sobota, 21 marca 2015

Rozdział IV

Nie chcąc budzić domowników, najciszej jak mogłam, weszłam do domu. Gdy tylko przekroczyłam próg, usłyszałam dochodzące z salonu dźwięki „Przyjaciół” - ulubionego serialu większości Anglików w tym Lucy. Ściągnęłam baleriny i na palcach podeszłam do kanapy, na której spała kobieta. Uznałam, że pewnie czekała na mój powrót, dlatego lekko ją szturchnęłam.
- Co? Co się dziej? - Lucy otworzyła zaspane powieki.
- To ja. Wróciłam – powiedziałam szeptem.
- Tak? To dobrze – kobieta wyłączyła telewizję i na wpół przytomna przeniosła się do sypialni.
Ja tymczasem poszłam do kuchni i nalałam sobie szklankę soku pomarańczowego. Stanęłam przy marmurowym blacie i zagapiłam się w ciemność za oknem. W mojej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, ale wszystkie dotyczyły tego samego.
Oprzytomniałam dopiero, gdy usłyszałam dźwięk przychodzącego sms'a. Spojrzałam na zegarek wiszący obok lodówki. Było wpół do dwunastej. Stałam tak prawie pół godziny. Na blat odstawiłam wciąż jeszcze pełną szklankę i z kieszeni ramoneski wyciągnęłam telefon. Kto o tej porze mógł do mnie napisać? Wiadomość była od Ellie:
Coś ty zrobiła Louisowi?!
No tak. Jeszcze on. Szybko odpisałam:
Długa historia. Jutro ci opowiem
i wyłączyłam telefon, bo wiedziałam, że nie wytrzyma do jutra i zadzwoni. Dopiłam sok i zmęczona powlokłam się do pokoju. Ostatkiem sił przebrałam się w niebieską piżamę i padłam na łóżko.
*
- Nina! Wstawaj! - od dłuższego czasu ktoś próbował mnie obudzić, ale ja zakryłam głowę poduszkami i coraz głębiej zakopywałam się w kołdrę. - Dobra! Koniec! - kołdra w brutalny sposób została zrzucona z moich nóg. Wściekła otworzyłam oczy. Nade mną stała mocno pomalowana blondynka ubrana cała na czarno i trzymająca moją kołdrę.
- Ellie? Co ty tu robisz? - leniwie usiadłam na łóżku i ze zdziwieniem wpatrywałam się w koleżankę.
- No nareszcie księżniczka wstała! Ile można spać? Już prawie jedenasta. Zresztą nie ważne. Ubieraj się i idziemy.
- Poczekaj, muszę zjeść śniadanie.
- Śniadanie zjesz ze mną. Nie wytrzymam dłużej. Musisz mi powiedzieć co się wczoraj stało. Szykuj się. Czekam na dole.
Ellie wyszła, a ja wciąż zaspana podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej pierwsze co wpadło mi w ręce. Włosy związałam w niedbały koczek i poszłam do łazienki. Twarz ochlapałam zimną wodą i od razu oprzytomniałam. Schodząc na dół słyszałam piskliwy głos blondynki i śmiech Kevina.
- Możemy iść – powiedziałam, wchodząc do salonu.
- Super! Kevin, następnym razem dokończymy – Ellie wstała z kanapy. Pożegnałyśmy się ze wszystkimi i wyszłyśmy z domu.
- To teraz gdzie? - spytałam, czując jak mój żołądek domaga się jedzenia.
- Starbucks – zarządziła dziewczyna, a ja nie miałam siły z nią dyskutować.
Przeszłyśmy około 400 metrów i weszłyśmy do dużej, przestronnej kawiarni, jak zwykle, pełnej ludzi. Dopadłyśmy ostatniego wolnego stolika i rozsiadłyśmy się w wygodnych kanapach.
- Co podać? - podeszła do nas młoda kelnerka.
- Dwa croissanty, latte i podwójne espresso – wyrecytowała sprawczyni całego zamieszania, a mój brzuch w odpowiedzi zaburczał z głodu.
Gdy tylko dostałyśmy nasze zamówienie, Ellie od razu zaczęła temat Louisa.
- To teraz opowiadaj – powiedziała z filiżanką espresso w dłoni.
- Najpierw muszę się najeść – wgryzłam się w rogalika, nie zważając na minę koleżanki. - Dobrze. Już mogę mówić – spokojnie powiedziałam, gdy śniadanie popijałam kawą.
- W końcu – Ellie odetchnęła z wyraźną irytacją.
- Wczoraj jak zawsze wracałam z Louisem – rozpoczęłam opowieść, oblizując usta z okruszków i resztek mleka. - Wszystko było dobrze, dopóki nie zatrzymaliśmy się pod domem. Wiesz, że traktuję go jak przyjaciela i nie chcę nic więcej, a tu on zaczyna mnie całować.
- Jak słodko. Przepraszam, kontynuuj – zamilkła, widząc moją minę.
- Szybko uciekłam do domu, ale zanim weszłam umówił się ze mną na szóstą. Nie chciało mi się wymyślać bezsensownych wymówek, więc się zgodziłam. Ale potem zapomniałam o tym spotkaniu i wyszłam.
- Jak mogłaś zapomnieć o randce z takim przystojniakiem? - Ellie zupełnie mnie nie rozumiała.
- Byłam bardziej zajęta – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się na wspomnienie wczorajszego wieczoru.
- Co może być ważniejsze niż spotkanie z takim chłopakiem?
- Inne spotkanie – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej.
- Co mówisz?
- Nic, nic.
- I tak słyszałam.
- To po co pytasz?
- Odruch. Z kim się spotkałaś? - blondynkę zżerała ciekawość.
- Z nikim ważnym – wiedziałam, że tak łatwo jej nie spławię, ale cały czas wahałam się czy powiedzieć prawdę.
- Przestań gadać takie bzdury. Konkretnie kto to był.
- Taki Ed. Nie znasz – w sumie nie wiedziałam czy go zna, więc prawie nie skłamałam.
- Przypominam, że twoje życie towarzyskie istnieje dzięki mnie, więc znam wszystkich twoich znajomych – prawie miała rację, oprócz tego jednego, a właściwie już dwóch wyjątków.
- Ale jego poznałam sama. Zgubiłam się, a on pomógł mi trafić do domu. A wczoraj zaprosił mnie na pizzę jako nagrodę za pomoc – powiedziałam prawdę.
- Twoja wypowiedź nie ma najmniejszego sensu, ale udam, że ci wierzę. Co jeszcze robiłaś z tym Ed'em?
- Nic. Dał mi numer telefonu, gdybym chciała iść z nim w piątek na imprezę.
- A chociaż fajny ten chłopak, skoro poświęciłaś dla niego Louisa?
- Bardzo – moja mina ostatecznie ją przekonała.
- To się nie zastanawiaj, tylko dzwoń do niego. Ale nie teraz, żeby nie pomyślał, że ci zależy. Najlepiej zadzwoń do niego we wtorek. A dzisiaj telefon do Louisa. Przecież musisz mu to wytłumaczyć.
- Tak, wiem – nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę z nim.
- To ja cię już dłużej nie trzymam. Pa – dopiła kawę i uciekła, zostawiając na stoliku pieniądze.
Ja również dopiłam kawę, zapłaciłam i wyszłam. Bardzo wolnym krokiem wróciłam do domu i zamknęłam się w pokoju. Wiedziałam, że muszę pogadać z Louisem, ale nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. „Im szybciej to zrobisz, tym szybciej będziesz to miała z głowy” - podpowiedział mi głos w głowie i wykręciłam numer.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce głos chłopaka.
- Cześć, Louis. To ja, Nina – głośno przełknęłam ślinę.
- A tak – nie brzmiał na zadowolonego. Nie mogłam się dziwić. - Czego chcesz?
- Pogadać. Chcę ci to wszystko wytłumaczyć.
- Ale tu nie ma czego wyjaśniać – odpowiedział sucho.
- Louis, proszę – powiedziałam najmilej jak mogłam.
- Dobrze. O drugiej w parku obok ciebie.
- Super! - odparłam i się rozłączyłam. Miałam jeszcze dwie godziny na przygotowanie sobie świetnej mowy.
*
Wolnym krokiem szłam w umówionym kierunku. Im bliżej byłam, tym mój żołądek coraz bardziej się ściskał. Nie wiedziałam właściwie, dlaczego aż tak się denerwuję, ale gdy zobaczyłam Louisa stanęłam jak sparaliżowana. Przez chwilę rozważałam opcję ucieczki, ale to byłby już drugi raz, kiedy bym nie przyszła, dlatego zrezygnowałam z tego pomysłu. Spowalniając każdy krok stawiany na kamienistej alejce, podeszłam do chłopaka.
- Cześć – przywitałam się niepewnie.
- Cześć. Przejdziemy się? - zaproponował Louis.
- Chętnie – byłam wdzięczna, że nie będę musiała tłumaczyć się na siedząco. To byłoby jeszcze bardziej stresujące.
Po kilku minutach niezręcznej ciszy odezwałam się w końcu.
- Słuchaj, to nie jest tak jak myślisz – zaczęłam dosyć nieporadnie.
- Ja nic nie myślę – chłopak miał wzrok wbity w ziemię.
- Wiem jak to zabrzmi, ale ja po prostu zapomniałam o naszym spotkaniu i...
- I wyszłaś z bardzo miłym młodym człowiekiem – powiedział ze smutkiem, naśladując głos Lucy. - Powiedz mi, co zrobiłem źle? Czy to moja wina, że się w tobie zakochałem? - na takie wyznania nie byłam przygotowana. - Przecież jesteś śliczną i inteligentną dziewczyną, i nie mnie jednemu się podobasz – tego już było za dużo.
- Louis, tu nie chodzi o ciebie – musiałam przerwać jego monolog. - To moja wina. Ja nie jestem jeszcze gotowa.
- Po prostu przyznaj, że jest ktoś inny. Zrozumiem – jego głos nabrał żałosnego brzmienia.
- Nie, to znaczy poniekąd, ale właściwie to...
Nie wiem co mnie opętało w tamtej chwili, ale mocno przytuliłam się do blondyna, nie pozwalając mu nawet na oddech. Louis zaskoczony moim nagłym przypływem uczuć, stanął jak wryty, ale po chwili on także mnie objął. Poczułam, że wszystko się ułoży.
- Nie chcę, żeby między nami się coś zmieniło – spojrzałam chłopakowi w oczy, co było niezwykle trudne, gdyż był ode mnie o jakieś dwadzieścia centymetrów wyższy, a ja wciąż się do niego tuliłam.
- Dobra, powiedz to – Louis głośno westchnął.
- Ale co? - nie rozumiałam o co mu chodzi.
- To najgorsze zdanie, które można powiedzieć po rozstaniu – usłyszawszy to, zachciało mi się śmiać, ale uznałam, że nie jest to najodpowiedniejsza chwila, więc grzecznie wykonałam polecenie blondyna.
- Louis, zostańmy przyjaciółmi – nie wytrzymałam dłużej i wybuchnęłam głośnym śmiechem, a chłopak dołączył do mnie.
Staliśmy tak na środku alejki, pośród wypuszczających pierwsze liście drzew i śmialiśmy się jak naćpani, ale wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Potrzebowałam przyjaciela nie chłopaka.
*
„Zadzwonić, nie zadzwonić. Zadzwonić, nie zadzwonić”. We wtorkowe popołudnie siedziałam na łóżku i przerzucałam telefon z jednej ręki do drugiej. Moje życie powoli wracało do normy, a ja znowu musiałam nim zachwiać. Przepisałam numer z karteczki, leżącej na moich kolanach i odłożyłam telefon na szafkę nocną. Pilotem włączyłam muzykę i położyłam się na stercie poduszek. Z głośników popłynęło „Tenerife Sea”. Śpiewałam najgłośniej jak mogłam, ale myślałam o Louisie. Niby było normalnie. Odprowadzał mnie do domu, śmialiśmy się, rozmawialiśmy, nawet w niedzielę byliśmy w kinie, ale czułam między nami pewną barierę. Miałam nadzieję, że to chwilowe i że szybko minie. Próbując nie myśleć, wśpiewywałam się już w kolejną piosenkę. Na refrenie uwolniłam wszystkie emocje, które się we mnie zgromadziły i wykrzyczałam ostatni wers „Lies everything you are”. Czując ulgę, zamknęłam oczy i próbowałam się zdrzemnąć. Z otępienia wyrwał mnie telefon. MAMA – zobaczyłam na wyświetlaczu. Szybko odebrałam, ściszając przy okazji muzykę. Bardzo za nią tęskniłam i cieszyłam się z każdej rozmowy, ale nie byłam z nią do końca szczera. Nie powiedziałam jej o Edzie i problemie z Louisem. Pewnie, gdyby była przy mnie, o wszystkim by wiedziała, tak jak zawsze, ale teraz musiałabym jej wszystko tłumaczyć, a na to nie było czasu. Wolałam ominąć te informacje.
- Cześć córcia – usłyszałam ciepły głos. - Jak ci tam?
- Bardzo dobrze, ale nie tak jak w domu.
- Mam nadzieję – zaśmiałyśmy się obie. - Jakieś zmiany przez ten miesiąc?
- Nie, tylko nauka i ewentualnie spotkania z Ellie albo Louisem. Ogólna nuda – znowu skłamałam. - A co u ciebie?
- Też bez zmian. Mozart za tobą tęskni, zresztą tak samo jak ja, ale skoro wszystko w porządku to nie przedłużam, bo będziesz musiała doładować telefon. Kocham cię, za dwa miesiące się zobaczymy – głos mamy załamał się, dlatego szybko skończyła rozmowę.
- Ja też cię kocham. Buziaczki – wcisnęłam czerwoną słuchawkę i zamyśliłam się na chwilę. Jak tak dalej pójdzie, to po powrocie nie będę tą samą siedemnastolatką, którą byłam jeszcze miesiąc temu. I nie myśląc dłużej, wybrałam numer Ed'a.
- Cześć, Nina – usłyszałam po drugiej stronie.
- Skąd wiedziałeś, że to ja? - spytałam zdziwiona.
- Przeczucie. Chciałaś powiedzieć, że pójdziesz, ze mną na imprezę, prawda?
- Tak – właściwie nie musiałam nic mówić, on i tak wszystko wiedział.
- Super! Wiedziałem, że się zdecydujesz. Mój nieodparty urok osobisty zadziałał – zaśmiałam się, ale nie wiedziałam czy naprawdę tak myśli, czy tylko żartuje. - Może spotkamy się jutro? Co ty na to?
- Chętnie – odpowiedziałam wciąż nieco skołowana.
- Do której masz lekcje? - krótko i rzeczowo.
- Do trzeciej.
- Podjadę po ciebie. Wyślij mi adres szkoły sms'em. Okej?
- Okej.
- To do jutra.
- Pa.
Cała rozmowa trwała nie więcej niż pół minuty, a tyle się wydarzyło. Siedziałam na łóżku z komórką w ręku i fioletową poduszką na kolanach, nie mogąc się ruszyć. To było najdziwniejsza rozmowa, jaką przeprowadziłam. Gdy już się nieco ogarnęłam, wysłałam mu sms'a z adresem i zeszłam na kolację.
- Wrócę jutro później – poinformowałam pomiędzy kęsami przepysznej zapiekanki.
- Czyli o której? - spytał Paul.
- Tego nie wiem, ale pewnie jakoś wieczorem.
- A gdzie idziesz? - wtrącił się Kevin.
- Umówiłam się ze znajomym. Lucy, poznałaś Ed'a – zwróciłam się do kobiety nalewającej mi właśnie sok pomarańczowy.
- A tak. Pewnie, idź, ale wróć przed dziesiątą, bo szkoła – Lucy puściła do mnie oczko.
Wiedziałam, że się zgodzą. Gorzej mogło być z imprezą, ale do niej miałam jeszcze trochę czasu.
*
- Gdzie jesteś? - po skończonych zajęciach, zadzwoniłam do Ed'a.
- Za szkołą. Nie chciałem rzucać się w oczy – odpowiedział mi mężczyzna, a ja z wypchaną torbą na ramieniu ruszyłam w podanym mi kierunku.
- Cześć – powiedziałam wsiadając do dużego czarnego Audi. Zdecydowanie nie miał co robić z pieniędzmi.
- Cześć – Ed nachylił się, by dać mi buziaka.
- Gdzie jedziemy? - zapytałam, gdy rudowłosy gwałtownie ruszał z parkingu.
- Przykro mi, ale najpierw musisz mi towarzyszyć w studiu, bo muszę dograć dwie piosenki.
- Nie ma problemu – uśmiech od rana nie schodził mi z twarzy.
- To dobrze, bo to może trochę potrwać.
- Spokojnie, poradzę sobie. Jestem już duża – Ed zmierzył mnie wzrokiem.
- Tak, to widzę, fajny mundurek – ironia w jego głosie trochę mnie zdenerwowała. Nie żebym przepadała za tym granatowym strojem, ale nikt nie miał prawa się z niego śmiać, kiedy ja w nim byłam.
- Przestań.
- Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Masz coś na przebranie? - spytał nie odrywając wzroku od zatłoczonej jezdni.
- Nie – chciałam sprawdzić, co teraz powie.
- Cały dzień będziesz w TYM chodziła? - uniósł jedną brew do góry i ponownie zlustrował mój strój. Rozbawiło mnie to, więc wybuchnęłam śmiechem. - Żartowałaś, prawda? - potwierdziłam wijąc się ze śmiechu. - W takim razie przebieraj się.
- Tu? - momentalnie z mojej twarzy znikł uśmiech.
- A gdzie? Nie idziemy na wycieczkę szkolną, tylko do studia. Przebieraj się.
- Nie.
- No proszę cię, zmień chociaż tę spódniczkę.
Jego błagalny ton sprawił, że wyciągnęłam z torby czarne dżinsy i zaczęłam wykonywać nieokreślone ruchy w celu założenia spodni na siedząco. Gdy już mi się to udało, ściągnęłam z nich plisowaną granatowo – czarną spódniczkę w kratkę i schowałam ją do torby.
- Świetnie. Jesteśmy na miejscu – powiedział Ed, gdy właśnie zapięłam zamek. Zatrzymaliśmy się przed odnowioną kamienicą. Wysiadłam z auta i rozejrzałam się po okolicy. Na ulicy było pusto, tylko z oddali było słychać pędzące samochody.
- Chodź już – Rudy pociągnął mnie za rękę i wprowadził przez wielkie drewniane drzwi do budynku. Weszliśmy na piętro i przeszliśmy kilka metrów wąskim korytarzykiem, na końcu którego widać było jasne światło. Niepewnie podążałam za mężczyzną, który przekroczył próg jakiegoś pomieszczenia. Pełno tu było przeróżnych miejsc do nagrywania solistów i zespołów. Nagle Ed wszedł do jednego z takich pokoików, a ja za nim.
- Jestem – krzyknął do mężczyzny siedzącego przy komputerze, ale ten nie usłyszał, gdyż na
uszach miał wielkie czarne słuchawki. Rudy spróbował jeszcze raz, tym razem szarpiąc go za ramię.
- O, Ed! Słuchałem właśnie tego co nagraliśmy rano. Jest świetne. Jeśli teraz będziesz tak samo dobry to pół godzinki i po sprawie – za komputerem siedział nie kto inny jak Jake.
- Dzień dobry! - nie chciałam wyjść na niekulturalną.
- Przyprowadziłeś Ninę, świetnie – mężczyzna obrócił się w moją stronę, wyraźnie zadowolony. - Posłuchasz jego wypocin – szepnął i sam się zaśmiał.
Usiadłam na czarnej kanapie stojącej w rogu pomarańczowego pomieszczenia i niepewnie rozglądałam się dookoła. Mnóstwo tu było kabli, komputerów i wszystkiego na czym się nie znam. Za szybą stał już przygotowany Ed trzymający w ręku gitarę. Jake dał mu znak i ten zaczął grać. Nie słyszałam co śpiewa, mogłam się skupić tylko na jego ruchach, ale to nie było najciekawsze zajęcie mojego życia. Wyjęłam z kieszeni telefon i sprawdziłam wszystkie portale społecznościowe na jakich byłam.
- Nudno, co nie? - podniosłam głowę znad ekranu komórki. Obok mnie siedział Ed.
- Już skończyłeś – zapytałam niezbyt przytomnie.
- Czekam na opinię Jake'a i jedziemy.
- Spokojnie, do sprawdzenia został mi jeszcze Twitter – uśmiechnęłam się do niego, ale telefon schowałam do kieszeni oliwkowej kurtki.
- Jest dobrze Sheeran. Zabieraj stąd Ninę, bo dziewczyna się nudzi – puścił do mnie oczko, a mnie zrobiło się wstyd.
- To lecimy. Na razie Jake.
- Cześć – pożegnałam się z blondynem.
- Piątek u mnie pamiętajcie! - mężczyzna krzyknął, gdy byliśmy już na dole.
- Nie zapomniałbym – odpowiedział mu Ed i wyszliśmy na zewnątrz, gdzie padał delikatny deszczyk.
- Teraz ty wybierasz co robimy – usłyszałam, gdy starałam się zapiąć pas.
- Dlaczego ja? - takie decyzje nie były moją najmocniejszą stroną.
- Bo ja cię zaciągnąłem tutaj – odpowiedź padła bardzo szybko.
- Ale ja nie wiem – zrobiłam minę numer pięć oznaczającą niezdecydowanie.
- Możemy robić cokolwiek chcesz, ale myśl szybko, bo nie wiem gdzie jechać.
- Cokolwiek chcę? - w głowie zaświtał mi świetny pomysł.
- Tak, ale zaczynam się bać. – powiedział niepewnie, przyglądając się uważnie wyrazowi mojej twarzy, która coraz szerzej się uśmiechała.
- W takim razie... Chcę robić to co ty robisz najchętniej – uśmiechnęłam się szatańsko.
- Słucham? - mina Ed'a wyrażała poważne zdziwienie.
- Będziemy robić to, co lubisz robić najbardziej, cokolwiek by to było.
- Dziewczyno, czy ty wiesz na co się decydujesz? - spytał z troską w głosie.
- Nie wiem, ale to jest w tym najfajniejsze – cały czas szczerzyłam się zadowolona ze swojego pomysłu.

- No dobrze, to jedziemy do mnie -Ed skapitulował i wcisnął pedał gazu.

1 komentarz: