicę. Z torby wyjęłam telefon, upewniając się, że mam jeszcze czas. Do jedenastej zostało dwadzieścia minut, a na dojście do domu potrzebowałam tylko dziesięciu. Pewnie ruszyłam we właściwym kierunku, ale po kilku krokach zatrzymałam się. Zastanawiała mnie tylko jedna rzecz. Czemu Ellie aż tak bardzo nie lubiła Eda? Odwróciłam się w zamyśleniu, a tuż przede mną stała z założonymi rękami blondynka.
- Zamierzałaś tak po prostu wysiąść i mnie zostawić? - zapytała tonem rozkapryszonego dziecka.
- Tak – potwierdziłam obojętnie. - Czemu ty go tak bardzo nie lubisz? Przecież nawet go nie znasz.
Dziewczyna nie wiedziała co odpowiedzieć.
- To nie tak, że go nie lubię. Fakt, nie przemawia do mnie jego muzyka, ale ja się po prostu o ciebie martwię. Wiem jak kończą się takie znajomości.
- Ciekawe skąd – roześmiałam się głośno. - Nie martw się, umiem o siebie zadbać. Pa – odwróciłam się na pięcie i odeszłam szybko, wiedząc, że ucieka mi cenny czas.
Przez chwilę słyszałam jeszcze wołanie koleżanki uderzające w moje wyczulone zmysły, ale postanowiłam je zignorować. „Martwi się o mnie? Niby na jakiej podstawie. Nie ćpam, nie palę, nie zamierzam iść z Edem do łóżka, a to, że przesadziłam wczoraj z alkoholem. No cóż. Zdarza się i nie jest to powód, by robić mi wymówki”. Nakręcając się jeszcze bardziej, dotarłam pod drzwi. Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić, przetarłam twarz zimnymi dłońmi i weszłam do środka.
- Wróciłam! - krzyknęłam najgłośniej jak mogłam.
W przedpokoju od razu pojawiła się jak zawsze uśmiechnięta Lucy.
- To bardzo dobrze, bo my z Paulem zaraz wychodzimy. Właśnie, gdzie on jest? Paul! - zawołała w stronę schodów, po czym skierowała się znów do mnie. - A ty jak się bawiłaś?
- Bardzo dobrze, tylko się nie wyspałam – odparłam z fałszywym uśmiechem, ściągając niezdarnie lewego buta.
- Pamiętam jak to było. Nocne plotki, wygłupy, oglądanie filmów – kobieta uśmiechała się do swoich wspomnień. - O, Paul, dobrze, że jesteś.
Do przedpokoju wszedł ubrany elegancko mężczyzna, przywracając żonę do rzeczywistości.
- To my wychodzimy. Kevin jest u siebie. Jak będzie chciał może iść do Freda obok. A na obiad zjedzcie co chcecie. Pa pa.
Najpierw Lucy, a po niej Paul ucałowali mnie w policzek i w końcu mogłam zamknąć za nimi drzwi, o które oparłam się plecami, zamykając zmęczone oczy. Stałam tak chwilę, próbując pozbierać myśli. Jednak nie było mi to dane, gdyż usłyszałam wysoki głos jedenastoletniego blondyna. Uradowany zbiegł szybko po schodach, wykrzykując przy tym na cały głos moje imię, po czym z całej siły przytulił się do mnie. Widocznie bardzo się stęsknił za moją obecnością, co przyznam, było miłe. Odwzajemniłam uścisk, schylając się przy tym w niewygodnej pozycji.
- Zagrasz ze mną? Tata kupił mi nową grę i muszę ja wypróbować – odsunął się ode mnie, uważnie obserwując moją twarz i z nadzieją w oczach wyczekując satysfakcjonującej go odpowiedzi.
Skrzywiłam się w duchu na samą myśl o jakiejś przerażająco głośnej strzelance albo wyścigu samochodowym, ale nie mogłam zrobić Kevinowi przykrości. Uśmiechnęłam się więc, udając zachwycenie jego propozycją i palcami zmierzwiłam mu włosy.
- Jasne, że z tobą zagram, ale trochę później, bo teraz muszę się położyć.
Ruszyłam w kierunku salonu, a konkretniej szarej kanapy w nim stojącej.
- Chora jesteś? - w głosie chłopca idącego obok mnie słychać było zmartwienie.
- Trochę głowa mnie boli, ale zaraz przestanie, daj mi tylko chwilę poleżeć. Potem będziemy mogli grać, a teraz może zbudujesz mi coś z Lego?
- Domek? - Kevin wyraźnie się ożywił.
- Może być domek – odparłam ze śmiechem, opadając na sofę.
Wyciągnęłam się na całej długości i przykryłam leżącym obok czarno – białym kocem. Nagle poczułam, że bardzo chce mi się pić, ale byłam zbyt leniwa, by pokonać te kilka metrów dzielące mnie od kuchni. Poczekałam chwilę, aż Kevin z pudełkiem klocków w rękach wróci do pokoju i poprosiłam go, żeby podał mi butelkę wody z lodówki. Po kilku sekundach trzymałam w dłoniach zimny napój, do którego od razu przykleiłam usta i w bardzo krótkim czasie wypiłam sporo ponad połowę. Prawie pustą butelkę przyłożyłam jak okład do czoła i odetchnęłam głęboko, zamykając przy tym oczy.
*
- Nina! Nina, telefon! - gwałtowne szarpnięcia za ramiona wyrwały mnie z magicznego świata, w którym przed chwilą byłam.
Otworzyłam oczy, nie wiedząc co się dzieje. Przede mną stał Kevin z wyciągniętą ręką, w której trzymał moją komórkę.
- Co jest? - zapytałam ziewając. W ustach czułam nieprzyjemny posmak.
- SMS-a dostałaś.
- Od kogo?
- Nie wiem.
- To sprawdź.
- Mogę? - chłopiec ze zdumienia wytrzeszczył oczy.
Machnęłam obojętnie ręką, przekręcając się na drugi bok. Byłam pewna, że to Ellie.
- Ed.
- Co Ed? - nie zrozumiałam o co mu chodzi.
- Napisał do ciebie – Kevin popatrzył na mnie jak na idiotkę.
Zerwałam się z kanapy i wyrwałam chłopcu telefon z ręki. Koc i ratująca mi życie butelka wylądowały na podłodze, ale nawet nie myślałam o tym, żeby je podnieść. Chciałam jak najszybciej przeczytać wiadomość.
- Mogę iść do Freda? - do mojej świadomości przebiło się niewyraźne pytanie.
- Tak, tak – odpowiedziałam obojętnie, nie odrywając wzroku od ekranu.
Jednym palcem wybrałam ikonę koperty. „Żyjesz?” Przeczytałam to pytanie kilka razy, aby upewnić się, że nie zawiera ukrytego znaczenia, a gdy byłam już pewna, że dobrze je rozumiem, rozłożyłam się na kanapie i zaczęłam myśleć nad odpowiedzią.
- Idę! - moje intensywne procesy myślowe przerwał krzyk Kevina.
To on jeszcze był w domu? Myślałam, że już dawno wyszedł.
- Czekaj chwilę! - w ostatniej chwili przypomniałam sobie o bardzo ważnej kwestii.
- Co? - zniecierpliwiona głowa chłopca pojawiła się w wejściu do salonu.
- Gdzie właściwie pojechali twoi rodzice?
- Do cioci za miasto. Na jakieś urodziny czy coś takiego – wzruszył ramionami.
- A o której wrócą?
- Pewnie późno. Tak około dziesiątej.
- A ty kiedy wrócisz?
- Jak przejdziemy z Fredem wszystkie poziomy – pomachał trzymanym w lewej ręce pudełkiem od gry. - Mogę już iść?
- Jasne – uśmiechnęłam się, a po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
Moja głowa znowu o sobie przypomniała. Dodatkowo byłam potwornie głodna, bo od wczoraj nic nie jadłam. Telefon odłożyłam na niski stolik i poczłapałam do kuchni. Z lodówki wyjęłam mleko, a z szafki obok miseczkę, do której wsypałam czekoladowe płatki. Z szuflady wyciągnęłam łyżkę i z gotowym śniadanie wróciłam do pokoju. W niezwykle wolnym tempie znikała zawartość niebieskiego naczynia. Nie miałam siły szybciej machać ręką na trasie miska – usta. W końcu pustą miseczkę odstawiłam obok komórki, którą wzięłam do ręki. Minęło dwadzieścia minut, najwyższy czas coś odpisać. Jednak to nie było takie proste. Cokolwiek wymyśliłam i przeniosłam na ekran, wydawało mi się głupie i kończyło się kasowaniem. Podciągnęłam kolana pod brodę. Jeszcze nigdy odpisanie na tak prostego SMS-a nie sprawiło mi tyle problemu. Po dziesięciu minutach zmagań napisałam „R.I.P”, które także miało odejść w niepamięć, ale mój palec z tylko sobie wiadomych przyczyn zamiast kasowania nacisnął „Wyślij”. Nie miałam nawet czasu pomyśleć nad tym jak bardzo ta odpowiedź jest beznadziejna, bo wiadomość od Eda przyszła błyskawicznie, tak jakby miał ją już napisaną i tylko czekał, żeby wysłać.
Myślałem, że tylko ze mną jest tak źle. Mogę wpaść?”
Tekst w ułamku sekundy wyświetlił się na ekranie. Przeczytałam go trzy razy i dopiero za ostatnim dotarło do mnie, że on chce tu przyjść. Nie mogłam na to pozwolić. Nie dzisiaj. Nie w tym stanie. Przecież wyglądałam i czułam się okropnie. Szybko wystukałam odpowiedź.
To nie jest najlepszy pomysł. Chyba wiesz co mam na myśli”
Tym razem na SMS-a musiałam poczekać kilka sekund dłużej niż poprzednio.
Wiem i uwierz, że naprawdę mnie to nie obchodzi”
Ledwo to przeczytałam, gdy rozległo się dzwonienie do drzwi. Telefon rzuciłam na kanapę i pobiegłam do przedpokoju sprawdzić o co chodzi. Zanim otworzyłam, przejrzałam się w lustrze. Włosy były w kompletnym nieładzie, a w kącikach ust zostały resztki śniadania. Westchnęłam i starłam je palcem, a niesforne loki najszybciej jak umiałam związałam w niedbałego koka. Ktokolwiek stał po drugiej stronie, nie mogłam go przestraszyć swoim wyglądem. Chwyciłam za klamkę i z udawanym uśmiechem otworzyłam drzwi.
- Cześć! - o framugę opierał się uśmiechnięty Ed.
Moje twarz wyrażała całkowite zdziwienie.
- Cześć. Co ty tu...?
- Przecież ci napisałem, że przyjdę. I oto jestem. Mogę wejść? - nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.
Nie wychodząc z zaskoczenia, zamknęłam za nim drzwi. Teoretycznie mogłam się domyślić, że to on, ale mój umysł nie pracował tak sprawnie jak zwykle. Wolno przeszłam do salonu, w którym Ed zdążył się już wygodnie ułożyć na kanapie.
- Jesteś sama? - zapytał rozglądając się dookoła.
Potwierdziłam kiwnięciem głowy, a w oczy rzuciła mi się brudna miska. Szybko zgarnęłam ją ze stolika i włożyłam do zmywarki. Wzrokiem zlustrowałam kuchnię i zrobiłam w niej błyskawiczny porządek. Karton z mlekiem schowałam do lodówki, a paczkę z czekoladowymi kuleczkami do szafki. Raz jeszcze spojrzałam na wszystkie blaty, upewniając się, że wszystko poukładane i wróciłam do pokoju, gdzie rudzielec trzymał w dłoniach mój telefon.
- Zostaw to! - krzyknęłam i rzuciłam się na niego, wyrywając mu przedmiot z ręki.
Nikt nie miał prawa ruszać mojej komórki. Nikt!
- Ładne zdjęcia. Ten przystojniak to twój chłopak? - w jego głosie wyczułam delikatną ironię.
- Już nie – odpowiedziałam, mrużąc oczy. - Mógłbyś łaskawie zejść, bo źle się czuję i chciałabym się położyć.
- Nie krępuj się – zaśmiał się jak moi koledzy z gimnazjum.
Ile on miał lat? Czternaście?
- Nie chcesz? Trudno – wzruszył ramionami. - Nie ty jedna się dzisiaj tak czujesz. A właśnie mam coś dla ciebie – poderwał się z kanapy i zaczął przeszukiwać swoje kieszenie.
Stałam z założonymi rękami i obserwowałam jego bezskuteczne poszukiwania. W końcu, po wyrzuceniu zawartości czterech kieszeni na kanapę, wstał i podszedł do mnie, podając mi małe pudełeczko. Nie zmieniając swojej pozycji przenosiłam wzrok z Eda na opakowanie i na odwrót.
- Co to jest? - spytałam po chwili.
- Tabletki. Najlepsze na kaca – uśmiechnął się promiennie i chwycił moją dłoń, wciskając w nią pudełeczko.
- Skąd mam wiedzieć, że nie chcesz mnie otruć albo, że to nie są narkotyki?
- Bo mi ufasz?
- Nie jestem pewna.
- Ale ja jestem. Bierz i nie marudź.
Jeszcze chwilę obracałam opakowanie w dłoniach, ale gdy moja głowa znów zaczęła mi dokuczać, postanowiłam zaufać mężczyźnie i wyciągnęłam jedną tabletkę, którą popiłam resztką wody z butelki leżącej obok kanapy. Ostatecznie nie miał konkretnego motywu, żeby pozbawiać mnie życia.
- Pójdę się przebrać – powiedziałam do Eda zajmującego swoje wcześniejsze miejsce.
- Nie musisz. W tej sukience wyglądasz bardzo seksownie – wzruszył ramionami.
Pozostawiając ten komentarz bez odpowiedzi, wbiegłam po schodach. Weszłam do pokoju i zrzuciłam z siebie sukienkę. Otworzyłam szafę, w której jak zwykle nic nie było. Najchętniej ubrałabym dres, ale obecność rudzielca trochę to komplikowała. Wyciągnęłam pierwszą z brzegu koszulkę i leżące na dnie dżinsy.
- Fajny tyłek – usłyszałam za sobą, gdy przekładałam przez głowę czarny T-shirt.
Podskoczyłam ze strachu i odwróciłam się w stronę drzwi, w których stał oparty o framugę mężczyzna. Ręce skrzyżował na piersi, a na usta wypełzł mu niezwykle szeroki uśmieszek. Wzrokiem błądził gdzieś w okolicach moich nóg i bioder, co bardzo mnie speszyło i natychmiast zrobiłam się cała czerwona.
- I nogi – pokiwał głową z uznaniem.
Co się z nim działo i o co mu chodziło? Nigdy wcześniej nie mówił mi nic takiego, a przecież wczoraj też byłam w tamtej sukience i gdybym usłyszała takie teksty wczoraj, zrzuciłabym winę na alkohol, ale dzisiaj... Uśmiechnęłam się zawstydzona, czując to okropne gorąco na twarzy i w jednej sekundzie wbiłam się w czerwone spodnie, które idealnie współgrały z barwą moich policzków. Jedyne z czego się w tej chwili cieszyłam to to, że miałam na sobie moją ulubioną błękitną bieliznę i Ed nie zobaczył mnie w zwykłych brzydkich majtkach, bo to byłoby jeszcze bardziej żenujące.
- Ed, mogę mieć do ciebie prośbę? - zapytałam, gdy już kompletnie ubrana, usadowiłam się wygodnie na łóżku.
- Zawsze – mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie.
- Możemy zapomnieć o rozmowie w ogrodzie?
- Jakiej rozmowie? - rudzielec uśmiechnął się, udając, że nie wie o czym mówię.
- Jak to dobrze, że się rozumiemy – odetchnęłam z ulgą.
- Proponuję szczerą rozmowę.
- O czym?
- O nas.
- Brzmi poważnie – uniosłam brwi, śmiejąc się przy tym.
- Bo to jest poważne – odpowiedział mi tym samym. - Chodzi mi o to, żebyśmy się lepiej poznali, bo tak praktycznie nic o tobie nie wiem, a jestem pewien, że ty też chciałabyś wiedzieć o mnie więcej. Mam rację? - pokiwałam głową. - Zatem ty pierwsza opowiadasz mi historię swojego życia – na ustach zagościł mu uśmiech triumfu.
Wzięłam głęboki oddech.
- Jesteś pewny, że chcesz słuchać mojej niezwykle nudnej opowieści?
- Siedzę wśród – liczył coś w myślach – ośmiu poduszek. Jestem gotowy – zaśmiał się, biorąc do ręki niebieskiego jaśka, który po chwili wylądował na moich kolanach.
Odchrząknęłam znacząco i zaczęłam swoją historię.
- Urodziłam się 15 stycznia 1998r. i od tego czasu w moim życiu nie działo się nic ciekawego. Zawsze byłam zupełnie zwykłą dziewczyną bez tłumu znajomych i wysokiego poziomu popularności. Ale skoro tak bardzo chcesz to opowiem ci to, o czym ostatnio cały czas myślę.
Trzy lata temu pewnego styczniowego poranka jak zawsze jadłam śniadanie, słuchając radia. Nic szczególnego – wzruszyłam ramionami. - Ale w pewnym momencie w głośnikach zabrzmiał głos, którego już nigdy nie wyrzuciłam ze swojej świadomości. Siedziałam jak zaczarowana, wsłuchując się w piosenkę o niewiadomym tytule niewiadomego wykonawcy. Bardzo chciałam dowiedzieć się kto ją śpiewa i w końcu za którymś razem, gdy słysząc pierwsze nuty podgłośniłam dźwięk, pani w radiu raczyła mnie poinformować, że ten nieziemski głos należy do niejakiego Eda Sheerana. Nic mi to nie mówiło, ale miałam już jakiś punkt zaczepienia. Znalazłam w sklepie jego płytę, ale szkoda mi było na nią pieniędzy, więc poprzestałam na wyczekiwaniu jego piosenki w radiu. Kilka miesięcy później przeglądałam utwory na iPodzie kolegi i całkiem przypadkowo trafiłam na tego właśnie piosenkarza. Bez chwili zastanowienia kazałam chłopakowi przegrać mi wszystko co ma Eda i już po kilkunastu minutach zakochiwałam się w kolejnych utworach. Zaczęłam szukać informacji o nim w internecie i czytałam wszystko co znalazłam. Koleżanki się ze mnie śmiały, że zachowuję się jak nienormalna, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Najważniejsze dla mnie było to, że rozumie mnie Marcel, dzięki któremu poznałam mojego ukochanego wokalistę. Zaczęliśmy się spotykać, a on nawet nauczył się dla mnie grać na gitarze. Było idealnie, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Skończyło się także wspólne granie, śpiewanie i wygłupy do ulubionych piosenek. Za to ja dostałam propozycję wyjazdu na trzy miesiące do Anglii za wyniki w nauce i oczywiście się zgodziłam. Pojawił się tylko problem związany z datą wyjazdu, ponieważ dzień, a właściwie wieczór wcześniej miał się odbyć wyczekiwany przeze mnie od trzech lat koncert. Nie mogłam tak po prostu z niego zrezygnować, jak sugerowała moja mama, która po licznych prośbach, groźbach i błaganiach zgodziła się ze mną pojechać do Warszawy w zamian za Marcela. Dzięki temu mogłam przeżyć swój, jak na tamtą chwilę, najlepszy dzień w życiu, którego tak naprawdę nie pamiętam dokładnie. Pamiętam natomiast w jakim pośpiechu wracałyśmy do Wrocławia, bo o jedenastej miałam samolot. Taki szybki wyjazd miał też swoje plusy. Nie miałam czasu czytać wpisów i oglądać filmików wrzucanych przez szczęśliwe, ale zrozpaczone zakończonym koncertem fanki. Musiałam odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości, co nie było takie proste. Jednak już po niecałych dwóch tygodniach wybrałam się na samodzielną wycieczkę i oczywiście się zgubiłam. Wyładował mi się też telefon i załamana siedziałam na jakimś murku. W końcu zauważyłam po drugiej stronie ulicy zgarbionego mężczyznę. Podbiegłam do niego, a on zdjął z głowy kaptur. Myślałam, że dostanę zawału albo zacznę krzyczeć, ale zamiast tego nie mogłam opanować drżenia. Przede mną stał nie kto inny jak Ed Sheeran. Wyobrażałam sobie tę chwilę tysiące razy, ale nigdy nie sądziłam, że będę mogła zupełnie na luzie siedzieć sobie naprzeciwko niego i opowiadać mu historię swojego nudnego życia. Koniec – uśmiechnęłam się i wzięłam głęboki haust powietrza, bo mówiłam w takim tempie, że zapominałam o oddechu. Z niepokojem obserwowałam twarz rudzielca. „Głupia jesteś. Po co mu to mówiłaś. Teraz pomyśli sobie, że jesteś jakąś psychofanką i ucieknie najszybciej jak będzie mógł. Zmieni numer telefonu i...
- I ty twierdzisz, że twoje życie jest nudne? To najlepsza historia życia jaką słyszałem, a uwierz, słyszałem ich wiele.
i nigdy więcej go nie zobaczysz” - zganiłam się w myślach. Przez kilka pierwszych sekund nie dotarło do mnie to co powiedział, bo myślałam tylko o tym jak głupie było to co z siebie wyrzuciłam. Jednak gdy w końcu zrozumiałam jego słowa, kamień spadł mi z serca, a na ustach zagościł uśmiech ulgi połączony z dziwnym szczęściem.



Wiem, że poprzedni rozdział nie był szczytem moich możliwości, ale mam nadzieję, że nie zniechęciliście się do czytania. A co sądzicie o tej części? Piszcie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz