Poezja nigdy
nie była moim ulubionym rodzajem literackim przede wszystkim
dlatego, że jej nie rozumiałam. Jeszcze większe wyzwanie stanowiła
dla mnie w momencie, gdy była po angielsku. Z tego też powodu
prawie cała pierwsza lekcja upłynęła mi na bezmyślnym gapieniu
się w okno. Z odrętwienia wyrwało mnie dopiero szturchnięcie w
łokieć. Odwróciłam głowę w prawo.
- Coś ty taka
cicha dzisiaj? - zapytał Ellie, gdy złapała mój wzrok.
Wzruszyłam
ramionami.
- Nudna
lekcja.
- Nie
nudniejsza niż widok za oknem – ironizowała blondynka. - Wiesz,
że próbowałam się do ciebie dodzwonić przez pół soboty? -
zmieniła temat.
Byłam pewna,
że mi to wypomni. Wiedziałam to już w momencie, gdy w niedzielę
rano zobaczyłam na wyświetlaczu komórki 7 nieodebranych połączeń
od niej. Nie miałam jednak siły wtedy do niej oddzwaniać, a
później zapomniałam.
- Przepraszam,
nie słyszałam – powiedziałam cicho.
- Niech
zgadnę, całą sobotę spędziłaś z nim.
Uśmiechnęłam
się i spuściłam wzrok. Ellie uznała to za wystarczające
potwierdzenie. Westchnęła głośno.
- Nie
wystarczy, że zabiera ci popołudnia w tygodniu? Musi też weekendy?
Nie zdążyłam
odpowiedzieć, gdyż zadzwonił dzwonek. Przyjaciółka szybko
zgarnęła z ławki swoje rzeczy.
- Dobra
pogadamy na obiedzie, bo musisz mi wszystko opowiedzieć – rzuciła,
wybiegając z klasy.
Przewróciłam
oczami, chociaż ona nie mogła już tego zobaczyć. Niespiesznie
wyszłam na pełen uczniów korytarz. Kolejne trzy lekcje zapowiadały
się równie nudno jak pierwsza.
Nie myliłam
się. Po trzech godzinach ciągłego spoglądania na zegarek, który
jak zaklęty odmierzał czas w najwolniejszy z możliwych sposobów,
w końcu dotarłam na stołówkę, gdzie już czekała na mnie Ellie.
- To teraz
czekam na relację – powiedziała, gdy usiadłyśmy z tacami do
stolika.
Westchnęłam.
- Naprawdę
cię to tak interesuje?
Potwierdziła
skinieniem głowy, wkładając do ust kawałek kurczaka.
- Ale to nie
fair. Ty się zawsze wymigujesz od opowiadania mi o tym, co robisz z
Ashtonem.
- Bo ja nie
mam nic do opowiadania – wzruszyła ramionami.
Spojrzałam na
nią pytająco.
- Nasz związek
opiera się na chodzeniu do kina, spotykaniu się u mnie albo u niego
i ewentualnych pocałunkach. Trochę zaczyna mnie to nudzić –
wyznała pomiędzy jedną frytką a drugą. - Dlatego wolę słuchać
ciebie. I nie każ mi dłużej czekać – wlepiła we mnie wzrok.
Nie miałam
wyboru. Przełknęłam to, co miałam w buzi i zaczęłam skrótowe
sprawozdanie z interesujących ją wydarzeń.
W miarę
trwania mojej historii jej podekscytowanie stawało się coraz
większe, jednak gdy skończyłam jej szeroki uśmiech zgasł.
- To koniec? -
zapytała wyraźnie rozczarowana. Potwierdziłam skinieniem głowy. -
Naprawdę nie ma żadnych ciekawszych szczegółów? - zaakcentowała
przedostatni wyraz.
Zaprzeczyłam,
śmiejąc się.
- Liczyłaś
na to, że powiem ci, że się z nim przespałam, prawda? - spytałam,
nie przestając się śmiać.
Ellie
energicznie pokiwała głową, co tylko wzmogło mój napad
histerycznego śmiechu. Nie wiedzieć czemu bawiła mnie sama myśl,
że mogła pomyśleć, że poszłam z nim do łóżka, chociaż tak
naprawdę wcale nie było to takie zabawne. Dziewczyna patrzyła na
mnie jak na idiotkę, bo w istocie tak się zachowywałam. Jednak,
mimo że próbowałam, nie potrafiłam przestać się śmiać.
- Cześć,
dziewczyny! - do mojej świadomości dotarł głos Louisa. Odwróciłam
głowę w jego stronę, szczerząc zęby. - Wszystko dobrze? -
zapytał, przyglądając mi się uważnie.
- Ze mną tak,
z nią trochę gorzej – szepnęła do niego Ellie.
Blondyn
potrząsnął głową, próbując zrozumieć co się dzieje, po czym
wzruszył ramionami i usiadł na krześle przy naszym stoliku.
- Macie może
ochotę wyjść po południu do kina? - spytał po chwili, gdy
zdołałam się już uspokoić.
- Ja nie mogę
– powiedziała szybko Ellie. - Muszę się uczyć i tobie
radziłabym to samo. Egzaminy niedługo.
Louis wzruszył
ramionami.
- Uczyłem się
cały weekend, więc chyba mogę pozwolić sobie na odrobinę
rozrywki. Poza tym jest jeszcze trochę czasu do tych nieszczęsnych
egzaminów. To jak idziecie ze mną? - wbił w nas pytający wzrok.
Ellie stanowczo
pokręciła głową.
- A ja chętnie
– odparłam, przenosząc wzrok z przyjaciółki na Louisa.
Chłopak cały
się rozpromienił.
- Świetnie. W
takim razie musimy zdecydować na co idziemy. Grają...
- Wybierz
cokolwiek – przerwałam mu. - Obejrzę wszystko. Oprócz horroru –
dodałam po chwili.
- Załatwione.
Żadnych horrorów – Louis zaśmiał się, a po chwili dołączyła
do niego Ellie.
Tym razem to ja
patrzyłam na nich jak na idiotów.
*
- Gotowa? -
usłyszałam za plecami głos Eda.
Wyrwana z
zamyślenia odwróciłam głowę do tyłu. Stał za mną, trzymając
ręce na oparciu kanapy i wesoło wpatrywał się we mnie.
- Na co? -
zapytałam, usiłując przypomnieć sobie co też takiego było w
planach.
Rudzielec
uniósł brwi.
- Jakieś
piętnaście minut temu mówiłem ci, że chciałbym się gdzieś
przejść, bo tak piękna pogoda nie zdarza się w Londynie
codziennie, a ty mi przytaknęłaś. Pamiętasz to?
Uśmiechnęłam
się niepewnie. Nie pamiętałam, żeby cokolwiek do mnie mówił, a
tym bardziej, żebym mu odpowiadała.
- Przepraszam
– szepnęłam. - Pójdę tylko do łazienki i możemy wychodzić –
dodałam nieco głośniej, podnosząc się z kanapy.
Dzień
rzeczywiście był piękny i nadzwyczaj ciepły jak na początek
maja. Pierwszy raz w tym roku musiałam wskoczyć w krótkie
spodenki. Przyjemnie było chodzić po zielonym, kwitnącym parku,
wdychając zapachy roznoszone w powietrzu.
- Nina – do
uszu doleciało mi moje imię.
Roztargniona
popatrzyłam na pochylającego się nade mną Eda.
- Tak? Co
mówiłeś? - spytałam, wracając do rzeczywistości.
Rudzielec
odsunął się i stanął naprzeciwko mnie, marszcząc czoło.
- Co się
dzieje? - zapytał, krzyżując ręce na piersi.
- Nic –
wzruszyłam ramionami.
- To już
drugi raz dzisiaj. O co chodzi?
- Po prostu
jestem trochę roztargniona – uśmiechnęłam się i wyminęłam
go, ruszając przed siebie.
Ed dołączył
do mnie po chwili.
- O czym tak
myślisz? - nie dawał za wygraną.
Nie byłam
pewna czy chciałam dzielić się z nim moimi przemyśleniami, jednak
znałam go już na tyle, by wiedzieć, że tak łatwo nie odpuści.
Westchnęłam głośno.
- Zostały mi
tylko dwa tygodnie tutaj. Nie chcę stąd wyjeżdżać, choć
przyznam, że tęsknię już za domem. Najbardziej boję się jednak
tego, że razem z moim wyjazdem wszystko się dla mnie skończy.
Ellie, Louis, Lucy, Paul, Kevin no i ty. Wyjadę i w końcu stracę
kontakt z każdym stąd. No bo ile może przetrwać znajomość
utrzymywana jedynie przez internet. Miesiąc, dwa, pół roku czy
rok? Pozostaną mi wprawdzie cudowne wspomnienia na całe życie, ale
co z tego, jeśli stracę osoby, na których najbardziej mi w tej
chwili zależy – zatrzymałam się, biorąc głęboki wdech.
Ed także
stanął. Popatrzył na mnie z czułym uśmiechem na ustach i
przytulił mnie mocno.
- Nie bój się
– szepnął mi do ucha. - Nikogo nie stracisz. A na pewno nie mnie
– odsunął się, by złapać mój wzrok.
- Jasne –
powiedziałam ironicznie, przewracając oczami.
- Nie wierzysz
mi?
- Nie bardzo.
Jak mogłam mu
wierzyć, skoro wiedziałam jak wygląda jego życie? Był zajęty
praktycznie od rana do wieczora siedem dni w tygodniu. To nie dawało
najmniejszych szans na utrzymywanie kontaktu.
Ed zaśmiał
się, po czym przywarł swoimi ustami do moich. Przez całe ciało
przepłynęła mi fala gorąca, a policzki zaczerwieniły się
jeszcze bardziej.
- A teraz mi
wierzysz? - zapytał, gdy się rozdzieliliśmy.
- Ani trochę
– odparłam, śmiejąc się.
Rudzielec
udając załamanie, wypuścił mnie z objęć i zwiesił smętnie
głowę, co tylko jeszcze bardziej mnie rozśmieszyło. Objęłam go
w pasie i przytuliłam się do jego piersi.
Spacerowaliśmy
tak jeszcze kilka minut, po czym usiedliśmy obok fontanny leniwie
tryskającej wodą. Wyłożyłam się na miękkiej trawie, chłonąc
ciepłe promienie słońca, a Ed rozsiadł się obok mnie.
- Wiesz co
jeszcze mnie martwi? - zaczęłam, kładąc głowę na jego kolanach.
Potrząsnął głową. - To, że po powrocie do Polski nie będę
mogła nikomu opowiedzieć większości z tego, co tutaj się działo.
- Dlaczego? -
Ed spojrzał na mnie jakby naprawdę nie rozumiał co mam na myśli.
Parsknęłam
śmiechem.
- A jak to
sobie wyobrażasz? Cześć, było fajnie, poznałam Eda Sheerana i to
na tyle blisko, by wiedzieć jak smakują jego usta? Gdyby ktoś coś
takiego usłyszał albo od razu uznałby, że zwariowałam, albo
wypytał o wszystko i dopiero wtedy stwierdziłby, że jestem
nienormalna. Żadna z tych opcji mnie nie zachwyca – skrzywiłam
się.
Ed zamyślił
się na chwilę. Jego niebieskie oczy utkwione były w tylko jemu
znanym kierunku, natomiast rude włosy w pełnym blasku słońca
nabrały zupełnie innego odcienia.
- Masz rację.
To nie najlepszy pomysł – stwierdził w końcu, zakładając mi za
ucho kosmyk włosów, który wszedł mi na twarz i całując mnie
delikatnie.
Uśmiechnęłam
się do niego i zamknęłam oczy, czując przyjemne mrowienie
spowodowane rozgrzewającymi mnie promieniami.
Rozbudziłam
się dopiero wtedy, gdy w pobliżu usłyszałam jakieś głosy. Zanim
otworzyłam oczy, poczułam, że nie leżę już na nogach rudzielca
tylko na twardej ziemi. Zdziwiło mnie to trochę. Powoli uniosłam
powieki. Kawałek dalej stał Ed otoczony grupką czterech dziewczyn
trochę młodszych ode mnie. Każda z nich miała telefon w dłoni i
piszczała z radości. Na ich twarzach wymalowane były nienaturalnie
szerokie uśmiechy, a oczy błyszczały im jak diamenty. W tej chwili
pomyślałam o sobie. Gdybym spotkała go w takich samych
okolicznościach jak one, pewnie zachowywałabym się podobnie. No
dobra, może nie piszczałabym tak. Jednak w moim przypadku wszystko
potoczyło się inaczej. Nie miałam pojęcia dlaczego, chociaż
zastanawiałam się nad tym niemal codziennie. Każdego dnia
zadawałam sobie pytanie dlaczego to akurat ja, a nie na przykład
tamta bezgranicznie szczęśliwa chudziutka brunetka o prostych
sięgających pasa włosach i wielkich równie ciemnych oczach, która
właśnie pozowała do zdjęcia robionego przez jedną z koleżanek.
Szczerze mówiąc ciągłe roztrząsanie tej kwestii męczyło mnie
już, jednak nie potrafiłam przestać o tym myśleć, szczególnie
teraz, gdy mój wyjazd zbliżał się nieubłaganie.
Moje myśli
zamilkły dopiero w chwili, kiedy Ed z wciąż przyklejonym do ust
uśmiechem padł na trawę obok mnie.
- Czas do domu
– powiedział, patrząc w niebo i wciągając głęboko powietrze.
Pokiwałam
bezwiednie głową zapatrzona w znikające za drzewami nastolatki.
Rudzielec z jękiem podniósł się z ziemi i wyciągnął do mnie
ręce. Złapałam jego dłonie i podciągnęłam się, a gdy już
stałam, otrzepałam się z trawy i ruszyliśmy w kierunku jego
mieszkania.
- To nie tak,
że tego nie lubię – zaczął, gdy przekraczaliśmy bramę parku.
- Wręcz przeciwnie. Cieszy mnie, że ludzie mnie rozpoznają, że
mogę uszczęśliwić ich jednym zdjęciem albo podpisem, ale są
chwile, gdy tęsknię za tym, że kiedyś mogłem wyjść na ulicę,
do sklepu, parku czy na basen bez obawy, że zbiegnie się tłum
wrzeszczących nastolatek , które będą się bić i przepychać
byle tylko być bliżej mnie – przerwał, spoglądając na mnie.
Uśmiechnęłam
się. Starałam się go zrozumieć, jednak nigdy nie byłam w takiej
sytuacji i nic nie zapowiadało, że będę, więc nie do końca
potrafiłam wyobrazić sobie co można wtedy czuć.
- Albo nie
lubię też patrzeć, jak dziewczyny mdleją na moich koncertach
tylko dlatego, że czekają przed halą od bladego świtu i nic nie
jedzą ani nie piją, żeby przypadkiem nie wypaść z kolejki, a
potem urządzają wyścig do barierek. Serio, to wygląda jak walka o
przetrwanie – pokręcił głową, przypominając sobie obrazy, o
których mówił.
Chciało mi się
śmiać. Dobrze wiedziałam jak to wyglądało. Ja nie miałam
możliwości marznąć pod halą od rana, ale gdybym miała kto wie
czy nie skorzystałabym. Tak już było i Ed nie mógł na to nic
poradzić.
*
Siedziałam na
łóżku z podręcznikiem do historii na kolanach i próbowałam
nauczyć się czegoś na test, który miałam mieć następnego dnia.
Jak zwykle zostawiłam to sobie na ostatnią chwilę i teraz nie
miałam już wyboru. W rytm spokojnej ledwo słyszalnej muzyki
czytałam na głos tekst z książki. W połowie przedostatniego
zdania na stronie 98 mój telefon zapiszczał. Wyciągnęłam po
niego rękę.
Jesteś
bardzo zajęta? - przeczytałam
wiadomość od Louisa.
Trochę.
- odpisałam.
A co robisz?
Uczę się
historii.
Świetnie!
Może pouczymy się razem?
Czemu nie.
Nie
zdążyłam jeszcze odłożyć telefonu na szafkę, gdy rozległ się
dzwonek do drzwi. Słuchałam jak Lucy otwiera, a potem swoim
zwyczajem wylewnie wita się z gościem. Chwilę później skrzypnęły
drzwi mojego pokoju i ukazała się w nich twarz Louisa. Z uśmiechem
pokręciłam głową.
- Nie wierzę,
że pisałeś do mnie, stojąc pod domem. Nie mogłeś po prostu
przyjść?
Wzruszył
ramionami, siadając na łóżku.
- Nie mogłem
już wytrzymać u siebie. Siostra zaprosiła koleżanki i wszystkie
razem słuchają swojego ukochanego rudzielca i razem z nim wyją.
Zaczęłam się
śmiać, gdyż w chwili gdy to powiedział, z głośników popłynęły
pierwsze dźwięki „The A Team”.
- On mnie
prześladuje – powiedział teatralnym szeptem, gdy zorientował się
z czegoś się śmieję.
- Na pewno –
również szepnęłam, biorąc do ręki pilota, którym miałam
zamiar wyłączyć muzykę.
- Zostaw –
Louis złapał moją dłoń i opuścił ją.
Spojrzałam na
niego, ale tylko się uśmiechnął.
- Chyba
mieliśmy się uczyć – wskazał głową zsuwający mi się z kolan
podręcznik.
- Masz rację
– odparłam, łapiąc go. - W takim razie zaczynamy od początku.
Przerzuciłam
kartkę i zaczęłam czytać.
Niecałe
półtorej godziny później z ulgą zamknęłam książkę i
cisnęłam nią na bok, tak że spadła z łóżka. Czułam, że mój
mózg paruje od nadmiaru wiedzy, ale jednocześnie wiedziałam, że
jestem bardzo dobrze przygotowana na mój ostatni w Anglii
sprawdzian.
- Dziękuję –
powiedział Louis, poprawiając sobie opadające na oczy włosy.
Spojrzałam na
niego, marszcząc czoło.
- Bez ciebie
nie przygotowałbym się tak dobrze. Brak mi motywacji, żeby tak
przysiąść.
Uniosłam
kąciki ust.
- A myślisz,
że mnie samej się tak chce? Zapomnij.
- Jasne. I
dlatego, że ci się nie chce jesteś najlepsza – ironizował
blondyn.
- Nie jestem.
Chłopak uniósł
brew, wyrażając swoją wątpliwość. Spuściłam wzrok.
- Przyjechałaś
z Polski i jesteś lepsza niż Anglicy. Nie wmawiaj mi, że ci się
nie chce.
Moje policzki
zarumieniły się. Doskonale wiedziałam, że Louis mówił prawdę,
jednak prawdą było też to, że nie do końca chciało mi się
uczyć. Musiałam, więc to robiłam, choć sto razy bardziej
wolałabym czytać coś innego niż podręcznik. Sama więc nie
wiedziałam jak to się działo, że byłam najlepsza. Właśnie
dlatego nie lubiłam, gdy ktoś mnie za to wychwalał.
- Bo mi się
nie chce – powiedziałam cicho. - To samo tak.
- Też bym tak
chciał – zaśmiał się. - Wiesz co? Może nie powinienem tego
mówić już teraz, bo w końcu jesteś tu jeszcze przez tydzień i
nie chciałbym tworzyć teraz smętnej atmosfery, ale co tam. Będzie
mi ciebie potwornie brakowało i nie mam pojęcia jak będzie
wyglądało moje życie bez ciebie.
Na te słowa
moje serce przyspieszyło, a twarz spurpurowiała. W gardle czułam
gulę.
- Myślę, że
tak jak przed moim przyjazdem – próbowałam się zaśmiać, ale
głos mi się łamał.
Louis pokręcił
głową.
- To nie
będzie to samo – szepnął i wyciągnął w moją stronę ręce.
Wtuliłam się
w niego, a oczy zaszły mi mgłą. Nie płakałam. Nie umiałam.
Jednak było mi tak bardzo smutno, że zaczęłam drżeć. Na plecach
czułam jego ciepłe dłonie głaszczące mnie delikatnie. Schowałam
twarz w jego koszulce. Nie chciałam go puszczać i wiedziałam, że
on też tego nie chciał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz