Czas mijał, a ja
coraz lepiej odnajdywałam się w angielskiej codzienności. Język
nie stanowił dla mnie tak wielkiej przeszkody, jak się obawiałam.
Nauka też nie sprawiała mi większych problemów, a i w
towarzystwie cieszyłam się dość dużym jak na mnie
zainteresowaniem. Wszystko układało się znakomicie. Nawet pogoda
mi sprzyjała, dlatego już na początku drugiego tygodniu mojego
pobytu w Londynie wybrałam się na samodzielny spacer. Chodziłam
uliczkami miasta i obserwowałam ludzi. Zastanawiałam się o czym
myślą i dokąd idą. Szłam prosto przed siebie, nie patrząc
gdzie. W pewnym momencie zrobiło mi się zimno. Uznałam, że czas
wracać. Był tylko jeden problem. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem
i jak mam stąd trafić do domu. Bezradnie rozglądałam się
dookoła, licząc na jakąś pomoc, ale nie było tam żadnych znaków
ani żadnej osoby, którą mogłabym zapytać o drogę. Otaczały
mnie tylko drzewa i pojedyncze stare domki. Usiadłam na murku i
obmyślałam plan działania. Wyjęłam telefon z kieszeni kurtki,
chcąc zadzwonić po Paula albo Lucy, ale w tym momencie na ekranie
pojawił się zerowy stan baterii i komórka się wyłączyła. Nie
wiedziałam co teraz zrobić. Siedziałam i marzłam, czekając aż
coś wymyślę. Nagle po przeciwnej stronie zauważyłam lekko
przygarbionego mężczyznę w czarnej kurtce z kapturem na głowie.
To była moja jedyna szansa. Szybko do niego podbiegłam.
- Przepraszam!
Przepraszam bardzo! Czy... - nie dokończyłam. Mężczyzna
wyprostował się, a z głowy spadł mu kaptur. Nie byłam w stanie w
to uwierzyć. To naprawdę on. Nigdy bym nie pomyślała, że spotkam
go na żywo i to w takich okolicznościach.
- Oczywiście.
Daj telefon.
- Ale ja
nie... - nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa.
- No to jak? -
spytał zniecierpliwiony.
- Ja chciałam
tylko wiedzieć jak mam wrócić do domu - powiedziałam w końcu.
- Do jakiego
domu?
- Mojego
najlepiej – widziałam, że nie bardzo rozumie o co mi chodzi. -
Zgubiłam się i nie wiem gdzie jestem.
- To ty nie
chcesz...?
- Nie –
oczywiście, że chciałam z nim zdjęcie, ale przede wszystkim byłam
przemarznięta i zgubiona.
- A gdzie
mieszkasz? - spytał już bardziej rzeczowo.
Podałam mu
ulicę, a on się zamyślił. Staliśmy tak na środku brukowanego
chodnika. On myślący, a ja z oczami wlepionymi w jego twarz.
Wyglądał inaczej niż na zdjęciach. Włosy bezładnie opadały mu
na oczy, na których miał okulary w czarnych oprawkach. Nie był to
ten sam chłopak z koncertów, co jeszcze bardziej mnie cieszyło.
Nagle nie wiadomo skąd lunął deszcz i to tak mocny, że w jednej
chwili byłam nie tylko przemarznięta, ale i przemoczona. Chłopak
złapał mnie za rękę i zaczęliśmy biec w kierunku jakiegoś
kawałka dachu.
- No teraz to
ty już chyba nigdzie nie pójdziesz – stwierdził ze śmiechem ,
gdy byliśmy już schowani.
- I tak bym
nigdzie nie poszła, bo wciąż nie wiem gdzie jestem – odparłam
niezbyt miło.
- Tak racja.
Przepraszam. Tak w ogóle skoro już tu stoimy i nie zapowiada się
na to, żebyśmy szybko stąd wyszli to jak masz na imię?
- Nina –
przedstawiłam się grzecznie i czekałam na jego reakcję.
- Nina, bardzo
ładne imię. A skąd jesteś, bo masz inny akcent?
- Jestem z
Polski. Przyjechałam tu na wymianę – odpowiadałam na kolejne
pytania.
- Polska to
piękny kraj. Byłem tam niedawno.
Chciałabym
powiedzieć: „Tak wiem, byłam na twoim koncercie. Co z tego, że
na trybunach, gdzie ledwo cię widziałam. To i tak był
najpiękniejszy dzień w moim życiu”, ale zamiast tego tylko
milcząco się uśmiechnęłam.
- A ja jestem
Ed – uśmiechnął się szeroko i podał mi rękę.
Nie musiał się
przedstawiać, przecież wiedziałam o nim wszystko. Znałam każdą
jego piosenkę na pamięć. Chciałam mu powiedzieć, że jestem jego
wielką fanką i od zawsze marzyłam o spotkaniu z nim, ale
stwierdziłam, że nie byłoby to najlepsze rozwiązanie. Emocje we
mnie kipiały. Trzęsłam się, nie tylko z zimna, ale przede
wszystkim z mieszanki szczęścia i stresu. Zupełnie nie wiedziałam
jak mam się zachować. Gdy uwolniłam dłoń z uścisku, spuściłam
głowę i próbowałam się wewnętrznie uspokoić, co było bardzo
trudne.
- Ile tu
jesteś, skoro wybrałaś się na samodzielną wycieczkę? - zapytał
po chwili.
- Dwa tygodnie
– odpowiedziałam cicho.
- To krótko.
Nie znasz jeszcze londyńskich ulic, prawda? - potwierdziłam, a Ed
kolejny raz się zamyślił. - Przestaje padać. Widzisz? -
popatrzyłam w niebo i rzeczywiście, deszcz ustawał. - Możemy
wracać. Słuchaj odprowadzę cię, bo boję się, że znowu się
gdzieś zgubisz, a jest już późno – powiedział bardzo
spokojnie.
- Nie musisz.
Dam sobie radę – tak naprawdę bardzo tego chciałam, ale nie
mogłam dłużej męczyć go swoją osobą. Poza tym mój organizm
chyba by tego nie wytrzymał. - Przecież gdzieś szedłeś, zanim
cię zaczepiłam.
- Daj spokój.
Wyszedłem się tylko przewietrzyć. Odprowadzę cię. Bez dyskusji –
uśmiechnął się i złapał mnie za rękę, a moje serce waliło
tysiąc razy na sekundę. - Tylko pójdziemy raczej bocznymi
uliczkami. Chyba rozumiesz.
- Jasne.
**
Znowu to samo.
Znów się kłócimy. Od mojego powrotu żaden dzień nie może obyć
się bez ostrej wymiany zdań. Nawet nie wiem o co tym razem poszło.
Pewnie o jakiś drobiazg, który wyprowadził ją z równowagi. Nie
mogę dłużej tego wytrzymać. Chwytam kurtkę i trzaskam drzwiami.
Gdy wychodzę na ulicę, naciągam na głowę kaptur. Nie mam ochoty
na ewentualny atak fanów. Nie dzisiaj. Idę pustymi uliczkami,
którymi chodzą tylko dresy albo tacy jak ja, czyli zdesperowani i
zdenerwowani alkoholicy. Myślę o wszystkim. Nie wiem co takiego się
stało, że tak się między nami popsuło. Przecież byliśmy
szczęśliwi. A może podczas mojej nieobecności wydarzyło się coś
o czym nie wiem. Nagle zauważam, że podbiega do mnie dziewczyna.
Cholera. Pewnie fanka. Rozpoznała mnie, muszę się zachowywać
miło.
- Przepraszam!
Przepraszam bardzo! Czy... - nie pozwalam jej dokończyć pytania,
którego jestem niemal pewien.
- Oczywiście.
Daj telefon – z głowy spada mi kaptur, a ja próbuję uśmiechnąć
się miło.
- Ale ja
nie... - o co jej do cholery chodzi. Chcę mieć to już za sobą.
- No to jak? -
pytam zniecierpliwiony.
- Ja chciałam
tylko wiedzieć jak mam wrócić do domu.
- Do jakiego
domu? - zadaję głupie pytanie, ale nie wiem o co tej dziewczynie
chodzi.
- Mojego
najlepiej – dalej nie rozumiem. - Zgubiłam się i nie wiem, gdzie
jestem.
- To ty nie
chcesz...?
- Nie – jaki
ja jestem głupi. Dziewczyna się zgubiła i chciała tylko, żebym
wskazał jej kierunek, a ja wyjeżdżam z jakimiś zdjęciami. To
przez tę kłótnię. Dobra, muszę się ogarnąć.
- A gdzie
mieszkasz? - pytam już bardziej rzeczowo.
Nieznajoma
podaje mi ulicę, a ja zastanawiam się jak wytłumaczyć jej drogę.
Nagle nie wiadomo skąd zaczyna padać deszcz i to taki, że po
chwili oboje jesteśmy cali mokrzy. Chwytam ją za rękę i biegniemy
pod najbliższe zadaszenie.
- No teraz to
ty już chyba nigdzie nie pójdziesz – stwierdzam ze śmiechem,
widząc jej mokre włosy przyklejone do twarzy i czerwone policzki.
Wiem, że sam nie wyglądam lepiej, ale do siebie już się
przyzwyczaiłem.
- I tak bym
nigdzie nie poszła, bo wciąż nie wiem gdzie jestem – odpowiada
mi niezbyt przyjemnie, a mnie robi się głupio.
- Tak, racja.
Przepraszam. Tak w ogóle skoro już tu stoimy i nie zapowiada się
na to, żebyśmy szybko stąd wyszli to jak masz na imię? - chcę
delikatnie zmienić temat, bo tak naprawdę nie mam pojęcia jak
wytłumaczyć jej drogę.
- Nina –
cholera, czemu Nina? Nie mogła mieć na imię jakoś inaczej. Czemu
akurat Nina?
- Nina, bardzo
ładne imię. A skąd jesteś, bo masz inny akcent?
- Jestem z
Polski. Przyjechałam tu na wymianę – Polska kojarzy mi się
dobrze, ale czemu Nina?
- Polska to
piękny kraj. Byłem tam niedawno – sam nie wiem, czy to co mówię
ma sens, ale przecież nie będziemy milczeć. - A ja jestem Ed –
uśmiecham się szeroko i podaję jej rękę. Nie wiem czy muszę się
jej przedstawiać, ale skoro nie chciała zdjęcia to może mnie nie
zna.
Zauważam, że
Nina się trzęsie, a ja nie wiem czy jest jej zimno, czy ma jakiś
inny powód. Chyba wolę nie pytać. Wejdę na neutralny grunt.
- Ile tu
jesteś, skoro wybrałaś się na samodzielną wycieczkę? - pytam po
chwili.
- Dwa tygodnie
– odważna. Ja po dwóch tygodniach w Londynie nie zapuściłbym
się tu.
- To krótko.
Nie znasz jeszcze londyńskich ulic, prawda? - potwierdza, a mnie
robi się trochę żal tej coraz bardziej trzęsącej się istoty. -
Przestaje padać. Widzisz? - wskazuję jej coraz mniejsze strugi
deszczu. - Możemy wracać. Słuchaj odprowadzę cię, bo boję się,
że znowu się gdzieś zgubisz, a jest już późno – mówię
bardzo spokojnie.
- Nie musisz.
Dam sobie radę – niby protestuje, ale wiem, że chce. Poza tym
jestem pewien, że bez mojej pomocy do domu nie trafi. - Przecież
gdzieś szedłeś, zanim cię zaczepiłam – tak, szedłem na wódkę.
Chciałem się spić do nieprzytomności i zapomnieć o problemach z
dziewczyną, ale tego przecież jej nie powiem.
- Daj spokój.
Wyszedłem się tylko przewietrzyć. Odprowadzę cię. Bez dyskusji –
uśmiecham się najmilej jak potrafię, o ile w ogóle potrafię się
tak uśmiechać i chwytam ją za rękę. - Tylko pójdziemy raczej
bocznymi uliczkami. Chyba rozumiesz.
- Jasne –
odpowiada, a ja prowadzę ją po opuszczonych ulicach Londynu.
**
- Gdzie ty
byłaś? - przy drzwiach czekali na mnie Paul i Lucy. Nie byli
zdenerwowani, wyglądali bardziej na zmartwionych.
- Przepraszam.
Telefon mi się wyładował i nie wiedziałam, która godzina –
wolałam nie mówić o tym, że się zgubiłam.
- A nie
zmarzłaś? Jesteś cała mokra – z troską spytała Lucy.
- Trochę.
Pójdę się przebrać.
- Tylko zejdź
zaraz na kolację – wbiegając po schodach, usłyszałam Paula.
Weszłam do
pokoju i od razu zobaczyłam swoje odbicie w lustrze wiszącym
naprzeciwko. Wyglądałam koszmarnie. Jasne włosy kręciły się jak
oszalałe, a do tego przykleiły mi się do twarzy. Policzki miałam
czerwone z zimna i emocji. Jak ja mogłam się tak pokazać Edowi.
Szybko zrzuciłam z siebie ubranie i założyłam suchy i ciepły
szary dres. Przebrana rzuciłam się na łóżko, włączając
wcześniej najnowszą płytę mojego wybawcy. Myślałam o wszystkim
co się dzisiaj wydarzyło. Nie byłam w stanie uwierzyć, że to
prawda i kilka razy szczypałam się, żeby sprawdzić, czy to nie
piękny sen. Rozmarzona leżałam wśród poduszek, gdy zadzwonił
podłączony do ładowania telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłam MAMA
i bardzo się ucieszyłam, bo już dwa dni z nią nie rozmawiałam.
Opowiedziałam jej o szkole, koleżankach, wygłupach Kevina, ale
dzisiejszą przygodę pominęłam. Zresztą i tak by mi nie
uwierzyła. Sama w to nie wierzyłam.
Hahaha GENIALNE jest to przedstawienie z dwóch stron, śmieszne no a zarazem strasznie ciekawe, czytam dalej!!! :D <3
OdpowiedzUsuń