piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział XII

- Jestem! - krzyknęłam jak zawsze po powrocie do domu.
Zwykle natychmiast pojawiała się w przedpokoju Lucy, w celu przeprowadzenia obowiązkowego wywiadu, ale tym razem nie przyszedł nikt. Nikt się nawet nie odezwał. Panowała całkowita cisza. Trochę mnie to zdziwiło i zaniepokoiło. Ostrożnie weszłam do salonu. Przy oknie z rozdziawioną buzią stał Kevin, a obok niego wpatrująca się nieruchomo w ciemność Lucy. Tylko Paul jak zawsze spokojnie siedział w fotelu czytając jakąś książkę.
- Coś się stało? - spytałam niepewnie, podchodząc do okna.
Chłopiec powoli odwrócił się w moją stronę.
- My wszystko widzieliśmy – powiedział głośno, krzyżując ręce na piersi.
Domyśliłam się, że widzieli jak całowałam się z Edem, a moje policzki momentalnie pokryły się rumieńcem, chociaż właściwie nie miały powodu. Przecież ludzie tak czasem robią. Nic nadzwyczajnego.
- Tak? A co konkretniej? - zapytałam obojętnie, opadając ciężko na kanapę.
- To był Ed Sheeran! - mały niemal krzyczał.
Zatrzymałam się na moment w bezruchu, po czym wybuchnęłam sztucznym śmiechem.
- Skąd ci to przyszło do głowy? Fakt, też jest rudy i ma na imię Ed, ale takie sytuacje się zdarzają – wzruszyłam ramionami, mimo że moje serce kołatało jak oszalałe.
- Ale ja go poznałem! Słuchasz ciągle jego piosenek i oglądasz jego zdjęcia. Pamiętam go – Kevin nie ustępował.
- Wydawało ci się – starałam się brzmieć przekonująco, ale czułam, że mi to nie wychodzi.
- Niemożliwe. Mamo, powiedz coś, też go widziałaś – naburmuszony jedenastolatek szturchnął kobietę w ramię.
Lucy, która do tej pory w milczeniu przyglądała się naszej wymianie zdań, odwróciła się w stronę syna.
- Nie wiem Kevin. Nie znam tego całego Sheerana, więc nie będę się wypowiadać.
Blondyn, widząc, że mama mu nie pomogła, pobiegł obrażony na górę, a po chwili wrócił z tabletem w dłoni, na którym wyświetlił wszystkie zdjęcia Eda, jakie znalazł.
- No popatrz mamo. To on – podszedł do kobiety, która w czasie jego nieobecności zdążyła usiąść obok mnie na kanapie.
Uważnie obserwowałam jej twarz, która na szczęście nie wyglądała na przekonaną.
- Faktycznie podobieństwo jest duże, ale pomyśl Kevin czy to możliwe.
- No... - chłopiec zawahał się.
- No właśnie. Nie bardzo – Lucy poklepała go po głowie i wysłała do spania.
Jedenastolatek jeszcze chwilę próbował przekonać ją, że ma rację, ale w końcu bardzo niechętnie odpuścił i wolnym krokiem poszedł do swojego pokoju. Odetchnęłam z ulgą.
- Ja też już pójdę – powiedziałam, wstając z sofy.
- Dobrze – Lucy uśmiechnęła się do mnie. - Wybacz Kevinowi, ale trochę za bardzo się nakręcił.
Uniosłam kąciki ust.
- Rozumiem go doskonale. Sama też się nakręciłam.
- Widziałam – kobieta zaśmiała się. - Leć już spać, bo pewnie dużo się dzisiaj działo. Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedziałam i pobiegłam na górę.
Byłam zadowolona z takiego obrotu sytuacji, chociaż czułam się źle z tym, że znowu musiałam kłamać. Powoli stawało się to męczące. Męczące było też to, że musiałam być coraz bardziej ostrożna. Już nie mogłam umawiać się z Edem pod domem, bo byłam pewna, że następnym razem Kevin tak łatwo nie odpuści, a mnie nie uda się tak łatwo z tego wykręcić.
*
- To jak? Kino o szóstej? - spytała Ellie, gdy wychodziłyśmy ze szkoły.
- Jeszcze nie... - przerwałam, słysząc dzwonek mojego telefonu. - Poczekaj chwilę – rzuciłam w stronę blondynki i nie patrząc kto dzwoni, przyłożyłam komórkę do ucha.
- Halo?
- Cześć! Skończyłaś już lekcje? - po drugiej stronie usłyszałam głos Eda.
- Tak. Jestem właśnie pod szkołą – powiedziałam szybko, kątem oka zerkając na przypatrującą mi się Ellie.
- To świetnie, bo ja też. Czekam tak gdzie wtedy – rozłączył się.
Stałam chwilę w szoku, a gdy minął, schowałam telefon do torby i odwróciłam się do przyjaciółki.
- Kino raczej dzisiaj nie wypali – powiedziałam przepraszającym tonem.
- Niech zgadnę kto dzwonił – zaśmiała się. - To do jutra.
- Pa! - krzyknęłam, biegnąc w umówionym kierunku.
Już z daleka widziałam rudą czuprynę Eda. Stał przy samochodzie, przeglądając coś w telefonie.
- Cześć! - przywitałam się i pocałowałam go w policzek.
- No cześć! - uśmiechnął się, natychmiast chowając komórkę do kieszeni. - Wsiadaj – otworzył przede mną tylne drzwi, a ja od razu weszłam do środka.
- Stu? - zdziwiłam się, widząc go za kierownicą.
- Cześć, Nina! – uśmiechnął się do mnie, patrząc we wsteczne lusterko.
W tym samym czasie od drugiej strony auta wsiadł Ed.
- To gdzie jedziemy? - Stuart przeniósł wzrok na rudzielca, ale ten tylko wzruszył ramionami. - Szybko decydujcie, bo nie mam wiele czasu, a auta nie pożyczę, bo jest mi bardzo potrzebne. Poza tym w rękach Eda każdy pojazd jest w niebezpieczeństwie - puścił do mnie oczko.
Zaśmiałam się i popatrzyłam na siedzącego obok mnie mężczyznę, który właśnie wystawiał język swojemu menadżerowi.
- To gdzie was zawieźć – Stu wyraźnie się niecierpliwił.
- Podwieź nas do centrum. Tam już sobie poradzimy – Ed spojrzał na mnie i uniósł kąciki ust, a ja odpowiedziałam mu tym samym.
Spokojnie ruszyliśmy z parkingu. Jazda ze Stu była zdecydowanie bezpieczniejsza niż jazda z Edem.
*
- Co teraz? - spytałam, gdy staliśmy już na zatłoczonej ulicy.
- Teraz spacer. Chyba, że chciałabyś coś innego – Ed spojrzał na mnie pytająco.
Pokręciłam głową.
- Lubię chodzić – uśmiechnęłam się.
Szczególnie, gdy moja torba waży tonę” - pomyślałam, poprawiając sobie spadający z ramienia pasek.
- To dobrze. Daj torbę – rudzielec czytał mi w myślach.
Nie miałam nawet zamiaru udawać, że nie trzeba. Od razu mu ją podałam.
- Co ty tam nosisz? - spytał, uginając się pod ciężarem.
- Przeważnie niewiele, ale akurat dzisiaj wyniosłam pół zawartości szafki – wzruszyłam ramionami.
- Tak zupełnie przypadkowo? - wolnym krokiem ruszyliśmy przed siebie.
- Zupełnie. Przecież nie wiedziałam, że się spotkamy.
- Ja też nie wiedziałem. Inaczej uprzedziłbym cię wcześniej, żebyś nie brała ze sobą tysiąca niepotrzebnych rzeczy.
- Wtedy wzięłabym je celowo.
- Bardzo zabawne – uniósł kąciki ust. - Co ciekawego robiłaś w szkole przez ostatnie dwa dni?
- Nic. W szkole przeważnie nie dzieje się nic ciekawego. Nie wiesz tego?
- Wiem, dlatego rzuciłem ją najszybciej jak mogłem – wyszczerzył się w uśmiechu.
Przewróciłam oczami.
- A ty co ciekawego robiłeś przez ostatnie dwa dni?
- Nagrywałem, nagrywałem i... nagrywałem. Ostatnio dużo czasu spędzam w studiu. Mam czas, to wykorzystuję go maksymalnie. No właśnie a propos czasu. Tak sobie pomyślałem, że skoro drugą część trasy zaczynam dopiero w połowie maja, a nagrywam głównie do południa, to może popołudnia spędzalibyśmy razem. Chociażby tak jak dzisiaj. Co o tym myślisz? - popatrzył na mnie niepewnie.
- No wiesz... - zaczęłam nieśmiało.
- Jak nie chcesz to powiedz – spuścił wzrok.
- To nie tak. Ja po prostu chciałabym, żebyś mnie dobrze zrozumiał - przerwałam, w celu stopniowania napięcia. - Codziennie kończę o trzeciej.
Próbując powstrzymać się od śmiechu, obserwowałam jak powoli dociera do niego to co powiedziałam. Gdy w końcu zrozumiał, popatrzył na mnie spod przymkniętych powiek i pokręcił głową. Wtedy nie mogłam się już powstrzymać. Wybuchnęłam głośnym śmiechem, zwracając uwagę kilku przechodniów.
- Cicho – dostałam kuksańca w bok. - Nie możemy rzucać się w oczy. Chociaż z twoim strojem to mało możliwe – zmierzył mnie wzrokiem.
- Znowu się czepiasz mojego mundurka?
- Nie, tylko... Właściwie tak.
- Bo?
- Bo nie jest seksowny – uniósł kąciki ust.
Westchnęłam głośno, przewracając oczami.
- Nic na to nie poradzę – rozłożyłam ręce.
- Zawsze możesz go zdjąć.
- Tutaj na ulicy?
- Bardziej myślałem o moim mieszkaniu.
Czy to już była propozycja? Wolałam tego nie sprawdzać. Odchrząknęłam tylko i zmieniłam temat.
- Wiesz na co mam teraz ochotę?
- Żebym cię przytulił? - nie czekając na odpowiedź objął mnie ramieniem.
- To też, ale tak serio, to mam ochotę na pierogi.
- Teraz tutaj?
- Niekoniecznie, ale tak w ciągu godziny jakby się dało – uśmiechnęłam się słodko.
- Mówisz i masz.
*
Schodami zjechaliśmy na stację metra. Ed na wszelki wypadek naciągnął na głowę kaptur.
- Lubię to miejsce – powiedział, rozglądając się dookoła.
Chciałam zapytać co takiego wyjątkowego jest akurat w tej stacji, ale widziałam, że zaraz się dowiem.
- To tutaj nocowałem najczęściej. Właściwie sam nie wiem czemu. Może dlatego, że jest w centrum, a mimo to jest względny spokój. W każdym razie naprawdę lubię to miejsce – uśmiechnął się, wracając do swoich wspomnień.
Nie odzywałam się. Wiedziałam, że nie oczekuje tego ode mnie. Słuchałam uważnie, przyglądając się jego nieobecnym oczom.
- Słyszysz? - coś wyrwało go z zadumy.
- Nie – odpowiedziałam cicho.
- Gitara – popatrzył na mnie.
Wytężyłam słuch. Rzeczywiście, gdzieś z oddali słychać było dźwięki szarpanych strun.
Zanim się obejrzałam, Ed, ciągnąc mnie za rękę, podążał w kierunku, z którego dochodziła muzyka. Zatrzymaliśmy się po kilku metrach. Niedaleko nas stał chudy szatyn mniej więcej w moim wieku z wysłużoną gitarą w rękach. Właśnie zaczynał nową piosenkę. Po dwóch akordach było oczywiste co gra.
I'm gonna pick up the pieces
And build a Lego house
If things go wrong
We can knock it down
Popatrzyłam na Eda, który z uśmiechem wygrzebywał z kieszeni pieniądze.
- Wrzucisz? - podał mi banknot.
Bez słowa wzięłam go od niego i podeszłam do chłopaka.
- Edowi się podoba. Wiem co mówię – powiedziałam, unosząc kąciki ust i wrzucając do futerału pieniądze.
Twarz szatyna przybrała wyraz zdziwienia połączonego z kompletnym niezrozumieniem. Wróciłam do rudzielca i złapałam go za rękę.
- Chodź, bo moje pierogi czekają.
- Może on też kiedyś będzie mógł zabierać dziewczyny na pierogi w przerwach trasy koncertowej.
Zaśmialiśmy się oboje.
*
- Siadamy? - wskazałam palcem ławkę.
- Tam będzie lepiej – Ed nakierował mój palec na oddalony kawałek brzeg Tamizy.
Zgodziłam się z nim i po chwili siedzieliśmy na zimnym piasku. Od razu otworzyłam opakowanie z moimi wymarzonymi pierogami. Poczułam zapach wciąż ciepłego jedzenia i głęboko się nim zaciągnęłam. Tak dawno go nie czułam. Rudzielec także szybko otworzył pudełko, ale raczej z innego powodu.
- Są trzy najważniejsze rzeczy, które lubię w Polsce – powiedział, przełykając pierwszy kęs. - Wódka, dziewczyny i pierogi. To zdecydowanie macie najlepsze – uśmiechnął się do mnie, po czym włożył do buzi kolejną porcję.
- Od razu widać jak spędzasz wolny czas – odparłam trochę złośliwie.
- No jak? - spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Jedzenie, picie, seks.
- Jedzenie i seks lubię jednakowo, ale alkohol to tylko dodatek. Bardzo przyjemny dodatek – powiedział obojętnie, nabijając na plastikowy widelec czwartego już pieroga. Nie żebym liczyła.
- Dobrze wiedzieć – powiedziałam cicho.
Wolałam nie kontynuować tego tematu, więc zajęłam się jedzeniem, bo w porównaniu do rudzielca byłam daleko w tyle.
Po dziesięciu minutach najedzona i szczęśliwa rozgrzebywałam palcami piasek. Na policzku czułam chłodne podmuchy wiatru i pierwsze krople deszczu.
- Fajnie się siedzi, ale zaczyna padać – powiedziałam, obracając w palcach znaleziony kamyk.
- Gdybyś mieszkałam w tym kraju tyle lat co ja, przyzwyczaiłabyś się – Ed nie wyglądał na poruszonego wizją zmoknięcia.
- Ale nie mieszkam – odparłam, wstając z ziemi i otrzepując pupę z piasku. - Idziemy.
Rudzielec spojrzał na mnie niezbyt zadowolony, po czym przeniósł wzrok na chmury.
- Chwilę pokropi i przestanie. Nic ci nie będzie – machnął ręką.
- Mnie nie, ale moim włosom tak.
- Co tak strasznego im się stanie?
- Oprócz tego, że skręcą się jeszcze bardziej, oklapną i przykleją się do twarzy to nic – odpowiedziałam ironicznie, schylając się do wypełnionej po brzegi torby.
- A co ci tak zależy?
- Nie wyglądam wtedy seksownie – uśmiechnęłam się słodko.
- Dobra, ten argument mnie przekonuje – powiedział, unosząc kąciki ust i podnosząc się z piasku. - Ale... - zatrzymał się, myśląc nad czymś. - Przecież gdy będziemy szli, deszcz i tak cię zmoczy.
- Nie – pomachałam mu przed oczami parasolką, którą właśnie wygrzebałam.
Ed pokiwał z uznaniem głową.
- Przynajmniej na coś się przydało taszczenie tej torby przez pół miasta.
- No widzisz. Teraz będziesz taszczył ją przez następne pół – wyszczerzyłam się w uśmiechu i z parasolką nad głową ruszyłam przed siebie.
- Nie ładnie tak zostawiać ludzi w tyle – usłyszałam krzyk Eda.
Odwróciłam się w jego stronę i niby niecierpliwie tupiąc prawą nogą, zaczekałam aż do mnie dołączy.

- Lubię spacery nad wodą – powiedziałam półgłosem, wpatrując się w falującą Tamizę.
- Ja też. Szczególnie, gdy nie jestem wtedy sam.
Poczułam, że Ed obejmuje mnie ramieniem. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się, wpatrując się w moje oczy. Odpowiedziałam mu tym samym i oparłam głowę na jego barku.
Szliśmy tak kilkanaście minut. Nagle przypomniała mi się poranna prośba Lucy.
- Która godzina? - zapytałam szybko, zrzucając z siebie rękę rudzielca.
- Wpół do szóstej – odpowiedział, spoglądając na zegarek.
- Niedobrze.
- Co się stało? - Ed spojrzał na mnie zaniepokojony.
- Na szóstą muszę być w domu, bo obiecałam, że przypilnuję Kevina.
- Zdążysz. Odwiozę cię. Metrem.
- Lepiej nie. Złapię taksówkę – powiedziałam, ruszając szybkim krokiem w stronę głównej ulicy.
Rudzielec chwycił mnie za rękę.
- Przestań. Zadzwonię po Stu. Zaraz przyjedzie – wyciągnął z kieszeni telefon.
- Nie trzeba – zakryłam mu wyświetlacz dłonią.
- O co chodzi? - spytał zdziwiony.

- O nic. Po prostu nie chcę, żebyś mi się znudził. Do jutra – pocałowałam go w policzek i pobiegłam przed siebie.

1 komentarz: