poniedziałek, 7 września 2015

Rozdział XV

- To co, idziemy? - przede mną stanęła uśmiechnięta Ellie.
Oderwałam wzrok od telefonu i spojrzałam na nią bez tak widocznego entuzjazmu.
- Pewnie – odparłam, wstając z ławki.
- Masz jakieś życzenia na to ostatnie popołudnie? - zapytała, gdy minęłyśmy szkołę i kierowałyśmy się w stronę przystanku autobusowego.
Tak, żeby się nie skończyło.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami i wbiłam wzrok w chodnik.
- No weź – blondynka szturchnęła mnie w ramię. - Na pewno na coś masz ochotę. No nie wiem pizza, kręgle, rower, rolki, gadanie o niczym...
Spojrzałam na nią i zaczęłam się śmiać. Na twarzy miała tak promienny uśmiech, że zarażała nim wszystkich wokół.
- To jak? - zapytała z nadzieją w oczach.
- Mam ochotę na lody – odparłam wesoło.
- Świetnie! Obok mojego domu jest przepyszna kawiarnia.
Pokręciłam głową w zdumieniu dla jej bezgranicznej radości, bo ja nie widziałam w tym powodu do aż tak wielkiej euforii. W końcu nie pierwszy raz szłam na lody, które rzeczywiście okazały się bardzo dobre.
- Idziemy już do ciebie? – spytałam, gdy z wielkimi porcjami zimnego deseru, wyszłyśmy na ulicę.
- Może jeszcze posiedzimy chwilę na dworze? Słońce jest takie przyjemne – rozmarzyła się Ellie, zamykając oczy i unosząc twarz do nieba.
- I roztapia lody – dodałam takim samym tonem, patrząc na ściekającą po jej wafelku białą strużkę.
- Tak, to też robi – mruknęła, oblizując palce.
Usiadłyśmy na najbliższej ławce, delektując się słońcem i lodami.
- Już czuję zbliżające się lato – powiedziała Ellie, wgryzając się w wafelek.
Zaśmiałam się.
- Z tego co widziałam, to przyszły tydzień ma być zimny.
- To nie ważne – machnęła ręką, a w tym samym czasie zapiszczał jej telefon.
Wyciągnęła go z torby.
- To Louis. Czeka już pod domem – poinformowała mnie, chowając komórkę - Zbieramy się.
Posłusznie wstałam z ławki i ruszyłam obok przyjaciółki, która raczej się nie spieszyła.
Dokładnie siedem minut zajęło nam pokonanie trasy, którą równie dobrze można było przejść o połowę krócej, co w sytuacji gdy ktoś na ciebie czeka, byłoby wskazane. Pod domem tak jak mówiła Ellie czekał Louis. Widząc nas, z uśmiechem podniósł się z krawężnika, na którym siedział i szybko do nas podszedł.
- Hej, dziewczyny! - krzyknął trochę zbyt głośno, jak na niewielką odległość, która nas dzieliła.
- Cześć – odpowiedziałyśmy jednocześnie.
- Gdzie byłyście? - zainteresował się, gdy Ellie otwierała drzwi.
- Na lo...
- Niespodzianka! - usłyszałam, gdy ledwo przekroczyłam próg.
Stanęłam jak wryta z rozdziawioną buzią i rozszerzonymi oczami. Przede mną znajdowało się jakieś dwadzieścia roześmianych osób. Wszystkich oczywiście znałam ze szkoły, ale co oni tu robili?
- I jak? Podoba ci się? - spytała Ellie, stojąc obok mnie.
- To wy? - spojrzałam na przyjaciół.
Oboje stanowczo pokręcili głowami.
- Ja tylko dałam miejsce, a on – wskazała na Louisa – rzucił hasło o pożegnaniu cię chłopakom z drużyny. Reszta zorganizowała się sama.
Wpatrywałam się w nią osłupiała. Powoli docierało do mnie o czym mówiła, a zdumienie ustępowało miejsca coraz szerszemu uśmiechowi. Byłam w szoku, że aż tyle osób przyszło się ze mną pożegnać, szczególnie, że w szkole już to robili. Spędziłam tu tylko trzy miesiące i nie wyróżniałam się niczym nadzwyczajnym, a mimo to zdałam sobie sprawę, że okazali mi więcej sympatii niż koleżanki w Polsce.
Zdjęłam buty i zrzuciłam z ramienia torbę, po czym ruszyłam w stronę znajomych, których część okupowała już salon. W pokoju panował klimatyczny półmrok, mimo że było dopiero wpół do piątej. Wszystkie okna były bowiem szczelnie pozasłaniane, a światło wpadało jedynie z kuchni i przez pojedyncze szczeliny w roletach. Usiadłam na kanapie obok Rosie, Jill i Emily, które plotkowały właśnie o chłopakach stojących przy stole z pizzą. Nie włączyłam się w ich dyskusję, ale na szczęście nie wymagały tego ode mnie. Rozglądałam się za Ellie, jednak nigdzie nie mogłam jej dostrzec. Uznałam, że pewnie pilnuje, żeby nikt niczego nie rozwalił. W końcu byłoby to całkiem prawdopodobne. Zobaczyłam za to Louisa, który majstrował coś przy laptopie. Po chwili z głośników rozległa się muzyka, w rytm której niemal każdy zaczął podrygiwać. Nie minęło dziesięć minut, gdy podłoga w salonie zapełniła się tańczącymi. Ja także nie mogłam oprzeć się skocznym rytmom i już po chwili bawiłam się razem z innymi.
- Imprezy przeważnie organizuje się wieczorem, ale dla ciebie wszystko – powiedziała mi do ucha Ellie.
Uśmiechnęłam się do niej.
- Przynajmniej sąsiedzi nie będą się czepiać – próbowałam przekrzyczeć muzykę.
Przyznała mi rację, entuzjastycznie kiwając głową i uciekła do stojącego przy stoliku z napojami Ashtona. Obserwowałam jak oplata mu ręce wokół szyi, a on odstawia niebieski kubek, łapiąc ją w pasie. Uśmiechnęłam się w duchu, widząc jak blondynka wpija się w jego usta. Wzrokiem poszukałam Louisa, który otoczony był przez kilka dziewczyn. Podeszłam do niego, tym samym irytując trochę pozostałe koleżanki, bo od tej chwili tańczył już tylko ze mną, co przecież nie było moją winą.
W pewnym momencie, gdy blondyn poszedł się napić, tuż przede mną pojawił się Alex – jeden z koszykarzy. Louis wspominał mi kiedyś, że spodobałam mu się, ale jak do tej pory zamieniłam z nim jedynie kilka zdań i to na temat lekcji. Nie miałam jednak potrzeby zdobywać jego zainteresowania, gdyż to on miał opinię „zdobywcy”.
- Żałuję, że nie mieliśmy okazji poznać się bliżej – powiedział, nachylając się w moją stronę.
Bycie tak wysokim musiało być bardzo męczące, ciągle musiał się schylać.
- Zdarza się – odparłam dość obojętnie.
- Możemy to nadrobić – położył swoje dłonie na moich biodrach. - Na górze chyba nikogo nie ma.
Przewróciłam oczami, śmiejąc się w duchu.
- Chyba jednak nie poznamy się tak blisko – odparłam, wysuwając mu się z objęć.
- Dlaczego? - zapytał, nie zrażając się moim oporem.
- Bo nie mam na to ochoty.
- Nie masz na mnie ochoty?
Westchnęłam głośno, słysząc jego prowokujący ton.
- Mówił ci już ktoś, że jesteś tępy? - spojrzał na mnie, unosząc ze zdziwienia brwi. - Rozumiem, że nie. W takim razie to twój pierwszy raz i na nic więcej nie licz.
Odwróciłam się na pięcie i odeszłam, zostawiając go za sobą z głupią miną. Z powrotem usiadłam na sofie, gdzie tym razem były już Emma i Casey.
- Naprawdę będziemy za tobą tęsknić – powiedziała smutno Em.
- Nawet nie wiesz jak – dodała druga z dziewczyn.
- Ja za wami też. Nawet bardziej – uśmiechnęłam się do nich.
- Zróbmy sobie zdjęcia na pamiątkę, bo chyba żadnych nie mamy – zaproponowała Casey, wyciągając telefon z kieszeni dżinsów.
Zgodziłam się chętnie i już po chwili wszystkie trzy uśmiechałyśmy się w stronę aparatu. Gdy oglądałyśmy zdjęcia na wyświetlaczu pojawiła się godzina. Jak oparzona zeskoczyłam z kanapy i nic im nie tłumacząc pobiegłam do przedpokoju, gdzie leżała moja torba. Szybko dopadłam kieszeni i wyciągnęłam z niej komórkę. Odetchnęłam z ulgą, gdy po odblokowaniu ekranu nie zobaczyłam żadnych nieodebranych połączeń ani nieprzeczytanych SMS-ów. Schowałam komórkę i z torbą na ramieniu poszłam poszukać Ellie. Na szczęście była w kuchni.
- Zaraz muszę iść – powiedziałam, gdy blondynka łapczywie wypijała szklankę wody.
- Co? Już?
Pokiwałam głową.
- No dobra – zgodziła się niechętnie.
- Muszę się tylko gdzieś przebrać. Mogę iść do twojego pokoju?
- Pewnie – odparła, a ja ruszyłam w stronę schodów. - Poczekaj – krzyknęła zanim zdążyłam wejść na pierwszy stopień. - Idę z tobą. Muszę wiedzieć jak będziesz wyglądała w tę ostatnią noc.
Ze śmiechem przewróciłam oczami i zaczęłam wdrapywać się na górę.
- Ładnie, ładnie. Niby zwyczajnie, a jednak coś w tym jest – stwierdziła Ellie, gdy ubrana w czarną koronkową sukienkę stałam przed lustrem.
Jasne, że jej opinia się dla mnie liczyła, jednak wolałabym, żeby to Ed tak stwierdził.
- Dzięki – odparłam, malując usta jasnoczerwoną pomadką.
Zdążyłam dojść do połowy górnej wargi, gdy zadzwonił telefon. Szybko dokończyłam i wzięłam od blondynki komórkę.
- Tak?
- Już jestem – usłyszałam jego głos. - Fajną imprezę tu macie – dodał ze śmiechem, po czym rozłączył się.
Upchnęłam walające się po podłodze rzeczy do torby, założyłam buty i zeszłam na dół, gdzie szybko pożegnałam się ze wszystkimi.
- Idziesz już? - doleciał mnie głos Louisa.
Odwróciłam się do tyłu. Blondyn stał oparty o ścianę dzielącą przedpokój i salon i wpatrywał się we mnie smutno.
- Niestety – uśmiechnęłam się delikatnie i wyciągnęłam w jego stronę ręce.
Podszedł i przytulił mnie mocno.
- To baw się dobrze, bo wyglądasz ślicznie – szepnął mi do ucha i uciekł, znikając wśród tańczących.
Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam z domu. Krawężnik, na którym kilka godzin wcześniej siedział Louis, teraz zajmował Ed. Przycupnęłam obok niego. Głowę miał odwróconą w drugą stronę i wyglądało na to, że był tak zamyślony, iż nawet mnie nie zauważył.
- Nad czym tak myślisz? - zapytałam, wpatrując się w niego.
Rudzielec otrząsnął się z odrętwienia i spojrzał na mnie nieprzytomnie.
- O, ty tu? Przepraszam, nie...
- Wiem – przerwałam mu, uśmiechając się delikatnie.
- Właśnie zastanawiałem się nad... - otworzył ust, żeby dokończyć, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. - Fajnie się bawiłaś?
Przyjrzałam się mu uważnie, próbując rozszyfrować co chciał powiedzieć, ale nie potrafiłam.
- Tak, bardzo. Przyszło sporo osób ze szkoły i... - nie dokończyłam, widząc, że Ed mnie nie słucha.
Był tak pogrążony we własnych myślach, że nic do niego nie docierało. Ciekawiło mnie co zajmuje jego uwagę, ale nie było mi dane się tego dowiedzieć. Nagle mężczyzna wstał, uśmiechając się szeroko.
- Chodźmy – powiedział, wyciągając w moją stronę ręce.
Skorzystałam z jego pomocy i ruszyłam za nim.
- Gdzie idziemy? - spytałam po chwili.
- No właśnie... - skrzywił się. - Musimy na chwilę wpaść na imprezę.
Wydałam z siebie jęk niezadowolenia.
- Koniecznie?
Pokiwał głową, unikając mojego wzroku.
- Dziewczyna jednego z moich znajomych ma urodziny i chociaż na moment muszę się tam pokazać – w końcu na mnie spojrzał.
Spuściłam głowę. Nie miałam ochoty na chodzenie z nim na imprezy. Wciąż pamiętałam jak zakończyła się poprzednia i nie bardzo uśmiechało mi się powtarzanie tego.
- A nie mógłbyś pójść tam sam? - zmarszczył czoło. - Poczekałabym na ciebie w domu – zaproponowałam z nadzieją, że się zgodzi.
- To nie bardzo po drodze – odparł po chwili zastanowienia.
- Mogę wziąć taksówkę – zrobiłabym wszystko, byle tylko nie iść na tę imprezę.
- Pojawimy się tam na godzinę. Obiecuję.
Zastanawiałam się co jest powodem nieustępliwości Eda. Obstawiałam, że albo nie chce iść tam sam, albo nie ufa mi na tyle, żeby pozwolić mi zostać samej w jego mieszkaniu, chociaż nie byłby to pierwszy raz. W każdym razie nie działały na niego moje prośby i ostatecznie to ja musiałam zgodzić się z nim pójść.
W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, muzyka stawała się coraz głośniejsza. Gdy dudnienie basów ledwo pozwalało poznać piosenkę, stało się oczywiste, że jesteśmy na miejscu. Weszliśmy do środka dość sporego baru, w którym kłębił się tłum pijących, rozmawiających lub tańczących na środku parkietu ludzi. Jak zwykle w takich sytuacjach na krok nie odstępowałam Eda, który co chwila wylewnie witał się z kolejnymi osobami, przy okazji przedstawiając mnie, przez co byłam zmuszona uśmiechać się miło. Część z nich jak się okazało pamiętała mnie, chociaż ja nie byłam w stanie przypomnieć sobie żadnej z tych twarzy. Nie powiem jednak, żeby specjalnie mi na tym zależało. Nie przepadałam za tymi fałszywymi uśmiechami i grzecznościowymi rozmowami, które nic nie wnosiły. To nie był mój świat, ale nie żałowałam tego.
Gdy przedarliśmy się w końcu w głąb lokalu, zobaczyłam oświetlony na niebiesko bar, przy którym siedziała dziewczyna z diademem na głowie. Domyśliłam się, że to pewnie jej urodziny są tak hucznie obchodzone i nie myliłam się. Po chwili znajdowaliśmy się już przy niej, a Ed składał jej życzenia. Jemma, jak usłyszałam z ust rudzielca, należała do dziewczyn bardzo oczywiście pięknych. Miała długie złote włosy, które falami spływały po jej odkrytych plecach, duże błękitne oczy, zgrabny nos i pełne usta pomalowane krwisto czerwoną pomadką. Ubrana była w króciutką srebrną sukienkę, która w całości pokazywała jej niezwykle szczupłe długie nogi, na których miała wysokie szpilki. Szczerzyła się w uśmiechu, słuchając życzeń rudzielca, po czym mocno go wyściskała. Skrzywiłam się, widząc to. Nie wiedziałam dlaczego, ale nie zapałałam do niej sympatią. Byłam pewna, że nie zna nawet połowy osób, które tutaj przyszły, co jak widać całkiem jej nie przeszkadzało.
- Może się czegoś napijemy? - zapytał Ed, gdy składaniem życzeń dziewczynie zajął się ktoś inny.
- Nie mam ochoty – odparłam, mając nadzieję, że zaraz stąd wyjdziemy.
- Jak chcesz – rudzielec wzruszył ramionami i podszedł do barmana.
Nie chcąc go zgubić, ruszyłam za nim. Z błękitnym drinkiem w dłoni Ed zaprowadził nas do jakiegoś wolnego stolika. Z ulgą opadłam na miękką czarną kanapę.
- Musiałem tu przyjść – zaczął tłumaczyć, sącząc powoli napój. - Jemma jest podobno moją wielką fanką, więc moja obecność tu była jej największym marzeniem.
Pokiwałam głową. To tłumaczyło dlaczego w jej oczach malowało się tak wielkie szczęście, gdy Ed do niej podszedł.
- Nie chodzisz na urodziny wszystkich fanek – zauważyłam bardzo odkrywczo.
Rudzielec się zaśmiał.
- Byłoby trochę ciężko – odparł, opróżniając kieliszek.
- Ale każdy fan marzy, żebyś pojawił się u niego na urodzinach.
- Ale nie każdy ma chłopaka, który jest moim znajomym.
- Zacznijmy od tego, że nie każdy ma chłopaka.
Ed ponownie zaczął się śmiać.
- Zabawna jesteś, gdy się irytujesz – powiedział, podnosząc się z kanapy. - Idę po jeszcze jednego. Chcesz coś?
Ponownie pokręciłam głową. Tylko brakowało, żebym się tu jeszcze upiła.
Nie musiałam długo czekać na powrót mojego towarzysza. Tym razem wnętrze jego kieliszka wypełniał czerwony płyn, który zniknął jeszcze szybciej niż poprzedni. Zastanawiało mnie to, w jakim tempie zniknie kolejny drink, jednak nie doczekałam się na to, gdyż mój pęcherz dopomniał się o opróżnienie go.
- Idę do łazienki – rzuciłam, podnosząc się z miejsca.
- Może cię zaprowadzę – zaproponował Ed.
- Do toalety? - spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Raczej trafię – uśmiechnęłam się i ruszyłam przed siebie.
Przedarcie się przez tłum okazało się większym wyzwaniem niż znalezienie odpowiednich drzwi, jednak w końcu i to mi się udało. Jeszcze lepiej poszło mi w drogę powrotną. Jednak gdy dotarłam do naszego stolika ze zdziwieniem zauważyłam, że jest on już zajęty przez grupę mężczyzn. Wśród nich dostrzegłam także Eda. Siedział pośrodku ze skrętem w dłoni. Na stoliku stało kilka kieliszków wódki. Jeden z nich także przed rudzielcem. Z niedowierzaniem pokręciłam głową. Widok ten odebrał mi wszelką wiarę w to, że szybko się stąd zmyjemy. Nie miałam zamiaru wracać na swoje miejsce, które i tak było już zajęte, jednak zanim się wycofałam, Ed zauważył mnie i zawołał do siebie. Niechętnie podeszłam i przecisnęłam się na miejsce obok niego. Nie za bardzo przysłuchiwałam się rozmowom toczącym się przy stoliku, gdyż zupełnie mnie to nie interesowało. Obserwowałam za to jak co chwila pojawiają się i znikają kolejne kieliszki albo jak wypalają kolejne skręty. Z każdą kolejną minutą gdy towarzystwo stawało się coraz głośniejsze i weselsze, żołądek skręcał mi się ze stresu. Nie lubiłam patrzeć jak ludzie się upijają i tracą kontrolę nad sobą, dlatego z ulgą przyjęłam informację, że mężczyźni, jak to określili, „idą na łowy”. Przy stoliku nareszcie zostałam tylko ja i rudzielec.
- Może pójdziemy już do domu? - spytałam tonem bardziej rozkazującym niż proszącym.
Ed skrzywił się.
- Nie, jeszcze nie.
- Mieliśmy przyjść tu na godzinę, a minęły już – spojrzałam na zegarek zapięty na prawym nadgarstku mężczyzny – prawie dwie.
W odpowiedzi machnął tylko ręką.
- Ed, obiecałeś.
- No dobra. Zaraz pójdziemy. Tylko znajdę jeszcze jedną osobę – powiedział, podnosząc się z kanapy, na którą po chwili opadł.
Spróbował wstać jeszcze raz. Tym razem mu się udało.
- Ed, wracaj! - krzyknęłam za nim, ale nawet się nie obejrzał.
Od początku wiedziałam, że tak będzie, dlatego nie chciałam tu przychodzić. Wiedziałam, że jak już zacznie się bawić, to nie będę mogła go stąd wyciągnąć.
- O, Nina! - do mojego stolika podszedł wysoki brunet.
Doskonale go pamiętałam. Tego uśmiechu się nie zapomina.
- Matt! Cześć! - odparłam, gdy mężczyzna usiadł obok mnie.
- Cieszę się, że znowu się spotykamy.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Ale tym razem nie pijesz – zlustrował wzrokiem blat stolika, na którym na szczęście nie stała już góra kieliszków.
- Ktoś musi być trzeźwy – westchnęłam cicho.
- Widzę, że nie za bardzo cieszysz się, że tu jesteś.
- Wcale.
- To tak jak ja. Niestety w tej branży trzeba się pokazywać na imprezach, nawet jeśli się tego nie lubi.
Uśmiechnęłam się współczująco.
- Może zatańczymy? Ostatnio szło nam bardzo dobrze - zaproponował Matt.
- Chętnie.
Już miałam podnieść się z kanapy, kiedy głos Eda mnie powstrzymał.
- Spieprzaj – powiedział do towarzyszącego mi bruneta.
- Ed! - syknęłam, czerwieniąc się ze wstydu, ale on nawet na mnie nie spojrzał.
- Nie słyszałeś? Spieprzaj! - powtórzył nieco głośniej.
Matt patrzył na niego zdezorientowany.
- Co jest? - spytał, wstając z miejsca.
Był sporo wyższy od Eda i z pewnością silniejszy, ale na rudzielcu najwyraźniej nie robiło to żadnego wrażenia.
- Ona przyszła tu ze mną, więc nie chcę cię tu widzieć!
W oczach mężczyzny widziałam wściekłość, która przy mnie do tej pory nigdy tam nie gościła. Nie spodobało mi się to. Matt na szczęście był opanowany.
- Dobra, wyluzuj – uniósł dłonie w geście poddania się. - Idę. Pa, Nino – zwrócił się do mnie.
Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco i patrzyłam jak odchodzi. Gdy jego miejsce zajął rudzielec, gotowa byłam wstać i wyjść. Problem był tylko w tym, że nie wiedziałam gdzie jestem i jak mam stąd trafić do domu.
- Wychodzimy – syknęłam do rozłożonego na kanapie Eda.
- Czekaj jeszcze – odparł z uśmiechem, który mnie rozzłościł.
- Nie – podniosłam się z kanapy i ruszyłam w tłum.
Mężczyzna jednak nie zamierzał iść za mną, a niestety był mi potrzebny. Nie miałam nawet pieniędzy na taksówkę. Nie wiedziałam co zrobić. Nie zamierzałam zostać tu ani minuty dłużej, ale samotne włóczenie się po nocy też mnie nie zachwycało. Z ciężkim sercem wróciłam do stolika. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł. Nie był on może najlepszy, ale jedyny jaki miałam.
- Daj mi telefon – zażądałam od rudzielca.
- Po co ci?
- Mój się rozładował, a muszę zadzwonić do Lucy – skłamałam szybko.
Ed jednak uwierzył i wyciągnął z kieszeni iPhone'a. Wzięłam go od niego i ruszyłam w kierunku wyjścia. Gdy przekroczyłam próg, owiał mnie rześki wiatr, który ochłodził moje płonące policzki. Stałam chwilę bez ruchu, opierając się o ścianę budynku i zastanawiając się co powinnam zrobić. W końcu zdecydowałam się odblokować telefon Sheerana i wybrałam odpowiedni numer. Poczekałam kilka sygnałów, aż po drugiej stronie odezwał się męski głos.
- Czego chcesz?
- Stuart? Tu Nina.
- Nina? Co się stało – Stu wyraźnie się zaniepokoił.
- Nic. To znaczy jestem z Edem na jakiejś imprezie i... Przepraszam, nie powinna, ale on...
- Rozumiem – przerwał mi. - Wyślij mi adres i zaraz będę.
Rozłączyłam się i rozejrzałam dookoła w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia. W końcu na jednej z witryn sklepowych zauważyłam nazwę ulicy. Szybko napisałam SMS-a do mężczyzny i przysiadłam na chodniku, zamykając oczy.
Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy usłyszałam parkujący nieopodal samochód, z którego po chwili wysiadł Stuart. Stanęłam na nogi i podeszłam do niego.
- Przepraszam – zaczęłam od razu, ale uciszył mnie.
- Nie masz za co. Idziemy po niego.
Podążając za mężczyzną, z powrotem weszłam do baru i ruszyłam do stolika, przy którym miałam nadzieję znaleźć rudzielca. Udało się. W dalszym ciągu siedział na kanapie, wychylając zawartość kolejnego kieliszka.
- Stu? - zdziwił się, gdy podeszliśmy do niego.
- Idziemy – rozkazał mężczyzna, ale Ed tylko się skrzywił.
- Posiedźmy jeszcze chwilę. Patrz jak przyjemnie – roześmiał się.
Stuart jednak nie zareagował.
- Idziemy – powtórzył stanowczo.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Wychodzimy w tej chwili.
- Dobra, już dobra – Ed chwiejnie podniósł się z miejsca.
Stu położył sobie jego rękę na ramieniu, żeby ten się nie przewrócił i powoli wyprowadził go na zewnątrz. Szłam kawałek za nimi. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobił. Że się upił, chociaż obiecał mi, że spędzimy ten wieczór razem. Byłam zła, jednak chyba bardziej było mi przykro, że o mnie zapomniał. Nie mogłam dłużej o tym myśleć. Wsiadłam do auta, w którym byli już Ed i Stuart i odetchnęłam głęboko. Odwróciłam się do tyłu, by spojrzeć na rudzielca, który opierał głowę o szybę i mruczał coś pod nosem. Postanowiłam zrobić to samo z wyjątkiem gadania do samej siebie. Zamknęłam oczy, próbując odgonić od siebie natrętne myśli. Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy Stu zgasił silnik.
- Zaczekaj – powiedział mężczyzna, gdy odpinałam pas. - Zaprowadzę go na górę i odwiozę cię do domu.
- Nie trzeba – uśmiechnęłam się blado.
- Chyba nie masz zamiaru chodzić sama o tej porze?
Pokręciłam głową.
- Zostanę z nim – odparłam szybko, wysiadając z samochodu.
Sama nie wiedziałam dlaczego po tym wszystkim jeszcze chciałam spędzić z nim czas.
- Jesteś pewna? - spytał Stu, otwierając drzwi po stronie Eda, z których po chwili z trudem wygramolił się rudzielec.
Skinęłam głową.
- Ale on jest dorosły. Poradzi sobie.
Spojrzałam na Eda, który zataczając się, przeszukiwał kieszenie w celu znalezienia kluczy.
- Nie jestem pewna – odparłam sceptycznie. - Sądzę, że pomoc mu się przyda.
- Jak chcesz – westchnął, łapiąc rudzielca, który omal się nie przewrócił, wchodząc do kamienicy.
Jeszcze nigdy wdrapanie się na górę nie zajęło nam tyle czasu. Ed co chwilę się potykał i tylko dzięki szybkim reakcjom swojego menadżera, nie poznał się bliżej z podłogą. Gdy w końcu dotarliśmy do mieszkania, marzyłam tylko o tym, żeby się położyć. Wiedziałam jednak, że to marzenie się nie spełni.
- Może z wami zostanę? - zapytał Stu, gdy zrzucałam z nóg buty.
- Nie trzeba. Dam sobie radę – uśmiechnęłam się uspokajająco.
- Nie wątpię, ale gdybyś coś potrzebowała to dzwoń.
- Dobrze.
- I gdybyś chciała wracać do domu to też dzwoń. Nie włócz mi się przypadkiem sama, bo o tej porze na londyńskich ulicach jest pełno napalonych zboczeńców, którzy tylko czekają na swoje ofiary.
Roześmiałam się, gdyż rozczuliła mnie jego troska.
- Zadzwonię – zapewniłam z uśmiechem.
Stuart westchnął, po czym pożegnał się ze mną i z Edem, który odpowiedział mu niewyraźnym mruknięciem.
Zamknąwszy za nim drzwi, zawiesiłam na wieszaku torebkę i ruszyłam do sypialni, w której zniknął Sheeran. Stanęłam w progu. Rudzielec leżał zwinięty na łóżku z twarzą wtuloną w poduszkę.
- Pomóc ci w czymś? - zapytałam cicho.
Pokręcił głową.
- A może coś ci podać?
- Wody – dobiegł mnie stłumiony głos. - Z lodem najlepiej.
Usłyszawszy to, wyszłam z pokoju i poszłam do kuchni. Oparłam się o zimny blat i głęboko wciągnęłam powietrze, zamykając przy tym oczy. Gdy po chwili moje nerwy uspokoiły się na tyle, że byłam pewna, iż nie zbiję szklanki, wyciągnęłam ją z szafki i wypełniłam wodą, do której wrzuciłam dwie kostki lodu. Chwyciłam naczynie, jednak zaraz je odstawiłam i powtórzyłam wcześniejsze czynności. Mnie też potrzebne było picie.
Z dwoma szklankami w dłoniach wróciłam do sypialni. Ed zmienił już swoją pozycję. Teraz siedział z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ramę łóżka.
- Proszę – podałam mu jedną ze szklanek.
- Dziękuję – mruknął bełkotliwie.
Usiadłam obok niego i upiłam kilka łyków. Od razu zrobiło mi się lepiej, gdy zimny płyn schłodził mój rozgrzany organizm.
- Mówiłaś kiedyś, że miałaś chłopaka – zaczął, gdy opróżnił całe naczynie.
Potwierdziłam skinieniem głowy.
- Spałaś z nim? - spytał, wlepiając we mnie swoje rozszerzone źrenice.
- Nie – odparłam półgłosem.
- Czyli nie spałaś z żadnym chłopakiem? - powiedział cicho bardziej sam do siebie.
Nie wiedziałam na co mu te informacje, ale przyzwyczaiłam się, że jego zachowanie nie zawsze musi mieć sens. Poza tym odkąd się poznaliśmy rozmawialiśmy o tak wielu dziwnych rzeczach, że to mnie wcale nie zaskoczyło. Zaskoczyła mnie natomiast nagła zmiana jego zachowania. Położył na moim kolanie swoją zimną dłoń i zaczął przesuwać ją wyżej. Przez chwilę tylko obserwowałam jego ruchy, zastanawiając się co robi, ale gdy wjechał pod sukienkę i raczej nie zamierzał na tym poprzestać, uznałam, że czas mu przerwać. Bez słowa chwyciłam jego rękę i przeniosłam ją na kołdrę. Przez myśl przemknęło mi, że może powinnam wstać, żeby dać mu jeszcze jaśniej do zrozumienia, że nie mam na to ochoty, jednak lenistwo wzięło nade mną górę.
- Wiem, że chcesz – jego wzrok błyszczał od nadmiaru wódki i zielska.
Westchnęłam, przewracając przy tym oczami.
- Nie chcę – odparłam najspokojniej jak potrafiłam.
- Nie zgrywaj takiej niedostępnej. Nie masz ochoty, żebym cię przeleciał? - jego głos był zachrypnięty.
Czy oni się umówili, żeby „poznać mnie bliżej” akurat w przeddzień mojego wyjazdu?
- Nie jestem taka łatwa, jak ci się wydaje – powiedziałam, patrząc w jego niebieskie tęczówki.
Nie bałam się go, bo nie sądziłam, że mam czego. Był mocno nietrzeźwy, a ludzie w tym stanie mówią różne rzeczy. Siedziałam spokojnie, czekając na jego reakcję. Ed roześmiał się głośno.
- Nie obchodzi mnie to – wzruszył ramionami. - Coś mi się należy za te trzy miesiące. Chyba nie sądziłaś, że spotykam się z tobą tylko dlatego, że bardzo cię lubię.
Tak właśnie sądziłam.
Wytrzeszczyłam oczy, zastanawiając się czy aby na pewno dobrze zrozumiałam jego słowa. Mój mózg bardzo powoli je analizował, przez co siedziałam odrętwiała i nawet nie zauważyłam, kiedy twarz rudzielca znalazła się na tyle blisko mojej, że mogłam wyczuć w jego oddechu alkohol pomieszany z papierosami i marihuaną.
- Zostaw mnie – syknęłam, gdy w pełni dotarł do mnie sens jego wypowiedzi.
Byłam na niego wściekła i jak najszybciej chciałam stamtąd wyjść. Szybko wstałam z łóżka, ale on był szybszy. Mocno złapał mnie za nadgarstki i pociągnął tak, że z powrotem wylądowałam na materacu.
- Nie uciekaj – szepnął z kpiącym uśmieszkiem.
Zagryzłam dolną wargę, by opanować kipiące we mnie emocje. Nie na wiele się to jednak zdało. Czułam, że złość rozerwie mnie od środka.
- Puść mnie! - krzyknęłam, próbując wyrwać ręce z uścisku.
- Csiii – przyłożył sobie palec do ust. - Nie krzycz skarbie – powiedział cicho, znacznie zmniejszając odległość między nami.
Zaczęłam drżeć, gdy dotknął dłonią mojej twarzy. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.
- Puść mnie, kurwa! - krzyknęłam raz jeszcze, co tylko wywołało kolejną falę wesołości na jego twarzy.
Nie bałam się go, choć teraz miałam już ku temu powody. Jednak wściekłość, która wypełniała moje wnętrze, była silniejsza niż strach.

Gdy poczułam jego język na swojej szyi, eksplodowałam. Uwolniłam ręce i uderzyłam go, po czym jak najszybciej zeskoczyłam z łóżka i wybiegłam do przedpokoju, gdzie w pośpiechu założyłam buty i zgarnęłam torebkę. Kilka sekund później, zbiegając po dwa stopnie, wypadłam na dwór. Rzuciłam się pędem przed siebie, nie zważając na rzęsisty deszcz, który strugami spływał po każdej części mojego ciała ani na wiatr plączący moje bezładnie opadające włosy. Biegłam na oślep, nie oglądając się za siebie. Nie wiedziałam gdzie jestem ani gdzie będę, gdy się zatrzymam, jednak zupełnie mnie to nie obchodziło. Ważne było, żebym znalazła się jak najdalej od niego.


~~~~~~~~~~~~~~~~
Długo czekałam na ten rozdział, gdyż miałam go w głowie od samego początku. Chciałam, żeby wyszedł idealnie, ale wiem, że to nie możliwe. Mam jednak nadzieję, że się spodobał :)

1 komentarz:

  1. Jest ekstraa! Mam nadzieję, że następny będzie jak najszybciej :)

    OdpowiedzUsuń