Moje źrenice
powiększały się z każdą mijającą sekundą. Kompletnie nie
rozumiałam o co jej chodzi i nie wiedząc co odpowiedzieć,
wlepiałam w nią zdziwiony wzrok, mrugając szybko rzęsami. Jednak
Ellie najwyraźniej nie oczekiwała ode mnie odpowiedzi, bo po chwili
kontynuowała, nieznacznie podnosząc głos.
- Czy według
ciebie to ma sens? Przecież ty za dwa miesiące wyjeżdżasz. Poza
tym jakakolwiek relacja między kimś takim jak on, a, bez obrazy,
tak zwyczajną dziewczyną dziewczyną jak ty, nie ma prawa
przetrwać. Wiesz o tym?
Pokiwałam
głową, mając nadzieję, że dzięki temu skończy, jednak Ellie
dopiero się rozkręcała.
- Wiesz, ale
się z nim spotykasz. Świetnie. Jeśli myślisz, że przeżyjesz z
nim romantyczną historię rodem z Hollywoodzkiego filmu, to ci
współczuję. Może mieć każdą, więc...
- Przestań! -
krzyknęłam skupiając tym samym na sobie uwagę pozostałych osób
w autobusie.
Trzask drzwi i
rozmowy współpasażerów drażniły mnie do tego stopnia, że nie
miałam siły wysłuchiwać bezsensownych kazań blondynki. W ogóle
o co jej chodziło? Na pewno była zazdrosna, przecież coś takiego
nie zdarza się każdemu, a w szczególności nie takim dziewczynom
jak ja. A tu niespodzianka. Ale jeśli nie przemawiała przez nią
zazdrość to nie miałam innego pomysłu na wytłumaczenie jej
zachowania.
- To moja
sprawa z kim się zadaję i z kim spędzam czas. I masz rację, to
nie przetrwa. Wiem to, ale czy nie mogę mieć miłych wspomnień?
Nie zabronisz mi tego, bo twoje zdanie na ten temat mnie nie
obchodzi.
Ze
zdenerwowania głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej. Na szczęście
kątem oka dostrzegłam swój przystanek. Wstałam z siedzenia,
omijając Ellie i ustawiłam się przy drzwiach. Gdy tylko się
otworzyły, wzięłam głęboki oddech i wyszłam na ulicę. Z torby
wyjęłam telefon, upewniając się, że mam jeszcze czas. Do
jedenastej zostało dwadzieścia minut, a na dojście do domu
potrzebowałam tylko dziesięciu. Pewnie ruszyłam we właściwym
kierunku, ale po kilku krokach zatrzymałam się. Zastanawiała mnie
tylko jedna rzecz. Czemu Ellie aż tak bardzo nie lubiła Eda?
Odwróciłam się w zamyśleniu, a tuż przede mną stała z
założonymi rękami blondynka.
- Zamierzałaś
tak po prostu wysiąść i mnie zostawić? - zapytała tonem
rozkapryszonego dziecka.
- Tak –
potwierdziłam obojętnie. - Czemu ty go tak bardzo nie lubisz?
Przecież nawet go nie znasz.
Dziewczyna nie
wiedziała co odpowiedzieć.
- To nie tak,
że go nie lubię. Fakt, nie przemawia do mnie jego muzyka, ale ja
się po prostu o ciebie martwię. Wiem jak kończą się takie
znajomości.
- Ciekawe skąd
– roześmiałam się głośno. - Nie martw się, umiem o siebie
zadbać. Pa – odwróciłam się na pięcie i odeszłam szybko,
wiedząc, że ucieka mi cenny czas.
Przez chwilę
słyszałam jeszcze wołanie koleżanki uderzające w moje wyczulone
zmysły, ale postanowiłam je zignorować. „Martwi się o mnie?
Niby na jakiej podstawie. Nie ćpam, nie palę, nie zamierzam iść z
Edem do łóżka, a to, że przesadziłam wczoraj z alkoholem. No
cóż. Zdarza się i nie jest to powód, by robić mi wymówki”.
Nakręcając się jeszcze bardziej, dotarłam pod drzwi. Wzięłam
kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić, przetarłam twarz
zimnymi dłońmi i weszłam do środka.
- Wróciłam!
- krzyknęłam najgłośniej jak mogłam.
W przedpokoju
od razu pojawiła się jak zawsze uśmiechnięta Lucy.
- To bardzo
dobrze, bo my z Paulem zaraz wychodzimy. Właśnie, gdzie on jest?
Paul! - zawołała w stronę schodów, po czym skierowała się znów
do mnie. - A ty jak się bawiłaś?
- Bardzo
dobrze, tylko się nie wyspałam – odparłam z fałszywym
uśmiechem, ściągając niezdarnie lewego buta.
- Pamiętam
jak to było. Nocne plotki, wygłupy, oglądanie filmów – kobieta
uśmiechała się do swoich wspomnień. - O, Paul, dobrze, że
jesteś.
Do przedpokoju
wszedł ubrany elegancko mężczyzna, przywracając żonę do
rzeczywistości.
- To my
wychodzimy. Kevin jest u siebie. Jak będzie chciał może iść do
Freda obok. A na obiad zjedzcie co chcecie. Pa pa.
Najpierw Lucy,
a po niej Paul ucałowali mnie w policzek i w końcu mogłam zamknąć
za nimi drzwi, o które oparłam się plecami, zamykając zmęczone
oczy. Stałam tak chwilę, próbując pozbierać myśli. Jednak nie
było mi to dane, gdyż usłyszałam wysoki głos jedenastoletniego blondyna. Uradowany zbiegł szybko po schodach, wykrzykując przy tym
na cały głos moje imię, po czym z całej siły przytulił się do
mnie. Widocznie bardzo się stęsknił za moją obecnością, co
przyznam, było miłe. Odwzajemniłam uścisk, schylając się przy
tym w niewygodnej pozycji.
- Zagrasz ze
mną? Tata kupił mi nową grę i muszę ja wypróbować – odsunął
się ode mnie, uważnie obserwując moją twarz i z nadzieją w
oczach wyczekując satysfakcjonującej go odpowiedzi.
Skrzywiłam się
w duchu na samą myśl o jakiejś przerażająco głośnej strzelance
albo wyścigu samochodowym, ale nie mogłam zrobić Kevinowi
przykrości. Uśmiechnęłam się więc, udając zachwycenie jego
propozycją i palcami zmierzwiłam mu włosy.
- Jasne, że z
tobą zagram, ale trochę później, bo teraz muszę się położyć.
Ruszyłam w
kierunku salonu, a konkretniej szarej kanapy w nim stojącej.
- Chora
jesteś? - w głosie chłopca idącego obok mnie słychać było
zmartwienie.
- Trochę
głowa mnie boli, ale zaraz przestanie, daj mi tylko chwilę poleżeć.
Potem będziemy mogli grać, a teraz może zbudujesz mi coś z Lego?
- Domek? -
Kevin wyraźnie się ożywił.
- Może być
domek – odparłam ze śmiechem, opadając na sofę.
Wyciągnęłam
się na całej długości i przykryłam leżącym obok czarno –
białym kocem. Nagle poczułam, że bardzo chce mi się pić, ale
byłam zbyt leniwa, by pokonać te kilka metrów dzielące mnie od
kuchni. Poczekałam chwilę, aż Kevin z pudełkiem klocków w rękach
wróci do pokoju i poprosiłam go, żeby podał mi butelkę wody z
lodówki. Po kilku sekundach trzymałam w dłoniach zimny napój, do
którego od razu przykleiłam usta i w bardzo krótkim czasie wypiłam
sporo ponad połowę. Prawie pustą butelkę przyłożyłam jak okład
do czoła i odetchnęłam głęboko, zamykając przy tym oczy.
*
- Nina! Nina,
telefon! - gwałtowne szarpnięcia za ramiona wyrwały mnie z
magicznego świata, w którym przed chwilą byłam.
Otworzyłam
oczy, nie wiedząc co się dzieje. Przede mną stał Kevin z
wyciągniętą ręką, w której trzymał moją komórkę.
- Co jest? -
zapytałam ziewając. W ustach czułam nieprzyjemny posmak.
- SMS-a
dostałaś.
- Od kogo?
- Nie wiem.
- To sprawdź.
- Mogę? -
chłopiec ze zdumienia wytrzeszczył oczy.
Machnęłam
obojętnie ręką, przekręcając się na drugi bok. Byłam pewna, że
to Ellie.
- Ed.
- Co Ed? - nie
zrozumiałam o co mu chodzi.
- Napisał do
ciebie – Kevin popatrzył na mnie jak na idiotkę.
Zerwałam się
z kanapy i wyrwałam chłopcu telefon z ręki. Koc i ratująca mi
życie butelka wylądowały na podłodze, ale nawet nie myślałam o
tym, żeby je podnieść. Chciałam jak najszybciej przeczytać
wiadomość.
- Mogę iść
do Freda? - do mojej świadomości przebiło się niewyraźne
pytanie.
- Tak, tak –
odpowiedziałam obojętnie, nie odrywając wzroku od ekranu.
Jednym palcem
wybrałam ikonę koperty. „Żyjesz?” Przeczytałam to pytanie
kilka razy, aby upewnić się, że nie zawiera ukrytego znaczenia, a
gdy byłam już pewna, że dobrze je rozumiem, rozłożyłam się na
kanapie i zaczęłam myśleć nad odpowiedzią.
- Idę! - moje
intensywne procesy myślowe przerwał krzyk Kevina.
To on jeszcze
był w domu? Myślałam, że już dawno wyszedł.
- Czekaj
chwilę! - w ostatniej chwili przypomniałam sobie o bardzo ważnej
kwestii.
- Co? -
zniecierpliwiona głowa chłopca pojawiła się w wejściu do salonu.
- Gdzie
właściwie pojechali twoi rodzice?
- Do cioci za
miasto. Na jakieś urodziny czy coś takiego – wzruszył ramionami.
- A o której
wrócą?
- Pewnie
późno. Tak około dziesiątej.
- A ty kiedy
wrócisz?
- Jak
przejdziemy z Fredem wszystkie poziomy – pomachał trzymanym w
lewej ręce pudełkiem od gry. - Mogę już iść?
- Jasne –
uśmiechnęłam się, a po chwili usłyszałam trzask zamykanych
drzwi.
Moja głowa
znowu o sobie przypomniała. Dodatkowo byłam potwornie głodna, bo
od wczoraj nic nie jadłam. Telefon odłożyłam na niski stolik i
poczłapałam do kuchni. Z lodówki wyjęłam mleko, a z szafki obok
miseczkę, do której wsypałam czekoladowe płatki. Z szuflady
wyciągnęłam łyżkę i z gotowym śniadanie wróciłam do pokoju.
W niezwykle wolnym tempie znikała zawartość niebieskiego naczynia.
Nie miałam siły szybciej machać ręką na trasie miska – usta. W
końcu pustą miseczkę odstawiłam obok komórki, którą wzięłam
do ręki. Minęło dwadzieścia minut, najwyższy czas coś odpisać.
Jednak to nie było takie proste. Cokolwiek wymyśliłam i
przeniosłam na ekran, wydawało mi się głupie i kończyło się
kasowaniem. Podciągnęłam kolana pod brodę. Jeszcze nigdy
odpisanie na tak prostego SMS-a nie sprawiło mi tyle problemu. Po
dziesięciu minutach zmagań napisałam „R.I.P”, które także
miało odejść w niepamięć, ale mój palec z tylko sobie wiadomych
przyczyn zamiast kasowania nacisnął „Wyślij”. Nie miałam
nawet czasu pomyśleć nad tym jak bardzo ta odpowiedź jest
beznadziejna, bo wiadomość od Eda przyszła błyskawicznie, tak
jakby miał ją już napisaną i tylko czekał, żeby wysłać.
„Myślałem,
że tylko ze mną jest tak źle. Mogę wpaść?”
Tekst w ułamku
sekundy wyświetlił się na ekranie. Przeczytałam go trzy razy i
dopiero za ostatnim dotarło do mnie, że on chce tu przyjść. Nie
mogłam na to pozwolić. Nie dzisiaj. Nie w tym stanie. Przecież
wyglądałam i czułam się okropnie. Szybko wystukałam odpowiedź.
„To nie jest
najlepszy pomysł. Chyba wiesz co mam na myśli”
Tym razem na
SMS-a musiałam poczekać kilka sekund dłużej niż poprzednio.
„Wiem i
uwierz, że naprawdę mnie to nie obchodzi”
Ledwo to
przeczytałam, gdy rozległo się dzwonienie do drzwi. Telefon
rzuciłam na kanapę i pobiegłam do przedpokoju sprawdzić o co
chodzi. Zanim otworzyłam, przejrzałam się w lustrze. Włosy były
w kompletnym nieładzie, a w kącikach ust zostały resztki
śniadania. Westchnęłam i starłam je palcem, a niesforne loki
najszybciej jak umiałam związałam w niedbałego koka. Ktokolwiek
stał po drugiej stronie, nie mogłam go przestraszyć swoim
wyglądem. Chwyciłam za klamkę i z udawanym uśmiechem otworzyłam
drzwi.
- Cześć! - o
framugę opierał się uśmiechnięty Ed.
Moje twarz
wyrażała całkowite zdziwienie.
- Cześć. Co
ty tu...?
- Przecież ci
napisałem, że przyjdę. I oto jestem. Mogę wejść? - nie czekając
na odpowiedź wszedł do środka.
Nie wychodząc
z zaskoczenia, zamknęłam za nim drzwi. Teoretycznie mogłam się
domyślić, że to on, ale mój umysł nie pracował tak sprawnie jak
zwykle. Wolno przeszłam do salonu, w którym Ed zdążył się już
wygodnie ułożyć na kanapie.
- Jesteś
sama? - zapytał rozglądając się dookoła.
Potwierdziłam
kiwnięciem głowy, a w oczy rzuciła mi się brudna miska. Szybko
zgarnęłam ją ze stolika i włożyłam do zmywarki. Wzrokiem
zlustrowałam kuchnię i zrobiłam w niej błyskawiczny porządek.
Karton z mlekiem schowałam do lodówki, a paczkę z czekoladowymi
kuleczkami do szafki. Raz jeszcze spojrzałam na wszystkie blaty,
upewniając się, że wszystko poukładane i wróciłam do pokoju,
gdzie rudzielec trzymał w dłoniach mój telefon.
- Zostaw to! -
krzyknęłam i rzuciłam się na niego, wyrywając mu przedmiot z
ręki.
Nikt nie miał
prawa ruszać mojej komórki. Nikt!
- Ładne
zdjęcia. Ten przystojniak to twój chłopak? - w jego głosie
wyczułam delikatną ironię.
- Już nie –
odpowiedziałam, mrużąc oczy. - Mógłbyś łaskawie zejść, bo
źle się czuję i chciałabym się położyć.
- Nie krępuj
się – zaśmiał się jak moi koledzy z gimnazjum.
Ile on miał
lat? Czternaście?
- Nie chcesz?
Trudno – wzruszył ramionami. - Nie ty jedna się dzisiaj tak
czujesz. A właśnie mam coś dla ciebie – poderwał się z kanapy
i zaczął przeszukiwać swoje kieszenie.
Stałam z
założonymi rękami i obserwowałam jego bezskuteczne poszukiwania.
W końcu, po wyrzuceniu zawartości czterech kieszeni na kanapę,
wstał i podszedł do mnie, podając mi małe pudełeczko. Nie
zmieniając swojej pozycji przenosiłam wzrok z Eda na opakowanie i
na odwrót.
- Co to jest?
- spytałam po chwili.
- Tabletki.
Najlepsze na kaca – uśmiechnął się promiennie i chwycił moją
dłoń, wciskając w nią pudełeczko.
- Skąd mam
wiedzieć, że nie chcesz mnie otruć albo, że to nie są narkotyki?
- Bo mi ufasz?
- Nie jestem
pewna.
- Ale ja
jestem. Bierz i nie marudź.
Jeszcze chwilę
obracałam opakowanie w dłoniach, ale gdy moja głowa znów zaczęła
mi dokuczać, postanowiłam zaufać mężczyźnie i wyciągnęłam
jedną tabletkę, którą popiłam resztką wody z butelki leżącej
obok kanapy. Ostatecznie nie miał konkretnego motywu, żeby
pozbawiać mnie życia.
- Pójdę się
przebrać – powiedziałam do Eda zajmującego swoje wcześniejsze
miejsce.
- Nie musisz.
W tej sukience wyglądasz bardzo seksownie – wzruszył ramionami.
Pozostawiając
ten komentarz bez odpowiedzi, wbiegłam po schodach. Weszłam do
pokoju i zrzuciłam z siebie sukienkę. Otworzyłam szafę, w której
jak zwykle nic nie było. Najchętniej ubrałabym dres, ale obecność
rudzielca trochę to komplikowała. Wyciągnęłam pierwszą z brzegu
koszulkę i leżące na dnie dżinsy.
- Fajny tyłek
– usłyszałam za sobą, gdy przekładałam przez głowę czarny
T-shirt.
Podskoczyłam
ze strachu i odwróciłam się w stronę drzwi, w których stał
oparty o framugę mężczyzna. Ręce skrzyżował na piersi, a na
usta wypełzł mu niezwykle szeroki uśmieszek. Wzrokiem błądził
gdzieś w okolicach moich nóg i bioder, co bardzo mnie speszyło i
natychmiast zrobiłam się cała czerwona.
- I nogi –
pokiwał głową z uznaniem.
Co się z nim
działo i o co mu chodziło? Nigdy wcześniej nie mówił mi nic
takiego, a przecież wczoraj też byłam w tamtej sukience i gdybym
usłyszała takie teksty wczoraj, zrzuciłabym winę na alkohol, ale
dzisiaj... Uśmiechnęłam się zawstydzona, czując to okropne
gorąco na twarzy i w jednej sekundzie wbiłam się w czerwone
spodnie, które idealnie współgrały z barwą moich policzków.
Jedyne z czego się w tej chwili cieszyłam to to, że miałam na
sobie moją ulubioną błękitną bieliznę i Ed nie zobaczył mnie w
zwykłych brzydkich majtkach, bo to byłoby jeszcze bardziej
żenujące.
- Ed, mogę
mieć do ciebie prośbę? - zapytałam, gdy już kompletnie ubrana,
usadowiłam się wygodnie na łóżku.
- Zawsze –
mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie.
- Możemy
zapomnieć o rozmowie w ogrodzie?
- Jakiej
rozmowie? - rudzielec uśmiechnął się, udając, że nie wie o czym
mówię.
- Jak to
dobrze, że się rozumiemy – odetchnęłam z ulgą.
- Proponuję
szczerą rozmowę.
- O czym?
- O nas.
- Brzmi
poważnie – uniosłam brwi, śmiejąc się przy tym.
- Bo to jest
poważne – odpowiedział mi tym samym. - Chodzi mi o to, żebyśmy
się lepiej poznali, bo tak praktycznie nic o tobie nie wiem, a
jestem pewien, że ty też chciałabyś wiedzieć o mnie więcej. Mam
rację? - pokiwałam głową. - Zatem ty pierwsza opowiadasz mi
historię swojego życia – na ustach zagościł mu uśmiech
triumfu.
Wzięłam
głęboki oddech.
- Jesteś
pewny, że chcesz słuchać mojej niezwykle nudnej opowieści?
- Siedzę
wśród – liczył coś w myślach – ośmiu poduszek. Jestem
gotowy – zaśmiał się, biorąc do ręki niebieskiego jaśka,
który po chwili wylądował na moich kolanach.
Odchrząknęłam
znacząco i zaczęłam swoją historię.
- Urodziłam
się 15 stycznia 1998r. i od tego czasu w moim życiu nie działo się
nic ciekawego. Zawsze byłam zupełnie zwykłą dziewczyną bez tłumu
znajomych i wysokiego poziomu popularności. Ale skoro tak bardzo
chcesz to opowiem ci to, o czym ostatnio cały czas myślę.
Trzy lata temu
pewnego styczniowego poranka jak zawsze jadłam śniadanie, słuchając
radia. Nic szczególnego – wzruszyłam ramionami. - Ale w pewnym
momencie w głośnikach zabrzmiał głos, którego już nigdy nie
wyrzuciłam ze swojej świadomości. Siedziałam jak zaczarowana,
wsłuchując się w piosenkę o niewiadomym tytule niewiadomego
wykonawcy. Bardzo chciałam dowiedzieć się kto ją śpiewa i w
końcu za którymś razem, gdy słysząc pierwsze nuty podgłośniłam
dźwięk, pani w radiu raczyła mnie poinformować, że ten
nieziemski głos należy do niejakiego Eda Sheerana. Nic mi to nie
mówiło, ale miałam już jakiś punkt zaczepienia. Znalazłam w
sklepie jego płytę, ale szkoda mi było na nią pieniędzy, więc
poprzestałam na wyczekiwaniu jego piosenki w radiu. Kilka miesięcy
później przeglądałam utwory na iPodzie kolegi i całkiem
przypadkowo trafiłam na tego właśnie piosenkarza. Bez chwili
zastanowienia kazałam chłopakowi przegrać mi wszystko co ma Eda i
już po kilkunastu minutach zakochiwałam się w kolejnych utworach.
Zaczęłam szukać informacji o nim w internecie i czytałam wszystko
co znalazłam. Koleżanki się ze mnie śmiały, że zachowuję się
jak nienormalna, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Najważniejsze
dla mnie było to, że rozumie mnie Marcel, dzięki któremu poznałam
mojego ukochanego wokalistę. Zaczęliśmy się spotykać, a on nawet
nauczył się dla mnie grać na gitarze. Było idealnie, ale wszystko
co dobre kiedyś się kończy. Skończyło się także wspólne
granie, śpiewanie i wygłupy do ulubionych piosenek. Za to ja
dostałam propozycję wyjazdu na trzy miesiące do Anglii za wyniki w
nauce i oczywiście się zgodziłam. Pojawił się tylko problem
związany z datą wyjazdu, ponieważ dzień, a właściwie wieczór
wcześniej miał się odbyć wyczekiwany przeze mnie od trzech lat
koncert. Nie mogłam tak po prostu z niego zrezygnować, jak
sugerowała moja mama, która po licznych prośbach, groźbach i
błaganiach zgodziła się ze mną pojechać do Warszawy w zamian za
Marcela. Dzięki temu mogłam przeżyć swój, jak na tamtą chwilę,
najlepszy dzień w życiu, którego tak naprawdę nie pamiętam
dokładnie. Pamiętam natomiast w jakim pośpiechu wracałyśmy do
Wrocławia, bo o jedenastej miałam samolot. Taki szybki wyjazd miał
też swoje plusy. Nie miałam czasu czytać wpisów i oglądać
filmików wrzucanych przez szczęśliwe, ale zrozpaczone zakończonym
koncertem fanki. Musiałam odnaleźć się w zupełnie nowej
rzeczywistości, co nie było takie proste. Jednak już po niecałych
dwóch tygodniach wybrałam się na samodzielną wycieczkę i
oczywiście się zgubiłam. Wyładował mi się też telefon i
załamana siedziałam na jakimś murku. W końcu zauważyłam po
drugiej stronie ulicy zgarbionego mężczyznę. Podbiegłam do niego,
a on zdjął z głowy kaptur. Myślałam, że dostanę zawału albo
zacznę krzyczeć, ale zamiast tego nie mogłam opanować drżenia.
Przede mną stał nie kto inny jak Ed Sheeran. Wyobrażałam sobie tę
chwilę tysiące razy, ale nigdy nie sądziłam, że będę mogła
zupełnie na luzie siedzieć sobie naprzeciwko niego i opowiadać mu
historię swojego nudnego życia. Koniec – uśmiechnęłam się i
wzięłam głęboki haust powietrza, bo mówiłam w takim tempie, że
zapominałam o oddechu. Z niepokojem obserwowałam twarz rudzielca.
„Głupia jesteś. Po co mu to mówiłaś. Teraz pomyśli sobie, że
jesteś jakąś psychofanką i ucieknie najszybciej jak będzie mógł.
Zmieni numer telefonu i...
- I ty
twierdzisz, że twoje życie jest nudne? To najlepsza historia życia
jaką słyszałem, a uwierz, słyszałem ich wiele.
… i nigdy
więcej go nie zobaczysz” - zganiłam się w myślach. Przez kilka
pierwszych sekund nie dotarło do mnie to co powiedział, bo myślałam
tylko o tym jak głupie było to co z siebie wyrzuciłam. Jednak gdy
w końcu zrozumiałam jego słowa, kamień spadł mi z serca, a na
ustach zagościł uśmiech ulgi połączony z dziwnym szczęściem.Wiem, że poprzedni rozdział nie był szczytem moich możliwości, ale mam nadzieję, że nie zniechęciliście się do czytania. A co sądzicie o tej części? Piszcie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz