- To co,
idziemy? - przede mną stanęła uśmiechnięta Ellie.
Oderwałam
wzrok od telefonu i spojrzałam na nią bez tak widocznego
entuzjazmu.
- Pewnie –
odparłam, wstając z ławki.
- Masz jakieś
życzenia na to ostatnie popołudnie? - zapytała, gdy minęłyśmy
szkołę i kierowałyśmy się w stronę przystanku autobusowego.
Tak, żeby się
nie skończyło.
W odpowiedzi
wzruszyłam ramionami i wbiłam wzrok w chodnik.
- No weź –
blondynka szturchnęła mnie w ramię. - Na pewno na coś masz
ochotę. No nie wiem pizza, kręgle, rower, rolki, gadanie o
niczym...
Spojrzałam na
nią i zaczęłam się śmiać. Na twarzy miała tak promienny
uśmiech, że zarażała nim wszystkich wokół.
- To jak? -
zapytała z nadzieją w oczach.
- Mam ochotę
na lody – odparłam wesoło.
- Świetnie!
Obok mojego domu jest przepyszna kawiarnia.
Pokręciłam
głową w zdumieniu dla jej bezgranicznej radości, bo ja nie
widziałam w tym powodu do aż tak wielkiej euforii. W końcu nie
pierwszy raz szłam na lody, które rzeczywiście okazały się
bardzo dobre.
- Idziemy już
do ciebie? – spytałam, gdy z wielkimi porcjami zimnego deseru,
wyszłyśmy na ulicę.
- Może
jeszcze posiedzimy chwilę na dworze? Słońce jest takie przyjemne –
rozmarzyła się Ellie, zamykając oczy i unosząc twarz do nieba.
- I roztapia
lody – dodałam takim samym tonem, patrząc na ściekającą po jej
wafelku białą strużkę.
- Tak, to też
robi – mruknęła, oblizując palce.
Usiadłyśmy
na najbliższej ławce, delektując się słońcem i lodami.
- Już czuję
zbliżające się lato – powiedziała Ellie, wgryzając się w
wafelek.
Zaśmiałam
się.
- Z tego co
widziałam, to przyszły tydzień ma być zimny.
- To nie ważne
– machnęła ręką, a w tym samym czasie zapiszczał jej telefon.
Wyciągnęła
go z torby.
- To Louis.
Czeka już pod domem –
poinformowała mnie, chowając komórkę - Zbieramy się.
Posłusznie
wstałam z ławki i ruszyłam obok przyjaciółki, która raczej się
nie spieszyła.
Dokładnie
siedem minut zajęło nam pokonanie trasy, którą równie dobrze
można było przejść o połowę krócej, co w sytuacji gdy ktoś na
ciebie czeka, byłoby wskazane. Pod domem tak jak mówiła Ellie
czekał Louis. Widząc nas, z uśmiechem podniósł się z
krawężnika, na którym siedział i szybko do nas podszedł.
- Hej,
dziewczyny! - krzyknął trochę zbyt głośno, jak na niewielką
odległość, która nas dzieliła.
- Cześć –
odpowiedziałyśmy jednocześnie.
- Gdzie
byłyście? - zainteresował się, gdy Ellie otwierała drzwi.
- Na lo...
-
Niespodzianka! - usłyszałam, gdy ledwo przekroczyłam próg.
Stanęłam jak
wryta z rozdziawioną buzią i rozszerzonymi oczami. Przede mną
znajdowało się jakieś dwadzieścia roześmianych osób. Wszystkich
oczywiście znałam ze szkoły, ale co oni tu robili?
- I jak?
Podoba ci się? - spytała Ellie, stojąc obok mnie.
- To wy? -
spojrzałam na przyjaciół.
Oboje stanowczo
pokręcili głowami.
- Ja tylko
dałam miejsce, a on – wskazała na Louisa – rzucił hasło o
pożegnaniu cię chłopakom z drużyny. Reszta zorganizowała się
sama.
Wpatrywałam
się w nią osłupiała. Powoli docierało do mnie o czym mówiła, a
zdumienie ustępowało miejsca coraz szerszemu uśmiechowi. Byłam w
szoku, że aż tyle osób przyszło się ze mną pożegnać,
szczególnie, że w szkole już to robili. Spędziłam tu tylko trzy
miesiące i nie wyróżniałam się niczym nadzwyczajnym, a mimo to
zdałam sobie sprawę, że okazali mi więcej sympatii niż koleżanki
w Polsce.
Zdjęłam buty
i zrzuciłam z ramienia torbę, po czym ruszyłam w stronę
znajomych, których część okupowała już salon. W pokoju panował
klimatyczny półmrok, mimo że było dopiero wpół do piątej.
Wszystkie okna były bowiem szczelnie pozasłaniane, a światło
wpadało jedynie z kuchni i przez pojedyncze szczeliny w roletach.
Usiadłam na kanapie obok Rosie, Jill i Emily, które plotkowały
właśnie o chłopakach stojących przy stole z pizzą. Nie włączyłam
się w ich dyskusję, ale na szczęście nie wymagały tego ode mnie.
Rozglądałam się za Ellie, jednak nigdzie nie mogłam jej dostrzec.
Uznałam, że pewnie pilnuje, żeby nikt niczego nie rozwalił. W
końcu byłoby to całkiem prawdopodobne. Zobaczyłam za to Louisa,
który majstrował coś przy laptopie. Po chwili z głośników
rozległa się muzyka, w rytm której niemal każdy zaczął
podrygiwać. Nie minęło dziesięć minut, gdy podłoga w salonie
zapełniła się tańczącymi. Ja także nie mogłam oprzeć się
skocznym rytmom i już po chwili bawiłam się razem z innymi.
- Imprezy
przeważnie organizuje się wieczorem, ale dla ciebie wszystko –
powiedziała mi do ucha Ellie.
Uśmiechnęłam
się do niej.
- Przynajmniej
sąsiedzi nie będą się czepiać – próbowałam przekrzyczeć
muzykę.
Przyznała mi
rację, entuzjastycznie kiwając głową i uciekła do stojącego
przy stoliku z napojami Ashtona. Obserwowałam jak oplata mu ręce
wokół szyi, a on odstawia niebieski kubek, łapiąc ją w pasie.
Uśmiechnęłam się w duchu, widząc jak blondynka wpija się w jego
usta. Wzrokiem poszukałam Louisa, który otoczony był przez kilka
dziewczyn. Podeszłam do niego, tym samym irytując trochę pozostałe
koleżanki, bo od tej chwili tańczył już tylko ze mną, co
przecież nie było moją winą.
W pewnym
momencie, gdy blondyn poszedł się napić, tuż przede mną pojawił
się Alex – jeden z koszykarzy. Louis wspominał mi kiedyś, że
spodobałam mu się, ale jak do tej pory zamieniłam z nim jedynie
kilka zdań i to na temat lekcji. Nie miałam jednak potrzeby
zdobywać jego zainteresowania, gdyż to on miał opinię „zdobywcy”.
- Żałuję,
że nie mieliśmy okazji poznać się bliżej – powiedział,
nachylając się w moją stronę.
Bycie tak
wysokim musiało być bardzo męczące, ciągle musiał się schylać.
- Zdarza się
– odparłam dość obojętnie.
- Możemy to
nadrobić – położył swoje dłonie na moich biodrach. - Na górze
chyba nikogo nie ma.
Przewróciłam
oczami, śmiejąc się w duchu.
- Chyba jednak
nie poznamy się tak blisko – odparłam, wysuwając mu się z
objęć.
- Dlaczego? -
zapytał, nie zrażając się moim oporem.
- Bo nie mam
na to ochoty.
- Nie masz na
mnie ochoty?
Westchnęłam
głośno, słysząc jego prowokujący ton.
- Mówił ci
już ktoś, że jesteś tępy? - spojrzał na mnie, unosząc ze
zdziwienia brwi. - Rozumiem, że nie. W takim razie to twój pierwszy
raz i na nic więcej nie licz.
Odwróciłam
się na pięcie i odeszłam, zostawiając go za sobą z głupią
miną. Z powrotem usiadłam na sofie, gdzie tym razem były już Emma
i Casey.
- Naprawdę
będziemy za tobą tęsknić – powiedziała smutno Em.
- Nawet nie
wiesz jak – dodała druga z dziewczyn.
- Ja za wami
też. Nawet bardziej – uśmiechnęłam się do nich.
- Zróbmy
sobie zdjęcia na pamiątkę, bo chyba żadnych nie mamy –
zaproponowała Casey, wyciągając telefon z kieszeni dżinsów.
Zgodziłam się
chętnie i już po chwili wszystkie trzy uśmiechałyśmy się w
stronę aparatu. Gdy oglądałyśmy zdjęcia na wyświetlaczu
pojawiła się godzina. Jak oparzona zeskoczyłam z kanapy i nic im
nie tłumacząc pobiegłam do przedpokoju, gdzie leżała moja torba.
Szybko dopadłam kieszeni i wyciągnęłam z niej komórkę.
Odetchnęłam z ulgą, gdy po odblokowaniu ekranu nie zobaczyłam
żadnych nieodebranych połączeń ani nieprzeczytanych SMS-ów.
Schowałam komórkę i z torbą na ramieniu poszłam poszukać Ellie.
Na szczęście była w kuchni.
- Zaraz muszę
iść – powiedziałam, gdy blondynka łapczywie wypijała szklankę
wody.
- Co? Już?
Pokiwałam
głową.
- No dobra –
zgodziła się niechętnie.
- Muszę się
tylko gdzieś przebrać. Mogę iść do twojego pokoju?
- Pewnie –
odparła, a ja ruszyłam w stronę schodów. - Poczekaj – krzyknęła
zanim zdążyłam wejść na pierwszy stopień. - Idę z tobą. Muszę
wiedzieć jak będziesz wyglądała w tę ostatnią noc.
Ze śmiechem
przewróciłam oczami i zaczęłam wdrapywać się na górę.
- Ładnie,
ładnie. Niby zwyczajnie, a jednak coś w tym jest – stwierdziła
Ellie, gdy ubrana w czarną koronkową sukienkę stałam przed
lustrem.
Jasne, że jej
opinia się dla mnie liczyła, jednak wolałabym, żeby to Ed tak
stwierdził.
- Dzięki –
odparłam, malując usta jasnoczerwoną pomadką.
Zdążyłam
dojść do połowy górnej wargi, gdy zadzwonił telefon. Szybko
dokończyłam i wzięłam od blondynki komórkę.
- Tak?
- Już jestem
– usłyszałam jego głos. - Fajną imprezę tu macie – dodał ze
śmiechem, po czym rozłączył się.
Upchnęłam
walające się po podłodze rzeczy do torby, założyłam buty i
zeszłam na dół, gdzie szybko pożegnałam się ze wszystkimi.
- Idziesz już?
- doleciał mnie głos Louisa.
Odwróciłam
się do tyłu. Blondyn stał oparty o ścianę dzielącą przedpokój
i salon i wpatrywał się we mnie smutno.
- Niestety –
uśmiechnęłam się delikatnie i wyciągnęłam w jego stronę ręce.
Podszedł i
przytulił mnie mocno.
- To baw się
dobrze, bo wyglądasz ślicznie – szepnął mi do ucha i uciekł,
znikając wśród tańczących.
Uśmiechnęłam
się do siebie i wyszłam z domu. Krawężnik, na którym kilka
godzin wcześniej siedział Louis, teraz zajmował Ed. Przycupnęłam
obok niego. Głowę miał odwróconą w drugą stronę i wyglądało
na to, że był tak zamyślony, iż nawet mnie nie zauważył.
- Nad czym tak
myślisz? - zapytałam, wpatrując się w niego.
Rudzielec
otrząsnął się z odrętwienia i spojrzał na mnie nieprzytomnie.
- O, ty tu?
Przepraszam, nie...
- Wiem –
przerwałam mu, uśmiechając się delikatnie.
- Właśnie
zastanawiałem się nad... - otworzył ust, żeby dokończyć, ale w
ostatniej chwili zmienił zdanie. - Fajnie się bawiłaś?
Przyjrzałam
się mu uważnie, próbując rozszyfrować co chciał powiedzieć,
ale nie potrafiłam.
- Tak, bardzo.
Przyszło sporo osób ze szkoły i... - nie dokończyłam, widząc,
że Ed mnie nie słucha.
Był tak
pogrążony we własnych myślach, że nic do niego nie docierało.
Ciekawiło mnie co zajmuje jego uwagę, ale nie było mi dane się
tego dowiedzieć. Nagle mężczyzna wstał, uśmiechając się
szeroko.
- Chodźmy –
powiedział, wyciągając w moją stronę ręce.
Skorzystałam z
jego pomocy i ruszyłam za nim.
- Gdzie
idziemy? - spytałam po chwili.
- No
właśnie... - skrzywił się. - Musimy na chwilę wpaść na
imprezę.
Wydałam z
siebie jęk niezadowolenia.
- Koniecznie?
Pokiwał głową,
unikając mojego wzroku.
- Dziewczyna
jednego z moich znajomych ma urodziny i chociaż na moment muszę się
tam pokazać – w końcu na mnie spojrzał.
Spuściłam
głowę. Nie miałam ochoty na chodzenie z nim na imprezy. Wciąż
pamiętałam jak zakończyła się poprzednia i nie bardzo uśmiechało
mi się powtarzanie tego.
- A nie
mógłbyś pójść tam sam? - zmarszczył czoło. - Poczekałabym na
ciebie w domu – zaproponowałam z nadzieją, że się zgodzi.
- To nie
bardzo po drodze – odparł po chwili zastanowienia.
- Mogę wziąć
taksówkę – zrobiłabym wszystko, byle tylko nie iść na tę
imprezę.
- Pojawimy się
tam na godzinę. Obiecuję.
Zastanawiałam
się co jest powodem nieustępliwości Eda. Obstawiałam, że albo
nie chce iść tam sam, albo nie ufa mi na tyle, żeby pozwolić mi
zostać samej w jego mieszkaniu, chociaż nie byłby to pierwszy raz.
W każdym razie nie działały na niego moje prośby i ostatecznie to
ja musiałam zgodzić się z nim pójść.
W miarę jak
zbliżaliśmy się do celu, muzyka stawała się coraz głośniejsza.
Gdy dudnienie basów ledwo pozwalało poznać piosenkę, stało się
oczywiste, że jesteśmy na miejscu. Weszliśmy do środka dość
sporego baru, w którym kłębił się tłum pijących,
rozmawiających lub tańczących na środku parkietu ludzi. Jak
zwykle w takich sytuacjach na krok nie odstępowałam Eda, który co
chwila wylewnie witał się z kolejnymi osobami, przy okazji
przedstawiając mnie, przez co byłam zmuszona uśmiechać się miło.
Część z nich jak się okazało pamiętała mnie, chociaż ja nie
byłam w stanie przypomnieć sobie żadnej z tych twarzy. Nie powiem
jednak, żeby specjalnie mi na tym zależało. Nie przepadałam za
tymi fałszywymi uśmiechami i grzecznościowymi rozmowami, które
nic nie wnosiły. To nie był mój świat, ale nie żałowałam tego.
Gdy
przedarliśmy się w końcu w głąb lokalu, zobaczyłam oświetlony
na niebiesko bar, przy którym siedziała dziewczyna z diademem na
głowie. Domyśliłam się, że to pewnie jej urodziny są tak
hucznie obchodzone i nie myliłam się. Po chwili znajdowaliśmy się
już przy niej, a Ed składał jej życzenia. Jemma, jak usłyszałam
z ust rudzielca, należała do dziewczyn bardzo oczywiście pięknych.
Miała długie złote włosy, które falami spływały po jej
odkrytych plecach, duże błękitne oczy, zgrabny nos i pełne usta
pomalowane krwisto czerwoną pomadką. Ubrana była w króciutką
srebrną sukienkę, która w całości pokazywała jej niezwykle
szczupłe długie nogi, na których miała wysokie szpilki.
Szczerzyła się w uśmiechu, słuchając życzeń rudzielca, po czym
mocno go wyściskała. Skrzywiłam się, widząc to. Nie wiedziałam
dlaczego, ale nie zapałałam do niej sympatią. Byłam pewna, że
nie zna nawet połowy osób, które tutaj przyszły, co jak widać
całkiem jej nie przeszkadzało.
- Może się
czegoś napijemy? - zapytał Ed, gdy składaniem życzeń dziewczynie
zajął się ktoś inny.
- Nie mam
ochoty – odparłam, mając nadzieję, że zaraz stąd wyjdziemy.
- Jak chcesz –
rudzielec wzruszył ramionami i podszedł do barmana.
Nie chcąc go
zgubić, ruszyłam za nim. Z błękitnym drinkiem w dłoni Ed
zaprowadził nas do jakiegoś wolnego stolika. Z ulgą opadłam na
miękką czarną kanapę.
- Musiałem tu
przyjść – zaczął tłumaczyć, sącząc powoli napój. - Jemma
jest podobno moją wielką fanką, więc moja obecność tu była jej
największym marzeniem.
Pokiwałam
głową. To tłumaczyło dlaczego w jej oczach malowało się tak
wielkie szczęście, gdy Ed do niej podszedł.
- Nie chodzisz
na urodziny wszystkich fanek – zauważyłam bardzo odkrywczo.
Rudzielec się
zaśmiał.
- Byłoby
trochę ciężko – odparł, opróżniając kieliszek.
- Ale każdy
fan marzy, żebyś pojawił się u niego na urodzinach.
- Ale nie
każdy ma chłopaka, który jest moim znajomym.
- Zacznijmy od
tego, że nie każdy ma chłopaka.
Ed ponownie
zaczął się śmiać.
- Zabawna
jesteś, gdy się irytujesz – powiedział, podnosząc się z
kanapy. - Idę po jeszcze jednego. Chcesz coś?
Ponownie
pokręciłam głową. Tylko brakowało, żebym się tu jeszcze upiła.
Nie musiałam
długo czekać na powrót mojego towarzysza. Tym razem wnętrze jego
kieliszka wypełniał czerwony płyn, który zniknął jeszcze
szybciej niż poprzedni. Zastanawiało mnie to, w jakim tempie
zniknie kolejny drink, jednak nie doczekałam się na to, gdyż mój
pęcherz dopomniał się o opróżnienie go.
- Idę do
łazienki – rzuciłam, podnosząc się z miejsca.
- Może cię
zaprowadzę – zaproponował Ed.
- Do toalety?
- spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Raczej trafię –
uśmiechnęłam się i ruszyłam przed siebie.
Przedarcie się
przez tłum okazało się większym wyzwaniem niż znalezienie
odpowiednich drzwi, jednak w końcu i to mi się udało. Jeszcze
lepiej poszło mi w drogę powrotną. Jednak gdy dotarłam do naszego
stolika ze zdziwieniem zauważyłam, że jest on już zajęty przez
grupę mężczyzn. Wśród nich dostrzegłam także Eda. Siedział
pośrodku ze skrętem w dłoni. Na stoliku stało kilka kieliszków
wódki. Jeden z nich także przed rudzielcem. Z niedowierzaniem
pokręciłam głową. Widok ten odebrał mi wszelką wiarę w to, że
szybko się stąd zmyjemy. Nie miałam zamiaru wracać na swoje
miejsce, które i tak było już zajęte, jednak zanim się
wycofałam, Ed zauważył mnie i zawołał do siebie. Niechętnie
podeszłam i przecisnęłam się na miejsce obok niego. Nie za bardzo
przysłuchiwałam się rozmowom toczącym się przy stoliku, gdyż
zupełnie mnie to nie interesowało. Obserwowałam za to jak co
chwila pojawiają się i znikają kolejne kieliszki albo jak wypalają
kolejne skręty. Z każdą kolejną minutą gdy towarzystwo stawało
się coraz głośniejsze i weselsze, żołądek skręcał mi się ze
stresu. Nie lubiłam patrzeć jak ludzie się upijają i tracą
kontrolę nad sobą, dlatego z ulgą przyjęłam informację, że
mężczyźni, jak to określili, „idą na łowy”. Przy stoliku
nareszcie zostałam tylko ja i rudzielec.
- Może
pójdziemy już do domu? - spytałam tonem bardziej rozkazującym niż
proszącym.
Ed skrzywił
się.
- Nie, jeszcze
nie.
- Mieliśmy
przyjść tu na godzinę, a minęły już – spojrzałam na zegarek
zapięty na prawym nadgarstku mężczyzny – prawie dwie.
W odpowiedzi
machnął tylko ręką.
- Ed,
obiecałeś.
- No dobra.
Zaraz pójdziemy. Tylko znajdę jeszcze jedną osobę – powiedział,
podnosząc się z kanapy, na którą po chwili opadł.
Spróbował
wstać jeszcze raz. Tym razem mu się udało.
- Ed, wracaj!
- krzyknęłam za nim, ale nawet się nie obejrzał.
Od początku
wiedziałam, że tak będzie, dlatego nie chciałam tu przychodzić.
Wiedziałam, że jak już zacznie się bawić, to nie będę mogła
go stąd wyciągnąć.
- O, Nina! -
do mojego stolika podszedł wysoki brunet.
Doskonale go
pamiętałam. Tego uśmiechu się nie zapomina.
- Matt! Cześć!
- odparłam, gdy mężczyzna usiadł obok mnie.
- Cieszę się,
że znowu się spotykamy.
Uśmiechnęłam
się w odpowiedzi.
- Ale tym
razem nie pijesz – zlustrował wzrokiem blat stolika, na którym na
szczęście nie stała już góra kieliszków.
- Ktoś musi
być trzeźwy – westchnęłam cicho.
- Widzę, że
nie za bardzo cieszysz się, że tu jesteś.
- Wcale.
- To tak jak
ja. Niestety w tej branży trzeba się pokazywać na imprezach, nawet
jeśli się tego nie lubi.
Uśmiechnęłam
się współczująco.
- Może
zatańczymy? Ostatnio szło nam bardzo dobrze - zaproponował Matt.
- Chętnie.
Już miałam
podnieść się z kanapy, kiedy głos Eda mnie powstrzymał.
- Spieprzaj –
powiedział do towarzyszącego mi bruneta.
- Ed! -
syknęłam, czerwieniąc się ze wstydu, ale on nawet na mnie nie
spojrzał.
- Nie
słyszałeś? Spieprzaj! - powtórzył nieco głośniej.
Matt patrzył
na niego zdezorientowany.
- Co jest? -
spytał, wstając z miejsca.
Był sporo
wyższy od Eda i z pewnością silniejszy, ale na rudzielcu
najwyraźniej nie robiło to żadnego wrażenia.
- Ona przyszła
tu ze mną, więc nie chcę cię tu widzieć!
W oczach
mężczyzny widziałam wściekłość, która przy mnie do tej pory
nigdy tam nie gościła. Nie spodobało mi się to. Matt na szczęście
był opanowany.
- Dobra,
wyluzuj – uniósł dłonie w geście poddania się. - Idę. Pa,
Nino – zwrócił się do mnie.
Uśmiechnęłam
się do niego przepraszająco i patrzyłam jak odchodzi. Gdy jego
miejsce zajął rudzielec, gotowa byłam wstać i wyjść. Problem
był tylko w tym, że nie wiedziałam gdzie jestem i jak mam stąd
trafić do domu.
- Wychodzimy –
syknęłam do rozłożonego na kanapie Eda.
- Czekaj
jeszcze – odparł z uśmiechem, który mnie rozzłościł.
- Nie –
podniosłam się z kanapy i ruszyłam w tłum.
Mężczyzna
jednak nie zamierzał iść za mną, a niestety był mi potrzebny.
Nie miałam nawet pieniędzy na taksówkę. Nie wiedziałam co
zrobić. Nie zamierzałam zostać tu ani minuty dłużej, ale samotne
włóczenie się po nocy też mnie nie zachwycało. Z ciężkim
sercem wróciłam do stolika. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł.
Nie był on może najlepszy, ale jedyny jaki miałam.
- Daj mi
telefon – zażądałam od rudzielca.
- Po co ci?
- Mój się
rozładował, a muszę zadzwonić do Lucy – skłamałam szybko.
Ed jednak
uwierzył i wyciągnął z kieszeni iPhone'a. Wzięłam go od niego i
ruszyłam w kierunku wyjścia. Gdy przekroczyłam próg, owiał mnie
rześki wiatr, który ochłodził moje płonące policzki. Stałam
chwilę bez ruchu, opierając się o ścianę budynku i zastanawiając
się co powinnam zrobić. W końcu zdecydowałam się odblokować
telefon Sheerana i wybrałam odpowiedni numer. Poczekałam kilka
sygnałów, aż po drugiej stronie odezwał się męski głos.
- Czego
chcesz?
- Stuart? Tu
Nina.
- Nina? Co się
stało – Stu wyraźnie się zaniepokoił.
- Nic. To
znaczy jestem z Edem na jakiejś imprezie i... Przepraszam, nie
powinna, ale on...
- Rozumiem –
przerwał mi. - Wyślij mi adres i zaraz będę.
Rozłączyłam
się i rozejrzałam dookoła w poszukiwaniu jakiegoś punktu
zaczepienia. W końcu na jednej z witryn sklepowych zauważyłam
nazwę ulicy. Szybko napisałam SMS-a do mężczyzny i przysiadłam
na chodniku, zamykając oczy.
Otworzyłam je
dopiero wtedy, gdy usłyszałam parkujący nieopodal samochód, z
którego po chwili wysiadł Stuart. Stanęłam na nogi i podeszłam
do niego.
- Przepraszam
– zaczęłam od razu, ale uciszył mnie.
- Nie masz za
co. Idziemy po niego.
Podążając za
mężczyzną, z powrotem weszłam do baru i ruszyłam do stolika,
przy którym miałam nadzieję znaleźć rudzielca. Udało się. W
dalszym ciągu siedział na kanapie, wychylając zawartość
kolejnego kieliszka.
- Stu? -
zdziwił się, gdy podeszliśmy do niego.
- Idziemy –
rozkazał mężczyzna, ale Ed tylko się skrzywił.
- Posiedźmy
jeszcze chwilę. Patrz jak przyjemnie – roześmiał się.
Stuart jednak
nie zareagował.
- Idziemy –
powtórzył stanowczo.
- Ale...
- Nie ma
żadnego ale. Wychodzimy w tej chwili.
- Dobra, już
dobra – Ed chwiejnie podniósł się z miejsca.
Stu położył
sobie jego rękę na ramieniu, żeby ten się nie przewrócił i
powoli wyprowadził go na zewnątrz. Szłam kawałek za nimi. Nie
mogłam uwierzyć, że to zrobił. Że się upił, chociaż obiecał
mi, że spędzimy ten wieczór razem. Byłam zła, jednak chyba
bardziej było mi przykro, że o mnie zapomniał. Nie mogłam dłużej
o tym myśleć. Wsiadłam do auta, w którym byli już Ed i Stuart i
odetchnęłam głęboko. Odwróciłam się do tyłu, by spojrzeć na
rudzielca, który opierał głowę o szybę i mruczał coś pod
nosem. Postanowiłam zrobić to samo z wyjątkiem gadania do samej
siebie. Zamknęłam oczy, próbując odgonić od siebie natrętne
myśli. Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy Stu zgasił silnik.
- Zaczekaj –
powiedział mężczyzna, gdy odpinałam pas. - Zaprowadzę go na górę
i odwiozę cię do domu.
- Nie trzeba –
uśmiechnęłam się blado.
- Chyba nie
masz zamiaru chodzić sama o tej porze?
Pokręciłam
głową.
- Zostanę z
nim – odparłam szybko, wysiadając z samochodu.
Sama nie
wiedziałam dlaczego po tym wszystkim jeszcze chciałam spędzić z
nim czas.
- Jesteś
pewna? - spytał Stu, otwierając drzwi po stronie Eda, z których po
chwili z trudem wygramolił się rudzielec.
Skinęłam
głową.
- Ale on jest
dorosły. Poradzi sobie.
Spojrzałam na
Eda, który zataczając się, przeszukiwał kieszenie w celu
znalezienia kluczy.
- Nie jestem
pewna – odparłam sceptycznie. - Sądzę, że pomoc mu się przyda.
- Jak chcesz –
westchnął, łapiąc rudzielca, który omal się nie przewrócił,
wchodząc do kamienicy.
Jeszcze nigdy
wdrapanie się na górę nie zajęło nam tyle czasu. Ed co chwilę
się potykał i tylko dzięki szybkim reakcjom swojego menadżera,
nie poznał się bliżej z podłogą. Gdy w końcu dotarliśmy do
mieszkania, marzyłam tylko o tym, żeby się położyć. Wiedziałam
jednak, że to marzenie się nie spełni.
- Może z wami
zostanę? - zapytał Stu, gdy zrzucałam z nóg buty.
- Nie trzeba.
Dam sobie radę – uśmiechnęłam się uspokajająco.
- Nie wątpię,
ale gdybyś coś potrzebowała to dzwoń.
- Dobrze.
- I gdybyś
chciała wracać do domu to też dzwoń. Nie włócz mi się
przypadkiem sama, bo o tej porze na londyńskich ulicach jest pełno
napalonych zboczeńców, którzy tylko czekają na swoje ofiary.
Roześmiałam
się, gdyż rozczuliła mnie jego troska.
- Zadzwonię –
zapewniłam z uśmiechem.
Stuart
westchnął, po czym pożegnał się ze mną i z Edem, który
odpowiedział mu niewyraźnym mruknięciem.
Zamknąwszy za
nim drzwi, zawiesiłam na wieszaku torebkę i ruszyłam do sypialni,
w której zniknął Sheeran. Stanęłam w progu. Rudzielec leżał
zwinięty na łóżku z twarzą wtuloną w poduszkę.
- Pomóc ci w
czymś? - zapytałam cicho.
Pokręcił
głową.
- A może coś
ci podać?
- Wody –
dobiegł mnie stłumiony głos. - Z lodem najlepiej.
Usłyszawszy
to, wyszłam z pokoju i poszłam do kuchni. Oparłam się o zimny
blat i głęboko wciągnęłam powietrze, zamykając przy tym oczy.
Gdy po chwili moje nerwy uspokoiły się na tyle, że byłam pewna,
iż nie zbiję szklanki, wyciągnęłam ją z szafki i wypełniłam
wodą, do której wrzuciłam dwie kostki lodu. Chwyciłam naczynie,
jednak zaraz je odstawiłam i powtórzyłam wcześniejsze czynności.
Mnie też potrzebne było picie.
Z dwoma
szklankami w dłoniach wróciłam do sypialni. Ed zmienił już swoją
pozycję. Teraz siedział z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi
o ramę łóżka.
- Proszę –
podałam mu jedną ze szklanek.
- Dziękuję –
mruknął bełkotliwie.
Usiadłam obok
niego i upiłam kilka łyków. Od razu zrobiło mi się lepiej, gdy
zimny płyn schłodził mój rozgrzany organizm.
- Mówiłaś
kiedyś, że miałaś chłopaka – zaczął, gdy opróżnił całe
naczynie.
Potwierdziłam
skinieniem głowy.
- Spałaś z
nim? - spytał, wlepiając we mnie swoje rozszerzone źrenice.
- Nie –
odparłam półgłosem.
- Czyli nie
spałaś z żadnym chłopakiem? - powiedział cicho bardziej sam do
siebie.
Nie wiedziałam
na co mu te informacje, ale przyzwyczaiłam się, że jego zachowanie
nie zawsze musi mieć sens. Poza tym odkąd się poznaliśmy
rozmawialiśmy o tak wielu dziwnych rzeczach, że to mnie wcale nie
zaskoczyło. Zaskoczyła mnie natomiast nagła zmiana jego
zachowania. Położył na moim kolanie swoją zimną dłoń i zaczął
przesuwać ją wyżej. Przez chwilę tylko obserwowałam jego ruchy,
zastanawiając się co robi, ale gdy wjechał pod sukienkę i raczej
nie zamierzał na tym poprzestać, uznałam, że czas mu przerwać.
Bez słowa chwyciłam jego rękę i przeniosłam ją na kołdrę.
Przez myśl przemknęło mi, że może powinnam wstać, żeby dać mu
jeszcze jaśniej do zrozumienia, że nie mam na to ochoty, jednak
lenistwo wzięło nade mną górę.
- Wiem, że
chcesz – jego wzrok błyszczał od nadmiaru wódki i zielska.
Westchnęłam,
przewracając przy tym oczami.
- Nie chcę –
odparłam najspokojniej jak potrafiłam.
- Nie zgrywaj
takiej niedostępnej. Nie masz ochoty, żebym cię przeleciał? -
jego głos był zachrypnięty.
Czy oni się
umówili, żeby „poznać mnie bliżej” akurat w przeddzień
mojego wyjazdu?
- Nie jestem
taka łatwa, jak ci się wydaje – powiedziałam, patrząc w jego
niebieskie tęczówki.
Nie bałam się
go, bo nie sądziłam, że mam czego. Był mocno nietrzeźwy, a
ludzie w tym stanie mówią różne rzeczy. Siedziałam spokojnie,
czekając na jego reakcję. Ed roześmiał się głośno.
- Nie obchodzi
mnie to – wzruszył ramionami. - Coś mi się należy za te trzy
miesiące. Chyba nie sądziłaś, że spotykam się z tobą tylko
dlatego, że bardzo cię lubię.
Tak właśnie
sądziłam.
Wytrzeszczyłam
oczy, zastanawiając się czy aby na pewno dobrze zrozumiałam jego
słowa. Mój mózg bardzo powoli je analizował, przez co siedziałam
odrętwiała i nawet nie zauważyłam, kiedy twarz rudzielca znalazła
się na tyle blisko mojej, że mogłam wyczuć w jego oddechu alkohol
pomieszany z papierosami i marihuaną.
- Zostaw mnie
– syknęłam, gdy w pełni dotarł do mnie sens jego wypowiedzi.
Byłam na niego
wściekła i jak najszybciej chciałam stamtąd wyjść. Szybko
wstałam z łóżka, ale on był szybszy. Mocno złapał mnie za
nadgarstki i pociągnął tak, że z powrotem wylądowałam na
materacu.
- Nie uciekaj
– szepnął z kpiącym uśmieszkiem.
Zagryzłam
dolną wargę, by opanować kipiące we mnie emocje. Nie na wiele się
to jednak zdało. Czułam, że złość rozerwie mnie od środka.
- Puść mnie!
- krzyknęłam, próbując wyrwać ręce z uścisku.
- Csiii –
przyłożył sobie palec do ust. - Nie krzycz skarbie – powiedział
cicho, znacznie zmniejszając odległość między nami.
Zaczęłam
drżeć, gdy dotknął dłonią mojej twarzy. Zamknęłam oczy i
wzięłam głęboki oddech.
- Puść mnie,
kurwa! - krzyknęłam raz jeszcze, co tylko wywołało kolejną falę
wesołości na jego twarzy.
Nie bałam się
go, choć teraz miałam już ku temu powody. Jednak wściekłość,
która wypełniała moje wnętrze, była silniejsza niż strach.
Gdy poczułam
jego język na swojej szyi, eksplodowałam. Uwolniłam ręce i
uderzyłam go, po czym jak najszybciej zeskoczyłam z łóżka i
wybiegłam do przedpokoju, gdzie w pośpiechu założyłam buty i
zgarnęłam torebkę. Kilka sekund później, zbiegając po dwa
stopnie, wypadłam na dwór. Rzuciłam się pędem przed siebie, nie
zważając na rzęsisty deszcz, który strugami spływał po każdej
części mojego ciała ani na wiatr plączący moje bezładnie
opadające włosy. Biegłam na oślep, nie oglądając się za
siebie. Nie wiedziałam gdzie jestem ani gdzie będę, gdy się
zatrzymam, jednak zupełnie mnie to nie obchodziło. Ważne było,
żebym znalazła się jak najdalej od niego.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Długo czekałam na ten rozdział, gdyż miałam go w głowie od samego początku. Chciałam, żeby wyszedł idealnie, ale wiem, że to nie możliwe. Mam jednak nadzieję, że się spodobał :)
Jest ekstraa! Mam nadzieję, że następny będzie jak najszybciej :)
OdpowiedzUsuń