Nie
odebrał. Spróbowałam drugi raz i trzeci, ale też nic. W końcu
gdy piąty raz z rzędu usłyszałam informację, że numer nie
odpowiada, z rezygnacją schowałam telefon. Naprawdę miałam
nadzieję, że mi pomoże. Zwykle wystarczała sama jego obecność,
by mój humor się poprawił. A teraz nie odbierał, chociaż tak
bardzo go potrzebowałam.
Wbiłam
łokcie w kolana i oparłam na dłoniach twarz. Gapiłam się w
chodnik, bo nic lepszego nie miałam do roboty. Przynajmniej nie
ryzykowałam, że ktoś mnie zaczepi.
-
Całkiem przyjemny dzisiaj dzień, prawda? – usłyszałam obok
siebie męski głos. Jego głos. Pokręciłam z niedowierzaniem
głową. Dlaczego on mi to robił? Czy niewystarczająco jasno dałam
mu do zrozumienia, że nie mam ochoty go widzieć? - Wprost idealny,
żeby posiedzieć na ławce i pooddychać świeżym powietrzem –
usiadł obok mnie. Zbyt blisko mnie. - Widzę, że uważasz tak samo,
jak ja - zignorowałam go, chociaż czułam na sobie jego wzrok.
Chwilę trwało zanim odwrócił się i westchnął cicho. - Lubię
mieć wolne – zaczął znowu. - Kto nie lubi? Z tym, że ja chyba
je bardziej doceniam niż na przykład ty. No bo powiedz sama, w
szkole masz przerwę praktycznie co dwa miesiące, a ja zasuwam od
pięciu lat i nie mogę pozwolić sobie na dłuższe wakacje. Dlatego
sądzę, że bardziej cieszę się z takiego dnia jak ten, gdy mogę
wstać o której chcę i jeszcze znaleźć czas, żeby pognębić cię
swoją osobą – zrobił przerwę, ale nie zareagowałam. - I wiesz,
gdy to wszystko zaczynałem, przez myśl mi nawet nie przeszło, że
znajdę się w momencie, gdy będę tylko odliczał do zaplanowanej
przerwy. A teraz właśnie to robię. Ale nie myśl, że narzekam.
Wręcz przeciwnie. Mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. Za miesiąc
premiera filmu, potem płyty. Przede mną ostatnie koncerty. No dużo
mnie jeszcze czeka przez te trzy miesiące. Ale za to później będę
robił, co mi się żywnie podoba. Będę miał ochotę wyjechać –
wyjadę. Będę miał ochotę siedzieć cały dzień w domu, nie
myjąc się i jedząc tylko pizzę – zrobię to. To będzie piękne
– rozmarzył się. - Chociaż tak szczerze mówiąc, myślę, że
będzie mi cholernie brakowało koncertów. Tej codziennej dawki
adrenaliny i energii, którą dostawałem od fanów. To było jak
narkotyk. Uzależniłem się od tych emocji i nie wiem, jak bez nich
dam radę. No ale jakoś będę musiał. W końcu sam się na to
zdecydowałem – westchnął ciężko i na chwilę zamilkł. Nie
ruszyłam się. Nie odezwałam się. Zastanawiałam się, po co
właściwie mówi mi to wszystko i nie mogłam znaleźć odpowiedzi.
Tak samo, jak nie mogłam znaleźć dobrego wytłumaczenia na to, że
wciąż siedziałam na tej ławce. - Głodny jestem – odezwał się
rudzielec. - Mam ochotę na frytki. Może się przejdziemy? Gdzieś
niedaleko musi być jakaś budka z fast-foodami – milczałam,
chociaż mój żołądek na myśl o jedzeniu dał o sobie znać. -
Rozumiem, że nie chce ci się iść. No trudno. Przejdę się sam.
Ale nie martw się, kupię też dla ciebie i wrócę tu. Pasuje? -
cisza. - Oczywiście, że pasuje. Zostań tu, bo jeśli uciekniesz,
będę musiał zjeść twoją porcję, żeby się nie zmarnowało. A
wiesz, ile czasu pracowałem na taką sylwetkę? No dobra, wcale. W
każdym razie nie chcę przytyć i wolałbym, żebyś zaczekała tu
przynajmniej do mojego powrotu. No chyba, że wolisz jednak ze mną
iść? - brak reakcji. Mężczyzna westchnął i podniósł się z
ławki. - Idę – rzucił, ruszając bardzo powoli przed siebie.
Obserwowałam
jego kroki, o ile krokami można to było nazwać. Przesuwał stopy
zaledwie o kilka centymetrów przy każdym ruchu. Czekał na mnie.
Wiedziałam to, ale nie zamierzałam nigdzie iść. Nie z nim.
Westchnęłam cicho i wyprostowałam plecy, siadając wygodniej.
Poruszyłam kilka razy głową i rozmasowałam zdrętwiały kark.
Byłam zmęczona nim i jego monologiem. Czy on naprawdę myślał, że
to coś zmieni, jeśli usiądzie obok mnie i przez kilka minut będzie
gadał o niczym? Potrząsnęłam głową do własnych myśli, a w tym
samym czasie zaburczało mi w brzuchu. No nie. Spojrzałam w kierunku
rudzielca, który wreszcie zaczął iść normalnym tempem. Mimo to
jego nogi praktycznie nie odrywały się od chodnika. Ciągnął je
za sobą, jakby wcale nie chciał, żeby się poruszały. Był
zgarbiony, a ręce miał wepchnięte głęboko w kieszenie bluzy.
Wyglądał przygnębiająco. Wzięłam głęboki oddech, próbując
nie słuchać krzyczących myśli i podniosłam się z ławki. Nie
wiedzieć czemu zaczęłam iść za tym okazem nieszczęścia. Może
to głód kierował mnie w jego stronę?
Starałam
się trzymać kilka kroków za nim tak, żeby mnie nie zauważył. I
wyszłoby, gdyby nie jakiś jamnik, którego nadrzędnym celem życia
było oszczekanie mnie z każdej strony, co z kolei wzbudziło
ciekawość rudzielca. Odwrócił się, by sprawdzić, kim jest
ofiara najgłośniejszego psa, jakiego w życiu słyszałam, a gdy
jego wzrok padł na moją wkurzoną jazgotem twarz, uśmiechnął się
tak szeroko, jak jeszcze chyba nigdy. Stanął w miejscu i wyjął
dłonie z kieszeni, ukazując mi cały czas rządek równiutkich
białych zębów. Odwróciłam wzrok. Jeszcze bym odpowiedziała na
ten uśmiech. Do tego nie mogłam dopuścić. Wystarczyło, że szłam
w tę samą stronę, co on.
Rudzielec
stał, czekając, aż dołączę do niego. Nie miałam takiego
zamiaru. Nie szłam z nim, tylko za nim. I tak miało pozostać.
Jednak przywiązany zieloną smyczą do ławki jamnik kompletnie tego
nie rozumiał i obskakiwał mnie ze wszystkich stron, wydając z
siebie ogłuszające dźwięki. Nie mogłam się tam zatrzymać.
Chcąc nie chcąc, przeszłam kilka kroków dzielących mnie od
mężczyzny.
-
Cieszę się – powiedział, gdy ruszył dalej obok mnie.
-
Nie da się nie zauważyć – mruknęłam pod nosem.
Nie
chciałam się do niego odzywać, ale miałam już dosyć milczenia.
Nie byłam do tego stworzona.
-
Szczerze mówiąc, myślałem, że uciekniesz.
-
Taki był plan.
-
To co się w takim razie zmieniło?
Wzruszyłam
ramionami.
-
Zgłodniałam.
Rudzielec
się roześmiał.
-
Każdy powód dobry. Uważaj – szarpnął mnie za ramię, ratując
mnie tym samym przed zderzeniem z lampą, która wyrosła spod ziemi
tuż przede mną.
Uśmiechnęłam
się do niego krzywo i bąknęłam niewyraźne „dziękuję”,
czerwieniąc się na policzkach. Jak mogłam być taką gapą?
Poprawiłam kurtkę i ruszyłam dalej, jak gdyby nigdy nic. Ed
jeszcze chwilę śmiał się pod nosem, ale udawałam, że tego nie
widzę.
-
Myślisz, że tu będzie dobrze? - zatrzymał się przed jakąś
budką, z której unosił się zapach smażonego oleju pomieszany
z... Nie, właściwie czuć było tylko olej.
Wzruszyłam
ramionami. Nie byłam specjalistką od oceny takich miejsc. Zwykle
unikałam wszelkiego rodzaju fast-foodów.
-
Może być – odpowiedział sam sobie i podszedł do okienka.
Młody
chłopak z dredami od razu poderwał się z miejsca i z wesołym
uśmiechem spytał o zamówienie.
W
czasie gdy frytki smażyły się na niezmienianym pewnie od kilku
miesięcy oleju, ja kręciłam się w kółko, kopiąc niewinne
kamienie i krzycząc na siebie w myślach, że nie powinnam z nim tu
przychodzić. Tyle czasu próbowałam o nim zapomnieć, a tymczasem
jemu wystarczyło tylko kilka minut, by to zepsuć.
-
Proszę – rudzielec podał mi kubełek z frytkami. Wytrzeszczyłam
oczy na jego widok. Nie sądziłam, że to będzie aż takie wielkie.
Nigdy w życiu nie widziałam takiej ilości frytek naraz. - Nie
wiedziałem czy chcesz keczup, więc wziąłem ci to – pomachał mi
przed oczami dwiema czerwonymi saszetkami. - Chcesz?
Pokiwałam
głową i wzięłam je od niego. Rozerwałam je zębami, po czym
zawartość obydwu wylałam na frytki.
-
Jakbyś chciała jeszcze, to możesz wziąć ode mnie – zaoferował
mężczyzna.
Zerknęłam
na jego kubełek. To zdecydowanie nie były frytki z keczupem, jak w
moim przypadku, tylko keczup z frytkami. Spod czerwonej plamy ledwie
prześwitywały smażone ziemniaki.
-
Nie, dzięki, tyle mi starczy.
-
Jak chcesz – wzruszył ramionami i zabrał się do jedzenia.
Zrobiłam
to samo. Musiałam przyznać, że frytki były bardzo dobre. Mój
żołądek był tego samego zdania, chociaż byłam pewna, że nawet
gdybym podsunęła mu coś innego, i tak byłby zadowolony.
Przez
chwilę szliśmy w milczeniu, zaspokajając swój głód. Właściwie
nie wiedziałam, gdzie idziemy. Prowadził Ed.
-
Co robiłaś przez te cztery miesiące? - spytał, wkładając sobie
do ust frytkę i spoglądając na mnie z ciekawością.
-
Oprócz desperackich prób całkowitego wymazania cię z pamięci?
Rudzielec
się zaśmiał. To wcale nie było śmieszne.
-
Oprócz.
-
Cóż – zamyśliłam się na chwilę, przeżuwając. - Świetnie
się bawiłam z tłumem przyjaciół, spontanicznie podróżując w
nieznane.
Rudzielec
zatrzymał rękę w połowie trasy do ust i wybuchnął głośnym
śmiechem. Gotowało się we mnie, gdy to słyszałam.
-
Nie ładnie kłamać – powiedział, krztusząc się od śmiechu.
Zmrużyłam
oczy.
-
Skąd wiesz, że to nie jest prawda?
-
Chyba za dużo ze sobą rozmawialiśmy – odparł, odzyskując
powagę - i chyba zbyt dobrze cię znam.
Pokręciłam
głową. Miał rację, ale nie podobało mi się to.
-
Wcale mnie nie znasz.
-
Czyżby? - uniósł brew. - Mogę wypisać wszystkich wykonawców i
zespoły, których obsesyjnie słuchasz. Mogę powiedzieć, co
robisz, gdy się nudzisz albo kiedy się denerwujesz. Mogę wymienić
wszystkich twoich przyjaciół zarówno tych z Londynu, jak i z
Polski. Wiem, że nienawidzisz nieoczekiwanych sytuacji i imprez. I
ty twierdzisz, że cię nie znam?
-
To skoro to wszystko wiesz, to dlaczego pomyliłeś mnie z pierwszą
lepszą laską do zaliczenia? - spytałam świadoma tego, że w ten
sposób zaburzam spokój zarówno jego, jak i swój.
Mężczyzna
jęknął z irytacją.
-
Nie zaczynaj znowu.
-
Dlaczego?
-
Bo myślałem, że już ci to wytłumaczyłem. Nie wmawiaj sobie
rzeczy, które nie miały miejsca.
Uniosłam
brwi.
-
Czyli uważasz, że wymyśliłam sobie tamtą noc?
Rudzielec
pokręcił głową z rezygnacją. Gdyby mógł, pewnie przetarłby
twarz dłońmi, jak zwykł robić, gdy nie miał już siły o czymś
rozmawiać, ale nie mógł, bo w jednej ręce trzymał do połowy
opróżniony kubełek, a drugą miał całą upapraną w keczupie.
Zostało mu tylko wyrażanie swojego zmęczenia tematem ruchami
głowy.
-
Nie uważam tak, bo doskonale pamiętam, co wtedy powiedziałem i
naprawdę mi z tym źle. Jeszcze raz cię za to przepraszam, ale
błagam, nie wkręcaj sobie, że to był mój cel.
-
Ale...
-
Nie – przerwał mi stanowczo. - Koniec. Zatem co tak naprawdę
robiłaś w Polsce?
Wzruszyłam
ramionami. Nie miałam już ochoty z nim rozmawiać. Znowu mnie
zdenerwował. Naburmuszona wróciłam do jedzenia.
Rudzielec
widząc to, westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.
Nadgarstkiem poprawił zsuwające mu się z twarzy okulary i tak samo
jak ja skupił się na swoich frytkach.
-
Gdzie my idziemy? - spytałam z niepokojem, gdy właściwie już
doskonale wiedziałam, dokąd mnie prowadził.
Nie
chciałam tam iść. W ogóle nie chciałam iść w żadne miejsce, w
którym kiedykolwiek wcześniej byliśmy razem. Dlaczego musiał
przywoływać mi wspomnienia?
Ed
uśmiechnął się tylko i dalej szedł przed siebie, a ja za nim.
Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy usiedliśmy w miejscu, w którym
parę miesięcy wcześniej jedliśmy pierogi.
-
Po co tu przyszliśmy? - spytałam, chociaż byłam pewna, że znam
odpowiedź.
Mężczyzna
nie miał już na głowie kaptura, a rude włosy robiły, co chciały
poruszane lekkim wiatrem.
-
Lubię to miejsce. Mam z nim dobre wspomnienia – spojrzał na mnie,
unosząc kąciki ust.
Udałam,
że jestem zbyt zajęta jedzeniem, by zareagować. Wkładałam sobie
do ust jedną frytkę po drugiej, byle tylko zgłuszyć myśli
kłębiące się w mojej głowie.
-
Właściwie czemu tu wróciłaś? - spytał z pełną buzią.
-
Szkoła.
-
I zostaniesz tu cały rok?
Pokiwałam
głową.
-
To świetnie – ucieszył się rudzielec.
Niepokoił
mnie jego entuzjazm. A co jeśli właśnie postanowił, że nie da mi
spokoju przez kolejne miesiące? Może mogłam go okłamać?
Usłyszałam
dzwonek telefonu. Odruchowo sprawdziłam swój, ale to nie on
dzwonił.
-
Przepraszam, muszę odebrać – powiedział rudzielec i przesuwając
zieloną słuchawkę, podniósł się z piasku.
Usłyszałam
tylko „Cześć, kochanie” i już wiedziałam, kto dzwonił.
Rzeczywiście, musiał odebrać. Nie można tak po prostu nie odebrać
telefonu od dziewczyny, szczególnie, gdy w tym czasie jest się z
inną.
Patrzyłam
na niego, jak oddalony ode mnie o kilka metrów, rozmawia
przyciszonym głosem i zastanawiałam się jak i czy w ogóle się
jej tłumaczy. Szczerze mówiąc, współczułam jej, chociaż wcale
jej nie znałam. Nie chciałabym mieć chłopaka, takiego jak on.
Takiego, który w czasie mojej nieobecności znajdowałby sobie inną.
A ja nie chciałam być tą drugą. Nigdy więcej.
Usłyszałam
dźwięk przychodzącego SMS-a. Tym razem to na pewno był mój
telefon. Wyciągnęłam go z torebki i odczytałam treść wiadomości
od Louisa.
Teraz mam
trening, ale jeśli chcesz się spotkać, o szóstej jestem wolny.
Daj znać.
Uśmiechnęłam
się pod nosem, oddychając z ulgą. Miałam przynajmniej pretekst,
żeby się stąd wyrwać.
Będę
czekała pod szkołą –
odpisałam i schowałam komórkę.
-
Już jestem – Ed usiadł na swoim wcześniejszym miejscu.
-
Ale pewnie zaraz musisz iść – spojrzał na mnie zdziwiony. -
Dziewczyna dzwoniła, więc chyba się stęskniła. Nie powiedziałeś
jej przecież, że siedzisz nad rzeką z tą, która zastępowała ją
kilka miesięcy temu.
-
Nino, to nie tak.
-
Powtarzasz się. Zresztą, nie ważne. Ja też muszę iść. Umówiłam
się. Z chłopakiem – dodałam, uświadamiając sobie, że żeby
zrobić mu na złość, awansowałam Louisa do roli mojego chłopaka.
To
chyba nie było do końca w porządku, ale Ed nie znał prawdy i nie
musiał jej znać. Najważniejsze było, że w jednej sekundzie jego
oczy zmieniły się w pięciozłotówki, a dolna szczęka opadała,
ukazując mi jego białe zęby.
-
Nie wiedziałem, że masz chłopaka.
Ja
też nie.
-
Widzisz, są jednak rzeczy, których o mnie nie wiesz. Muszę iść –
podniosłam się z piasku i otrzepałam spodnie. Rudzielec zrobił to
samo. - Dzięki za frytki.
-
Nie ma za co. Jutro lecę do Stanów, ale za trzy tygodnie wracam.
Zadzwonię.
-
Po co?
-
Żebyśmy się spotkali.
-
I co, będziemy udawać dobrych przyjaciół, którymi nie jesteśmy?
Przestań. To, że poświęciłam ci dzisiaj trochę więcej swojego
czasu nic nie zmienia w moim nastawieniu do ciebie.
-
I tak zadzwonię.
Wzruszyłam
ramionami.
-
Cześć – rzuciłam, odwracając się do niego plecami.
-
Cześć – powiedział głosem, który brzmiał, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Nie
obejrzałam się. Chciałam jak najszybciej od niego uciec.
Z
ulgą zatrzymałam się przy głównej ulicy. Teraz musiałam już
tylko zlokalizować najbliższy przystanek.
-
Przepraszam, że musiałaś czekać, ale trening się przeciągnął
– Louis z torbą na ramieniu, przytulał mnie na powitanie.
-
Nic się nie stało – odparłam, unosząc kąciki ust.
Tak
naprawdę przyszłam kilka sekund przed tym, jak wyszedł. Autobusy
zawsze miały gdzieś to czy się spieszysz.
-
Masz jakiś plan czy idziemy do mnie?
-
Do ciebie.
-
Całe szczęście, bo i tak nie miałbym siły nigdzie chodzić –
zaśmiał się i ruszyliśmy przed siebie.
Zaczął
mi opowiadać o swoim potwornie męczącym treningu, który trwał
cztery godziny i ważnym meczu, który mieli rozegrać w środę.
Całkowicie go to pochłonęło i nie przeszkadzało mu, że wcale
się nie odzywam. Dlatego w pewnym momencie przestałam słuchać i
odpłynęłam myślami do spotkania, które wcale nie powinno się
odbyć.
-
Marzę tylko o tym, żeby się położyć. Mam nadzieję, że nie
będzie ci to przeszkadzało.
-
Nie – uśmiechnęłam się.
Nie
miałam pojęcia, o czym wcześniej mówił, ale najwyraźniej nie
było to ważne, szczególnie, że byliśmy już pod domem.
-
Chyba nikogo nie ma – stwierdził Louis, przekręcając klucz w
zamku.
Rzeczywiście,
w środku nikogo nie było.
-
Chcesz coś do picia? - spytał blondyn, ciskając torbę przez cały
salon. Wylądowała centralnie pod oknem. Dobry cel.
-
Wody – poprosiłam, wieszając kurtkę w przedpokoju.
Po
słonych frytkach odczuwałam silne pragnienie.
-
Robi się – krzyknął i zniknął w kuchni.
Poszłam
za nim. Stał przy blacie tyłem do wejścia, przelewając zawartość
butelki do szklanki.
-
Cytryny? - odwrócił się w moją stronę.
Pokiwałam
głową i oparłam się ramieniem o ścianę.
-
Proszę – podał mi szklankę, a ja natychmiast wypiłam całą jej
zawartość.
Louis
patrzył na mnie z rozbawieniem.
-
Może chcesz jeszcze? - Pokręciłam głową. - No to idziemy na
górę.
Odstawiłam
puste naczynie na blat i poszłam w stronę schodów, po których
wdrapałam się do pokoju Louisa. Lubiłam to miejsce. Było takie
przytulne, szczególnie gdy po podłodze walały się ubrania.
-
Przepraszam za bałagan, ale nie zdążyłem ogarnąć przed
wyjściem.
Machnęłam
ręką.
-
Zobaczyłbyś mój pokój.
Zaśmiał
się.
-
Domyślam się, że mogłoby być gorzej.
-
O wiele – zapewniłam, odrzucając na bok czarne dżinsy, bym mogła
usiąść na pufie.
Chłopak
w tym samym czasie rzucił się na łóżko.
-
Nareszcie – westchnął, wyciągając się wygodnie.
Zamknął
oczy i głęboko wciągnął powietrze, które po chwili wolno
wypuścił ustami.
Przez
chwilę nic nie mówiliśmy. Louis regenerował siły, a ja
poddawałam się atakującym mnie myślom. Przestałam z nimi
walczyć. To nie miało sensu.
Nagle
chłopak jęknął, jakby ktoś wbił mu nóż w brzuch.
-
Co się stało? - spytałam z niepokojem.
-
Biologia – zakrył twarz rękami. - Ja nie mam siły. W
poniedziałek mam test i muszę się uczyć. Tak bardzo mi się nie
chce – jęknął znowu.
-
Pomogę ci – zaoferowałam. - Ty zawsze mi pomagasz z historią.
-
Ale ja jestem wykończony. Nie mam siły nawet patrzeć na notatki.
-
To na nie nie patrz. Poczytam ci.
Louis
skrzywił się.
-
Naprawdę ci się chce? - spytał, odwracając twarz w moją stronę.
Pokiwałam
głową.
-
Daj mi tylko książkę i zeszyt.
-
Nie mogę cię tak wykorzystywać. To nie w porządku.
-
Przestań. Sama to zaproponowałam. To gdzie jest ten zeszyt?
Blondyn
wyciągnął przed siebie rękę i wskazał na biurko zawalone stertą
papierów, gazet, książek i zdjęć. Wyglądało zupełnie tak
samo, jak moje.
Wśród
tego artystycznego nieładu odnalazłam potrzebne mi rzeczy.
-
Przesuń się – powiedziałam do chłopaka rozłożonego na środku
łóżka. - Łatwiej zapamiętasz, jak będziesz śledził wzrokiem
to, co czytam.
-
Muszę? - jęknął.
-
Nie, ale chyba chcesz zaliczyć.
Pokiwał
głową i przesunął się na tyle, że zmieściłam się obok niego.
-
Które tematy? - spytałam, otwierając książkę.
Palcem
wskazał mi zaznaczone strony. Pozaginał rogi.
-
No dobra, to zaczynamy – odchrząknęłam, zabierając się do
czytania.
Louis
półleżąc, zaglądał mi przez ramię. Początkowo mnie to
rozpraszało, ale w końcu się przyzwyczaiłam. Starałam się
modulować głosem w taki sposób, by jak najmniej go nudzić. Tak
jakbym opowiadała bajkę, o ile da się opowiadać bajkę o
pierwotniakach. Byłam w tym dobra, bo w gimnazjum wygrywałam
wszystkie konkursy recytatorskie. Jednak z każdym kolejnym
podrozdziałem stawałam się coraz bardziej senna, tak samo jak on.
W końcu jego głowa opadła na moje ramię, a chwilę później ja
oparłam się o niego.
Czytałam
dalej, ale w połowie czwartego tematu zaczęłam chrypieć tak, że
nie dało się mnie już słuchać.
-
Zróbmy przerwę – zaproponował Louis.
Chętnie
na to przystałam. Wyprostowałam nogi i przeciągnęłam się, bo od
patrzenia w książkę rozbolał mnie kark.
-
Może chcesz wody? - spytał blondyn, zeskakując z łóżka.
-
Pewnie – odparłam, po czym dostałam wygrzebaną spod łóżka
butelkę.
Zastanawiałam
się ile czasu tam leżała i czy aby na pewno jest świeża. Chyba
była. Przynajmniej tak smakowała.
-
Dobra, kontynuujemy – powiedziałam, gdy nawilżyłam już swoje
struny głosowe.
Louis
nie wydawał się z tego powodu najszczęśliwszy, ale nie
protestując, z powrotem położył się obok mnie. Otworzyłam
książkę na odpowiedniej stronie i wróciłam do czytania.
Przebiegałam
kolejne linijki tekstu, jednak nie mogłam się na nim skupić,
pływając myślami od jednego tematu do drugiego. Wydawało mi się,
że Louis także jest zupełnie gdzie indziej, a to przecież jemu
powinno najbardziej zależeć. Przerwałam na chwilę, by sprawdzić
czy mnie słucha.
-
Chcesz odpocząć? - spytał, spoglądając na mnie z troską.
-
Nie. Sprawdzałam tylko czy uważasz.
Chłopak
wyszczerzył się w uśmiechu.
-
Oczywiście, że uważam. Jak mógłbym marnować niepotrzebnie twój
czas?
Uśmiechnęłam
się i odszukałam wzrokiem miejsce, w którym przerwałam. Nie było
w tym nic ciekawego. Zupełnie nic, co mogłoby przykuć moją uwagę
na tyle, bym nie musiała co chwilę mrugać szybko oczami, żeby
odgonić sen.
-
Skończmy już – powiedział Louis, gdy w pokoju zapanował
półmrok, a do włącznika światła było zbyt daleko.
-
Ale został nam jeszcze – przekartkowałam podręcznik – jeden
rozdział.
-
Zepsujesz sobie wzrok, czytając po ciemku.
Wzruszyłam
ramionami.
-
Jakoś sobie poradzę.
-
Uparta jesteś. Zarządzam koniec i tyle - blondyn wyjął z moich
rąk książkę i cisnął ją za siebie.
Odbiła
się od ściany i upadła na podłogę.
-
Ale...
-
Nie marudź – pociągnął mnie za lewy łokieć tak, że znalazłam
się na tej samej wysokości, co on.
-
I co teraz? - spytałam, wpatrując się w sufit.
-
Teraz odpoczywamy. Ja muszę w spokoju przyswoić to, co mi
przeczytałaś, a ty musisz doprowadzić swój głos do normalnego
stanu.
Rzeczywiście,
skrzypiałam potwornie, a mówienie zaczynało sprawiać mi ból.
Zamknęłam więc oczy, by zrobić to, co zaproponował Louis, czyli
odpocząć.
Gdy
otworzyłam je znowu, zobaczyłam, że blondyn wsparty na łokciu
przygląda mi się z uśmiechem.
-
Coś się stało? - spytałam zdezorientowana.
Nie
widziałam go dokładnie, bo w pokoju zrobiło się prawie całkowicie
ciemno.
-
Nie – pokręcił głową.
-
To dlaczego tak na mnie patrzysz?
-
Bo lubię – jego głos był prawie tak cichy jak szept.
Zastanawiałam
się czy dobrze go zrozumiałam, a gdy byłam już pewna, że tak,
zaczęłam się zastanawiać nad tym czy to, co powiedziałam dzisiaj
Edowi koniecznie musi być kłamstwem.
Podparłam
się na łokciu tak samo jak Louis i uśmiechnęłam się do niego,
po czym szybko pokonałam dzielące nas centymetry i przywarłam
swoimi ustami do jego miękkich warg. Nie musiałam czekać na jego
reakcję. Przewrócił mnie na plecy, ujmując moją twarz w obie
dłonie. Wsunęłam palce w jego włosy i zamknęłam oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz