środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział XIV

Poezja nigdy nie była moim ulubionym rodzajem literackim przede wszystkim dlatego, że jej nie rozumiałam. Jeszcze większe wyzwanie stanowiła dla mnie w momencie, gdy była po angielsku. Z tego też powodu prawie cała pierwsza lekcja upłynęła mi na bezmyślnym gapieniu się w okno. Z odrętwienia wyrwało mnie dopiero szturchnięcie w łokieć. Odwróciłam głowę w prawo.
- Coś ty taka cicha dzisiaj? - zapytał Ellie, gdy złapała mój wzrok.
Wzruszyłam ramionami.
- Nudna lekcja.
- Nie nudniejsza niż widok za oknem – ironizowała blondynka. - Wiesz, że próbowałam się do ciebie dodzwonić przez pół soboty? - zmieniła temat.
Byłam pewna, że mi to wypomni. Wiedziałam to już w momencie, gdy w niedzielę rano zobaczyłam na wyświetlaczu komórki 7 nieodebranych połączeń od niej. Nie miałam jednak siły wtedy do niej oddzwaniać, a później zapomniałam.
- Przepraszam, nie słyszałam – powiedziałam cicho.
- Niech zgadnę, całą sobotę spędziłaś z nim.
Uśmiechnęłam się i spuściłam wzrok. Ellie uznała to za wystarczające potwierdzenie. Westchnęła głośno.
- Nie wystarczy, że zabiera ci popołudnia w tygodniu? Musi też weekendy?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż zadzwonił dzwonek. Przyjaciółka szybko zgarnęła z ławki swoje rzeczy.
- Dobra pogadamy na obiedzie, bo musisz mi wszystko opowiedzieć – rzuciła, wybiegając z klasy.
Przewróciłam oczami, chociaż ona nie mogła już tego zobaczyć. Niespiesznie wyszłam na pełen uczniów korytarz. Kolejne trzy lekcje zapowiadały się równie nudno jak pierwsza.
Nie myliłam się. Po trzech godzinach ciągłego spoglądania na zegarek, który jak zaklęty odmierzał czas w najwolniejszy z możliwych sposobów, w końcu dotarłam na stołówkę, gdzie już czekała na mnie Ellie.
- To teraz czekam na relację – powiedziała, gdy usiadłyśmy z tacami do stolika.
Westchnęłam.
- Naprawdę cię to tak interesuje?
Potwierdziła skinieniem głowy, wkładając do ust kawałek kurczaka.
- Ale to nie fair. Ty się zawsze wymigujesz od opowiadania mi o tym, co robisz z Ashtonem.
- Bo ja nie mam nic do opowiadania – wzruszyła ramionami.
Spojrzałam na nią pytająco.
- Nasz związek opiera się na chodzeniu do kina, spotykaniu się u mnie albo u niego i ewentualnych pocałunkach. Trochę zaczyna mnie to nudzić – wyznała pomiędzy jedną frytką a drugą. - Dlatego wolę słuchać ciebie. I nie każ mi dłużej czekać – wlepiła we mnie wzrok.
Nie miałam wyboru. Przełknęłam to, co miałam w buzi i zaczęłam skrótowe sprawozdanie z interesujących ją wydarzeń.
W miarę trwania mojej historii jej podekscytowanie stawało się coraz większe, jednak gdy skończyłam jej szeroki uśmiech zgasł.
- To koniec? - zapytała wyraźnie rozczarowana. Potwierdziłam skinieniem głowy. - Naprawdę nie ma żadnych ciekawszych szczegółów? - zaakcentowała przedostatni wyraz.
Zaprzeczyłam, śmiejąc się.
- Liczyłaś na to, że powiem ci, że się z nim przespałam, prawda? - spytałam, nie przestając się śmiać.
Ellie energicznie pokiwała głową, co tylko wzmogło mój napad histerycznego śmiechu. Nie wiedzieć czemu bawiła mnie sama myśl, że mogła pomyśleć, że poszłam z nim do łóżka, chociaż tak naprawdę wcale nie było to takie zabawne. Dziewczyna patrzyła na mnie jak na idiotkę, bo w istocie tak się zachowywałam. Jednak, mimo że próbowałam, nie potrafiłam przestać się śmiać.
- Cześć, dziewczyny! - do mojej świadomości dotarł głos Louisa. Odwróciłam głowę w jego stronę, szczerząc zęby. - Wszystko dobrze? - zapytał, przyglądając mi się uważnie.
- Ze mną tak, z nią trochę gorzej – szepnęła do niego Ellie.
Blondyn potrząsnął głową, próbując zrozumieć co się dzieje, po czym wzruszył ramionami i usiadł na krześle przy naszym stoliku.
- Macie może ochotę wyjść po południu do kina? - spytał po chwili, gdy zdołałam się już uspokoić.
- Ja nie mogę – powiedziała szybko Ellie. - Muszę się uczyć i tobie radziłabym to samo. Egzaminy niedługo.
Louis wzruszył ramionami.
- Uczyłem się cały weekend, więc chyba mogę pozwolić sobie na odrobinę rozrywki. Poza tym jest jeszcze trochę czasu do tych nieszczęsnych egzaminów. To jak idziecie ze mną? - wbił w nas pytający wzrok.
Ellie stanowczo pokręciła głową.
- A ja chętnie – odparłam, przenosząc wzrok z przyjaciółki na Louisa.
Chłopak cały się rozpromienił.
- Świetnie. W takim razie musimy zdecydować na co idziemy. Grają...
- Wybierz cokolwiek – przerwałam mu. - Obejrzę wszystko. Oprócz horroru – dodałam po chwili.
- Załatwione. Żadnych horrorów – Louis zaśmiał się, a po chwili dołączyła do niego Ellie.
Tym razem to ja patrzyłam na nich jak na idiotów.
*
- Gotowa? - usłyszałam za plecami głos Eda.
Wyrwana z zamyślenia odwróciłam głowę do tyłu. Stał za mną, trzymając ręce na oparciu kanapy i wesoło wpatrywał się we mnie.
- Na co? - zapytałam, usiłując przypomnieć sobie co też takiego było w planach.
Rudzielec uniósł brwi.
- Jakieś piętnaście minut temu mówiłem ci, że chciałbym się gdzieś przejść, bo tak piękna pogoda nie zdarza się w Londynie codziennie, a ty mi przytaknęłaś. Pamiętasz to?
Uśmiechnęłam się niepewnie. Nie pamiętałam, żeby cokolwiek do mnie mówił, a tym bardziej, żebym mu odpowiadała.
- Przepraszam – szepnęłam. - Pójdę tylko do łazienki i możemy wychodzić – dodałam nieco głośniej, podnosząc się z kanapy.
Dzień rzeczywiście był piękny i nadzwyczaj ciepły jak na początek maja. Pierwszy raz w tym roku musiałam wskoczyć w krótkie spodenki. Przyjemnie było chodzić po zielonym, kwitnącym parku, wdychając zapachy roznoszone w powietrzu.
- Nina – do uszu doleciało mi moje imię.
Roztargniona popatrzyłam na pochylającego się nade mną Eda.
- Tak? Co mówiłeś? - spytałam, wracając do rzeczywistości.
Rudzielec odsunął się i stanął naprzeciwko mnie, marszcząc czoło.
- Co się dzieje? - zapytał, krzyżując ręce na piersi.
- Nic – wzruszyłam ramionami.
- To już drugi raz dzisiaj. O co chodzi?
- Po prostu jestem trochę roztargniona – uśmiechnęłam się i wyminęłam go, ruszając przed siebie.
Ed dołączył do mnie po chwili.
- O czym tak myślisz? - nie dawał za wygraną.
Nie byłam pewna czy chciałam dzielić się z nim moimi przemyśleniami, jednak znałam go już na tyle, by wiedzieć, że tak łatwo nie odpuści. Westchnęłam głośno.
- Zostały mi tylko dwa tygodnie tutaj. Nie chcę stąd wyjeżdżać, choć przyznam, że tęsknię już za domem. Najbardziej boję się jednak tego, że razem z moim wyjazdem wszystko się dla mnie skończy. Ellie, Louis, Lucy, Paul, Kevin no i ty. Wyjadę i w końcu stracę kontakt z każdym stąd. No bo ile może przetrwać znajomość utrzymywana jedynie przez internet. Miesiąc, dwa, pół roku czy rok? Pozostaną mi wprawdzie cudowne wspomnienia na całe życie, ale co z tego, jeśli stracę osoby, na których najbardziej mi w tej chwili zależy – zatrzymałam się, biorąc głęboki wdech.
Ed także stanął. Popatrzył na mnie z czułym uśmiechem na ustach i przytulił mnie mocno.
- Nie bój się – szepnął mi do ucha. - Nikogo nie stracisz. A na pewno nie mnie – odsunął się, by złapać mój wzrok.
- Jasne – powiedziałam ironicznie, przewracając oczami.
- Nie wierzysz mi?
- Nie bardzo.
Jak mogłam mu wierzyć, skoro wiedziałam jak wygląda jego życie? Był zajęty praktycznie od rana do wieczora siedem dni w tygodniu. To nie dawało najmniejszych szans na utrzymywanie kontaktu.
Ed zaśmiał się, po czym przywarł swoimi ustami do moich. Przez całe ciało przepłynęła mi fala gorąca, a policzki zaczerwieniły się jeszcze bardziej.
- A teraz mi wierzysz? - zapytał, gdy się rozdzieliliśmy.
- Ani trochę – odparłam, śmiejąc się.
Rudzielec udając załamanie, wypuścił mnie z objęć i zwiesił smętnie głowę, co tylko jeszcze bardziej mnie rozśmieszyło. Objęłam go w pasie i przytuliłam się do jego piersi.
Spacerowaliśmy tak jeszcze kilka minut, po czym usiedliśmy obok fontanny leniwie tryskającej wodą. Wyłożyłam się na miękkiej trawie, chłonąc ciepłe promienie słońca, a Ed rozsiadł się obok mnie.
- Wiesz co jeszcze mnie martwi? - zaczęłam, kładąc głowę na jego kolanach. Potrząsnął głową. - To, że po powrocie do Polski nie będę mogła nikomu opowiedzieć większości z tego, co tutaj się działo.
- Dlaczego? - Ed spojrzał na mnie jakby naprawdę nie rozumiał co mam na myśli.
Parsknęłam śmiechem.
- A jak to sobie wyobrażasz? Cześć, było fajnie, poznałam Eda Sheerana i to na tyle blisko, by wiedzieć jak smakują jego usta? Gdyby ktoś coś takiego usłyszał albo od razu uznałby, że zwariowałam, albo wypytał o wszystko i dopiero wtedy stwierdziłby, że jestem nienormalna. Żadna z tych opcji mnie nie zachwyca – skrzywiłam się.
Ed zamyślił się na chwilę. Jego niebieskie oczy utkwione były w tylko jemu znanym kierunku, natomiast rude włosy w pełnym blasku słońca nabrały zupełnie innego odcienia.
- Masz rację. To nie najlepszy pomysł – stwierdził w końcu, zakładając mi za ucho kosmyk włosów, który wszedł mi na twarz i całując mnie delikatnie.
Uśmiechnęłam się do niego i zamknęłam oczy, czując przyjemne mrowienie spowodowane rozgrzewającymi mnie promieniami.
Rozbudziłam się dopiero wtedy, gdy w pobliżu usłyszałam jakieś głosy. Zanim otworzyłam oczy, poczułam, że nie leżę już na nogach rudzielca tylko na twardej ziemi. Zdziwiło mnie to trochę. Powoli uniosłam powieki. Kawałek dalej stał Ed otoczony grupką czterech dziewczyn trochę młodszych ode mnie. Każda z nich miała telefon w dłoni i piszczała z radości. Na ich twarzach wymalowane były nienaturalnie szerokie uśmiechy, a oczy błyszczały im jak diamenty. W tej chwili pomyślałam o sobie. Gdybym spotkała go w takich samych okolicznościach jak one, pewnie zachowywałabym się podobnie. No dobra, może nie piszczałabym tak. Jednak w moim przypadku wszystko potoczyło się inaczej. Nie miałam pojęcia dlaczego, chociaż zastanawiałam się nad tym niemal codziennie. Każdego dnia zadawałam sobie pytanie dlaczego to akurat ja, a nie na przykład tamta bezgranicznie szczęśliwa chudziutka brunetka o prostych sięgających pasa włosach i wielkich równie ciemnych oczach, która właśnie pozowała do zdjęcia robionego przez jedną z koleżanek. Szczerze mówiąc ciągłe roztrząsanie tej kwestii męczyło mnie już, jednak nie potrafiłam przestać o tym myśleć, szczególnie teraz, gdy mój wyjazd zbliżał się nieubłaganie.
Moje myśli zamilkły dopiero w chwili, kiedy Ed z wciąż przyklejonym do ust uśmiechem padł na trawę obok mnie.
- Czas do domu – powiedział, patrząc w niebo i wciągając głęboko powietrze.
Pokiwałam bezwiednie głową zapatrzona w znikające za drzewami nastolatki. Rudzielec z jękiem podniósł się z ziemi i wyciągnął do mnie ręce. Złapałam jego dłonie i podciągnęłam się, a gdy już stałam, otrzepałam się z trawy i ruszyliśmy w kierunku jego mieszkania.
- To nie tak, że tego nie lubię – zaczął, gdy przekraczaliśmy bramę parku. - Wręcz przeciwnie. Cieszy mnie, że ludzie mnie rozpoznają, że mogę uszczęśliwić ich jednym zdjęciem albo podpisem, ale są chwile, gdy tęsknię za tym, że kiedyś mogłem wyjść na ulicę, do sklepu, parku czy na basen bez obawy, że zbiegnie się tłum wrzeszczących nastolatek , które będą się bić i przepychać byle tylko być bliżej mnie – przerwał, spoglądając na mnie.
Uśmiechnęłam się. Starałam się go zrozumieć, jednak nigdy nie byłam w takiej sytuacji i nic nie zapowiadało, że będę, więc nie do końca potrafiłam wyobrazić sobie co można wtedy czuć.
- Albo nie lubię też patrzeć, jak dziewczyny mdleją na moich koncertach tylko dlatego, że czekają przed halą od bladego świtu i nic nie jedzą ani nie piją, żeby przypadkiem nie wypaść z kolejki, a potem urządzają wyścig do barierek. Serio, to wygląda jak walka o przetrwanie – pokręcił głową, przypominając sobie obrazy, o których mówił.
Chciało mi się śmiać. Dobrze wiedziałam jak to wyglądało. Ja nie miałam możliwości marznąć pod halą od rana, ale gdybym miała kto wie czy nie skorzystałabym. Tak już było i Ed nie mógł na to nic poradzić.
*
Siedziałam na łóżku z podręcznikiem do historii na kolanach i próbowałam nauczyć się czegoś na test, który miałam mieć następnego dnia. Jak zwykle zostawiłam to sobie na ostatnią chwilę i teraz nie miałam już wyboru. W rytm spokojnej ledwo słyszalnej muzyki czytałam na głos tekst z książki. W połowie przedostatniego zdania na stronie 98 mój telefon zapiszczał. Wyciągnęłam po niego rękę.
Jesteś bardzo zajęta? - przeczytałam wiadomość od Louisa.
Trochę. - odpisałam.
A co robisz?
Uczę się historii.
Świetnie! Może pouczymy się razem?
Czemu nie.
Nie zdążyłam jeszcze odłożyć telefonu na szafkę, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Słuchałam jak Lucy otwiera, a potem swoim zwyczajem wylewnie wita się z gościem. Chwilę później skrzypnęły drzwi mojego pokoju i ukazała się w nich twarz Louisa. Z uśmiechem pokręciłam głową.
- Nie wierzę, że pisałeś do mnie, stojąc pod domem. Nie mogłeś po prostu przyjść?
Wzruszył ramionami, siadając na łóżku.
- Nie mogłem już wytrzymać u siebie. Siostra zaprosiła koleżanki i wszystkie razem słuchają swojego ukochanego rudzielca i razem z nim wyją.
Zaczęłam się śmiać, gdyż w chwili gdy to powiedział, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „The A Team”.
- On mnie prześladuje – powiedział teatralnym szeptem, gdy zorientował się z czegoś się śmieję.
- Na pewno – również szepnęłam, biorąc do ręki pilota, którym miałam zamiar wyłączyć muzykę.
- Zostaw – Louis złapał moją dłoń i opuścił ją.
Spojrzałam na niego, ale tylko się uśmiechnął.
- Chyba mieliśmy się uczyć – wskazał głową zsuwający mi się z kolan podręcznik.
- Masz rację – odparłam, łapiąc go. - W takim razie zaczynamy od początku.
Przerzuciłam kartkę i zaczęłam czytać.
Niecałe półtorej godziny później z ulgą zamknęłam książkę i cisnęłam nią na bok, tak że spadła z łóżka. Czułam, że mój mózg paruje od nadmiaru wiedzy, ale jednocześnie wiedziałam, że jestem bardzo dobrze przygotowana na mój ostatni w Anglii sprawdzian.
- Dziękuję – powiedział Louis, poprawiając sobie opadające na oczy włosy.
Spojrzałam na niego, marszcząc czoło.
- Bez ciebie nie przygotowałbym się tak dobrze. Brak mi motywacji, żeby tak przysiąść.
Uniosłam kąciki ust.
- A myślisz, że mnie samej się tak chce? Zapomnij.
- Jasne. I dlatego, że ci się nie chce jesteś najlepsza – ironizował blondyn.
- Nie jestem.
Chłopak uniósł brew, wyrażając swoją wątpliwość. Spuściłam wzrok.
- Przyjechałaś z Polski i jesteś lepsza niż Anglicy. Nie wmawiaj mi, że ci się nie chce.
Moje policzki zarumieniły się. Doskonale wiedziałam, że Louis mówił prawdę, jednak prawdą było też to, że nie do końca chciało mi się uczyć. Musiałam, więc to robiłam, choć sto razy bardziej wolałabym czytać coś innego niż podręcznik. Sama więc nie wiedziałam jak to się działo, że byłam najlepsza. Właśnie dlatego nie lubiłam, gdy ktoś mnie za to wychwalał.
- Bo mi się nie chce – powiedziałam cicho. - To samo tak.
- Też bym tak chciał – zaśmiał się. - Wiesz co? Może nie powinienem tego mówić już teraz, bo w końcu jesteś tu jeszcze przez tydzień i nie chciałbym tworzyć teraz smętnej atmosfery, ale co tam. Będzie mi ciebie potwornie brakowało i nie mam pojęcia jak będzie wyglądało moje życie bez ciebie.
Na te słowa moje serce przyspieszyło, a twarz spurpurowiała. W gardle czułam gulę.
- Myślę, że tak jak przed moim przyjazdem – próbowałam się zaśmiać, ale głos mi się łamał.
Louis pokręcił głową.
- To nie będzie to samo – szepnął i wyciągnął w moją stronę ręce.

Wtuliłam się w niego, a oczy zaszły mi mgłą. Nie płakałam. Nie umiałam. Jednak było mi tak bardzo smutno, że zaczęłam drżeć. Na plecach czułam jego ciepłe dłonie głaszczące mnie delikatnie. Schowałam twarz w jego koszulce. Nie chciałam go puszczać i wiedziałam, że on też tego nie chciał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz